Siedzieliśmy nadal przy ognisku dyskutując, kiedy tuż obok nas na ziemię padło dwóch młodych chłopców i zaczęło się okładać po twarzach. Jeden z nich, wyraźnie silniejszy, zerwał w pewnym momencie coś z szyi drugiego. Naszym oczom ukazał się medalion Camaralczyków. Odruchowo sięgnąłem pod koszulę, mój był na swoim miejscu. Dalinar spojrzał w kierunku naszych plecaków i podbiegł tam. Szybko szperał w swoim plecaku, po czym krzyknął:
- Oddawaj to!
Po chwili podszedł do niego chłopak ze spuszczoną głową. Ręką ściągał naszyjnik.
Proszę, tamten chciał to panu ukraść, to mu zabrałem – i oddał kapłanowi amulet.
Dobrze, że jesteś uczciwy – powiedział Dalinar, pogrzebał ręką w sakiewce i podał chłopakowi srebrną monetę.
Od tego czasu czujniej spoglądaliśmy w kierunku naszych pakunków. Siedzieliśmy jeszcze chwilę, kiedy nagle, jak na komendę, wszystkie dzieci z okrzykami „Tato, tato!” pobiegły w kierunku lasu. Zza linii drzew wyłaniało się kilkunastu mężczyzn. Wśród nich było także kilku starszych chłopców, którzy zapewne zaczynali swoją przygodę z myślistwem. Po chwili do dzieci dołączyły też kobiety, aby przywitać swoich mężów. Dzieci wskazywały na nas palcami coś opowiadając. Po chwili cała grupa ruszyła w naszym kierunku. Na czoło tego pochodu wysunął się około trzydziestoletni, mężczyzna, przez ramie miał przewieszony łuk. Większość nadchodzących miała łuki oraz skórzane torby przewieszone przez ramie. Wszyscy byli lekko zarośnięci. Widać na polowaniu byli kilka dni. Grupa rozmawiała w dziwnym obcym języku. Mężczyzna, który szedł przodem ukłonił się i powiedział.
- Witajcie, zwą mnie Malik – mówił z dziwnym akcentem – Jestem oczami i ustami tej osady. Przyjmijcie naszą gościnę.
Po tych słowach wykonał ręką gest, po którym z tłumu wyszła kobieta, niosąca pokrojony chleb. Zatrzymała się przed nim. Malik wziął kawałek chleba i wsadził do ust. Kobieta po kolei podchodziła do każdego z nas. Poczęstowaliśmy się i w ciszy zjedliśmy po kromce chleba.
Malik ponownie wykonał gest i z tłumu wyszedł chłopak niosący dzban. Począwszy od mężczyzny, nalał nam do kubków piwa. Kiedy wypiliśmy, dzieci oraz kobiety, wyraźnie uśmiechnięte, zaczęły radośnie coś wykrzykiwać. Reszta mężczyzn rozeszła się do domów. Po chwili dwóch z nich przysiadło się do ogniska ze skrzypcami i zaczęli grać. Za chwilę dołączył jeszcze jeden, który zaczął śpiewać coś w dziwnym języku. Zapanowała atmosfera festynu. Reszta zaczęła wyciągać z domów i stodół ławy i stoły. Część oprawiało przyniesioną zwierzynę, a nad wszystkim niosła się muzyka. Malik wydał kilka poleceń w swoim języku i stoły zaczęły zapełniać się dzbanami, misami z owocami oraz warzywami. Gdy wszystko było gotowe, część ludzi siedziała przy stołach popijając piwo, a reszta tańczyła niedaleko ogniska w takt grającej muzyki.
No, w końcu jest chwila, aby porozmawiać – odezwał się Malik.
Witaj – odparliśmy jednocześnie.
Miło widzieć, że wioska świętuje szczęśliwy powrót myśliwych – powiedział Kejn.
Rzadko odwiedzają nas goście – powiedział mężczyzna – Jak was zwą?
Przedstawiliśmy się po kolei.
Cóż, zawsze radujemy się na widok gości – powiedział Malik.
To, to z naszego powodu? - zdziwił się Kejn.
Oczywiście - odparł mężczyzna – Jak już mówiłem, takie odwiedziny nie zdarzają się u nas często.
Myślałem, że witacie myśliwych – odparł elf.
Nasi bogowie mówią, że wszystkich podróżnych należy godnie ugościć – wytłumaczył Malik – wszystkim tym czym się ma. Zatem czujcie się tu jak u siebie w domu, dobrze i bezpiecznie, abyście nie opuścili naszej osady w smutku.
To miłe z waszej strony i niespotykane – dodał Igo.
Napijmy się – powiedział nasz gospodarz i wzniósł kufel - Cóż was sprowadza w te rejony? Większość ludzi uważa je za koniec świata.
Ano przeszliśmy już kawał świata, ale mamy konkretny cel – wytłumaczył mag – Ja jestem uczonym. Zajmuję się różnymi tematami związanymi z historią...
Tu mężczyzna przerwał.
Aaa i niech Malik zgadnie, potrzebujecie naszej pomocy?
Dokładnie, nie pojawiliśmy się tu przypadkiem – kontynuował Igo – Przygotowuję się do napisania księgi. Nie wiem panie czy jesteś w posiadaniu takiej wiedzy, ale badam Zagadki Menhirów.
Zagadki Menhirów. Hmmm. To jakieś uczone sprawy, a my jesteśmy prostym ludem. Żyjemy tu w zgodzie z naturą.
W tej okolicy znajduje się menhir, który ma na sobie wyrytą zagadkę lub jej część – tłumaczył dalej mag – Zależy mi, aby go zobaczyć i zbadać.
A chodzi wam pewno o Głowiastą Polanę – ożywił się Malik – Zapewne mówicie o tym starym kamieniu elfów.
Może to być to – rzekł Igo – Wiem, że ten kamień znajduje się w okolicy siedziby trolli, dlatego też odrobinę mnie to martwi. Szukamy przewodnika, który mógłby nam go wskazać. Oczywiście postaramy się to odpowiednio wynagrodzić.
No tak. Malik wam pomoże, lecz musicie wiedzieć, że to niebezpieczne tereny. I zdarzali się już ludzie, którzy stamtąd nie wracali.
Zabawa wokół nas przybierała na sile, coraz więcej par tańczyło, a nad ogniskiem piekło się mięsiwo. Igo kontynuował rozmowę.
Możesz nam powiedzieć coś o tym kamieniu?
No cóż tu mogę powiedzieć. Jest taka polana, gdzie stoi stary, elfi kamień. Jak pewno powiedzieli wam w osadzie krasnoludów, prowadzimy mały handelek z trollami. Oni tolerują nas, my ich. Można by rzec, żyjemy z nimi w symbiozie.
A co znajduje się na tym kamieniu? – nie dawał za wygraną mag.
Elfie bazgroły – odparł Malik – Lecz to nie na moją głowę.
A daleko znajduje się ta polana? - dopytał Dalinar.
Niecałe dwa dni drogi – odparł mężczyzna – Lecz trzeba się mieć już tam na baczności, to teren Dahijczyków.
Czy trolle patrolują ten teren? - zapytałem.
Czasem tak, to już tylko godzinę od ich wioski. Więc będziecie musieli bardzo uważać. Ja do samego kamienia was nie zaprowadzę – tłumaczył Malik – Mogę zaprowadzić was do ścieżki, która zawiedzie was do celu. To godzina drogi od Głowiastej Polany.
Czyli rozumiem, że jeśli wychodzi do wymiany dóbr, to nie naruszacie swoich granic? - dopytywał Kejn.
Ależ naruszamy, ale za obopólną zgodą. U mnie jesteście gośćmi, ale oni już was tak nie przyjmą. Dahijczycy nie zrozumieją waszego pragnienia poszerzania wiedzy.
Czy zatem możemy liczyć na to, że nas tam zaprowadzisz? - zapytał Igo.
Oczywiście, lecz będzie was to nieco kosztować. Potrzebujemy pomocy z zewnątrz, musimy zakupić czasem narzędzia i inne niezbędne rzeczy, których sami nie wytwarzamy. Z reguły biorę złotego ambarda od głowy, lecz wam dobrze z oczu patrzy i policzę połowę.
Dwa ambardy za tam i z powrotem – doprecyzował elf.
Aaa, tam i z powrotem – powiedział Malik – O tym nie było mowy. To razy dwa. Lecz i na powrót dam wam zniżkę. Góry te są zdradliwe i bez znajomości naszych ścieżek musielibyście się wspinać. A my przeprowadzimy was bezpiecznie. Trzy ambardy za wszystko i się dogadamy.
Chyba nawet tyle nie mamy – odparł Igo.
Do diaska – zaklął mężczyzna – A ile macie?
Umówmy się tak – zaproponowałem – Dwa ambardy dostaniecie teraz, a kolejnego jak wrócimy. Większość pieniędzy zdeponowaliśmy w wiosce krasnoludów.
Malik to przemyśli, lecz to chyba uczciwa umowa.
A ile możecie na nas poczekać? - dopytałem.
Myślę, że jeden dzień. A za każdy kolejny dodatkowe pół ambarda – odparł traper.
Zróbmy inaczej – zaproponowałem – Jako że nie wiemy ile czasu będzie nam potrzebne, to pierwsze dwa dni w cenie. A potem, za kolejny dzień pół złotego ambarda, lecz nie od głowy. Jako że będziecie niedaleko od kamienia, po dwóch dniach damy wam znać czy macie czekać.
Dobrze, ale wiedzcie – powiedział Malik – że na noc będziemy wycofywać się poza terytorium trolli. Nasze umowy, naszymi umowami, ale są pewne zasady, których nie będziemy łamali.
To uczciwa propozycja – rzekł Dalinar.
A co powiesz nam o Dahijczykach? - zasypał go pytaniami Igo – Czy patrolują te ziemie? Czy są dobrymi wojownikami? Czy jest duża szansa, że na nich natrafimy? Czy jest szansa się z nimi porozumieć? I czy byłeś w ich wiosce?
Malik zaczął odpowiadać na zadane pytania.
Możecie spodziewać się patroli, lecz nie wiem jak licznych i jak częstych. Więc miejcie się na baczności. Wojować z nimi nie radzę, a w wiosce nigdy nie byłem. Był tylko Rudy dawno temu, lecz jest mocno specyficzny i nie wiem czy wam w czymś pomoże. Ale po co wam wiedzieć gdzie jest wioska? Pakując się tam ryzykujecie niemal pewną śmierć. Ich społeczność liczy kilkuset osobników.
A macie jakiś sposób, po którym was rozpoznają? - zapytałem.
Tak mamy. Kiedy wchodzimy na ich terytorium, używamy dzwoneczków. Wtedy z daleka wiedzą, że się zbliżamy - odparł traper.
Czy moglibyście zaopatrzyć nas w takie dzwonki? - dopytywałem.
Niestety nie, to byłoby za duże zagrożenie dla naszej osady. Trolle mogłyby to źle odebrać.
Czy po tamtym terenie można poruszać się konno? - zapytał Igo.
Od biedy można, lecz konie są ich przysmakiem i wyczuliby je z bardzo daleka. Co tylko ściągnęłoby wam ich na głowy. Zatem, jak zapewne się domyślasz, odradzam teaki pomysł. Lepszym pomysłem będzie, jeśli rumaki zostawicie u nas. Chłopaki je objeżdżą po okolicy, będą tu bezpieczne. A teraz odpocznijcie, bawcie się. Ja muszę dopilnować kilku rzeczy. Jeśli zatem jesteście zainteresowani, wyruszymy jutro rano. A i jeszcze jedno. Jak natrafię na Rudego, podeślę go do was. Może uda wam się coś z niego wyciągnąć.
Po tych słowach wstał i odszedł w kierunku jednego z domostw, a ja się odezwałem do braci:
- Ja tu chyba zostanę. Cóż za beztroskie życie. Wstajesz i w dupie masz problemy całego świata. Zjesz co upolujesz, masz to co zrobią własne ręce. Po prostu płyniesz na fali życia.
W tym co mówiłem była odrobina prawdy, lecz tak naprawdę żartowałem. Ostanie miesiące oswoiły mnie z myślą, że raczej nie umrę ze starości w łóżku i nawet mi ta świadomość nie przeszkadzała.
Kiedy skończyłem mówić, podeszła do mnie młoda kobieta. Jej egzotyczna uroda tylko dodawała jej uroku. Chwyciła mnie za rękę.
Zatańcz ze mną – i pociągnęła mnie wśród tańczących ludzi.
No teraz to na pewno już tu zostanie – usłyszałem słowa Igo oraz śmiech braci.
Nasz taniec trwał dobre pół godziny, dosyć szybko podłapałem kroki oraz kombinacje ludzi skaczących przez ognisko. Co jak co, ale skakać to ja potrafię. Moje wysokie skoki wzbudziły entuzjazm bawiących się ludzi. Kiedy wracałem do braci, kilku z nich przyjacielsko poklepało mnie po plecach.
Usiadłem spocony i wypiłem kufel piwa.
- Czy mówiłem już wam, że tu zostaję? - roześmiałem się wesoło.
Siedzieliśmy, jedząc i podziwiając kobiety tańczące w długich, wielokolorowych sukniach. Przez chwile nasze problemy zostały daleko w tyle. Nagle dosiadł się do nas, bez słowa, mężczyzna o czarnych włosach i piegowatej twarzy, co jakoś dziwnie kontrastowało. Jego piegi w świetle ogniska były jeszcze bardziej widoczne. Uśmiechał się do wszystkich i wszystkiego. Jego zęby były niemożliwie krzywe, a kilku brakowało.
Jak cię zwą? - zapytał Dalinar.
Ja Rudy, Rudy - uderzył się ręką w pierś. Po tych kilku słowach wiedzieliśmy dlaczego Malik wątpił, aby Rudy był dla nas pomocny.
Witaj Rudy, właśnie z tobą chcieliśmy rozmawiać – powiedział Kejn, a w odpowiedzi usłyszał:
Ja Rudy, Rudy.
Ja jestem Kejn – powoli tłumaczył elf.
Kejn – powiedział Rudy wskazując na siebie.
Nie, ty Rudy, ja Kejn – tłumaczył Kejn – Podobno byłeś w wiosce trolli.
Tam! Ja! tam yyyy – odparł Rudy.
Jak przeżyłeś? – nie dawał za wygraną elf.
Wielka! Wieelka rzeka, rzeka! Ja rudy, rzeka – opowiadał z zapałem Rudy - Dużoo dużooo, koło, wielka rzeka. Ja Rudy.
No pytaj, pytaj – mówił Dalinar szyderczo do Kejna – Dogadacie się!
Wybuchnęliśmy śmiechem.
Rudy wziął patyk i zaczął rysować coś na ziemi.
- Ja rzeka, rzeekaaa. Rudy! Rzeka tam. Troll troll troll torolllo. Rzekaaa, szczyty. Szczyty tu być, ja Rudy.

Może to jakaś dolina, przez która płynie rzeka – zgadywałem.
Zapytaj się Rudego, na pewno ci wyjaśni - zrezygnowany odparł Igo.
One wrzucać wrzucać, duuuużo wrzucać – kontynuował bez składu kaleka.
Wrzucały coś do rzeki? - nie poddawał się Kejn.
Wstałem i podszedłem do dziewczyny, z którą tańczyłem.
Mam takie pytanie, czy ktoś dobrze komunikuje się z Rudym?
Niestety nie, on od dziecka był przygłupi – odparła piękna dziewczyna i porwała mnie do tańca - Kiedyś zgubił się w lesie i trafił do osady trolli, a po powrocie był już taki jak teraz. Od tego czasu nikt go nie rozumie - odparła ze smutkiem.
Podziękowałem za taniec i wróciłem do braci. Dziewczyna widocznie zalecała się do mnie.
Opowiedziałem braciom jej krótką opowieść. Kejn wywnioskował jakoś z tego bezsensownego zlepka słów, którym uraczył nas Rudy, że trolle wrzucają ciała do rzeki.
A gdzie mieszkają trolle – spróbował Dalinar – Pod ziemią?
Duża duuuuża trollolo duża jest – odparł Rudy z zapałem – Konie, konie jeść dużo konie.
Widząc, że nic konkretnego nie dowiemy się od wioskowego głupka, odesłaliśmy go do domu. Wstał i niezdarnym tanecznym krokiem poszedł w głąb wioski. Po chwili ponownie porwała mnie do tańca młoda kobieta. Widać było, że wino i taniec rozpaliły w niej żądze. Broniłem się przed pożądaniem, nie chcąc urazić tutejszej społeczności, lecz kobieta była bardzo przekonująca. Sama zaciągnęła mnie bez skrepowania w las i tam oddaliśmy się namiętności. Po wszystkim z głupim uśmiechem na twarzy wróciłem do ogniska. Chwilę później przyszedł Malik.
- Już jestem, łóżka przygotowane. Zapraszam, zapewne jesteście strudzeni.
Wstaliśmy i poszliśmy za nim do jego chaty. Miałem tylko nadzieję, że nie zastanę tam młodej kobiety, z którą przed chwilą spędziłem miłe chwile. Gdyby wydało się, że przespałem się z jego siostrą, bo na córkę raczej nie wskazywał jej wiek, trolle mogłyby mieć dostawę świeżych ludzi. Na szczęście to nie było jej domostwo. Malik zaprowadził nas najwyraźniej do swojej sypialni, gdzie obok małżeńskiego łóżka, na ziemi przygotowane były dodatkowe posłania.
- Ależ Maliku – zacząłem – Mogliśmy spać w kuchni lub stodole, nie trzeba było oddawać nam swego pokoju.
„Wystarczy, że oddała mi się wasza kobieta” - pomyślałem.
- Ależ trzeba było – odparł Malik – Moi goście, to moi panowie.
Podziękowaliśmy i udaliśmy się na spoczynek. Jak zawsze w takiej sytuacji wybrałem miejsce na ziemi. Jakoś nigdy nie dbałem zbytnio o wygody podczas snu.
Spałem jak zabity. Pierwszy raz nie obudziłem się na poranne medytacje. Może to z powodu snu, który mnie nawiedził. Widziałem trzech trenujących mnichów. Każdy trenował inne ruchy.
Jeden z nich, często stał na jednej nodze i skupiał się na atakach dłońmi. Końce jego palców były złączone, tak jak kiedy za pomocą świecy rzuca się cienie na ścianie, aby przypominały dziób. Wojownik często przeskakiwał z nogi na nogę, to w przód, to w tył, wykonując szybkie pchnięcia dłońmi.
Drugi ręce trzymał blisko ciała, cały falował i wyginał się. Co jakiś czas, gdy na niego patrzałem, miałem wrażenie, że nie istnieje nic poza jego osobą. Jego ruchy były dziwnie płynne, a przy tym powtarzały się w pewnym wzorze. Musiałem mrugnąć co chwila oczami, aby rozróżniać jego niby wolne, acz hipnotyzujące ruchy. Co jakiś czas wyprowadzał niepasujący do wszystkiego błyskawiczny atak, jak atakująca nagle kobra, która przecież przed chwilą kiwała się ospale.
Trzeci z nich, wyglądał jakby chwilę temu wyszedł z karczmy. Chodził chwiejnym krokiem, to dwa kroki w przód, to jeden w tył. W pewnym momencie myślałem, że upadnie, lecz mnich w tej chwili obrócił się na jednej nodze, przeniósł ciężar ciała na nogę uniesioną w powietrzu i wykonał potężne kopniecie z obrotu. Wracając do chwiejnej postawy, wyprowadził jeszcze dwa ciosy dłonią.
Obserwowałem ten spektakl jakiś czas, gdy obudziło mnie szturchanie. To Malik budził nas cichym głosem.
Wstawajcie już późno, jeśli chcecie wyruszyć dziś, to musimy zaraz ruszać.
Daj nam dziesięć minut i jesteśmy gotowi – odparł Kejn – Można u was nabyć prowiant?
Ano, znajdzie się świeży chleb.
Jestem prostym człowiekiem – przerwałem traperowi i powiedziałem żartobliwie – Starczy mi suchy chleb, odrobina szpyrki, kiełbasy, sporo sera, a no i wino.
Przygotuję wam coś na kilka dni – odparł Malik – Weźcie ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę zostawcie tutaj. To trudny teren i nie ma co za wiele nosić. Oczywiście to tylko moja sugestia.
Zakupiłem dodatkowo piwa do bukłaka, bo coś mówiło mi, że na pewien czas rozstanę się z wodą.
Ile należy się za gościnę? – zapytał Dalinar.
Nic, byliście po prostu naszymi gośćmi. Zapłacicie tylko dwa umówione ambardy.
Kejn podał dwie monety, traper poszedł do domu i po chwili wrócił z małym plecakiem.
Ruszajmy zatem – powiedział.
Ruszasz sam? - zdziwił się Kejn.
Ano sam, przecież znam drogę – z prostotą powiedział traper.
Po prostu myślałem, że ze względów bezpieczeństwa będzie was więcej – wytłumaczył elf.
Jeśli Dahijczycy chcieli by nas zaatakować – powiedział z powagą w głosie – To nawet gdybyśmy wyruszyli całą wioską, wybiją nas do nogi. Chodźmy już – Malik ucałował ziemię – Tym razem powierzmy nasze życie Natien, bogini podróżników.
Traper ruszył w las, a my za nim.
Skąd pochodzisz Maliku? – zapytałem.
Nasze rodziny pochodzą z południa. Nasi pradziadowie, którzy przybyli tu już po Zaćmieniu, wywodzą się z dawnego królestwa Molok. A teraz tu jest nasz nowy dom. Od wielu pokoleń mieszkamy tu w zgodzie z bogami, naturą, wszystkimi. I tak się to jakoś kręci. Nikomu nie przeszkadzamy, a i staramy się pomagać.
Może uraczysz nas jakąś opowieścią Maliku, aby uprzyjemnić drogę? – powiedziałem – Widać, iż wasz lud ma wiedzę o dawnych czasach.
To tylko legendy i bajania naszych pradziadów – odparł traper.
Ale i w legendach istnieje ziarnko prawdy – odparłem.
Dawno temu – zaczął Malik – Nasz lud był ludem wędrowców. Dopiero nasi prapraprapradziadowie osiedlili się w Molok. A niespełna sto lat temu nasze rodziny osiedliły się tutaj.
Co ich przekonało do osiedlenia się tutaj? – zapytał Dalinar – To dosyć trudne tereny do życia.
Trudny, nietrudny. Bardzo często nasze rodziny były wypędzane z miast i osad, a tu nie wadzimy nikomu. A i z wyznawaniem starych bóstw nie musimy się kryć. Tu jest spokój i cisza i jeśli my nie czynimy nikomu zła, zło nie przychodzi do nas.
Minęła chwila.
Rudy powiedział coś, co wam się przydało? – zmienił temat Malik – Bo on trochę przygłupi jest.
Niestety nie, zakres jego słów ograniczał się do kilku – powiedział Kejn.
A, no zapomniałem wam powiedzieć – odparł traper – Jedni mówią, że gdy był mały, upadł na kamień, inni, że prawie się utopił i potem już taki był.
A jeszcze inni – dodałem – Wspominają, że taki się stał po wizycie u trolli.
Ano, też tak mówią – zgodził się Malik – Lecz ja nie wiem, chyba tylko bogowie wiedzą jaka jest prawda. Któż uwierzyłby głupcowi.
Szliśmy gęstym, lesistym terenem.
Dahijczycy to dosyć specyficzny ród – ponownie zmienił temat Malik – My z racji swoich doświadczeń z przeróżnymi ludami i społecznościami, nie obawiamy się kontaktów z nikim. A łapy władyków niechętnie sięgają po te tereny. Z tego co mówią legendy, Dahijczycy zamieszkiwali północ, lecz gdy zginął ich wielki wódz, wybrali się w wędrówkę pokutną i tu założyli swe osady. Tu czczą swoje bóstwa. Ponoć było to tuż przed lub zaraz po Zaćmieniu.
Nie boicie się takiego sąsiedztwa? - zapytał Igo.
Nie, nasi pradziadowie dogadali się z nimi. Jesteśmy dobrzy w znajdowaniu ziół, które bardzo cenią. Dahijczycy są bardzo religijni. Przypuszczamy, że te zioła wspomagają ich w medytacji i łączeniu się z ich bóstwami.
Czyli nie wyznają Delidi? – zapytałem.
Któż to wie, któż to wie – mówił dalej Malik – Może Delidia to jakieś stare bóstwo, które czczone jest przez nich, tylko pod inną nazwą? Imiona bogów zmieniały się na przestrzeni wieków, w różnych rejonach. Być może to bogini Arianne? Wszak kult Delidii pokrywa się z jej wieloma dogmatami.
A czy ta polana jest ich miejscem kultu? - zapytał Kejn.
Raczej nie, czasem tylko pojawiają się tam na patrolu albo aby dokonać z nami wymiany - odpowiedział Malik.
Z początku traper prowadził nas lasem bez wyraźnego szlaku, a po ponad godzinie dotarliśmy do ścieżki wydeptanej przez zwierzęta. Starałem się zapamiętywać drogę, aby w razie nieprzewidzianych wydarzeń móc samemu trafić do osady. Las był rzadszy, w przeważającej części iglasty. Już po południu droga stała się wymagająca. Lecz dzięki temu, że byliśmy bez koni, mogliśmy iść praktycznie w linii prostej, bez kluczenia w celu wyszukiwania lepszej drogi. Dalinar spowalniał nas czasem, lecz aby się nie rozdzielać, dostosowaliśmy tempo do niego. Czasem, w bardziej wymagających momentach, wyciągaliśmy do niego pomocną dłoń. Jego zbroja była ostatnią rzeczą, którą w normalnych okolicznościach ubrałby ktoś na taką wyprawę. Wieczorem rozbiliśmy obóz. Malik nie pozwalał rozpalać ognia, z czym zresztą wszyscy się zgodziliśmy. Na szczęście noc była ciepła.
Dajecie radę chłopaki ? Szlak jest wymagający – zagaił Malik.
Dajemy – odparłem.
Tej nocy postanowiliśmy, nie budzić Dalinara na wartę. Wyglądał na wykończonego. Ale co tu się dziwić, jeden element jego zbroi ważył zapewne tyle co mój cały ekwipunek.
Kiedy kładliśmy się spać Malik zaczął mówić:
Był kiedyś taki podróżnik. Mag. Mówił, że jest z południa. Twierdził, że w tych górach jest skarb. Trolle ponoć przyniosły na te tereny jakąś starożytną wiedzę na temat pewnego artefaktu. Było to może z osiem lat temu. Ponoć artefakt ten miał dawać taka moc, że można władać armiami tak potężnymi jak całe armie tych ziem.
Co się z nim stało? - zapytał Igo.
Zostawiłem go na brzegu polany i więcej nie widziałem. Pytał o menhir tak jak wy. Czekałem na niego dwa dni, lecz nie pojawił się.
Nastała chwila ciszy.
Kiedyś byli tu też najemnicy, też chcieli się udać w rejony wioski. Ci znowu twierdzili, że zapłacono im dobrze za palce trolli. Cóż za chora dusza musiała ich wynająć. Lecz o nic nie pytałem, bo źle im z oczu patrzyło. Nie wziąłem od nich nawet pieniędzy, bo bałem się zapytać, tacy to byli ludzie. Też nie wrócili, a było ich z dwunastu. Mój ojciec opowiadał też, że dawno temu grupa rycerzy szukała tu panny, którą porwały trolle. Podobno rycerze ci jakoś się dogadali i wrócili szczęśliwie z kobietą.
A powiedz mi Maliku – nie dawał mi spokoju sposób w jakim się wypowiadał – Czy ty wychowywałeś się tutaj?
Głównie tak, lecz za młodu podróżowałem też z ojcem do Białej Osady. Bywałem też w Celebornie. Ojciec handlował kamieniami, które pozyskujemy od Dahijczyków na drodze wymiany. Jeszcze wam nie wspominałem, ale trolle wydobywają ten surowiec. Kamień słoneczny, bo tak się zwie, pierwotny urobek. Dopiero po obróbce staję się klejnotem Amuru. Dahijczycy nie potrafią obrabiać rudy. Są wstanie wyczyścić urobek do stanu, który nadaje się do dalszej obróbki. I właśnie płacą nam takim materiałem.
A jak dawno temu bywałeś w Białej Osadzie? – zapytałem.
A jakieś piętnaście lat temu. Osada należała do Vernira, byłego najemnika. Ojciec znał się z nim dobrze, robili czasem jakieś interesy. Lecz teraz praktycznie tam nie bywam. Władycy nie lubią naszego ludu. Mimo iż jesteśmy weseli i krzywdy nie czynimy, a i zwady nie szukamy.
Przepraszam, że tak dopytuję – powiedziałem – Ale twój sposób wysławiania się jest taki, jakbyś brał nauki u samej Celesty w Białej Osadzie.
Ano, była tam taka pani, która prowadziła ochronkę dla sierot – powiedział Malik – Znacie tamtą okolicę?
Znamy dobrze Celestę – odparłem.
Zatem, jeśli faktycznie nadal żyje i będziecie ją widzieć, pozdrówcie ją od naszego ludu – poprosił traper.
Jeśli tylko wrócimy z tej wyprawy w jednym kawałku – powiedział Dalinar – Na pewno pozdrowimy.
Wierzę, że bogowie będą dla was łaskawi – odparł Malik.
Po tym skończył swe opowieści i zasnąłem. Przypadła nam z Igo ostania warta, a noc minęła spokojne.
Nad ranem poddałem się medytacji, rozważając wczorajszy sen. Wiedziałem co oznaczał, pokazywałeś mi wszak mistrzu trzy style walki, w których w pewnym momencie życia specjalizuje się każdy mnich. Wybór ten stanowi ważny moment, ponieważ mnisi, którzy raz obiorą styl, ćwiczą i doskonalą go do końca życia. Każdy mnich wie, kiedy nadchodzi moment wyboru. Mój nadszedł tak naprawę wczoraj. Decyzja nie była łatwa i wybrałem styl, który uznałem za najlepsze dopełnienie mojej osoby. Mimo iż uważam, że zazwyczaj najgroźniejszym stylem jest styl Grzechotnika, obrałem drogę Pijanego Mistrza. Zawsze starałem się wyglądać na niepozornego, zwykłego włóczęgę, aby w krytycznych sytuacjach móc zmylić i zaskoczyć przeciwnika. Uznałem, iż widok podpitego prostaczka, to doskonały kamuflaż. Pasujący do roli jaką spełniam w tej drużynie. A gdyby los rozdzielił mnie z braćmi, nada się tak samo dobrze. Podziękowałem bogini za dar snu, którym mnie obdarzyła. Wiedziałem, iż w początkowej fazie nauki, przyda się popijanie. Dlatego chyba też instynktownie już wczoraj zamieniłem wino z wodą na mocne piwo. Będę musiał popracować i nad nowym stylem, ale też nad kontrolą organizmu. Niejeden zatracający się w alkoholu zaprzepaścił życie. A to nie jest mój cel. By nakreślić dalsze kroki w Ki, potrzebowałem planu. A najlepsze przychodzą w dwóch sytaucjach: wygódce oraz w harmonijnej medytacji.
***Mnisi walczą teraz tu
żuraw pijak wąż
czas decyzji nastał dziś***
Muszę przyznać, że haiku naprawdę pomaga w myśleniu. Miałeś rację mistrzu. Jak zwykle.
Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Malik milczał. Było widać, że szedł bardziej czujnie niż dnia poprzedniego. Teren stał się jeszcze bardzie górzysty, a drzewa znacznie się przerzedziły i były wyraźnie niższe. Około południa, gdy weszliśmy na pagórek, w oddali ukazał nam się dziwny obiekt. Był to wysoki, drewniany słup z rzeźbieniami, niewątpliwie przedstawiał jakiegoś humanoida.

Traper stanął i oznajmił:
Ja tu zostanę, to granica. Dalej musicie iść sami. Jakiś czas temu byliśmy na takim wielkim wzgórzu. Tam będę na was czekał.
Gdzie teraz mamy się udać? - zapytał Kejn.
Tą ścieżką. Wydeptały ją sarny, nie zgubicie jej. Około godzinę stąd jest Głowiasta Polana. Tam znajduje się wasz cel.
Czyli czekasz na nas dwa dni – mówiłem – Jeśli będziemy chcieli zostać dłużej, poinformujemy cię. Jeśli się nie zjawimy, wracaj do domu.
Taka jest umowa – odparł Malik – Uważajcie na siebie, te ziemie nie lubią obcych.
Po tych słowach obrócił się i odszedł.
Kejn podszedł do dziwnej rzeźby i zaczął wodzić po niej palcem w skupieniu.
- To dziwne, tu wyryte są elfie znaki. Nawet nie tyle pismo, co symbole, które maję znaczenie. „Ty, który to czytasz. Nie idź dalej, gdyż czeka cię śmierć.”
Ustaliliśmy, że elf pójdzie pierwszy, około stu metrów przed nami i będzie wypatrywał potencjalnych wrogów. Poruszaliśmy się znacznie ostrożniej. Po kwadransie natknęliśmy się na kolejną rzeźbę. A po następnych dwóch na jeszcze jedną.
Po chwili weszliśmy na wzgórze i naszym oczom ukazała się rozległa polana. Za nią, w oddali, znowu zaczynał się las. Położyliśmy się na wzgórzu i przyglądaliśmy się polanie wypatrując w pierwszej kolejności jakichś ruchów. Polana wyglądała na opuszczoną. Gdzie niegdzie trawa ustępowała miejsca skałom, było widać też sporo mniejszych i większych głazów. W centralnym punkcie polany stał wysoki na około sześć metrów kamień. Obok niego, w miarę równych odstępach, stały dwa mniejsze. I tak jak kamienie wyglądały jakby leżały tu od tysięcy lat, naszą uwagę przykuł jeden element. Na szczycie dużego kamienia, spoczywała ogromna, rzeźbiona, kamienna głowa.
- Kejnie obejdź może tą polane przy linii lasu i upewnij się, że nikt nie obserwuje tego miejsca – powiedział Dalinar.
Elf szybko zniknął w lesie. Po jakimś czasie wrócił i oznajmił, że nie natrafił na nic niepokojącego.
Ostrożnie podeszliśmy do kamienia. Już z odległości kilku metrów było widać, że kamień ozdobiony jest jakimś pismem z obu stron. Głowa na nim, nie pasowała do całości. Wyglądała, jakby ktoś, w jakiś sposób, położył ją na monumencie później. Głowa spoglądała jakby w kierunku, z którego przyszliśmy.
Ta głowa przypomina mi coś co wiedziałem u Hugo – powiedział Dalinar – Opowiadałem wam, że kiedy wyszedłem za potrzebą, pomyliłem drzwi i trafiłem na jakąś dziwną, starą rzeźbę. Styl wyrzeźbienia tej głowy zaskakująco przypomina mi tamtą. Różnica jest taka, że pomnik u Hugo był w całości.
Ponoć osiem lat temu był tu jakiś mag – powiedziałem – Może to on.
No może i on, ale jakie to teraz ma znaczenie? - powiedział Kejn – To chyba nienajlepszy moment, aby stać i gdybać jak zaraz mogą być tu trolle.
Racja – powiedział Dalinar – Zachowajmy czujność.
Obejrzeliśmy kamień. Z dwóch stron pokryty był prawdopodobnie elfim pismem.
Jesteś w stanie to przetłumaczyć? - zapytałem Kejna.
Oczywiście – odparł elf – i zabrał się do czytania.
Tekst nie jest skomplikowany, mam wrażenie, że to wiersz. Igo, jeśli mógłbyś zapisywać to co przetłumaczę, to będzie nam łatwiej nad tym pracować.
Igo wyciągnął przybory do pisania, kawałek pergaminu rozłożył na okładce swej księgi czarów i począł notować.
Gdy góra Argagh młoda była,
a wielka Karnak łzy roniła,
żył lud wspaniały nad innymi ludami,
władał lasami, szerokimi łąkami.
Czas trwał niezmiennie pomiędzy nami,
gdy niebo zżółkło i pociemniało.
Plony przestała ziemia nam dawać,
W niewolę trzeba było iść zaraz.
Śmierć brała żniwo okrutne jakże,
gdy z rzeki Karnak wyszedł on na brzeg.
W blasku gwiazd, w świetle księżyca,
piękny był on, niczym gołębica.
Wyzwolił był on lud nasz od jarzma,
lecz trzeba było serce mu nazdać.
Tak się toczyły losy cudowne,
aż czasy przyszły znowu niedobre.
Przybył on znikąd, nikt nie wie jak,
lecz żywy nasz bóg martwym się stał.
Przeszył go włócznią, praojciec się zwał,
zmienił nas ciężko, grozę nam dał.
Mijały wieki bez wytchnienia,
aż przyszedł prorok z mocą kamienia,
tak rzekł nam wszystkim co go słuchali,
wstanę ja znowu dla tych co czekali.
Służcie mi zatem długo i wiernie,
i nie żałujcie ofiar wrogów co walczyli dzielnie.
Wtedy przyjdę ja, z wody odrodzon,
praojca tym razem ja włócznią ugodzę.
To chyba o Oze Dakhe – powiedział Dalinar.
- Możliwe, ale potem będziemy się zastanawiać. Niech tłumaczy to co jest na drugiej stronie kamienia – powiedział Igo.
Kejn ponownie zaczął czytać.
Co za białe pióra,
sypie zimą oddech Mordulla?
- Mordull to inne imię Lorsha, boga zimna. Tego miana używały niektóre barbarzyńskie ludy – wyjaśnił Dalinar.
Kejn wrócił do czytania.
Co jesienią z dębu spada?
Co ze smakiem dziki Rhagg zajada?
Co to jest do cholery Rhagg? - zapytałem.
Na północy czasem określają tak dziki – wyjaśnił Igo.
Czyli co, że w pierwszym śnieg, a w drugim żołądź? - zastanowiłem się głośno.
Poczekaj, niech przetłumaczy, później będziemy się zastanawiać – uciszał mnie kapłan – Czytaj następne.
Co to za złota świetlana kula,
która swym blaskiem nasz Zzzedizah otula?
Jak ten kwiat się nazywa,
co słowo „pan” w nazwie ukrywa? Trzeba przeanalizować odpowiedzi – rzekł Kejn.
Na mój gust - powiedziałem – Śnieg, żołądź, a świetlana kula kojarzy mi się ze słońcem.
A kwiat to tulipan – powiedział Kejn – Kojarzy mi się to z porami roku. Śnieg to zima, żołądź jesień, słońce lato i tulipan wiosna. Tylko czy to ma jakieś znaczenie?
Ja w tym czasie zerknąłem na wiersz.
Wydaje mi się, że Argagh to jakaś góra w Tesji, ale głowy za to nie dam – powiedziałem.
Na razie skupmy się na zagadkach – poradził Igo.
No wydaje mi się, że zagadki, może za wyjątkiem słońca, są rozwiązane. Może coś w tym wierszu powie nam jak to wykorzystać – odparłem.
Dalinar studiował wiersz, lecz przekaz był dosyć jasny i nie widzieliśmy w nim żadnych wskazówek co do zagadek, które rozwiązaliśmy. Igo zasugerował, aby przyjrzeć się jeszcze głowie.
Kejn wdrapał się na menhir. A ja obejrzałem sąsiadujące głazy. Lecz nic nie znalazłem. Były to najzwyklejsze w świecie głazy.
W oddali widać jakiś strumień – powiedział Kejn – Może to ta rzeczka, o której mówił Rudy.
Dałbyś radę opuścić mi linę? - zapytał Igo.
Postaram się – odparł elf.
Obwiązał linę wokół kamiennej głowy i opuścił na dół. Podsadziliśmy maga do góry i po chwili uważnie badał głowę. Po chwili powiedział.
Ta głowa z całą pewnością jest magiczna. To bardzo silna i stara magia. Zupełnie inna od tej, którą się posługuję.
Moja główka też jest magiczna – powiedział Dalinar – Potwierdza to niejedna panna z zamtuza.
No to kulamy głowę do Jahiry – zażartowałem – Weźmy te zapiski i wycofajmy się w las. Bo niepotrzebnie stoimy na widoku.
Wróciliśmy do linii lasu i weszliśmy między drzewa.
Co z tych zagadek przypomina wam szerokość, wysokość, głębokość? Bo mnie jak na razie kurwa nic – odezwałem się.
No, co to ma wspólnego z zagadkami menhirów – parsknął Igo.
Nie wiem, może to, że jest to menhir i na nim są cztery zagadki. Pytanie tylko co zrobić z tymi odpowiedziami.
W zagadkach były cztery dane, zazwyczaj była to szerokość, wysokość, głębokość i ostania liczba wskazująca już konkretne miejsce. Cztery zagadki są i to się zgadza. Ale gdzie tu matematyka, bądź geometria? - zastanawiałem się głośno - Może jest tu jakiś klucz, zasugerowałeś, że kojarzy ci się to z porami roku. Każda ma trzy miesiące, więc może to liczby 3 3 3 3 – powiedziałem.
Może ilość liter to ilość metrów – zasugerował Dalinar – Tylko czy w elfickim te słowa mają tyle samo liter, na przykład śnieg pięć?
Tak, akurat te wszystkie słowa w elfim, mają taką samą ilość liter – odparł Kejn.
Czyli mielibyśmy 5, 6, o ile odpowiedź słońce jest prawdziwa to 6 oraz 7 – kontynuował kapłan.
Jeszcze może być żołędzie. Czyli 8.
Zgodziliśmy się, że odpowiedzią będzie słowo „żołędzie.”
Jedynym strzałem na oślep to słońce – powiedziałem – Ale wydaje się najlogiczniejsze.
Co teraz z tym zrobić? Załóżmy, że nasze myślenie jest poprawne i liczba liter odpowiada metrom. Co z tym dalej zrobić? – zastanawiał się Dalinar.
No musimy znaleźć coś do czego te metry można przypisać, tak jak w grobowcu von Trakk – odparłem – Prawdopodobnie jakąś jaskinię.
A może to jest w okolicy tego menhiru? Tabliczka w grobowcu wskazywała na grobowiec – powiedział kapłan.
Przyporządkujmy odpowiedziom dodatkowo pory roku i to będą kierunki – podpowiedział Kejn – śnieg to północ, żołędzie jesień, czyli zachód, słońce lato, czyli południe, no i wiosna jako wschód.
Załóżmy czysto teoretycznie, że menhir jest punktem, od którego musimy zacząć szukać – powiedziałem – Bo jak na razie ja nie mam innego pomysłu.
Oczywiście oczywiście – głupkowato śmiał się Igo.
Jego dogryzanie i brak konstruktywnych odpowiedzi bardzo mnie rozczarowało. Nie ukrywam, iż to w nim pokładałem największe nadzieje, co do rozwikłania zagadki.
No, no, żebyśmy tylko nie wrócili w to samo miejsce – śmiał się Igo.
Zabraliśmy ze sobą idiotę – powiedział wkurzony Dalinar – I to idiotę, który się odzywa.
Na kartce narysowałem mały szkic. Nie wyglądało to obiecująco. Miejsce wskazywało na dosłownie kawałek na południowy zachód od menhiru.

Czy wejście do jaskini mogło by być pod tymi głazami? - zapytał kapłan.
Wątpię, wszystko tam przeszukałem – odparł Kejn.
No wiesz, zanim udało nam się wejść do lochów pod Samotną Wieżą, też to trochę trwało. Dopiero po czasie przełamałeś iluzję – nie dawał za wygraną kapłan – Pamiętajmy, ze trolle posiadły magię kamienia. Być może zrobiły coś z tymi głazami.
No, a dziki szukają żołędzi – skwitował Igo z durnym śmiechem.
Pociągnąłem z bukłaka i aż lekko się zatoczyłem.
Czy uważasz Dalinarze, że jest tu przy tym kamieniu ukryty przedmiot ich kultu? Nie strzegłyby go w żaden sposób? Aż tak wierzą w tę zagadkę? - zapytałem.
Myślę, że tak - odparł kapłan.
Cicho – nagle powiedział Kejn – Słyszycie?
Zamarliśmy i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu. Gdzieś z daleka dochodził do nas dźwięk, jakby bębnów. Dźwięk był rytmiczny, powtarzający się. Po chwili się oddalił i już nie było go słychać. Uspokoiliśmy się, a Kejn kontynuował rozważania.
A jeśli jedna z liczb to głębokość?
No ale jaka, tu są duże liczby, choćby to było nawet te pięć metrów, to jak to wykopiemy i gdzie? - pytałem - W ciemno?
Tak tylko głośno myślę – odparł Kejn.
Dalinar zaproponował, aby przejść się kawałek w las w kierunku, w którym patrzy głowa. Nie posiadając lepszego pomysłu, ruszyliśmy w las. Przeszliśmy około pięciu minut i naszym oczom ukazał się rwący potok. Był płytki, ale szeroki na około pięć metrów.
Ja się chwilowo poddaję. Miejsce, które wskazują nasze wyliczenia, jest skaliste, nawet nie ma tam gdzie wbić łopaty.
Ja też nie wiem co dalej – powiedział Kejn.
Dlaczego są cztery wymiary? - zapytał Dalinar.
Ponoć zawsze są cztery, zresztą w grobowcu też tak było – odparłem – Trzy wymiary odpowiadały wielkości krypty, a czwarta wskazywała na połowę wysokości.
Możemy iść kawałek dalej – zaproponował Dalinar.
Ruszyliśmy dalej wzdłuż strumienia, po dwudziestu minutach nie natrafiliśmy na nic ciekawego.
Nubrimus powiedział nam, że rozwiązanie zagadki doprowadzi nas do kompleksu jaskiń – powiedziałem – Zatem trzeba odszukać jakieś jaskinie.
Sprawdźmy jeszcze okolice tego menhiru w promieniu dziesięciu metrów, może coś przeoczyliśmy – upierał się kapłan.
Wróciliśmy ostrożnie na polanę i zaczęliśmy przyglądać się ziemi. Nigdzie nie było miejsca, które nadawałoby się do kopania. Podłoże w tym miejscu było skaliste, porośnięte tylko małymi kępkami trawy.
Trzeba będzie z bezpiecznej odległości przyjrzeć się wiosce – powiedział Dalinar – Tu nic nie znajdziemy.
Rudy, nie ważne jakim był idiotą – zaczął Kejn – Wyraźnie wskazał rzekę. Może trzeba iść rzeką na północ i na coś natrafimy.
Mamy dwie godziny do zmierzchu – kontynuował Kejn – Spróbujmy jeszcze przesunąć tę głowę, bo nie ma sensu pakować się przed zmrokiem dalej w ich tereny. Będziemy mieli wszystkie pytania dotyczące tego kamienia z głowy.
Wdrapaliśmy się ponownie na menhir i przesunęliśmy głowę o jakieś dwadzieścia centymetrów. Pod głową nic nie było. Zrezygnowani, zeszliśmy i wróciliśmy na noc do pierwszej rzeźby, wskazującej granice terenu Dahijczyków. Wystawiliśmy podwójne warty. Tej nocy każdy z nas budził się kilkukrotnie. Dręczyły nas jakieś niespokojne sny, lecz tylko Dalinar zapamiętał swój.
Śnił mi się ojciec – zaczął rano Dalinar – Szliśmy razem przez las, minęliśmy dwa kamienie, to były nagrobki. Na jednym z nich był wyryty napis „Robert”, a na drugim „Julia”. Robert poszedł dalej w las, doszedł do jakiejś przepaści i spadł w dół. Nie wiem czy to coś oznacza. Ta ziemia ma w sobie jakąś dziwną, niespokojną moc. To złe miejsce.
Ja mam pewne przemyślenia – powiedziałem.
Oho, to będzie ciężki wykład – parsknął Kejn.
Zignorowałem go i ciągnąłem dalej.
Te menhiry to przecież nie jest wiadomość dla przypadkowego podróżnego. Nikt nie stawiał ich, bo chciał dać ludziom rozrywkę na zasadzie, że sobie ktoś idzie, powiedzmy tym lasem, rozwiązuje zagadkę i znajduje skarb. Nawet ta zagadka jest adresowana do kogoś, kto powiedzmy o niej wie. Zakony ukrywały w ten sposób Serca. A to co było w nich zawarte, mogło trafić tylko w godne ręce. Więc ja to widzę tak: ktoś zaznajomiony z tym system, właściwym tylko dla danego klasztoru, wie gdzie znajduje się menhir dotyczący Serca warowni. Odczytuje według klucza zagadkę. Wraca do zamku i tam za pomocą wiadomości zawartych w menhirze znajduje skarbiec. I tak samo może być tu. Samo miejsce położenia menhiru może nie mieć nic wspólnego z miejscem ukrycia Kamienia Sumień. Ten znajduje się w jaskiniach trolli, a zagadka mówi znającemu klucz gdzie dokładnie. My niestety klucza nie mamy. Ale bez dotarcia do kompleksu jaskiń nic już nie wymyślimy. Więc uważam, że musimy udać się do wioski Dahijczyków, kierując się pod prąd rzeki.
No i zastanów się – znowu sarkastycznie zaczął Igo – Dojdziemy do wioski i zobaczysz tam sobie ich lepianki, trolle, trollątka i trollice. I co zrobisz z informacją o śniegu, żołędziach i tulipanie?
Nie wiem, natomiast wiem, że tu nie zrobimy nic – odparłem – Ty po godzinie chciałeś siedzieć i robić nic. Łaskotka szukaliśmy ponad miesiąc i wytrwałość się opłaciła.
Chodźmy zatem w górę rzeki – powiedział Kejn – Może ta rzeka wypływa z jaskini.
Wiemy, że Oze Dakhe ponoć przemawia z wody, może faktycznie trzeba udać się za wodą – powiedział Dalinar.
No, no, wejdźmy do wody, może przemówi do nas – szydził Igo – Proponuję pomnożyć ilość literek przez kolejne literki i iść tyle kroków – z coraz większym zadziwieniem patrzeliśmy na śmiejącego się Igo.
Co oni widzieli w tobie w tym Górskim Gryfie? – skomentowałem z niedowierzaniem - Więc chodźmy pod prąd – dodałem.
Nie – zaprotestował kapłan – Pod prąd jest osada trolli, a ja chcę najpierw sprawdzić bezpieczniejszą stronę.
No to chodźmy i tak już nic tu nie wymyślimy.
Ruszyliśmy z biegiem rzeki, a Igo raz po raz szydził jak nie ze śniegu, to z tulipana, mimo że sam od początku nie dał żadnej sensownej propozycji.
Przejdźmy się z dwie godzinki.
I co potem, będziemy się wracać dwie godziny? - zapytał Igo – Jaki w tym sens?
A masz lepszy pomysł lub coś innego do roboty? - zapytał Dalinar.
Nie znaleźliśmy nic. Postanowiliśmy powrócić. Szliśmy w milczeniu, nawet Igo zaprzestał swoich głupich komentarzy. Wróciliśmy do punktu wyjścia i tym razem udaliśmy się w górę strumienia, prawdopodobnie w kierunku wioski trolli. Kroczyliśmy ostrożnie, a Kejn znów szedł przed nami i wypatrywał zagrożeń. Czym dalej na północ, strumień zwężał się i robił się coraz bardziej rwący. Po około godzinie dogoniliśmy Kejna, który czekał na nas. Naszym oczom ukazała się dosyć wysoka, lecz wąska jaskinia. Z jej wnętrza wylewał się strumień, wzdłuż którego przyszliśmy.
Woda parła całym dnem tunelu.
No i jest jaskinia – powiedziałem.
A co to ma wspólnego z Zagadką Menhirów? – znowu dogadywał Igo.
Ignorowałem go. Przeczucie mówiło mi, że nie warto wchodzić do tej jaskini. Zbadałem ślady wokół jej wylotu, ale nie był tam nic poza tropami zwierząt.
- Poczekajcie tu na mnie. Narazie nie wchodźcie do środka, mam pewne przeczucie – powiedziałem.
Zacząłem wspinać się ostrożnie w górę. Sama jaskinia miała kilka metrów wysokości, a grubość sklepienia na oko dwa metry. Po wdrapaniu się na około dziesięć metrów byłem nad „dachu” groty. Skradając się ruszyłem na północ. Dosłownie po stu metrach, sklepienie jaskini zanikało tworząc przerwę w skałach, gdzie poniżej w korycie płynęła rzeka. Oszacowałem, że pójście wschodnią stroną rzeki wygląda na łatwiejsze i pochylony ruszyłem przed siebie. Kluczyłem skałami, aż moim oczom ukazała się rozciągająca się w dole dolina.
Była ogromna, miała około dwóch kilometrów długości. Jej środkiem płynęła rzeka, która z drugiej strony ponownie znikała w skałach. W dole ujrzałem kilkadziesiąt kręcących się, niewątpliwie trolli. Byli tam też ludzie. Ich wygląd niezaprzeczalnie świadczył o tym, iż pełnili rolę niewolników. Starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów i mimo że kusiło mnie aby zostać i obserwować, miałem świadomość, że dotarcie tu zajęło mi godzinę. Bracia na pewno zaczną się niepokoić. Powoli wstałem i wróciłem tą samą drogą. Bracia czekali u wejścia do jaskini. Kiedy wróciłem, zdenerwowani pytali mnie czemu mnie tyle nie było. Zeskoczyłem do nich z góry.
- Doszedłem do wioski Dahijczyków – oznajmiłem.
Wyciągnąłem nóż i zacząłem rysować na ziemi prowizoryczny plan osady.

Stąd wyruszyłem. Po jakichś stu metrach skała nad podziemną rzeką zanika i koryto głęboko w dole jest otwarte. Taki, nazwijmy to wąwóz, ciągnie się około pół kilometra, a jego zbocza idą ostro w górę. Wybrałem wschodnią stronę, bo na moje oko była przystępniejsza. Po jakichś trzystu, może czterystu metrach, przestaje się wznosić i teren skalisty jest w miarę na tym samym poziomie. Jest ciężko. Dalinar może da radę z osprzętem, ale będę musiał znaleźć troszkę łatwiejszą drogę. Teraz parłem w miarę najkrótszym przejściem. Po kolejnych stu metrach dochodzi się do miejsca, z którego rozciąga się widok na dużą dolinę. Rudy nie był jednak takim idiotą. To miejsce kształtem przypomina to co narysował. Dolina ma około dwóch kilometrów długości i jakiś kilometr szerokości. Jest położona o wiele niżej. Nie ma szans, aby tamtędy zejść. Prawie pionowo w dół kilkadziesiąt metrów. Sytuacja ma się inaczej od strony północnej, ale dojdziemy do tego. Tu na dole jest wejście do doliny od strony zachodniej. Co dziwne, jest to normalny szlak, którym może poruszać się wóz. Tu u góry, na północy, jest coś jakby duży teren porośnięty trzciną lub może jakąś wysoką trawą. I tam zejście wydaje się łagodniejsze. Tylko, żeby tam dojść, to trzeba okrążyć górą cała dolinkę. Od strony zachodniej stoi coś jakby wieża strażnicza. To samo tutaj – wskazałem nożem na plan – Tutaj są jakieś budynki. W wiosce jest prawdopodobnie dużo trolli. Widziałem jak zaganiały mniejsze istoty i zgaduję, że ludzi do różnych prac. Trolli, szybko licząc, jest około pół setki. Ludzi dwa razy tyle.
A co tu nabazgrałeś? - śmiał się Igo.
To zagroda z owcami, przynajmniej tak mi się wydaje. To kawał drogi. Dalej to coś to jakby ułożone, ścięte drzewa. Tu od strony południowej, wygląda to jak palisada, a raczej drewniany, wysoki płot. Tutaj – ponownie wskazałem nożem – coś na kształt kwadratowego klepiska. Być może wydobywają tam glinę. Obok tego rośnie jakaś kapusta i chyba dynie. Tu jest miejsce, które się dosyć wyróżnia. Usypany, spory kopiec. Co tam jest, nie wiem, bo na czterech, wysokich filarach jest dach, który skrywa wszystko. Może studnia, może jakiś taki otwarty magazyn. Nie mam pojęcia.
A jak jest z zejściem? - zapytał Kejn – My pewnie sobie damy radę, ale oni? - wskazał na Igo i Dalinara.
Praktycznie pionowa ściana. Około pięćdziesiąt metrów w dół. Bez lin nie mają żadnych szans – odparłem.
Czyli najlepiej iść rzeką – powiedział Kejn.
Ale tu jest jakaś strażnica – odparł Dalinar – A po drugie po co chcesz włazić do wioski pełnej trolli?
Chcemy odnaleźć jakiś punkt odniesienia co do zagadki – powiedział Kejn.
Tak jak mówiłem wcześniej, od strony traw zbocze jest łagodniejsze i tam można by było zejść. Tylko czy warto w ogóle się tam pakować? Mnie interesuje, gdzie prowadzi ten szlak na zachód. Bo być może to tylko ich teren gospodarczy. A jakieś miejsca kultu mają właśnie na zachód. Bo nie wiedziałem co jest dalej, szlak zakręca wśród skał. Pytanie co to jest za szlak. Bo skoro są i wozy to gdzieś to prowadzi.
Dalinar zadał dobre pytanie – powiedział Igo – Po co tam chcemy w ogóle zejść?
Ja nie mówię, żeby tam wchodzić. Cały czas mówię, aby iść tu – wskazałem na ścieżkę prowadzącą na zachód – i zobaczyć co jest dalej. Dążę do tego, że nic co widziałem, nie mówi mi nic na temat śniegu, żołędzi, słońca, czy tulipanów. Pytanie dokąd prowadzi ten szlak?
No to jest szlak, który prowadzi do ich wioski – odparł Dalinar.
To jest wioska – wskazałem nożem na rysunek.
No i dlatego właśnie ten szlak do niej prowadzi – odparł kapłan.
Chodzi mi skąd prowadzi – zaczynałem się irytować – Skąd prowadzi ten cholerny szlak, bo wiedzie na zachód, a my przybyliśmy tu z południa. A wygląda na uczęszczany. Czy to co widziałem, to nie jest część niewolnicza, gdzie hodują owce, ogólnie jedzenie, a droga prowadzi do ich, nazwę to wioski właściwej?Tam gdzie mieszkają i są jakieś jaskinie?
A czy ty widziałeś w tej dolinie, gdzieś wejście do jakichś jaskiń? – zapytał Dalinar.
Z tego miejsca, gdzie byłem, nie, ale też z powodu kształtu tej doliny, nie widziałem wszystkiego – nożem narysowałem znak zapytania – Co jest na wschodniej ścianie w tym miejscu nie widziałem.
Czy można bezpiecznie obserwować ich z góry? – zapytał Igo.
Myślę że tak.
To zróbmy tak – powiedział mag – poobserwujmy co tam się dzieje. Rozumiem twoje wątpliwości, ale też nie wiemy czy ten szlak prowadzi kilometr, pięć, a może sto. Najpierw skupiłbym się na tym co jest na miejscu.
No dobrze – odparłem – Musimy przejść tu – wskazałem nożem na północny kraniec planu – Bo stąd będzie lepszy widok, niż z miejsca, z którego obserwowałem ja. Tylko czy wszyscy zgadzamy się, aby to właśnie zrobić?
Musielibyśmy też odesłać Malika – powiedział Kejn – Nie ma sensu chodzić codziennie i go informować.
Myślę, że spokojnie trafię z powrotem do wioski – odparłem – Jak nie wrócimy do jutra, to sam wróci.
Nagle, mógłbym przysiąc, że usłyszałem głos w mojej głowie „Zabij go! Zabij!”. Dziwne sny, niepokojące omamy słuchowe. To miejsce ewidentnie źle na mnie wpływało. Pociągnąłem solidny łyk piwa.
Ty to widziałeś, byłeś tam. Co proponujesz? - zapytał Igo.
Wydaje mi się, że jedyną rozsądną drogą jest ta, którą już szedłem - odparłem – Nie wyobrażam sobie, aby próbować wspinać się po prawie pionowej skale z koryta rzeki. To prawie pewna śmierć. Ja miałbym problemy, a ze wspinaczką jestem obyty dosyć dobrze. Nie gwarantuję też, że kilometr dalej sobie poradzimy, bo tam zwyczajnie nie byłem. Ale o tym przekonamy się na miejscu. Uważam, że to miejsce na północy jest najlepsze do obserwacji i pozwoli tez zobaczyć to czego jeszcze nie widziałem z poprzedniej pozycji. Gdyby obserwacje nic nie wniosły, to możemy wrócić zachodnią stroną, o ile damy radę i zobaczyć gdzie wiedzie szlak.
Trzeba też brać pod uwagę, że obejście tego całego zajmie nam może nawet dni, jeśli Tsume będzie musiał wyszukać dla was drogę – powiedział elf.
Dni? - Zdziwił się Igo.
No może nie dni, ale na pewno kilkanaście, jak nie więcej godzin. Zobacz na Dalinara oraz wszystko co ze sobą taszczymy - powiedziałem – Zobacz na mnie, ja miałem na sobie tylko bukłak – i tu pociągnąłem znowu piwa – I to bukłak, który robi się coraz lżejszy. Przeszedłem tylko kawałek, a zajęło mi to godzinę. Bez wyszukiwania jakichś dogodnych dla ciężkozbrojnego ścieżek.
Uznaliśmy, że spróbujemy dostać się na wskazane miejsce na północy. Miałem iść trochę z przodu i wyszukiwać najlepszej dla naszej grupy drogi. Weszliśmy z Kejnem na szczyt jaskini i opuściliśmy na dół linę. Igo wraz z Dalinarem przy naszej pomocy gramolili się na górę. Obyło się bez wypadków. Głównie ze względu na Dalinara nie mogłem iść tak jak poprzednio. Musieliśmy bardziej kluczyć, kilka razy teren zmusił nas do powrotu i wyszukania nowej drogi. W miejsce, z którego uprzednio obserwowałem wioskę, dotarliśmy dopiero przed zmrokiem. Mimo środka lata, wiatr był zimny i nieprzyjemny. Podeszliśmy na skraj urwiska i zaczęliśmy obserwować dolinę. Pozwoliliśmy sobie dosłownie na rzut okiem, jako iż szybko nadchodziła noc i chciałem wykorzystać ostanie promienie słońca, aby znaleźć miejsce osłonięte od wiatru. Pozbawieni byliśmy możliwości rozpalenia ogniska. Płachty namiotów rozciągnęliśmy nad głowami w miejscu, gdzie mogły służyć za prowizoryczny dach. Rogi materiału obciążyliśmy kamieniami. Owinięci w koce, udaliśmy się na spoczynek.
Rankiem ruszyliśmy dalej, unikając zbliżania się do urwiska, gdyż obawialiśmy się wykrycia. Co jakiś czas podczołgiwaliśmy się do brzegu urwiska, aby obserwować jak toczy się życie w osadzie.
Obserwacje potwierdziły, że w dole stale kręci się około pięćdziesięciu trolli. Większość poruszała się z bronią. Dzierżyli ogromne topory, siekiery i włócznie. Niektórzy z nich uzbrojeni byli w bicze, którymi popędzali ludzi. Niewolnicy wykonywali różne prace, część zajmowała się zwierzętami, część pracowała na polach z kapustą. Niektórzy układali drewno. W pewnym momencie z części, która była ukryta jeszcze poza naszym wzrokiem, wytoczyły się dwa wozy pchane przez ludzi. Dopchali je pod jeden z budynków i zaczęli rozładowywać z niego prawdopodobnie jakieś kamienie.
- Być może tam dalej jest jakaś kopalnia. Musimy dostać się dalej, aby rzucić okiem z innej perspektywy – powiedziałem.
O zmierzchu w końcu udało nam się dostać do wyznaczonego wcześniej punktu. Ponownie podczołgaliśmy się na brzeg urwiska i naszym oczom ukazała się ziejąca w zboczu jaskinia. Wejście do jaskini było duże. Około ośmiu metrów wysokości i niewiele mniej szerokości. Po chwili wyjechał z niej kolejny wóz. Z tej odległości było widać też, że słupy dziwnego budynku na kopcu przypominają rzeźby, które stały na granicy ziem Dahijczyków. Można było dostrzec, że na środku kopca widnieje ogromna dziura, a obok stoi coś na kształt kołowrotu. W pewnym momencie, od zachodniej strony do osady wjechały dwa wozy, ciągnięte przez konie. Na wozie siedziało kilkunastu ludzi, których eskortowało ośmiu Dahijczyków. Pokrzykiwali coś na ludzi, uderzali biczami i skierowali ich do jednego z budynków. Chwilę później, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, z jaskini wyszedł pochód ludzi. Było ich grubo ponad setkę. Udali się do rzeki, w której się myli oraz łapczywie pili wodę. Kilku Dahijczyków rzucało im jedzenie. Trolle zapędziły ich do tego samego budynku, do którego wcześniej zagnali ludzi z wozów.
To pomieszczenie, którego szukamy, nie może być chyba w kopalni – powiedział Igo – Raczej tam, gdzie kopią niewolnicy, nie będzie przedmiotu kultu. Ta dziura w ziemi to dla mnie zagadka, odkąd ich obserwujemy nawet nikt tam nie podszedł.
Zauważcie, że jest tam kołowrót – zauważyłem – Moim zdaniem to nie jest studnia, bo po cholerę studnia przy rzece.
Zgadza się – odparł mag – Właśnie dlatego jest to dla mnie zagadka.
Kilka trolli pozostało do pilnowania baraku z ludźmi. Wieżyczki nadal były obsadzone. Praktycznie w jednej chwili prawie wszystkie trolle udały się w kierunku rzeki. Okazało się, że jest ich w osadzie znacznie więcej, niż widzieliśmy za dnia. Część wyszła z jaskini, inne wychodziły z budynków. Było ich około stu. Jak na komendę weszli do rzeki i zaczęli się obmywać, wykonywać dziwne gesty, rycząc głośno w dziwnym, gardłowym języku. Pośrodku tego wszystkiego stał szaman w długiej, czerwono-niebieskiej szacie oraz dziwnym kapturze z dziobem ptaka. Wykrzykiwał coś do obmywających się Dahijczyków. Znów, jak na komendę, wszystkie trolle ruszyły do dziwnego kopca, gdzie w pewnej odległości rzucili się na ziemię i poczęli się czołgać w jego kierunku. Otoczyli kopiec równym okręgiem i uklęknęli. Jedynie szaman stał poza okręgiem, a ręce wznosił ku niebiosom i wykrzykiwał jakieś słowa. Od strony baraków ruszyły cztery trolle, prowadząc między sobą czterech niewolników. Ludzie ci zostali wprowadzeni pod zadaszenie, gdzie znajdował się kołowrót. Szaman podszedł do nich, powolnym krokiem ukląkł i zaczął oddawać im pokłony. Po chwili wstał i wyciągnął noż. Przerażeni ludzie chcieli uciekać, lecz trolle przytrzymały ich w miejscu. Szaman naciął ich ciała i na głowy założył coś w rodzaju koron. Nakrycia głowy musiały być ozdobione czymś w rodzaju dzwoneczków, bo nawet tu u góry słyszeliśmy ich dźwięk. Dwóch Dahijczyków podeszło do kołowrotu i po chwili nad otworem ukazała się zawieszona klatka. Szturchnięciami trolle zmusiły ludzi do wejścia do niej. Ktoś podał szamanowi miskę z czymś w środku. Szaman spryskał jakąś cieczą ludzi, wznosząc coraz głośniejsze okrzyki. I po chwili klatka zaczęła zjeżać w głąb otworu, a po jakimś czasie trolle zaprzestały pracy przy kołowrocie, wróciły do kręgu i padli na kolana koło innych. Minęło kilka minut, kiedy z otworu dobiegł nas przytłumiony pomruk, a chwilę później głośny ryk, przez kilka sekund akompaniował mu też przeraźliwy ludzki krzyk bólu. Mimo że było to daleko, dźwięki się niosły po całej dolinie. Po kilkudziesięciu uderzeniach serca nastała absolutna cisza. Dahijczycy zaczęli wstawać, po czym tańczyć wokół kopca. Trwało to kilka minut, po czym trolle zaczęły się rozchodzić. Kilku zostało spać przy owcach, kilku poszło w okolice baraków. A cała reszta udała się do jaskini.
Ta misja chyba była błędem – powiedział Igo.
Zawsze możemy się wycofać – odpowiedział Kejn.
Na razie możemy wejść do jakieś dziury w ziemi, gdzie coś ryczy i prawdopodobnie zżarło czterech ludzi – mówił mag - Albo wejść do jaskini, gdzie jest stu trolli.
Ja nadal nie widzę niczego co można połączyć z Zagadką Menhiru – powiedziałem.
No, to pomieszczenie może być w jaskiniach – odparł Igo.
No jakoś nie widzę możliwości eksplorowania tych jaskiń – powiedział Dalinar.
Ja jestem za tym, aby zobaczyć dokąd prowadzi ten szlak, bo chyba do wioski trolli nie zamierzamy schodzić – powiedziałem – Poszukajmy miejsca na nocleg, a rano wyruszmy.
Następnego dnia, z samego rana obserwowaliśmy jeszcze chwilę dolinę. Większość niewolników zaopatrzonych w kilofy i łopaty weszła do jaskini, a reszta porozchodziła się po budynkach, zajęła się zwierzętami oraz pracami przy obróbce drzewa. Kiedy wszyscy rozeszli się do przydzielonych im prac, ruszyliśmy na zachodnią stronę skarpy. Około południa, już z zachodniej strony, zauważyliśmy, że przy kopcu zebrało się około trzydziestu trolli pod bronią. Szaman smarował ich czymś z misy, rysował na ich twarzach jakieś znaki, wykrzykując coś głośno. Po czym Dahijczycy zebrali się i ruszyli traktem na zachód.
Przeprawa szła nam topornie. Pod wieczór byliśmy dopiero w połowie drogi do miejsca, gdzie zbocze odbija na zachód. Znów obserwowaliśmy obóz. Dziwne klepisko, które wcześniej uznałem za miejsce skąd wydobywają glinę, okazało się areną. Naprzeciwko siebie stało po pięciu trolli z wielkimi toporami. Po chwili zaczęły się brutalne rozgrywki. Szaman na środek areny wniósł głowę trolla i położył ją na środku. Wykrzyczał coś w niebiosa i zszedł z klepiska. Po chwili zaczęła się rzeź. Był to rodzaj jakiejś gry. Każdy z trolli próbował podnieść głowę, a przeciwnicy wszelkimi sposobami próbowali w tym przeszkodzić. W ruch poszły ogromne topory. Po chwili na arenie leżały odcięte dłonie i nogi. Całe to krwawe widowisko trwało może godzinę. W końcu jednemu z pozostałych na nogach trzech trolli, udało się podnieść głowę, dobiec do końca klepiska i położyć ją na ziemi. Wśród obserwujących to Dahijczyków wybuchła radość. Ci, którzy byli w stanie iść sami, szli w kierunku rzeki, innym pomagano. Po chwili wszystkie odcięte członki, zostały rzucone do rzeki, a wszystkiemu towarzyszyły dzikie krzyki szamana. Mimo całej brutalności, odciętych kończyn, żaden z trolli nie zmarł. Pod koniec rytuału wrzucania części ciała do rzeki, wszyscy odeszli o własnych siłach.
- Kurwa, dlaczego się na to zdecydowaliśmy – skwitował ponuro Igo.
Zszokowani widowiskiem udaliśmy się na spoczynek.