Patrząc na szkic Kejna, zadeklarowałem, że udam się od południowej strony i zeskoczę na okap nad wejściem do jaskini. Stamtąd będę wypatrywał ich nadejścia od zachodu i kiedy Kejn da mi znak, zeskoczę i ogłuszę jedynego strażnika. Bo skoro jest możliwość, aby go nie zabijać, dobrze byłoby go przesłuchać.
Bracia obawiali się o moje zdrowie. Okap, na oko, był dwanaście metrów nad ziemią, lecz uspokoiłem ich, że dam radę i postaram się nie zabić. Zapomnieli, że jestem sprawniejszy niż każdy człowiek, którego znali. Wyruszyłem wcześniej, aby spokojnie móc się dostać na skalny nawis, kiedy strażnik na chwilę wejdzie do wnętrza jaskini. Gdy znalazłem się na miejscu, okazało się, że zeskoczenie na skałę poniżej, będzie dużym ryzykiem, jako iż jest nierówna i pokryta drobnymi kamieniami. Spadające odłamki mogły zaalarmować wartownika. Poczekałem na dogodny moment, z użyciem Ki bezszelestnie zszedłem na okap i położyłem się, obserwując sytuację na dole. Co jakiś czas wypatrywałem ich w małym lasku na zachodzie. Przy ognisku nikogo nie było, a po jakichś trzydziestu minutach, w umówionym miejscu, przez chwilę dostrzegłem Kejna. Byli między drzewami kilka metrów za wiszącymi klatkami z więźniami. Uniosłem dłoń na znak, że go widzę. Elf wykonał taki sam gest.
W skupieniu czekałem na to, aż strażnik pojawi się na dole. Po kilkunastu minutach usłyszałem pod sobą zbliżające się kroki, a po chwili ujrzałem wychodzącą postać. Skoncentrowałem energię Ki w nogach oraz niewielką jej ilość w dłoni i skoczyłem.
Idealnie zgrałem moment lądowania z ogłuszającym uchwytem. Po sekundzie od decyzji o skoku przeciwnik leżał ogłuszony na ziemi. Błyskawicznie obróciłem się w stronę jaskini przyjmując pozycję obronną. Z lasku biegli moi bracia.
W tym momencie z jednej z klatek usłyszeliśmy zachrypły głos:
- Ej wy! Pomocy!
Kejn celował już łukiem w stronę wejścia do jaskini.
- Pomocy, wypuśćcie nas – ponownie rozległ się umęczony głos.
Igo podszedł do klatki.
Cicho – szepnął mag - Zachowujcie się tak, jakby nas tu nie było, potem was uwolnimy.
Dajcie chociaż nóż, sami się uwolnimy – błagalnym tonem mówił uwięziony.
Powiedziałem, że potem was uwolnimy – syknął Igo.
Ściągnąłem przewieszoną przez ramię linę i dokładnie związałem obezwładnionego, po czym zacząłem go ciągnąć w kierunku jaskini. Moi bracia ostrożnie szli przodem. Wejście do jaskini miało kilka metrów szerokości i tyleż samo wysokości. Przedsionek miał może z dwa metry, po czym prowadził do ogromnej groty. Tuż na początku tej dużej komnaty, położyłem jeńca i pospiesznie sprawdziłem, czy nie ma czym rozciąć więzów.
W obszernej jaskini paliło się kilka pochodni, zewsząd wyczuwalny był specyficzny zapach zwierząt hodowlanych. W miejscu, gdzie wejście do jaskini przeobrażało się w samą jaskinię, stała dziwna konstrukcja. Coś przypominającego zagrodę, lecz było bardzo wysokie. Odstawało niewiele od ściany i wypełnione było przeróżnej wielkości głazami. Po środku konstrukcji był osadzony długi drąg. Dopiero po chwili dotarło do nas, co to jest. Był to rodzaj dosyć prymitywnej konstrukcji, która pozwalała dosłownie jednym ruchem zasypać wejście do jaskini. Było też duże prawdopodobieństwo, że osoby, które w momencie aktywowania urządzenia, byłyby w przedsionku, zginęłyby przywalone tonami kamieni.
Zmyślne – pochwaliłem – Oznacza to, że raczej jest też drugie wyjście, bo chyba nie chcieli by się tu pogrzebać żywcem.
Tsume, zostaniesz przy wyjściu? - zapytał Dalinar – My byśmy sprawdzili co dalej.
Nie ma problemu – odpowiedziałem – Tylko się streszczajcie, bo tamci mogą nadejść w najmniej oczekiwanym momencie.
Podszedłem do wyjścia, by mieć baczenie na teren przed jaskinią, a raz na jakiś czas zerkałem na związanego jegomościa. W napięciu oczekiwałem na powrót braci.
Po chwili więzień się ocknął i zdezorientowany zapytał:
Co... co jest?
Żyjesz?
Co jest? Czego chcecie?
Jak na razie pogadać – powiedziałem.
To pogadajmy. Rozwiąż mnie.
Pytając czy żyjesz, dałem ci do zrozumienia, że jeszcze żyjesz. Ale to może zmienić się w każdej sekundzie – odparłem bez emocji w głosie - Więc zastanów się o co mnie prosisz. Będziesz odpowiadał na pytania, czy może będziesz sugerował co mam zrobić? Czy może, aby uświadomić ci powagę sytuacji, mam połamać ci palce? O tak - Podszedłem i złamałem mu palec wskazujący.
Donośny krzyk bólu przetoczył się po jaskini.
- Skurwysynu! Skurwysynuuuu!
Chwilę potem z wnętrza jaskini wybiegli moi bracia.
Tsume, wszystko w porządku? – zapytał z niepokojem w głosie kapłan.
Nie do końca – powiedziałem – Złamał sobie palec.
Co ty wyprawiasz? – pytał Igo – Nie wiemy czy kogoś tu nie ma!
Do leżącego mężczyzny podszedł elf.
Nie rycz.
Teraz już wiesz, że to ja zadaję pytania i nie proponuj mi durnych rzeczy – powiedziałem.
Bo go rzucę świniom na pożarcie – zagroził Kejn.
Nie, myślę, że ten jeden palec wystarczy. Ilu was tu było? Ilu was tu jest? I nie odpowiadaj w stylu pierdol się – kontynuowałem spokojnym głosem.
Więzień splunął na ziemię.
I nie pluj jak do ciebie mówię, bo jeszcze masz dziewięć palców i to w samych rękach – zagroziłem.
Zrób to od razu, świnio kościelna – powiedział więzień przez zaciśnięte zęby.
Świnio kościelna? Ciekawe, nigdy nie byłem w kościele.
A więc łowcy – skwitował jeniec.
W sumie to masz rację – wyciągnąłem nóż do chleba i zapytałem braci – Jest nam potrzebny czy nie?
Jest! Tsume zostaw go – powiedział Dalinar.
Tsume popilnuj go, tylko w spokoju i daj nam czas na przeszukanie tych jaskiń – mówił zniecierpliwiony Igo.
No mogę spróbować – powiedziałem niezadowolony.
Zrób to szybko gnojku – znowu wycedził przez zęby mężczyzna.
Za gnojka będzie wolniej i boleśniej – odpowiedziałem - Dobra idźcie, a ja postaram się być grzeczny – obiecałem.
Bracia zawrócili w głąb jaskiń, a więzień patrzył na mnie nienawistnym wzrokiem.
Po około czterdziestu minutach, bracia zawołali z końca groty:
Tsume, wszystko w porządku?
Tak, choć dalej nic nie mówi, a przecież a nie wyrwałem mu języka.
Dalinar podszedł bliżej i powiedział:
Coś tu jest bardzo nie w porządku. W jednym pomieszczeniu są drzwi, których nie potrafi otworzyć Kejn, a w drugiej grocie sypialnia.
Drzwi mogę otworzyć – przerwałem kapłanowi – Tylko ktoś musi go popilnować.
To zaraz – kontynuował Dalinar – W kolejnym jest pracownia malarska.
Co?! - zapytałem mocno zdziwiony.
Ktoś sobie tu maluje obrazy. Mało tego, na ścianach tej jaskini znalazłem trzy gobeliny, przedstawiające wojowników oraz czempiona Vergena.
Więc jednym słowem – zwróciłem się do związanego człowieka – Gdyby nie to, że mam ogromny szacunek do Vergena, mógłbym powiedzieć, że to ty jesteś kościelną świnią.
Więc musimy się dowiedzieć o co tu naprawdę chodzi i kim oni są, bo sytuacja wydaje się być bardziej skomplikowana, niż na początku o tym myśleliśmy – kontynuował kapłan.
Przepraszam za palec – zwróciłem się do związanego – Masz coś wspólnego z Vergenem? Zastanów się nad odpowiedzią.
I pozdrowiłem go tak jak pozdrawiają się wierni tego boga.
Inkwizytorzy – powiedział z pogardą – zrób to szybko.
Tsume, przeczytaj to – Dalinar podał mi pewne notatki – To może być ważne, a my porozglądamy się dalej.
Bracia ponownie weszli w głąb jaskini, a ja zagłębiłem się w lekturze, która była rodzajem pamiętnika.
Działo się to w roku 218 po Zaćmieniu. Zaraz po świcie. Był lipiec. Słońce od samego rana dawało znaki, że będzie to upalny dzień. Porucznik de Belof zbudził mnie w mej komnacie. Bał się. Nie musiał nic mówić – od razu usłyszałem dudniący daleko tętent koni i rumor w zamku. Zbliżali się. Zwiadowcy donieśli, że nieśli dwie chorągwie: czerwony sztandar, który zdobiła kobieta trzymająca wagę oraz proporzec z czarnym bykiem pod złotym słońcem. Baumannowie. „Na Vergena” - pomyślałem w gorączce - „Co tu robi ten stary lis?”
Zamek był w pełnej gotowości bojowej, wszyscy zdeterminowani na blankach, przy broni. Moim ludziom zawsze mogłem ufać.
Stanęli w odległości strzału i czekali. Dojrzałem tam ze dwie kohorty Zakonu Świętego Jeremiego, co najmniej trzy Pierwotnego Zakonu oraz 20 hufców baronich. Jak nic przynajmniej czterystu konnych plus drugie tyle Gryfiej Piechoty z samego Mar-Margot. Żadnych szans.
Pod bramę dotarł posłaniec.
„Ja, Wysoki Kapłan hrabia Edmund de Robespierre, w imieniu Pana mego, Najwyższego Kapłana Wyżyny Karabaku i Mar-Margot, Orak-Ar, który to zaś jest słowem Najwyższego Kapłana Delidii - Pani Naszej Jedynej – Rankora, a który to jest ziemskim namiestnikiem samej Bogini, ogłaszam co następuje.
Za twe występki przeciwko jedynej wierze i prawu naszemu, paktowanie i bratanie się z plugawym „Znakiem Nicości”, przeklętym kultem cienia, czczenie obcych bogów, demonami zwanymi, skazuję cię na śmierć przez ścięcie mieczem, jak i całą twoją rodzinę, służbę oraz przyjaciół.” Wzburzenie i szok. Przerażenie wśród ludzi.
Herold kontynuował.
„Jednakże. Z racji zasług twych wojennych oddanych Ambardowi, a szczególnie twych przodków z Ziemi Ramun, Kościół okazuje ci łaskę. Akt łaski oznacza, że:
primo
Kara śmierci tobie, twej rodzinie i twym lojalnym sługom wywodzącym się ze stanu szlacheckiego, zostaje zamieniona na banicję poza Dominium Ambardu.
secundo
Osoby wysokiego stanu, a niespokrewnieni z bluźniercą, unikają banicji, jednakże zobowiązani są oddać hołd lenny nowemu władcy tych ziem, baronowi Friedrichowi z rodu Baumannów. Hołd odbędzie się jutro o świcie.
tertio
Każda skazana rodzina może zabrać jeden wóz wraz ze swoim dobytkiem. Każdej osobie przysługuje jeden wierzchowiec. Jutro w południe, wygnańcy wyruszą pod eskortą Pierwotnego Zakonu na południe, w kierunku Pasa Pogranicza. Od tego momentu pojawienie się na ziemiach Ambardu oznacza przywrócenie pierwotnego wyroku.” Od wyroku nie przysługiwało odwołanie. Banicja albo śmierć.
Hołd lenny złożyła większość rodów, nie mam im tego za złe. Wiem, że wśród wielu zostali mi przyjaciele.
Wyruszyliśmy następnego dnia. Ja, Lord Hektor Radnis, z Radnisów od dwustu lat panujących na Ziemi Ramun, wraz z najwierniejszymi sługami, w liczbie dwudziestu pięciu ciężkozbrojnych rycerzy i ich rodzinami. Razem ze sto pięćdziesiąt osób. Eskortowało nas raptem ośmiu rycerzy z Pierwotnego Zakonu, w tym lord Teodor von Grann, kuzyn miłego mi za życia ostatniego potomka von Trakk’ów, hrabiego Vando. Oby Starzy Bogowie mu sprzyjali, gdyż okrutna śmierć go spotkała, Czerniakiem zwana. Teodor niczym nie przypomina tej szlachetnej rodziny.
Wiele mieliśmy podejrzeń, cały czas czujni, bo Kościołowi ufać nie można. Dwa tygodnie wędrówki przebiegło sprawnie i już czuliśmy, że się uda. Podnieśliśmy głowy z pieńka i powoli rozprawialiśmy nad nowym życiem, które chcieliśmy toczyć. Wielu planowało zaciągnąć się u któregoś z władców Domen Starych Lordów, choćby w Zjednoczonym Rewirze Arkanii. Sam mam tam daleką rodzinę, po matce mojej. Byłem tam nawet w trakcie jednej z naszych wypraw w poszukiwaniu ruin Tromboru, z nieżyjącym już obecnie Robertem. Stara Matylda, ciotka moja, ma się całkiem nieźle i dalej ma sporo do powiedzenia na dworze Akadiusów. Niektórzy planowali iść jeszcze dalej na południe, gdzie według legend istniało starożytne królestwo Dalgotii, jeszcze sprzed Zaćmienia, słynące ze znamienitych tradycji rycerskich.
Niestety, tuż poza granicami Karabaku moja drużyna wpadła w pułapkę zastawioną przez Kościół. W jednej z gospód, w której nocowaliśmy, zostaliśmy pojmani i wywiezieni do lasu, na uprzednio przygotowane miejsce.
Tam nastąpiło najgorsze.
.
.
.
Ciężko o tym w ogóle pisać. Kolejno nasze żony były gwałcone, a następnie wraz z dziećmi mordowane naszych oczach. Nad wszystkim czuwał Wysoki Kapłan hrabia Edmund de Robespierre, który w tym czasie głosił płomienne przemówienie. Po tym wszystkim zrezygnowani i szaleni z rozpaczy mężczyźni byli po kolei likwidowani. Kaźń trwała długo. W pewnym momencie niektórym, a wśród nich mnie samemu, udało się uwolnić z więzów, zabić kilku strażników i uciec w las.
.
.
W długiej pogoni tylko siedmiu z nas przetrwało. Poprzysięgliśmy zemstę baronowi i Kościołowi i od tego czasu zwani jesteśmy Żmijową Watahą. Ja sam przyjąłem imię Jharmme Sindar, a pozostali moi towarzysze to Mruk, Trevor, Kucharz, Czarny, Kogut, Chudy – tyle wystarczy.
.
.
.
Wiele lat nie wracałem do tych zapisków.
.
Ciągle się zastanawiam dlaczego? Jedyna racja jaką ma Kościół dotyczy innowierstwa w mego Pana Vergena. Jednakże z jednej strony stare wierzenia przetrwały i Kościół dobrze wie, że wszystkiego nie wykorzeni, więc przymyka na to oko, szczególnie wśród wysoko urodzonych. Z drugiej strony po co ryzykować wymazanie całego rodu? Czy już teraz nie mają wystarczająco dużo problemów z rosnącą Koalicją? Po latach domysłów doszedłem tylko do dwóch możliwych wniosków:
Polityka. Stary von Baumann, Iktor, w końcu przekonał kapłanów, że pod jego butem prowincja będzie posłuszna, a podatki popłyną szerokim strumieniem. Ale Orak-Ar nie jest głupi, dobrze wie, że dziadunio ma swoje ambicje i powiększanie jego prowincji może wybić go na niezależność. A może Friedrich? Nigdy za sobą nie przepadaliśmy i na granicy dochodziło do konfliktów. Ale skąd byłby w stanie zdobyć takie środki, żeby przekonać Kościół? Ciężko to sobie wyobrazić.
Tajemnica. Kilka lat temu z A. w jednej z moich kopalni soli wykopaliśmy bardzo ciekawe artefakty. Tablice. Mój kontrwywiad donosił, że Kościół sprawą bardzo się interesował, co ciekawsze gdy teraz o tym myślę, to wiele osób związanych ze sprawą zmarło w dziwnych okolicznościach. Czyżby to nie były przypadki? A to żądanie de Robespierre, żeby wydać A. i jego wzrok, gdy odmówiłem? Czy jest możliwe, że to wszystko prawda i Iglica z Dorrn naprawdę istnieje? Może trzeba będzie jeszcze raz przeczytać te zapiski z Czarciego Oka i zbadać temat ponownie?
.
A może jest jakiś trzeci powód?
.
.
Cholera z tym. Trzeba wrócić do pracy.
[ostatnia strona – pierwszych 10 wersów jest zapisane innym atramentem niż późniejsze]
Orak-Ar – Mar-Margot, Kościół, głowa
hrabia Edmund de Robespierre – Mar-Margot, Kościół, dostojnik kościelny
lord Teodor von Grann – Mar-Margot, Pierwotny Zakon, zakuty łeb
Ahito-tan – Mar-Margot, Kościół, wywiad
Taleos – Mar-Margot, Kościół, dostojnik kościelny
sierżant Zander von Zand - Mar-Margot, Pierwotny Zakon, sadysta
Friedrich von Baumann – dla pewności
Iktor von Baumann – dla pewności
lord de Monchelier – Ramun
lady Enhart – Ramun
Maklecjusz, kupiec – Ramun
Borman, sierżant – Roskanna
Uli, zarządca magazynów – Roskanna
Irjon, kapłan – Roskanna
Durin, szpieg – Gadarta
Tvarr, kupiec – Roskanna
Ignacy, kupiec – Ramun
Nasher, kapłan – Javar
Eryk, donosiciel – Javar
bracia Morok, łowcy – Javar
Olaf, młodszy. Donosiciel – Javar
kompania Kotana, łowcy – Javar
kompania Arien, łowcy – Ramun
Harold Wysoki, kapłan – Ramun
Mistrzu, jak tu nie ufać swoim przeczuciom. Nie dalej jak kilka dni temu zadałem braciom pytanie, co by było, gdyby Łaskotek był kapłanem Vergena i Dalinarowi zależałoby, aby go ocalić. Wtedy ta rozmowa wydawała mi się ważna, mimo że moi bracia jakoś niespecjalnie widzieli nawet powód, dla którego taki temat poruszyłem. Wcześniej zamach w Roskannie, teraz to. Muszę nauczyć się jakoś lepiej wykorzystywać takie przebłyski. Czy to sama Bogini daje mi znaki? Będę musiał nad tym pomedytować, ponieważ zbyt często moje przeczucia zamieniają się w fakty. I mimo że Łaskotek, jak się okazało, nie był wyznawcą Vergena, to wydarzyło się dokładnie to o co ich pytałem, z tą różnicą, że nie chodziło o jednego z nas, a o wszystkich i zmianę planów wszyscy przyjęli jako pewnik. Wspomniany w tekście Robert i Anton wystarczyli.
Kiedy tylko skończyłem lekturę, wyjrzałem na zewnątrz. Jako że nikt się nie zbliżał, ruszyłem za braćmi, lecz nie uszedłem za daleko, bo ci właśnie kierowali kroki do mnie. Już miałem dzielić się rewelacjami z pamiętnika, kiedy zauważyłem, że Dalinar idzie z trudem, ale o własnych siłach.
Co się stało?
W pomieszczeniu była pułapka i dostałem bełtem w plecy – dosyć dziarsko powiedział Dalinar – Zbroja w znacznej mierze osłabiła impet uderzenia.
No to chyba jesteśmy z nimi kwita, ja mu złamałem palec, a ty dostałeś z kuszy.
Co ty pierdolisz?! - krzyknął Dalinar – Mam pierdolony bełt w plecach.
Igo pomagał mu już ściągać zbroję. Po chwili przyszedł Kejn. Kazał położyć się kapłanowi na boku i z wprawą wyciągnął bełt. Dalinar zmówił szybką modlitwę i wyraźnie odetchnął z ulgą.
- Przeczytajcie to - podałem tekst Kejnowi - To zmienia wiele, a nawet wszystko. Kiedy elf zaczął czytać na głos, ja poszedłem po więźnia.
Kejn skończył lekturę, a Dalinar zapytał:
Co o tym myślicie panowie?
Myślę, że to wygląda na zmianę stron – odparł Kejn.
No na pewno nie możemy podejść do tego zadania tak jak planowaliśmy – kontynuował kapłan.
Nastawisz mu teraz ten palec? – zaśmiał się Igo wpatrując we mnie.
Czy możemy cię rozwiązać i nie będziesz robił nic głupiego? - zapytałem związanego mężczyznę.
Może najpierw się przedstawimy, bo od tego trzeba zacząć – powiedział Dalinar - ja jestem Dalinar de Vries a to moi bracia. Tak, jesteśmy przybranymi dziećmi Roberta de Vries.
Jak krople wody – zakpił więzień.
Tak jak mówimy, jesteśmy przybranymi synami – kontynuował Dalinar - Przybyliśmy tu, jako że jesteśmy łowcami nagród, a kościół wyznaczył nagrodę za was wszystkich.
Zaczynasz od dupy strony – powiedział Kejn – Bo my mamy inne intencje niż interesy kościoła.
Wstąpiliśmy do Camaralczyków – zacząłem – Bo ponoć mają informacje o tym, kto zabił Julię i Roberta. A żeby zdobyć ich zaufanie i się do nich zbliżyć, wykonujemy dla nich zadania jako łowcy. Niefortunnie to wy byliście kolejnym zleceniem. Czy dociera do ciebie to co mówimy i czy możemy cię rozwiązać? – zapytałem.
Tak.
Tak, co? - Dopytał elf.
Tak dociera. Czego chcecie?
Wiemy o tym, że polujecie na kościół Delidii, więc nasze cele poniekąd są zbieżne.
Kim jesteś spośród wymienionych? Jak mamy cię nazywać? – dopytywał Kejn.
Chudy jestem.
Chudy, rozwiążę ci pęta, zerknę na twój palec, tylko mam nadzieję, że nie wyrwiesz się jak koń z otwartej zagrody, bo ustrzelę cie raz dwa – ciągnął Kejn – Mamy wspólny interes, źle się zaczęło, ale dobrze się może skończyć. Wszystko zależy od ciebie. My już swoją dobrą wolę pokazujemy teraz. Chudy, wiem że twoi pobratymcy uciekli. Znalazłem szczelinę z liną. Co proponujesz, aby to wszystko nie skończyło się bezsensownym rozlewem krwi? Nasza misja tu straciła ważność - w trakcie, kiedy to mówił, opatrywał mu palec.
Zastanawiałem się o czym bredzi Kejn. Obserwowaliśmy obóz dwa dni, Chudy był sam. Reszta zaś odeszła z mułami lasem, sam potwierdziłem tropy.
Co ty mówisz? Oni wyszli lasem z mułami, a ten otwór w jaskini, który znaleźliście, to była pewnie ich ewentualna droga ucieczki. Co kurwa, wrócili potajemnie z mulami, a potem uciekli i go zostawili? Zresztą chuj z tym! Jesteśmy tu, mamy dobre intencje, a za palec jeszcze raz najmocniej przepraszam.
Moim zdaniem sytuacja jest taka – zaczął Dalinar.
Jest napięta jak baranie jaja – wtrąciłem.
Wygląda na to, że nie będziemy mogli wykonać zadania, po które tu przybyliśmy – kontynuował kapłan - Dlatego ja bym chętnie porozmawiał.
On twierdzi cały czas, że jesteśmy inkwizytorami i próbujemy wziąć go pod włos – powiedziałem.
Jeśli bylibyśmy inkwizytorami, to czy uważasz, że ta pogawędka miałaby miejsce. Że miała by dla nas jakiś cel? - zapytał Kejn.
Myślę, że nie – odpowiedział cicho Chudy.
Wiem, że ciężko ci w to uwierzyć, ale prawdopodobnie mamy zbieżne cele i możemy sobie pomóc, tylko nie wiem jak cię do tego przekonać – ciągnął elf.
Powiedz mi Chudy, co to za ludzie w klatkach? – zapytał Dalinar.
Łowcy nagród.
Widzieliśmy jak jednego straciliście, dlaczego? - pytał zaciekawiony kapłan.
Wszystko ma swój cel – odparł Chudy.
Ale jaki? Czy to może tajemnica? Z tego co wiem Vergen nie nakazuje rytualnych egzekucji ludzi, którzy się nie bronią i są na czyjejś łasce.
Cóż, forma rozrywki – z prostotą odparł Chudy.
Hm… są różne gusta – powiedziałem.
Kiedy wrócą pozostali? - pytał kapłan.
Pewnie za kilka dni, wyruszyli na polowanie – wzruszył ramionami Chudy.
Gdzie?
Na trakt.
A, o takie polowanie chodzi – powiedziałem ze zrozumieniem - Więc musimy poczekać, lecz w związku z powiedzmy ograniczonym zaufaniem musimy cię nadal pilnować – oznajmiłem.
No i musimy przeszukać resztę jaskini - powiedział elf.
No chyba nie zamierzasz w takim układzie przeczesywać ich domu? – warknąłem.
Mimo to musimy sprawdzić czy coś nam nie grozi – powiedział Dalinar.
Są tam zamknięte drzwi, otwórz nam je, abyśmy się przekonali, że w nocy nikt stamtąd nie wylezie.
To jest składzik. Mamy tam jedzenie i narzędzia.
I co zamykacie na klucz jedzenie i narzędzia, skoro jesteście tu sami? – dziwiłem się – Chyba się wzajemnie nie okradacie albo czegoś nam nie mówisz. Więc, jeśli możesz to otworzyć, to pokaż ten składzik - dodałem
Mogę.
To otwórz – powiedziałem.
To ja zostanę na straży – powiedział Igo.
No tak, masz co badać – kpił Kejn.
Tylko zbytnio nie przyzwyczajaj się do tych pergaminów – poradziłem – będziemy musieli je oddać.
Przeszliśmy do pomieszczenia z solidnymi drzwiami zamkniętymi na klucz.
Możecie odwrócić wzrok jako gest dobrej woli? - zaproponował Chudy.
Powiem tak, to nie jest dobry pomysł – odparłem – Nie chcemy tu nic niszczyć, ale jeśli tego nie otworzysz, to zrobię to ja, tylko wtedy nie będziecie mieli już drzwi.
Dobrze.
Chudy schylił się, pogrzebał za jakimś załomem, wyciągnął klucz i po chwili otworzył drzwi.
Za drzwiami faktycznie był składzik, jakieś zapasy żywności oraz narzędzia i skrzynie. Pomieszczenie nie miało innego wejścia
Dokąd prowadzi ta lina? – zapytał Kejn, mając na myśli wyjście ewakuacyjne, które znaleźli z Dalinarem i Igo.
To stare koryto podziemnej rzeki. Nasz droga ucieczki.
Sprawdźmy pozostałe odnogi – powiedział Dalinar.
Doszliśmy do pomieszczenia, w którym stał stary posąg, przedstawiający człowieka-wilka. W ręku trzymał miecz i tarczę, przed nim znajdowało się coś na kształt ołtarza.
- To jeden ze starych bogów – oznajmił Dalinar – Lorsh, brat Vergena. Panowali w różnych częściach świata.
Na ścianie było kilka płaskorzeźb, przedstawiających religijne sceny. Wszędzie przewijały się motywy wilka.
Wy to stworzyliście? - zapytał kapłan.
To wszystko tu było, kiedy znaleźliśmy tą jaskinię.
Czy wy wyznajecie Vergena? – zapytał Dalinar – Możesz bezpiecznie mówić – Po tych słowach wyjął swój medalion kapłański i pokazał Chudemu.
Niektórzy z nas – powiedział zachęcony mężczyzna.
Jestem kapłanem tej wiary, więc mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie jesteśmy waszymi wrogami.
Tak, oczywiście – cicho odparł Chudy.
Mam nadzieję, że przekażesz to twoim kompanom, kiedy wrócą. Jesteś tu sam? - dopytywał kapłan.
Tak, opiekuję się tym miejscem, pod ich nieobecność.
Zaraz, zaraz. Widzieliśmy czterech jeźdźców – powiedział czujnie elf – A was było siedmiu.
Nic nie widzieliśmy, ja widziałem ślady! - odparłem.
Ale z ciebie nędzny tropiciel - marudził Kejn.
A ty jesteś tępym butem. Wytropiłem ślady pięciu lub sześciu ludzi, plus muły. Wszystko to się przecież zgadza. Po chuj dogryzasz?
Zamknij się śpiku - odciął się elf.
To nie zaczynaj! - krzyknąłem - Nie moja wina, że jak zwykle macie w dupie to co mówię.
Cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak przyprowadzić nasze konie i poczekać na resztę kompanii. A potem rozwiązać tą niełatwą sytuację – ciągnął Dalinar.
Idź zatem z Igo Kejnie – powiedziałem.
Igo jest wpatrzony w pergaminy!
Nie wiem czy sobie zdaje sprawę, że będzie musiał je odłożyć na miejsce, z którego je zabrał – skwitowałem.
Wróciliśmy do Igo, a ten zagaił:
Rozumiem, że sytuacja się zmieniła i powinienem oddać te wszystkie papiery na miejsce?
Dobrze rozumiesz – powiedziałem.
Igo poszedł do innej części jaskini, a Kejn wyruszył po konie.
Mnie zastanawia jedno – powiedziałem – Wszystkie imiona są tu napisane w całości, a tylko imię Antona, bo przypuszczam, że chodzi o niego, jest napisane z samego inicjału.
Mnie w dalszym ciągu interesuje najbardziej to, co stało się z Robertem i myślę, że Vernir mógłby nam w tym pomóc – powiedział Igo, zmieniając temat - Przypuszczamy tylko, że był to zamach i zastanawiam się, czy ci ludzie mogą nam w tym jakoś pomóc.
Mi wydaje się, że jeśli te przekreślone imiona to zgony, to mają pewne wtyki i możliwości. - Rozmyślałem na głos - Nawet w tym tekście jest napisane, że część z tych rodów, które złożyły hołd baronowi, pozostały wierne Radnisowi. Był to raczej hołd z przymusu.
Mnie zastanawia o co chodzi z rosnącą koalicją – zastanawiał się Dalinar.
Zapewne chodzi o Koalicję Ośmiu Państw Miast – wytłumaczyłem.
Ja bym proponował wziąć jakiś drąg, powiesić na nim jakiś biały materiał i wystawić przed jaskinię – Zaproponowałem.
Igo dawaj majtki – powiedział Kejn.
One na pewno nie są białe – skwitował Dalinar.
Mówię poważnie!
Biała flaga to symbol kapitulacji – powiedział Kejn – A my nie kapitulujemy.
W takim razie powiedzcie mi tylko, kiedy mam wartować. Bo powoli mam dosyć tego pierdolenia – warknąłem.
Chudy, mogę do was dołączyć – zapytałem - Bo z nimi już nie daję rady.
Tak, znajdzie się miejsce, tylko trzeba dorobić ci łóżko.
Ja mogę spać nawet na ziemi.
Igo analizował tekst i zastanawiał się czy Łaskotek to nie jest przypadkiem sam lord Hektor Radnis. Analizowaliśmy tekst i wynikało z niego, że jednak nie. Lecz wszystko rozbijało się o jeden przecinek. Moja interpretacja była taka, że został postawiony być może przez pomyłkę lub roztargnienie osoby, która pod silnymi emocjami pisała ten tekst. Bracia byli innego zdania, po chwili doszliśmy do wniosku, że to nie ma znaczenia. W pewnym momencie Chudy zakomunikował, że musi iść na stronę. Zadeklarowałem, że z nim pójdę. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, z więziennej klatki dobiegł mnie głos:
- Hej! Zabij go! Dogadamy się. Nasz szef zapłaci.
Bardzo spokojnym głosem powiedziałem:
Widzisz tego człowieka? Na początku też chciał się dogadać, ale z rozpędu połamałem mu palec, a teraz swobodnie idzie. Ty nie pójdziesz już nigdzie, więc się zastanów i milcz!
To nie wypuścicie nas?
Ostanie ostrzeżenie – rzuciłem.
Może bym zupy ugotował i im dał – powiedział Chudy.
Komu? – zapytał Igo.
Tym w klatkach.
Ja ugotuję – powiedział Igo – Z czego tu zazwyczaj gotujecie?
No mamy mięso i trochę warzyw w schowku. Przyniosę – zadeklarował Chudy.
Dobrze - Powiedziałem i poszedłem za nim.
Chudy szybko uwinął się ze składnikami i przekazaliśmy je Igo. Siedząc przy ognisku, spędziliśmy czas do wieczora, później podzieliśmy się wartami. Wartowaliśmy po dwóch, tak aby jeden widział co dzieje się poza jaskinią, a drugi miał oko na Chudego. Tak minęła noc.
Rano wybrałem się z Dalinarem do części jaskini, gdzie wisiały gobeliny związane z wiarą w Vergena, jako że jeszcze ich nie widziałem.
W pomieszczeniu było kilka sztalug, które przedstawiały martwą naturę oraz zwierzęta. Część z nich była niedokończona. Wszystkie obrazy były podpisane literką R.
R pasuje do Radnisa – zauważyłem.
Widzę, że cię to dalej męczy – powiedział kapłan.
W sumie niespecjalnie – odparłem – Po prostu rzuciło mi się w oczy.
W pomieszczeniu było tylko proste, zapewne sklecone już tu, prowizoryczne biurko i takież samo krzesło. Ściany zdobiły obrazy oraz gobeliny, przedstawiające kapłanów błogosławiących w imię Vergena rycerzy udających się w bój. Na jednym z gobelinów widniał dziwnie ubrany człowiek. W dłoni dzierżył szeroką szablę, a na głowie miał turban. Jego lekka koszula była rozpięta i odsłaniała zdobiące jego tors tatuaże. Na jednej piersi widniała szabla, na drugiej księga.
- to Ihish z Akk – oznajmił Dalinar – Osławiony czempion Vergena.
Podziwiałem te dzieła przez chwilę w skupieniu.
Minęły kolejne dwa dni. Czas spędzaliśmy na oczekiwaniu. Co jakiś czas z Chudym uzupełniałem oświetlenie jaskini, Igo gotował strawę. Nic więcej nie było do roboty. Pod koniec drugiego dnia, kiedy siedzieliśmy przy ognisku, przy jednej z klatek pojawił się człowiek. Stał spokojnie, broń miał w pochwie.
Widzę, że mamy gości – powiedział.
W rzeczy samej - odparł Dalinar.
Dobrze to ująłeś, gości, a nie wrogów – dodałem.
Chcieliśmy porozmawiać – ciągnął kapłan.
Więc rozmawiajmy – odpowiedział przybysz.
Może porozmawiamy przy ognisku? – zaproponował Igo.
A może wypuścicie do nas Chudego?
Jak widzisz nie jest przetrzymywany – powiedział Kejn.
Chudy, powiedz coś, liczymy na ciebie – rzekł Igo.
Tylko nie mów, że złamałem ci palec - szeptałem - To był wypadek.
Chudy popatrzył na nas wyczekująco.
- Możesz iść – powiedział Dalinar.
Gdy Chudy wstawał, kontynuowałem:
- A my się przedstawimy, tak jak było to zaproponowane. To jest Dalinar de Vries, to Igo de Vries, a to Kejn również de Vries – wskazywałem po kolei braci dłonią - A ja jestem Gniewomir de Vries, przybrani synowie Roberta de Vries.
Chudy w tym czasie doszedł do stojącego człowieka.
- Skoro już macie przewagę, to zapraszamy do ogniska – zaproponował Kejn.
Chudy dyskutował z nowo przybyłym z dobre pięć minut. Człowiek, który przyszedł, chwycił go za rękę, przyjrzał się opatrunkowi. Znów chwilę rozmawiali, po czym Chudy poszedł za linię drzew.
Dobra chłopaki. Podejdę do was, pogadamy, tylko może odłóżcie te ostre przedmioty.
Nie mamy broni w dłoni, a ty masz znaczną przewagę, więc chyba możesz czuć się bezpiecznie - rzucił elf.
Nieznajomy podszedł i siadł tyłem do lasu. Był to niewątpliwie człowiek z listu gończego.
Jak mamy się do ciebie zwracać? – zapytał elf.
Obecnie jestem znany jako Jharmme Sindar.
A twe prawdziwe miano?
Kiedyś byłem Hektorem z Radnisów.
Po raz kolejny moje przeczucie mnie nie zawiodło.
Ale to już wiecie. Chudy wspomniał, że znaleźliście moje notatki.
I dzięki nim nasze spotkanie przerodziło się z trudnego w bardziej przyjacielskie – powiedział Igo – Więc dobrze się stało, że je znaleźliśmy. Notatki przyczyniły się do tego, że zrozumieliśmy kim jesteście, bo wcześniej myśleliśmy, że zwykłymi banitami.
Tak w zasadzie to jesteśmy banitami i nie przepadamy za łowcami nagród – odparł Hektor.
Tak w zasadzie to my nie jesteśmy łowcami – odpowiedział Kejn.
Na takich mi wyglądacie i chyba po to tu przyszliście – stwierdził Łaskotek.
Bo za takich się podajemy – odparł elf.
Ile teraz warta jest moja głowa?
Dużo - odpowiedział Dalinar.
Ale aktualnie nie ma to znaczenia – odparłem.
I co? Mam rozumieć, że tak sobie odejdziecie?
Nie, nie – odparł Igo – Gdybyśmy mieli taki zamiar, nie zastalibyście już nas tutaj.
Chodzi o to, że prawdopodobnie mamy bardzo dobrych wspólnych znajomych – powiedziałem.
Jest tylko jeden problem. Rodzina de Vries nie żyje od dosyć dawna – nieufnie powiedział Hektor.
Dlatego tu jesteśmy – powiedziałem – Mam tylko pytanie. Czy tajemnicze A w notatkach to Anton? Czy wiedziałbym o nim, jeśli nie byłbym synem jego brata?
Rozumiem, że masz wątpliwości, czy mówimy prawdę – mówił Igo – Potrzebujesz więcej dowodów?
Tak, mam takie wątpliwości. Synowie Roberta, według mojej wiedzy, zostali zamordowani.
Tak miało być – odparł Kejn.
Jakim cudem mielibyście się uchować? - zapytał podejrzliwie Hektor.
Jako jedyna osoba, która miała większą styczność z Antonem, ja się wypowiem – oznajmiłem – Nim przeczytałem twoje notatki o tablicach z Ramun, wiedziałem o nich właśnie od Antona. Zresztą zaprowadził mnie do klasztoru, w którym aktualnie te tablice są badane.
Jakiego klasztoru? - Dziwił się herszt banitów.
Do Śpiącego Klasztoru, gdzie przez lata, kiedy wszyscy myśleli, że jesteśmy martwi, studiowałem między innymi tablice z Ramun. Może nie tyle ja, jako iż moja klasztorna ranga na to nie pozwala. Ale właśnie w takie miejsce zaprowadził mnie Anton.
To rzeczywiście jest coś co przemawia na waszą korzyść, aczkolwiek myślę, że nie jedna osoba wiedziała, że Robert miał brata o takim imieniu.
Igo pokazał pierścień, który nosił na palcu.
- Nie jest to może jednoznacznie stuprocentowy dowód, ale ten pierścień dostałem od Roberta. W połączeniu z tym co mówi Tsume, powinno rozwiać to twoje wątpliwości.
Hektor/Łaskotek zamyślił się, po czym odrzekł:
- Wierzę wam. Dokładnie ten pierścień przywiozłem z Robertem podczas jednej z wypraw na południe.
Łaskotek dał znak i z lasu powoli zaczęli wychodzić pozostali członkowie grupy. Część z nich miała w rękach łuki, lecz teraz był już opuszczone. Dosiedli się do ogniska.
- Chłopaki może nie wszyscy z was kojarzycie – Łaskotek zwrócił się do swej bandy - Ale to synowie Roberta de Vries.
Kilku z nich z uznaniem skinęło głową na wzmiankę nazwiska de Vries.
Niecodzienne spotkanie, że los w ten sposób nas połączył – powiedział zamyślony Hektor - To może opowiedzcie jak uniknęliście śmierci, bo doszły mnie słuchy, że dzieci Roberta zginęły w klasztorze dla sierot.
Dalinarze, to może ty opowiedz - zaproponował Kejn.
Dalinar zaczął opowieść.
Przebywaliśmy w klasztorze kilka lat. Na początku mieliśmy zapewniony tam byt i edukację, ale po śmierci ciotki nasz los się gwałtownie odmienił. Byliśmy tylko dziećmi i nie zdawaliśmy sobie sprawy co tak naprawdę się wydarzyło. Z biegiem czasu rozumieliśmy coraz więcej, ale jako dzieci nie mieliśmy zbyt wielkiego pola manewru. Pewnego dnia w klasztorze zjawił się Jaromir, sługa mojego ojca, który poprosił nas o pewną przysługę oraz zaproponował nam, że pomoże się nam wydostać. Chcieliśmy się klasztoru wydostać, jako że zauważyliśmy jak złe rzeczy się tam dzieją. Już jako dzieci nie darzyliśmy kościoła Delidii wielką estymą, a późniejsze wydarzenia tylko w nas w tej niechęci upewniły. Faktycznie w klasztorze wybuchł pożar, a niestety Jaromir został śmiertelnie postrzelony podczas naszej ucieczki. Zanim wyzionął ducha, przekazał nam informacje na temat osoby, do której mamy się udać. Był to Vernir z Białej Osady. Pod jego okiem spędziliśmy kilka lat.
Kojarzę to imię – przerwał Hektor - To był towarzysz waszego ojca.
Vernir zadbał o naszą edukację – podjął opowieść kapłan - Oraz zapewnił środki, abyśmy wyszkolili się w kierunkach, które wybraliśmy. Igo podążył do Górskiego Gryfa, aby zostać magiem, a mnie losy pokierowały w stronę kapłaństwa i tak zostałem kapłanem Vergena. Od tego czasu poszukuję śladów starych bogów. Po kilku latach, już jako mężczyźni, spotkaliśmy się ponowne, gdyż postanowiliśmy dowiedzieć się prawdy o tym, co stało się z naszymi rodzicami. Niestety po powrocie do Białej Osady dowiedzieliśmy się, że Vernir został porwany. Ślady doprowadziły nas do Mar-Margot, a tam dowiedzieliśmy się, że szef Camaralczyków jest zamieszany w śmierć naszych rodziców.
Tego dowiedzieliśmy się właściwie od samego Vernira – sprostował Igo – Bo jak widzisz mamy talent do czytania cudzych pamiętników.
Tak – ciągnął dalej kapłan – Dlatego tez najęliśmy się do Camaralczyków, aby zyskać ich uznanie, wkraść się w ich łaski i tak kolejnym zleceniem jesteś ty. Spędziliśmy ostanie kilka tygodni, aby was znaleźć i jak widzisz udało nam się to zrobić. Postanowiliśmy dowiedzieć się prawdy o tobie, dlatego też pojmaliśmy Chudego, a znaleziony pamiętnik zmienił nasze cele. Możemy mieć wspólne cele, jeśli nie dzisiaj, to w przyszłości. Musimy się też zastanowić co teraz, bo nie ukrywam, że nadal zależy nam, aby zbliżyć się do Camarala, a on oczekuje od nas twojej głowy.
Może teraz ty opowiesz waszą historię? - Dalinar zakończył.
Ciekawa to opowieść zaiste – powiedział Łaskotek - Gdyby nie zbieg okoliczności, że nie było nas w obozie, skrzyżowalibyśmy swoje miecze.
W imię Vergena, mogłoby do tego dojść - powiedział kapłan.
Być może Vergen miał inne plany i dlatego stało się tak jak się stało – powiedział banita - Przyszliście po moją głowę i co odejdziecie z niczym?
No nie – powiedziałem – Tam wiszą - wskazałem na trzech więźniów w klatkach.
Przeczytaliśmy twój pamiętnik, lecz jest trochę enigmatyczny - powiedział Dalinar – Może podzielisz się szczegółami, jak na przykład o tym, że brałeś udział w kampaniach kościoła.
Ano, mam trochę lat na karku i jak każdy władca ziemi należącej do Ambardu, pod butem kościoła musimy walczyć w szeregach armii Delidii. Z niemałymi zresztą sukcesami. Dlatego też wierzyłem w to, gdy zmieniano mój wyrok ze śmierci na banicję. Gdyby nie to, nie oddałbym zamku bez walki. Rozumiem ludzi, którzy oddali hołd, każdy miał rodziny i nie każdy zdolny był podjąć ryzyko zaczynania wszystkiego od nowa. Ja to ryzyko podjąłem i zapłaciliśmy straszną cenę. Do dziś nie wiem co było tego przyczyną, ale tak to jest, gdy polityka wchodzi w grę.
A czy oficjalnym powodem była twoja wiara w Vergena?
Tak. I kontakty z Kultami Cienia, co jest całkowitą bzdurą. Wiele wysokich rodów nadal wyznaje stare bóstwa, więc to nie był powód. Kościół wie, że tego nie wypleni, a jeśli nawet mu się to uda, to miną jeszcze dziesiątki lat. Jest sporo rodów, które znacznie swobodniej wyznają starą wiarę, a nie słyszałem, aby kiedykolwiek spotkało ich to co mnie. W gruncie rzeczy już się nie zastanawiam nad powodami. Jest robota do zrobienia i dopiero wtedy zaznam spokoju. Jest sobie kilka osób, które muszą odejść z tego świata przede mną, czyli wszyscy zamieszani w to wydarzenie.
A może wiesz cokolwiek o wydarzeniach, w których spłonął nasz kasztel i zginął Robert? – zapytał Dalinar.
Niestety nie. Robert był osobą dosyć lubianą w Mar-Margot, lecz na pewno miał też swoich wrogów. Kiedy to się stało, byłem na wyprawie na południu. Dowiedziałem się o tym wiele miesięcy później, gdy już wróciłem. Bardzo smutna wiadomość.
Łaskotek milczał chwilę, po czym podjął:
Sprawa wydawała się przykrym wypadkiem. Nie przypuszczałem, że mógłby być to zamach, wszak pożary się zdarzają.
Vernir badał tę sprawę - zaczął Igo – I właśnie wtedy został pojmany.
Wygląda na to, że i wy musicie zbudować swoją własną listę – powiedział Hektor.
A czy mówi ci coś przezwisko Kościej? - zapytałem.
Niestety nie. Z Robertem kontaktowałem się w dawnych czasach, zanim uznał was za swych synów.
A może mógłbyś skierować nas do kogoś w Mar-Margot, kto mógłby być nam pomocny? - Zapytał mag.
Ciężka sprawa, musiałbym się zastanowić. Minęło kilka lat, od kiedy zostałem banitą i rzeczy się pozmieniały. Osoby, które wtedy żyły, mogą już nie żyć. Trop którym podążacie, ten jak mu tam, Camaral, trzymał bym się tego. Jest jeszcze jedna osoba, mój dawny przyjaciel, tak bym go nazwał. To pewien Tesijczyk w Mar-Margot. Jeśli jeszcze żyje, może posiadać różne ciekawe informacje. Zwą go Czerwonym Smokiem, jednakże człowiek ten nie do końca podąża prawą ścieżką.
Przypuszczam, że będzie nieufny w stosunku co od nas – powiedział Igo.
Mam coś co możecie mu dać, a wtedy powinien wam uwierzyć. Jest w zasadzie winien mi przysługę, dlatego poprosicie, aby spłacił ją wam. Tak w ogóle to ostatnio zrobiło się gorąco na tych terenach – ciągnął Hektor - Zastanawiałem się czy nie zawiesić tu swojej działalności.
To właśnie chciałem ci zasugerować – powiedział Igo – Nagroda za twoją głowę jest wysoka i to nie tylko w Mar-Margot. Także baron ustanowił wysoką zapłatę za twe pojmanie, a było to jeszcze przed zamachem.
Zamachem? - zapytał jakby zdziwiony Łaskotek – Coś mi się obiło o uszy.
Ale wróćmy do jeszcze jednego ważnego wątku. Mówiłeś coś o Czerwonym Smoku i o tym, że mamy mu coś dać – powiedział mag.
Poczekajcie chwilę.
Łaskotek wstał, poszedł do jaskini i wrócił za jakiś czas.
Dajcie mu to – wyciągnął w kierunku Igo srebrną broszę do zapinania płaszcza, z wizerunkiem smoka.
Czym on się zajmuje w Mar-Margot? – Zapytałem.
On handluje różnymi rzeczami, także informacją. Pracuje dla takiej gildii...
Równocześnie ze mną powiedział:
- Żółta Dłoń.
Spojrzeliśmy po sobie.
I tu może być konflikt interesów - zauważyłem – Podejrzewamy, iż ta gildia może mieć coś wspólnego z tymi wydarzeniami. Na ile ufasz temu człowiekowi?
Ufałem mu bardzo. Tesijczycy zawsze spłacają swe długi.
Zmienię temat – powiedziałem – Poszperałem w kieszeni i wyciągnąłem pogniecioną kartkę, z przerysowanym z tabliczki von Trakk herbem i liczbami.
Podałem ją Hektorowi.
Czy to coś ci mówi?
To herb von Trakków, a te liczby, cóż, nie byłem zbyt dobry z przedmiotów ścisłych, ale musiałbym to przeliczyć na spokojnie.
Problem w tym, że prawdopodobne nie chodzi o wynik – powiedziałem - Tak jak mówię. Niezbadane są wyroki Śpiącej Bogini i nie wiemy czemu się spotkaliśmy, ale może coś wiesz. Znaleźliśmy to w grobowcu twego przyjaciela Vando von Trakk.
Vando nie był jego przyjacielem – rzekł Dalinar.
Był – powiedziałem - Prawda?
Tak, znaliśmy się z Vando, byliśmy na paru wyprawach na północy. Nieciekawe czasy.
Pytam, bo w swych zapiskach ciepło go wspominałeś.
Skąd w ogóle to macie? - zapytał były lord Radnis.
Z jego grobowca – odparłem.
Jak tam trafiliście? – zapytał Łaskotek, po czym sam sobie odpowiedział – To zapewne długa historia.
Tak jak mówię, to prawie niewiarygodne, że to coś znajdujemy w jego grobowcu, a po kilku miesiącach jego nazwisko pada w twoim pamiętniku. To zbyt duży zbieg okoliczności.
Co dalej – zastanawiał się Dalinar.
Cóż, nie ukrywam, że wasze zadanie jest sprzeczne z moimi interesami, a pozbawienie mnie głowy byłoby nawet bardzo sprzeczne z moimi interesami.
Jest to bardzo zgodne z twoimi interesami – powiedziałem, a widząc zdziwione miny braci sprostowałem – No nie ucięcie głowy, rzecz jasna. Twoja śmierć sprawi że odwołają szpicli, wy odpoczniecie, aby potem uderzyć ze zdwojoną siła. Po raz kolejny mówię, odcinamy głowę jednego z klatki, bo już mnie zdążyli wkurwić. Obcinamy mu ucho, a mag przypala go ogniem aby był nie do rozpoznania.
Zakładając, że to się uda, to jest pewien problem. Kiedy się znowu ujawnię, wasze życie będzie zagrożone – odparł Łaskotek.
Dokładnie. Przyczai się na pół roku, potem wyjdzie na jaw, że żyje i mamy przejebane – rzekł Dalinar.
Igo zasugerował, aby skorzystał z mocy pewnych uzdrowicieli i zregenerował ucho.
Kejn natomiast zapalił się do mojego pomysłu.
Utnę mu ucho, potem ty Dalinarze je zabliźnisz.
Możemy zrobić coś innego – powiedziałem - Tylko wymaga to trochę czasu, ale w sumie nie spieszy nam się nigdzie. Udamy się do tego Czerwonego smoka i zobaczymy czy jest w stanie podać nam informacje, które potrzebujemy. Jeśli tak, możemy wypiąć się na Camaralczyków.
Tu przerwał mi Igo.
Ale pomysł ze swingowaniem jego śmierci coraz bardziej mi się podoba. Jeśli udałoby mu się zregenerować ucho, a są takie możliwości, całkowicie urywa to trop.
Ale co zamierza dalej? - dopytywał Dalinar – Przycichnie na miesiąc, dwa, rok a potem zacznie znowu zabijać ludzi z listy i w końcu ktoś się zorientuje.
Ale Dalinarze – powiedziałem - Nam nikt nie kazał zabijać nikogo innego, on zginął, a jego grupa się zreorganizowała i działa dalej.
Jak w ogóle mnie znaleźliście? - zapytał banita.
Do tego może wrócimy potem - powiedział Dalinar.
Robi się gorąco, po ostatniej sprawie z baronem na traktach jest tylu zbrojnych, że naprawdę ciężko przemknąć. Przeszło mi przez myśl, aby zaprzestać tu działalności. Mam w zasadzie dalekiego kuzyna w Celebornie i tam mógłbym się udać. To nie jest nawet taki głupi pomysł.
Widzę jeden problem. Jeśli przyjedziemy do Mar-Margot z głową Łaskotka, to nici z wiadomości od Tesijczyka, bo będzie wiedział że on nie żyje – powiedział Kejn.
Spokojnie. Czerwony Smok zna lorda Hektora Radnisa, a nie banitę. – odparł Łaskotek – A banita nie może być dla kościoła Lordem Radnisem, bo wtedy kościół by się skompromitował, że tak z nami postąpił. Ten fakt nigdy nie zostanie ujawniony.
Ustalmy fakty, aby mieć z grubsza plan działania – powiedziałem – Swingujemy twoją śmierć, wy udajecie się do Celebornu, gdzie przycupniecie na jakiś czas bez zabijania, powiedzmy na całą zimę. My wracamy do Camaralczyków, oddajemy twoją głowę i sprawa przycicha. Dzięki temu powoli realizujemy swój plan. A w odwodzie pozostaje nam Tesijczyk.
Aby zluzowało się troszkę na traktach i mogli bezpiecznie stąd odjechać, muszą się tu też dowiedzieć, że Łaskotek nie żyje. Więc z głową musimy tez udać się do barona - doradził Igo - I wtedy zaczną się pytania, więc musimy być dobrze przygotowani. Gdzie go znaleźliśmy, jak go pokonaliśmy, całą historię musimy mieć dokładnie przećwiczoną.
Ważne jest to – powiedział Łaskotek – Że nie chcemy spalić tej miejscówki.
Zatem o waszej kryjówce nic nie wspominamy w swej opowieści – powiedział Igo.
Tak w ogóle, to czemu uważacie, że nie możemy wrócić i powiedzieć, że go nie znaleźliśmy? - zapytał Dalinar.
Po pierwsze – rzekł Igo – Ogłaszając jego śmierć, pomożemy mu pozbyć się patroli barona z okolicy, a po drugie na tym zarobimy i zyskamy w oczach Camaralczyków.
Moim zdaniem – powiedziałem – Możemy dostarczyć maksymalnie dwie głowy, bo jeśli nasz plan zawiera historię, że ta grupa reaktywowała się po śmierci Łaskota, to musiał się mieć kto reaktywować.
Elf palił się do obcinania ucha.
Poczekaj dziesięć minut, najważniejsze to wymyślić wiarygodną historię – hamowałem zapał Kejna.
Dobrze by było, aby w waszej opowieści nie rzucać podejrzeń na miejscowych – powiedział Łaskotek – Bo wtedy kościół jest gotów nawet spalić całą wieś.
Ty sam wiesz gdzie bywałeś w ciągu czterech tygodni, kiedy tu jesteśmy – powiedział Dalinar – Więc podpowiedz mi, jakie wydarzenie mogłoby nas do ciebie doprowadzić.
Około tygodnia temu napadliśmy kupców, niestety mieli tylną straż i musieliśmy uciekać.
A może wybierzmy naprawdę prostą historię – rzekł Kejn – Pamiętacie polanę z kamieniem? Przyjechaliśmy tam i zobaczyliśmy dwóch zbójów, zamęczających jakiegoś człowieka. Zaatakowaliśmy ich z dobrego serca i jednym z nim był Łaskotek.
No to bardzo wiarygodna historia – zakpił Igo – Co robiło dwóch zbójów na polanie?
Nie wiem kurwa – krzyknął elf – Gwałcili chłopa na kamieniu.
Tak i najważniejszy w tej historii jest kamień – kpił Igo.
Kurwa, przecież nie sfingowałem kamienia, był tam – warczał Kejn.
Dobrze - powiedziałem tłumiąc śmiech - Wypowiedziałeś się, a teraz zagłosujmy kto jest za twoją historią.
Dalinar z Igo prawie tarzali się ze śmiechu.
No chyba twoja historia nie przeszła – rzekłem tłumiąc śmiech.
Kurwa to wymyślcie swoją – rzucił Kejn.
Dalinar próbując zachować powagę powiedział:
To dobry plan, tylko musimy w nim zmienić polanę, kamień i usunąć gwałt. Hektorze – Dalinar zwrócił się Łaskotka - Moim zdaniem dobrym okresem czau mógłby być zamach na barona, byliśmy wtedy w tawernie „Syrenka”. Mogłeś podczas ucieczki popełnić jakiś błąd. Usłyszeliśmy te wiadomości od flisaka. Czy to wy byliście w ogóle odpowiedzialni za zamach? Bo z naszych informacji wiemy, że jedna osoba strzeliła z kuszy jakąś zaklętą strzałą.
Ubolewam nad tym, ale pierwszy raz posłużyłem się kimś innym. Wynająłem specjalnego zabójcę, który podjął się tego zadania. My w tym czasie byliśmy tutaj.
Rozumiem co ma na myśli Dailnar. Chce, aby część z tego co powiemy była prawdą, która jest powszechnie znana i ktoś może ją potwierdzić – mówił Igo.
Tak teraz myślę i nie możemy wykorzystać tego zamachu, ani niczego co Łaskotek zrobił w ostatnim czasie – powiedziałem – Przecież w tawernie przesłuchiwał nas porucznik i mówiliśmy, że nic nie mamy.
Zawsze mogą się wystawić teraz – powiedział Igo – Ujawnią się przy jakiejś karczmie lub chałupie i tam zdobędziemy informacje. To ryzykowne, ale wiarygodne.
Dlaczego ludzie tacy jak my, z umiejętnościami, z glejtem, mamy się z czegoś spowiadać? – dopytywał Kejn.
Bo dostarczymy głowę człowieka, którego od roku szukają też wyszkoleni wojskowi, a im się nie udało. Musimy mieć wiarygodną historię – powiedział Igo.
Musielibyśmy się wrócić, ale nie do tawerny, tylko do kolejnej wioski – powiedziałem – Tam dowiadujemy się, że przejeżdżali i podążyliśmy ich tropem.
Wyciągnąłem mapę i zacząłem wskazywać punkty.
Tutaj był zamach, tutaj jest tawerna, a tutaj był nieudany zamach na kupców. Tu jest kolejny zajazd, gdzie moglibyśmy wpaść na jego trop.
To gospoda Byczy Łeb. Jest na końcu świata – rzekł łaskotek – Nie spodziewamy się tam straży lub innych problemów. Możemy tam zrobić małe zamieszanie i na pewno zostaniemy zapamiętani.
Nie musicie robić zadymy – powiedział Igo – Przyjechaliście po prowiant, na pewno was zapamiętają.
To nie jest głupie – rzekł Łaskotek – Kupowaliśmy duże zapasy, tak jakbyśmy chcieli się stąd wynosić.
Dokładnie – powiedziałem – A my słyszeliśmy o napadzie i przepytywaliśmy ludzi i w karczmie pod Byczym Chujem, czy jak ona się tam zwie, dowiedzieliśmy się, że robiliście zapasy. Mamy glejt, ludzie się boją i nam powiedzieli.
A czy kupcy byli na drodze, na której jest ta tawerna? - zapytałem.
Tak – odpowiedział Łaskotek.
Zatem tam się o tym wydarzeniu dowiedzieliśmy.
No więc plan jest taki – powiedział Dalinar – Oni we dwóch pokazują się w karczmie i kupują zapasy. Dzień później zjawiamy się my, wypytujemy i ruszamy niby ich tropem. Wracamy tu po głowę. W drodze do Mar-Margot podjedziemy do barona, aby wieści o śmierci Łaskotka się rozniosły. No to teraz musimy sprawić – ponuro powiedział Dalinar, wskazując klatki - Aby była pewna zgodność charakterów.
Ja nie chcę w tym uczestniczyć - rzekł Igo.
Kejn uważnie przyglądał się uwięzionym w klatce ludziom.
Moment, moment – powiedziałem – Ktoś z was tu maluje i to całkiem dobrze.
No ja – rzekł Łaskotek.
A może zrobimy mu tatuaż i weźmiemy też rękę? Tatuował ktoś kiedyś? - rzuciłem do bandy Hektora.
No ja kiedyś robiłem tatuaże chłopkom – odezwał się jeden z towarzyszy Łaskotka – ale będzie widać, że jest nowy.
Zawsze możemy rozcieńczyć nieco barwnik, pominiesz kilka kropek i tyle – kontynuowałem – Hektor ze swoimi umiejętnościami wykona ci szkic, a ty tylko wypełnisz linie. I wtedy mamy już dwa dowody.
Nadal twierdzę, że powinniśmy wrócić i powiedzieć, że nam się nie udało – powiedział Dalinar – Ale jako że wy jesteście za tym planem, zróbmy to.
Cóż trzeba zająć się więźniem – powiedział Kejn.
Hektor skinął głową, wstało dwóch jego ludzi i podeszło do klatki.
Wyłaź!
Zostawcie mnie, wy kurwie syny – krzyczał wiezień.
Wyciągnęli go siłą, nie pozostawiając żadnego wyboru. Podszedłem do niego od tyłu i ogłuszyłem go za pomocą Ki, a więzień bezwładnie osunął się na ziemię. Kejn poprosił, aby usadzili go obok Hektora, żeby mógł upodobnić więźnia do niego. Okazało się, że w obozie mają nożyczki. Elf pracował nad jego fryzurą, po czym kazał przytrzymać go mocniej i sztyletem obciął mu pokaźną część ucha. Igo obrócił wzrok. Więzień obudził się z rykiem, ale po chwili zemdlał. Kejn wytarł ranę szmatą i przyglądał się swemu dziełu.
- Tu popraw - powiedział jeden z ludzi Hektora - Za dużo wystaje.
Elf dokonał niezbędnych poprawek.
Dalinarze, mógłbyś zaleczyć jego rany?
Moment, moment – powiedziałem - A blizny na twarzy?
Faktycznie – rzekł elf – Wstrzymaj się Dalinarze - I przystąpił do pracy nad twarzą. Zachowywał się niczym szalony medyk.
Widok był naprawdę nieciekawy, sam odwracałem wzrok.
- No teraz można - powiedział Kejn.
Dalinar podszedł, wyszeptał słowa modlitwy i na naszych oczach rany zaczęły się zabliźniać.
Trzeba przyznać, że podobieństwo było spore. Następnie przystąpili do robienia tatuażu. Po chwili więzień ocknął się, więc ponowiłem zabieg, aby tatuażysta mógł w spokoju pracować.
Dalinarze, nie ukrywam, że jestem zaszczycony, że nie dość, że spotkałem syna przyjaciela, to dodatkowo kapłana Vergena. Może zatem stoczymy pojedynek ku jego czci?
Oczywiście – odparł Dalinar – Pojedynek to zawsze dobry pomysł.
Zgodnie ze starożytnymi zasadami panującymi wśród przyjaciół, do trzeciej krwi czy poddania się? – zapytał Łaskotek.
Myślę, że pojedynek do trzech trafień, to najlepszy pomysł – odpowiedział kapłan. Pozwól, że przed pojedynkiem, pomodlę się do Vergena i nas pobłogosławię.
Łaskotek uklęknął przed Dalinarem, a ten wzniósł modły. Po modlitwach Łaskotek i Dalinar stanęli naprzeciwko siebie.
- Gotowy? – zapytał Hektor.
W odpowiedzi kapłan wykonał zamaszysty ukłon w stronę przeciwnika, po czym starli się w boju.
Pojedynek nie trwał zbyt długo. Jeśli dobrze zauważyłem, Dalinar przegrał dwoma trafieniami. Po ostatnim uderzeniu, Hektor zrobił krok w tył, ukłonił się i podziękował za walkę. Kapłan oddał ukłon i również podziękował. Następnie podeszli do siebie i ścisnęli sobie dłonie.
Po pojedynku wytoczono beczułkę wina i na chwilę zapomnieliśmy o trudnej sytuacji. Tak jak zawsze, wystawiliśmy swoje warty, przyłączając się do wartowników Łaskotka.
Rano, do modłów Dalinara, przyłączyli się wszyscy ludzie Łaskotka. Po śniadaniu Dalinar zerknął na wytatuowaną rękę więźnia i widząc opuchliznę i świeże rany uleczył ją. Tatuaż prezentował się bardzo dobrze.
Czego chcecie? – pytał więzień – Mam przekazać jakąś wiadomość?
O tak, twoja wiadomość będzie miała wyraźny przekaz – powiedziałem.
A na moje słowa roześmiali się ludzie Łaskotka.
- Cóż – odezwał się Hektor - Już czas wyruszyć do gospody. Dotarcie tam lasami powinno nam zająć jakieś trzy dni. Droga traktem jest dłuższa, ale jak pogonicie konie, to wam zajmie tyle samo. Zatem musicie wyruszyć dzień po nas. Wracamy tu każdy na własną rękę.
W drogę zgodnie z planem wyruszył Łaskotek z Czarnym, my odczekaliśmy dzień, a Chudy zaopatrzył nas w prowiant i też wyruszyliśmy w drogę.
Drugiego dnia drogi, z naprzeciwka ujrzeliśmy patrol pod sztandarem barona rodu Baumannów.
Witajcie, jestem sierżant Arno. Służę baronowi Friedrichowi von Baumann, panowi i władcy tych ziem. Powiedzcie co was tu sprowadza i kim jesteście.
Jesteśmy łowcami nagród i polujemy na Łaskotka – powiedział Dalinar pokazując glejt.
Macie jakiś trop? – zapytał zbrojny.
Ogólnie mamy - powiedziałem – Najpierw był atak na barona, potem ponoć zaatakowali kupców i dalej ślad się urywa, więc węszymy tu w okolicy.
No to uważajcie, bo ich ponoć z piętnastu. Powodzenia.
Po czym odjechali.
Następnego dnia dotarliśmy do zajazdu Byczy Łeb. Nie było niespodzianką, że nad drzwiami widniał wypchany byczy łeb. Zajazd otoczony był małą palisadą, lecz brama w niej była otwarta. Na placu, przed karczmą stały dwa wozy kupieckie. Uwiązaliśmy konie i weszliśmy do środka, w karczmie nie było prawie gości.
- Witajcie w mojej skromnej gospodzie - zaczął gospodarz - Podać coś?
Elf wyciągnął glejt z podobizną Łaskotka. Położył przed karczmarzem i powiedział:
Jego szukamy! Widziałeś coś?
Było tu dziś takich dwóch. Przyjechali o świcie w kapturach na głowach. Dużo strawy zamówili i paszy dla koni, ponoć przez góry na zachód się przeprawiać chcieli. Bardzo tajemniczy byli.
Musimy się spieszyć – rzekł Igo.
Przyszykujcie strawy na pięć dni – rzucił Kejn.
Gospodarz przygotował prowiant, Kejn zapłacił, a kiedy wychodziliśmy, karczmarz powiedział:
Mam nadzieję panowie, że złapiecie tego bandytę. Pamiętajcie tedy o gospodarzu Witoldzie.
Kościół na pewno ci podziękuje – rzekł Igo na odchodne.
Na pewno – powiedział karczmarz skwaszonym głosem.
Siedliśmy na konie i podążyliśmy w kierunku wskazanym przez gospodarza. Jechaliśmy tak z dwadzieścia minut, po czym skręciliśmy w las i obraliśmy kierunek w rejon obozu Łaskotka, czyli na wschód. Misja schwytania groźnego przestępcy dobiegła końca.
- Jak coś – rzekł Dalinar – To podążaliśmy ich śladem na zachód. Potem zawrócili, chcąc wrócić na tereny, w których widywani byli wcześniej. Dorwaliśmy ich w nocy, kiedy odpoczywali. Było ich tylko dwóch.
Okazało się, że trafienie na przełaj, nie znając tych terenów, okazało się trudniejsze, niż zakładaliśmy. Nadłożyliśmy spory kawał drogi. Dojechaliśmy do rzeki i dopiero posiadając ją za punkt orientacyjny, udało odnaleźć się obóz. Przybyliśmy tam dopiero czwartego dnia, a Łaskotek był już na miejscu.
Było widać, że przygotowywali się powoli do wdrożenia swojego planu w życie. Zaczęli już segregować rzeczy. Decydowali co mają zabrać ze sobą, a co pozostawią w obozie.
Jak poszło? – zapytał Hektor.
Wszystko zgodnie z planem – odparł Igo.
Ochroniarz w tej gospodzie był dosyć dociekliwy. Chciał nas zatrzymać razem ze swoją ochroną, ale udało nam się z tego jakoś wybrnąć.
To cudownie – odparł Kejn – Wszystko zgodnie z planem. A jak tam mój Łaskotek numer dwa? - zainteresował się elf.
Oceń sam, dobrze go nakarmiliśmy.
Efekt był zadowalający. Postanowiliśmy też, że zabierzemy tylko jedną głowę. Dalinar słusznie zauważył, że ktoś mógłby rozpoznać w nim łowcę nagród i przez chciwość cały plan runie.
Igo, wiem, że ci się to nie spodoba, ale będziesz go musiał delikatnie przypalić. Nałożymy mu bandanę i liźniesz go tym płomienistym czarem – powiedział kapłan.
Będziecie musieli najpierw go zabić, potem ja przypalę mu głowę, a dopiero potem dekapitacja.
Dokładnie, kolejność musi być zachowana – poparł pomysł Igo Dalinar.
Dobra, dawać go – powiedział Kejn.
Hola, hola – wtrącił się Hektor – Od tego to jestem ja.
No dobrze – powiedział Igo - Tylko zabijcie go bez odcinania głowy, nie może być śladów przypalenia na ranie, która przecież powstała po ataku.
To jak ty go zabijesz? – zwróciłem się do Hektora
Poczekajcie chwilę – Łaskotek ruszył do jaskini.
Chwilę później Hektor wyszedł z naładowaną kuszą i podszedł do klatki. Mierząc w jeńca otworzył ją i powiedział:
Wychodź!
Nie, nie! Dokąd mnie zabieracie?! – protestował więzień.
Wychodź, bo cię zastrzelę.
Już idę – człowiek zrobił krok i w tym samym momencie Łaskotek wystrzelił.
Kurczę, coś mi się nacisnęło – poinformował nas Hektor, a więzień osunął się na ziemię, jęcząc głośno.
Dobra – swoje słowa banita skierował do pozostałych dwóch w klatkach – Wychodzić. Dzisiaj będzie szybko i bezboleśnie
Więźniowie stali sparaliżowani strachem. Podeszło do nich dwóch ludzi Łaskotka i doprowadzili go siłą pod pieniek, który nawet nie wiem kiedy przygotowali.
- Tego nie potrzebujecie? - upewnił się Hektor wskazując na ofiarę – Bo wiecie, mamy taki rytuał...
Dwoje ludzi przytrzymało człowieka na pieńku, a Hektor powiedział:
W imieniu Lorda Radnisa, władcy ziemi Ramun, skazuję cię na śmierć – po tych słowach odciął mu głowę, a po chwili sytuacja powtórzyła się z drugim z więźniów. W międzyczasie ostatni, którego postrzelił lord, także zszedł z tego świata.
Połóżcie go na ziemi – polecił Igo.
Ułożyliśmy ciało na ziemi, a Igo podszedł i wyszeptał słowa zaklęcia. Z jego dłoni wystrzeliła struga ognia, która najpierw uderzyła w ziemię, po czym dosyć szybkim ruchem przeciągnął nią po ciele. W powietrze wzbił się nieprzyjemny zapach palonych włosów oraz przypalonego ciała. Banici podnieśli osmalone ciało do pieńka i mimo że były więzień już był martwy, Hektor wypowiedział znaną już nam regułę i odciął mu głowę, a później dłoń. Dalinar przyniósł wór z solą i umieścił tam odcięte części. Nie był to zbyt przyjemny wieczór.
Jest to ostatni wspólny wieczór – powiedziałem – Może już nigdy się nie spotkamy.
Dokładnie – powiedział Hektor – Usiądźmy i napijmy się dobrego wina. Ucztę tą finansują pewni kupcy z Mar-Margot.
Jeśli byłbyś w Mar-Margot, możesz zostawić nam wiadomość w świątyni Vergena – powiedział Dalinar i poinstruował go jak to zrobić – Kapłani dostarczą ja do mnie.
Siedzieliśmy przy ognisku, rozprawiając o tym co się wydarzyło i popijaliśmy wino w nostalgicznej atmosferze.
Rano pożegnaliśmy się serdecznie, życząc sobie powodzenia w nadchodzących przedsięwzięciach, licząc na to, że jeszcze się spotkamy. Igo ostrzegł ich, że w drodze do gospody pod Byczym Łbem, spotkaliśmy patrol i żeby mieli się na baczności. Po tym wszystkim wyruszyliśmy do tawerny Syrenka.
W drodze ponownie powtórzyliśmy wersję wydarzeń. Od podróżnych na trakcie usłyszeliśmy o nieudanym napadzie, ruszyliśmy w tamtym kierunku i doprowadziło nas to do karczmy, w której Łaskotek kupował prowiant. Ruszyliśmy ich tropem i natrafiliśmy na dwójkę bandytów, jednym z nic był Łaskotek. Drugi zginął podczas ataku i został w lesie. Zabraliśmy tylko głowę Łaskotka, jako że mieliśmy tylko jeden worek z solą. Łaskotek walczył mieczem półtoraręcznym, a odziany był w kolczugę.
Kilka godzin później, kiedy jechaliśmy już szlakiem w kierunku Syrenki, dogonił nas kolejny patrol, który zatrzymał się przy nas. Znowu byli to żołnierze w barwach barona.
Witajcie podróżni – odezwał się jeden z żołnierzy.
Witaj – odpowiedzieliśmy.
Pojedziemy chwilę z wami. Opowiedzcie no co was sprowadza na ziemie pana barona. Nie znamy was.
Jesteśmy łowcami nagród – powiedział spokojnie Igo – Właśnie jedziemy do pana barona po nagrodę.
Jak to do pana barona? – zdziwił się zbrojny.
Po jaką nagrodę?
Za Łaskotka – odparł Kejn.
No co wy to, żartujecie?
Pan baron wyznaczył za niego nagrodę – ciągnął Kejn.
Niemożliwe – powiedział naprawdę zdziwiony żołnierz.
Mamy jego głowę – odparł Igo.
Pokażcie – zażądał jeden z patrolu.
Zatrzymaliśmy konie, Dalinar rozsupłał worek i uniósł za włosy głowę wysoko w górę.
-Ja pierdole! Widziałeś Kordo? To chyba on – powiedział podniecony jeden z nich.
Gdzie to się stało panowie?
A za taką karczmą Byczy Łeb, czy jakoś tak. – odparłem
To wam się poszczęściło, a skąd w ogóle jesteście?
Mar-Margot – odparł Kejn.
To już łowców z Mar-Margot ściągają?
No nie do końca. My zlecenie dostaliśmy w Mar-Margot – odparłem – Lecz najpierw jedziemy do pana barona, jako że i on wyznaczył nagrodę.
To my was odeskortujemy – powiedział jeden z członków patrolu i nie była to propozycja – W drogę.
Pod wieczór dojechaliśmy do Syrenki, lecz kiedy chcieliśmy skręcić do tawerny, wojskowy wyraził sprzeciw.
Ależ panowie – powiedział Igo – Jesteśmy długo w siodłach, strudzeni tym polowaniem. Planowaliśmy, że napijemy się dobrego wina i wyśpimy w normalnym łożu. Was oczywiście też zapraszamy.
Dokładnie, głowa przez jedną noc nie stanie się bardziej martwa niż już jest – powiedział Kejn.
No, skoro stawiacie to czemu nie – z uśmiechem powiedział najwyraźniej dowódca patrolu.
Weszliśmy do karczmy, gdzie praktycznie w progu zbrojny władczym głosem zakomenderował:
Karczmarzu piwa! Ci panowie płacą! - po czym wskazał na nas ręką – Oni właśnie dorwali Łaskotka!
Naprawdę? Łaskotka – dopytywał się karczmarz – Ja was znam, byliście tu kilka dni temu!
Ano byliśmy i pytaliśmy o niego – odparł Igo.
Ano pytaliście, ale nie mówiliście, że chcecie go ubić – odparł gospodarz.
A co? – roześmiał się Dalinar – Mieliśmy głosić, że chcemy go zabić?
Polewaj – rzekł Kejn.
Rozmawialiście z nim, gadał coś? - dopytywał karczmarz i tylko my wiedzieliśmy, że w jego głowie krążą teraz najmroczniejsze myśli.
Nie zdążył – odparłem.
No to podwójną kolejkę dla was! – krzyknął karczmarz.
Walka była trudna – powiedział Dalinar – Całkiem sprawnie robił tym mieczem.
Ale przewaga była po naszej stronie – dodał Kejn.
Igo za pomocą magii rozprawił się z nim szybko – kontynuował kapłan.
Potwierdzam panie sierżancie – rzekł gospodarz – Ci ludzie byli tu jakiś czas temu i węszyli. Bałem się nawet przez pewien moment, że to ludzie z jego bandy. Ale jak widać porządne to chłopy. Na koszt gospody. Pijcie ile chcecie! - krzyknął z ulgą gospodarz.
Jak dzbany stały na stole, to zagadał ponownie:
Panowie, a pokazalibyście waszą zdobycz? - zagaił karczmarz.
Nie, to nie widok do jedzenia – powiedział Dalinar.
A pokaż że im, pokaż – mówił już wyraźnie podpity sierżant – Niech widzą, żeście nie oszuści.
Dalinar wyciągnął głowę, szarpnął nią w kierunku gospodarza i krzyknął „Buuu!” Karczmarz aż się skrzywił.
Przygotujcie karczmarzu pokoje dla nas – poinstruował Igo.
To wy panowie pijcie, a my naprawdę zmęczeni jesteśmy drogą i udamy się na spoczynek – powiedziałem.
Rano wyruszymy do barona – dodał Dalinar.
Udaliśmy się do pokoju, lecz wiedząc że karczmarz przychylny był Łaskotkowi, nie traciliśmy czujności i wystawiliśmy warty, lecz nikt nas nie niepokoił.
Wczesnym rankiem zeszliśmy na śniadanie do głównej sali, gdzie cała czwórka żołdaków spała nawalona w trzy dupy przy stołach. Obudziliśmy ich. Wyglądali jak ścierwa.
Karczmarzu może naprawcie ich, musimy zaraz jechać! – krzyknąłem.
Już, już niosę po piwku – odparł usłużnie gospodarz.
Karczmarz podał też śniadanie, a wszystko na koszt tawerny. Kiedy patrol podjadł i popił piwa, wyglądali już prawie dobrze.
- To co panowie? – powiedział sierżant – Czas ruszać, koło południa powinniśmy być u pana barona.
Po kilku godzinach dojechaliśmy do pierwszych wiosek, teren zaczynał robić się bardziej pofałdowany i górzysty. Po kolejnej godzinie, naszym oczom ukazał się w oddali ogromy, stary, lecz w doskonałej kondycji zamek. Górował nad przepływającą poniżej Gadarką. Była to twierdza, która mogłaby przetrwać potężne oblężenie. Kiedy podjechaliśmy bliżej, było widać, że zarządzany jest sprawnie. Na murach nie było widać żadnych ubytków, po blankach kręcili się żołnierze. Bogate proporce z herbem barona zwisały z murów. Było widać, że włada tym zamkiem bardzo bogata osoba. Na przedzamczu tętniło życie, kupcy sprzedawali swoje towary. Gdzie nie spojrzeć trwał załadunek i rozładunek wozów. Za mury z eskortą żołnierzy wjechaliśmy bez żadnych przeszkód. Widok w środku kontrastował z tym co widzieliśmy z zewnątrz. Ponure mury, które samym swym widokiem mogły zniechęcić do ataku, były jakby częścią innego świata. Tu panował ład, porządek i piękno. Bogate pomniki, starannie przystrzyżone rośliny, utrzymane w ładzie ścieżki. Bardziej przypominało to pałac niźli potężną warownię u stóp gór. Przepych bił z każdej strony. Podjechaliśmy do stajni, a kiedy tylko zeszliśmy z koni, stajenni zajęli się wierzchowcami.
- Poczekajcie tu panowie – powiedział sierżant – Ja poinformuję kapitana.
Staliśmy w oczekiwaniu. Widocznie pozostali żołnierze z patrolu nie umieli trzymać języka za zębami, bo już po chwili czuliśmy wiele spojrzeń na sobie. Co niektórzy kupcy wskazywali nas palcami i szeptali coś między sobą. Czekaliśmy tak dobry kwadrans, po czym z jednego z budynków podszedł do nas grubszy jegomość, dopinający jeszcze po drodze pasa.
- Witam, jestem tu dowódcą – oznajmił przybyły – Zapowiem was u pana barona. Pan baron jest dzisiaj u siebie.
Kapitan prowadził nas przez bogate zamkowe korytarze, aż doszliśmy do ogromnych drzwi, strzeżonych przez dwóch strażników. Kiedy zobaczyli nas w towarzystwie kapitana otworzyli je przed nami. Weszliśmy do sali audiencyjnej, pełnej dworzan oraz kupców. Na końcu sali stały trzy trony. Na środkowym siedziała osoba odziana w bogate szaty, rysy twarzy zdradzały jej arystokratyczne pochodzenie. Człowiek ten miał około pięćdziesiątki, długie czarne włosy i strój w takim samym kolorze. Przyozdabiały go wspaniałe złote dodatki, a dłoni trzymał bogato zdobiony kielich. Po jego prawej stronie siedziała młoda kobieta, miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Ubrana była w bogatą suknię, a jej uroda porażała. Po lewej stronie siedział elegancko ubrany, lecz pokrzywiony bardzo, wiekowy dziad. Wygląd jego twarzy wyrażał pogardę dla wszystkich, których obserwował przymrużonymi oczami. Kiedy weszliśmy, gwar rozmów ucichł jak ucięty nożem.
- Kiedy podejdziecie, uklęknijcie lub wykonajcie głęboki pokłon – poinstruował nas kapitan.
Kapitan podszedł przodem, skłonił się głęboko, po czym szeptem wytłumaczył coś osobie spoczywającej na środkowym tronie. Po chwili osoba ta skinęła na nas ręką, abyśmy podeszli. Wykonaliśmy polecenie. Ukłoniłem się dwornie. Znajomość obyczajów szlacheckich kazała czekać mi, aż to on odezwie się pierwszy. Mężczyzna nachylił się do kobiety i coś do niej szepnął po czym rzekł do nas:
Coście za jedni?
Mości panie baronie, jesteśmy grupą łowców, którzy polowali na niejakiego Łaskotka, który to niepokoił te ziemie. Baron Heinrich dał nam na niego zlecenie – tu mężczyzna mi przerwał.
Chyba lord. Nie przypominam sobie, aby mój kochany kuzyn dorobił się tytułu barona – po tych słowach sala wybuchła śmiechem.
Upraszam się wybaczenia, nie jestem z tych ziem i nieobytym.
Niejeden usiłował już sprzedać tę śpiewkę, lecz nie był wstanie jej udowodnić. Wczoraj dwóch takich powiesiłem na murach. Pokażcie co tam macie w tym worku.
Powoli podszedłem do niego i po wykonanym ukłonie, pokazałem najpierw rękę, a później głowę.
Obrzydlistwo – rzekł – Schowaj to. Wystarczy. Skąd jesteście i dla kogo pracujecie? - rzucił pytanie baron.
z Mar-Margot panie. Kościół wyznaczył zlecenie.
Jak to kościół? Nic mi o tym nie wiadomo. Co to ma znaczyć? – mężczyzna w czarnym stroju powiedział oburzony.
Kejn podszedł do mnie i dał mi glejt, a ja podszedłem z nisko opuszczoną głową i pokazałem go władcy. Ten obejrzał go i oddał po chwili. W tym momencie skrzeczącym głosem odezwał się staruch, siedzący po jego lewej stronie:
Kłamią, na pewno kłamią. Do wody z nimi.
Opowiedzcie zatem dobrzy ludzie, wszystkim tu zebranym, jak to się stało, że dorwaliście Łaskotka. Chcielibyśmy się dowiedzieć jak sobie poradziliście – rzekł ubrany w czerń baron.
W te okolice o panie – zacząłem – Skierował nas nasz mocodawca, który stracił tu swego człowieka. Wyruszyliśmy zatem do wsi Roskanna i zaczęliśmy tam zaciągać języka, ale miejscowi nie byli w posiadaniu wiedzy, która by nam pomogła. Zaczęliśmy krążyć po okolicy, a kiedy byliśmy w tawernie Syrenka, jeden z flisaków przywiózł ze sobą wiadomość, że na życie pana barona zamach uknuto, więc pomyśleliśmy, że skoro ta grupa ponoć taka liczna, to może to oni się poważyli. Wywiedzieliśmy się gdzie pana siedziba i w tych okolicach zaczęliśmy krążyć. Widać Łaskotek jednak sprytniejszy był od nas, bo na nic nie natrafiliśmy. Dopiero, gdy ruszyliśmy dalej na zachód, doszły nas słuchy, że zaatakowano na trakcie kupców.
Kapitanie, prawda to? - zapytał baron.
Tak prawda, to kilka dni temu zaatakowano kupców.
Opowiadaj dalej chłopcze.
Tym szlakiem udaliśmy się na zachód w kierunku kolejnej karczmy, zwącej się Byczy Łeb i tam, szczęśliwym losem, okazało się, że kilka godzin przed naszym przybyciem, ktoś podobny do osoby z glejtu, kupował większe zapasy prowiantu i paszy dla koni. Dociekliwy karczmarz dopytywał po co im tyle zapasów, skoro tylko we dwóch są, a tamten odpowiedział, że razem z kompanionami za góry będą ruszać.
No dobrze, dobrze i co było dalej – dopytywał znudzony już chyba opowieścią baron.
Pokazaliśmy gospodarzowi glejt i mimo że osobnik ten był zakapturzony, karczmarz dostrzegł blizny na jego twarzy, takie jak i na liście gończym. Jego ludzie wskazali nam kierunek, w którym odjechali. Muszę przyznać panie, że tropicielem jestem dosyć zręcznym, dzięki czemu wypatrzyłem ich ślady, kiedy to z traktu w las zboczyli. Przed zmrokiem udało nam się w lesie zaskoczyć Łaskotka i jego kompaniona.
I zarżnęliście go jak świnię – powiedział baron.
Może nie jak świnię, gdyż naprawdę zręcznym był szermierzem, ale ponieważ byli zaskoczeni i było ich tylko dwóch, daliśmy im radę.
A co on taki jakiś osmolony? – dopytywał władca – W ognisko go wrzuciliście czy co?
Nie panie, nasz kompan para się magią i w trakcie walki użył magicznych płomieni.
Igo skłonił się nisko.
Witam panie.
Witam, witam adepta sztuk czarodziejskich – powiedział baron.
A także witam panią – swoje słowa ku naszemu zaskoczeniu skierował do kobiety siedzącej obok – Miło znów panią widzieć.
Kobieta odezwała się:
Potwierdzam panie baronie, iż czarownik to jest z Gryfa Górskiego. Licencjonowany.
Zostawcie nas – zwrócił się baron do ludzi w sali, a strażnicy pospiesznie zaczęli wszystkich wyprowadzać.
Ponownie odezwał się starzec:
- I co mam uwierzyć, że tyle lat starań i nam się nie udało, a wy łachmyty go zarżnęliście?! Wam się udało?!
-Aalbo on miał panie pecha albo my szczęście – odparłem.
Mówił co przed śmiercią? - Dopytywał dziad.
Nie zdążył – odparłem.
A reszta brygady? – nie poddawał się dziadyga.
Był z nim tylko jeden, bronili się do samego końca. Przepraszam, skłamałbym mówiąc, że nie powiedzieli nic. Krzyczeli, że łowcy to parszywe psy.
A gdzie jest reszta tej bandy, wiecie?
Niestety nie – odparłem.
Może się rozpierzchli – powiedział dziad do barona.
Łowcami jesteście, dla kogo pracujecie dokładnie? – zapytał baron.
Dla Camaralczyków panie.
Macie jakieś potwierdzenie na to, że jesteście Camaralczykami?
Wyciągnęliśmy swoje medaliony.
Camaral to podobno solidna firma – rzekł baron – Dobrze. Zostawcie głowę mojemu kapitanowi, zostaniecie wynagrodzeni. Ile to tam było? Dwanaście? Czternaście?
Nie, nie panie baronie. W ubiegłym miesiącu kazał pan podwyższyć do dwudziestu – odparł kapitan.
Oo do dwudziestu. Niech zatem będzie.
Panie, jeśli mogę jeszcze coś powiedzieć – ponownie się skłoniłem – Jak najbardziej głowę i dłoń możemy zostawić, natomiast, czy byłby pan baron łaskaw, aby wydać glejt, że tu została, ponieważ musimy ze swego zadania rozliczyć się w Mar-Margot z mocodawcami.
Nie, nie. Nie będzie żadnych glejtów. Dacie nam głowę na jeden dzień, powisi sobie na murach, aby ludzie pooglądali. Straż będzie jej strzegła jak oka w głowie. A potem sobie pojedziecie – rzekł baron.
Dziękujemy o panie i rozumiemy, lud musi wiedzieć, że władca dba o swoje ziemie – dodałem.
Dokładnie, dokładnie – odpowiedział – Kapitanie, zajmijcie się tym, niech to jakoś wygląda – rzekł baron znudzonym już mocno głosem – Niech ci głupi wieśniacy wiedzą, że to prawda, bo zaraz zaczną sobie wymyślać innego bohatera. Jak się na niego napatrzą, to zrozumieją, że z tej ścieżki idzie się tylko na szafot.
Tak, oczywiście – powiedział kapitan, po czym zabrał worek z solą.
A wy zaznajcie dziś gościny w moich skromnych progach, dostaniecie pokoje sypialne. Muszę wam podziękować, szczerze mówiąc deptaliśmy im po piętach, ale cały czas nam się wymykał. Jestem zadowolony.
Cały zaszczyt po naszej stronie, że mogliśmy pracować dla tak znamienitego człowieka – odparłem.
Kapitanie jutro oddacie im zawartość worka, kiedy będą opuszczać zamek i wypłacicie im nagrodę. Dobrze, możecie odejść.
Ukłoniliśmy się każdy jak najlepiej potrafił, a kapitan wyprowadził nas do wyjścia, potrząsnął workiem i zapewnił, że jutro go zwróci. Nagle podszedł do nas służący i oznajmił:
- Zaprowadzę teraz panów do komnat, zamówię także kąpiel.
Kejn powiedział po cichu:
Nigdy nie posądziłbym cię o takie lizodupstwo.
To nie lizodupstwo, tylko etykieta – odparłem.
Ja to odebrałem inaczej – powiedział Igo – I nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale dobra robota Tsume.
Nawet nie wiesz Kejnie, ile mnie to kosztowało – zapewniłem.
Służący zaprowadził nas do bogatej komnaty, gdzie nasze oko przykuł stolik z dużym dzbanem wina i srebrnymi pucharami, pokrytymi grawerami z herbem barona. Zasiedliśmy od razu do wina.
Panowie, jak kąpiel będzie gotowa dam znać – powiedział służący i wyszedł.
Chłopaki, idziemy spać, bierzemy nagrodę i spierdalamy bez ociągania. Mam złe przeczucia co do tego miejsca – powiedziałem, a potem zwróciłem się do Igo:
A co to była za dupka?
A taka tam znajoma z czasów szkoły – odparł mag.
No ale zamoczyłeś, czy nie?
No jak w czasach szkoły, to na pewno nie – rzekł Kejn.
No tak nie pomyślałem.
Czy to ona mogła go ochronić przed zamachem? - dopytywał elf.
Myślę, że tak – odparł Igo.
A i panowie, jak przyjdzie służący, nie pytajcie o dziwki, mimo że mi się też chce – doradziłem.
A co? To niezgodne z etykietą? - zapytał Kejn.
Co poradzić, etykieta ma swoje minusy... – wzruszyłem ramionami.
Chwilę później wszedł służący i oznajmił, że kąpiel jest gotowa. W łaźni zamkowej zażyliśmy długiej kąpieli w gorącej wodzie. Przez cały czas służki dolewały nam wybornego wina. Zapewniono nam czyste ubrania, a nasze wzięto do prania. Wróciliśmy już lekko podpici do pokoju, a po kilku minutach znów zjawił się służący, tym razem inny. Długo się nam przyglądał, oceniając nasze rozmiary. Wyszedł i po jakimś czasie przyniósł nam eleganckie ubrania. Kazał się w nie ubrać i zaprowadził nas do sali, w której odbyła się audiencja. Posadzono nas przy długim stole wraz z innymi, dosyć daleko od stołu barona. Zarówno baron, kobieta, jak i dziadyga siedzieli na swoich miejscach, zmieniły się natomiast ich szaty. Jedzenie i wino było wyborne, delektowaliśmy się nim i mimo że nikt nas nie zaczepiał, chyba każdy z nas czuł się tu nie na miejscu. Powiedziałem, że jeśli nadejdzie czas, w którym nikt już nie odczyta tego za obrazę, dam znak i udamy się do komnaty. Igo w pewnym momencie powiedział, że musi nas na chwilę przerosić. Zapytałem czy idzie porozmawiać z tą dupką i nie zaprzeczył. Nie było go prawie godzinę. Przyszedł do stołu z widocznym na twarzy uśmiechem.
Chuchnij – powiedziałem – Czy rybą nie zalatuje. Co tak suszysz zęby?
Bo wszystko poszło zgodnie z planem, to się cieszę – odpowiedział Igo.
Z kolacji najpierw wyszła kobieta, potem dziadyga, a na końcu baron. To był znak dla dworzan, że wszelkie maniery są zbędne. Zrobiło się znacznie głośniej, a wino lało się strumieniami. Uznałem to za doskonały moment do powrotu do komnat.
Igo powiedział nam po drodze:
Jeśli macie coś ciekawego do powiedzenia, zróbcie to po drodze.
Ściany mają uszy – rzekł Kejn.
Od razu poszliśmy spać, a rano ponownie zaproszono nas do sali audiencyjnej. Sala doprowadzana była do porządku po wczorajszej uczcie. Na stołach, ławach, a gdzieniegdzie i pod stołami, spali ludzie. Znaleziono dla nas czyste już miejsce, a służka zaraz podała jedzenie i wino. Barona oraz jego towarzyszy nie było. Po śniadaniu podszedł do nas służący.
- Zaprowadzę panów do pana kapitana po odbiór nagrody, później proszę udać się do komnaty i tam zostawić ubrania. Wasze, wprawdzie jeszcze lekko wilgotne, czekają na panów w pokoju. Pocerowaliśmy je trochę. A teraz zapraszam.
Służący zaprowadził nas do strażnicy, w której oczekiwał nas kapitan. Przed strażnicą kłębił się tłum petentów. Służący poprowadził nas od razu do środka.
Panie kapitanie, łowcy.
Tak, tak, wchodźcie – odparł kapitan.
Usiądźcie – podał nam pergamin – Podpiszcie
Podpisaliśmy dokument, a kapitan wręczył nam sakiewkę.
No, co jeszcze mogę rzec. Kiedy wyruszacie?
Jak najszybciej – powiedział Dalinar.
Aa, jak będziecie wychodzili, to głowę ściągnijcie sobie z włóczni. Jest przed bramą. Gdyby były problemy to dajcie znać.
Wracaliśmy do swej komnaty, kiedy ktoś wyszedł z tłumu i nas zaczepił:
- Cześć, pamiętacie mnie? Bo ja was pamiętam. Robert jestem. Człowiek barona. Spotkaliśmy się w Białej Osadzie. Włamaliście się tam do domu sołtysa i ukradliście mu pieniądze, które należały do barona. Może teraz sobie przypominacie?
Cisza. Zaskoczył nas. Rzeczywiście był to jeden z żołnierzy barona, który przebywał wtedy we wsi.
To co dogadamy się jakoś? Słyszałem, że dostaliście dwadzieścia złotych ambardów. Odpalcie pół i nic nie powiem.
Ale niby co chcesz powiedzieć? – zapytał Kejn.
Że okradliście sołtysa, czyli człowieka barona i jego pieniędzy.
Nikt nikogo nie okradł – odparł elf.
Chyba wiesz, że to było nieporozumienie, a ja siedziałem z tobą skurwysynu i cały czas mierzyłeś do mnie z kuszy – powiedziałem – Uwierz mi, za chwilę będziesz martwy tutaj.
Co ty myślisz, że jesteśmy byle pętakami? – zapytał Igo.
Po raz kolejny gniew przyćmił mi rozsądek. Z moich palców wysunęły się szpony i chwyciłem Roberta za gardło.
Wszyscy tu widzieli, że nas zaatakowałeś, a po drugie od wczoraj my tu jesteśmy bohaterami, a nie ty – cedziłem przez zęby.
Dobra, przepraszam, odpalcie chociaż trochę.
Za chwilę odpalę ci w pysk – powiedział Kejn.
Za chwilę zacisnę te ręce i będziesz trupem – cedziłem dalej przez zęby.
Nic nic nie widziałem.
Puściłem go, a on pospiesznie schował się w tłum. Gdy gniew zelżał, przeklinałem się za swoją nieostrożność. Znów miałem rację co do mego przeczucia, które już wczoraj krzyczało, żeby spierdalać stąd jak najprędzej. Szybkim krokiem, bez zbędnej zwłoki, udaliśmy się do komnaty, ubraliśmy nasze ciuchy, które co prawda były wilgotne, ale dzień był ciepły. Odebraliśmy wierzchowce, a po wyjściu upomnieliśmy się jednego ze strażników o głowę. Zapakowaliśmy ją do wora i wyruszyliśmy w kierunku Mar-Margot.