TRUUU! TRUUU! TRUUUUUUUUUU!
Dmiące ciągle rogi, dawały nam znać, że trolle już wiedziały o naszej wizycie. Tak jak szybko mogłem, prowadziłem nas w kierunku obozu. W drodze bracia zastanawiali się, w którą stronę potem uciekać. Nie brałem udziału w dyskusji, skupiając się na odnajdywaniu drogi w nikłym świetle wschodzącego słońca. W głowie układałem sobie najlepszy plan ucieczki, pod kątem zarówno szybkości poruszania się, jak i zostawiania śladów. Ale to zmartwienie na później, bo najpierw musieliśmy dostać się do obozu. Po kilku minutach dźwięki rogu ucichły, a kiedy zbliżaliśmy się do naszego obozu Dalinar powiedział:
Jeśli by się zrobiło naprawdę gorąco, proponuję abyś użył czaru „teleportacji” i zwiał do Mar-Margot.
No to dam szkatułkę Igo, on ma zwój „teleportacji” bezpiecznie schowany w tubie – odezwał się Kejn.
To nie jest dobry pomysł – odparłem – Zarówno Igo, jak i Dalinar są bardziej potrzebni w walce z trollami. On ma włócznię z syderytu, a Igo czary ognia. Masz syderytowe groty w strzałach? Bo w sumie nie wiem. Ja mam syderytowe ćwieki na butach i rękawicach. Nie mam pojęcia, czy się sprawdzą. Ale coś im może zrobię.
Mam strzały zapalające – odparł elf – No i miecz nasączony magią.
W sumie racja. Czyli znów ja jestem nieprzydatny – powiedziałem sfrustrowany – Tylko, że ja nie rzucę teleportacji. Zatem trzeba coś zdecydować.
Elf przekazał szkatułkę magowi.
W obozie nie mówimy Tiarze i Adamowi o kamieniu. Wersja jest taka, że trolle nas zauważyły i musimy uciekać – powiedział Igo.
Człowieku – powiedziałem – Komu ty się chcesz spowiadać. Spierdalamy i albo idą z nami albo nie. To jest ostatnich dwóch ludzi, którym mam zamiar się tłumaczyć.
Dokładnie – poparł mnie Kejn – Wynosimy się stąd i jak zostaną w tyle ich strata. No co się tak na mnie patrzycie?
Nikt na ciebie nie patrzy – powiedział Dalinar, dając do zrozumienia, że się z nim zgadzamy.
Nasze rozważania przerwał rytmiczny odgłos bębnów, rozchodzący się z doliny. DUM! DUM! DUMDUM! DUM! DUM! DUMDUM!
Chyba wypuścili za nami watahę – powiedział Kejn.
Dobrze by było zerknąć, co się dzieje w wiosce – zaproponował Igo.
Do skarpy mamy kilkanaście minut, każda minuta zwłoki to zagrożenie – odparłem.
Dotrzyjmy do obozu – zaczął elf – W drodze powrotnej będziemy na samym brzegu skarpy, to zerkniemy.
Po dwóch godzinach dotarliśmy do obozowiska. Całą drogę towarzyszył nam odgłos bębnów. Na początku myśleliśmy, że dwójka ocalałych uciekła. Lecz po chwili zza jednego kamienia, wychylił się Adam i podbiegł do nas.
Jesteście! Już myśleliśmy, że nas zostawiliście. Słychać jakieś dudnienie. Słyszycie to?
Możliwe, że ktoś nas zauważył – odparł Igo – Zbierajcie wszystkie rzeczy i zbieramy się natychmiast.
Trzymajcie się nas i postarajcie się nadążyć – powiedział do wystraszonej dwójki Dalinar.
Pospiesznie pakowaliśmy obóz. Adam pomagał zwijać płachty namiotu. Po pięciu minutach byliśmy gotowi do drogi. Prowadziłem nas znaną trasą do wodospadu. W pierwszej nadarzającej się chwili podkradliśmy się z Kejnem do brzegu wzniesienia i rzuciliśmy okiem na polanę w dole. Byliśmy dokładnie nad palisadą. Poranna mgła otaczająca dolinę utrudniała obserwacje. W obozie nie było widać ani jednego niewolnika. Przy moście stała grupa około pięćdziesięciu trolli, wszyscy pod bronią. Mieli dziwne, być może składające się z piór, nakrycia głowy. Niewątpliwe byli to wojownicy. Nagle pod sobą usłyszeliśmy odgłos obsuwających się kamieni. Odruchowo zerknęliśmy w dół. Mniej więcej w połowie ściany wspinało się ośmiu trolli. Zerknąłem na południe i zobaczyłem ich jeszcze około dwudziestu, wspinających się w równych odstępach. Wspinaczka szła im bardziej niż sprawnie. Nie tracąc czasu zerwaliśmy się i podbiegliśmy do pozostałych.
Zamknąć się i ruchy – powiedziałem i zacząłem szybko poruszać się przed siebie.
Około dwudziestu się tu wspina – przyciszonym głosem tłumaczył Kejn – A może z pół setki jest pod bronią w okolicach mostu. Chyba ich mocno wkurwiliśmy.
Zmieniłem zamysł ucieczki i prowadziłem nas bardziej w las w kierunku północnym, gdzie mimo iż teren był mi nieznany, na pewno pozwoliłby nam na szybsze ruchy.
- Myślę, że to dobry czas na „ziele siłaczy” – powiedział Dalinar – Czuję, że szykuje się nam długa ucieczka.
Sięgnąłem do sakiewki i włożyłem sobie do ust gorzkawy liść. Gryzłem go zapamiętale brnąc przed siebie jak najszybciej. Co jakiś czas obracałem się za siebie, patrząc, czy Dalinar nadąża. Byłem zmuszony dostosować nasze tempo do niego. Na szczęście kapłan całkiem nieźle sobie radził w łatwiejszym terenie. Kilka razy doszliśmy do stromych, lecz w miarę gładkich, porośniętych mchem skał. Tam bez wahania, wręcz zsuwaliśmy się na tyłkach. Czasem udało nam się natrafić na strumień, wtedy, jeśli jego bieg był zgodny z obranym kierunkiem, bez zastanowienia prowadziłem ich w zimnej wodzie, aby tylko jak najczęściej zacierać ślad. Mój cel był prosty, przeć cały czas w dół. Oby jak najdalej od wzniesień, gdzie znajdowała się osada trolli. Mimo zagrożenia, musieliśmy co jakiś czas robić krótki postój. Adam i Tiara, wykończeni niewolą, ledwo dyszeli, lecz to nie o nich się martwiłem, a o coraz częściej potykającego się Dalinara. „Zioło siłaczy” potrzebowało czasu, aby dodać krzepy i wytrzymałości. Do tego czasu nie mogłem pozwolić, abyśmy całkiem opadli z sił. Nie mogłem mierzyć też kondycji wszystkich moją miarą. Gdybym był sam, byłbym już może nawet kilka kilometrów dalej. Na jednym z takich postojów Dalinar wyciągnął liść „zioła siły”, rozdzielił mniej więcej na pół i kazał zjeść byłym niewolnikom. Zjedli bez żadnych pytań. W trakcie odpoczynku Kejn oddalał się kilka metrów od nas i nasłuchiwał, a ja obserwowałem go, czy nie daje nam jakichś znaków.
- Ruszajmy – powiedział elf – Bębny zbliżają się też od drugiej strony. Jeśli zabawimy tu zbyt długo, wezmą nas w kleszcze.
Mimo że sam nic nie słyszałem, wierzyłem jego wyczulonym zmysłom. Czułem, że ziele zaczyna oddziaływać na moje ciało, więc pozwoliłem sobie zwiększyć tempo. Z minuty na minutę teren stawał się bardziej przystępny. Od czasu do czasu, kiedy warunki pozwalały, biegłem. Miałem świadomość, że mimo iż kierujemy się ciągle w dół, oddalamy się coraz bardziej od wioski traperów. Ukształtowanie terenu zmusiło mnie, bym prowadził nas na południowy wschód, a wioska znajdowała się na południowym zachodzie.
W pewnym momencie las, którym się poruszaliśmy, urwał się gwałtownie. Naszym oczom ukazała się rozległa polana. Spojrzałem w lewo i prawo. Ciągnęła się jak okiem sięgnąć. Jedynie na wprost miała jakieś kilkaset metrów i znowu widniała za nią ściana lasu. Obchodzenie jej nie wchodziło w grę. Musieliśmy zaryzykować bieg przez otwarty teren. Przystanąłem na chwilę, aby wszyscy przed tym biegiem mogli zaczerpnąć powietrza.
Uważam, że powinniśmy zostawić las za nami w płomieniach – powiedziałem.
Wtedy na pewno będą wiedzieć, gdzie jesteśmy – odparł Igo.
Myślę, że i tak wiedzą – odparłem – A ogień może ich spowolnić.
Myślę, że nie wiedzą. Po prostu przeczesują las – powiedział Dalinar.
Gdyby nas tropili, zbliżaliby się – stwierdził Kejn.
Mylisz się. Staram się często biec strumieniami, więc ponowne złapanie tropu, trochę im zajmuje – wyjaśniłem – lecz od pewnego czasu nie mam jak ich zmylić. I jeśli podejmą trop, dogonią nas i to szybciej niż byśmy sobie tego życzyli. Zielsko przestanie za niedługo działać, a my jesteśmy już ponad dobę na nogach. Moim zdaniem las za nami powinien płonąć. Tym bardziej, że teraz zabezpieczy nas polana i nie ma ryzyka, że ogień pojawi się tam gdzie będziemy za kilka minut.
Nie dawajmy im jednoznacznie znaków, gdzie jesteśmy – upierał się Igo – Poza tym, wiesz ile trzeba czasu, aby zapalić las?
Jest lato – odparłem – Rozlejemy dzban oliwy, rzucisz kulę ognia i ruszamy dalej.
Widząc brak jakichkolwiek działań ze strony Igo, który to miał zarówno oliwę, jak i czary zapalające, puściłem się biegiem przez polanę, aby jak najszybciej do ściany lasu. Gdy tylko wpadłem między pierwsze drzewa, odwróciłem się i spojrzałem na przeciwny brzeg polany. Nie zarejestrowałem żadnego ruchu. Pozwoliłem na przerwę potrzebną na napicie się z bukłaków i ruszyłem dalej. Tempo spadło, nawet ja, mimo braku bagażu, odczuwałem już zmęczenie. Powoli nastawał zmrok.
- Jeśli są za nami z trzysta, czterysta metrów, poprowadzę nas na ile sił starczy, nawet po zmroku. Musimy zaryzykować. Możemy iść tak długo, aż znajdę coś, gdzie będzie można się ukryć. Może w nocy nas nie wypatrzą. I nieważne, czy to tylko głupia nadzieja, czy fakt. Zwyczajnie dalej nie damy rady. Musimy odpocząć.
Igo podał mi latarnię.
- Użyj tego. Z przysłoną będziesz świecił tylko do przodu.
Trzymałem latarnię blisko ziemi, rozglądając się za jakimś głębokim rowem, jaskinią, dużym zwalonym drzewem. Musiałem bardzo zwolnić kroku. Co jakiś czas musiałem przystawać, aby oświetlić pozostałym jakiś trudniejszy moment, z którym nie daliby sobie rady w mroku. Po tym, jak kolejny raz ktoś za mną upadł z głośnym sykiem bólu, uznałem że dalsza podróż mija się z celem. W końcu ktoś skręci lub złamie nogę.
- Czas na przerwę – oznajmiłem – Jesteśmy wykończeni.
Nikt nie zaprotestował. Wiedziałem, że w tej przeprawie trzymała nas tylko wola przeżycia. Lecz i jej cudowna moc, jak i moc zioła miała swoje granice. Granice, które właśnie przekroczyliśmy.
Obowiązkowo dwie warty, bo nie ufam nawet sam sobie, że nie zasnę. Musimy się wzajemnie pilnować – kontynuowałem – Musimy też ustalić, czy ruszamy rankiem, czy jak tylko będzie szarawo i będzie cokolwiek widać.
Trzeba ruszać najwcześniej jak to możliwe – odparł Dalinar.
Nikt nie wyraził sprzeciwu.
Powinniśmy zaryzykować – stwierdził Igo – Bo tak nie odpocznie nikt. W naszym stanie i tak jest ryzyko, że zaśnie dwóch.
Ale mniejsze. Jak pozwolimy sobie na ryzyko, mogą obudzić nas trolle. A to nie będzie miła pobudka. Zresztą jak teraz zaśniemy, nikt z nas nie wstanie bladym świtem. A jeśli trolle zrobią sobie też przerwę, na pewno ruszą wcześniej. I jeśli mamy jakąkolwiek przewagę, stracimy ją – tłumaczyłem.
Zaryzykujmy pojedyncze warty – powiedział Dalinar – Jest już prawie północ i tak do brzasku zostało nam raptem niecałe pięć godzin. Tą godzinę na warcie wytrzymamy.
W takim razie dziś wartuję pierwszy – powiedziałem.
Czemu chcesz zmieniać kolejność? - zapytał Kejn.
Bo rano i tak muszę poświęcić czas na medytację. W normalnej kolejności nie wyśpię się praktycznie nic.
Bracia momentalnie zasnęli zbici w kupę. Adam i Tiara spali już wcześniej. Niestety nie udało się znaleźć bezpiecznego schronienia. Siedzieliśmy po prostu oparci o duże drzewo. Walczyłem z sennością, wstając co jakiś czas i wykonując proste ćwiczenia. Po godzinie obudziłem Kejna i poprosiłem, aby obudzili mnie wraz z ostatnią wartą. Zasnąłem momentalnie. Kiedy budził mnie kapłan, miałem wrażenie, że mój sen trwał tyle, co mrugnięcie powiek. Przyzwyczajony do porannych obowiązków, przemogłem senność i usiadłem w pozycji medytacyjnej. Z trudnością nawiązałem kontakt z Boginią za pomocą najprostszych technik medytacji. Po niecałych czterdziestu minutach przerwałem medytację. Zerknąłem w kierunku odgłosu, który mnie zaniepokoił. W tym samym kierunku spoglądał Dalinar. W oddali poruszały się trzy przygarbione, wysokie sylwetki. Trolle na szczęście nie szły w naszym kierunku, tylko kierowały się wzdłuż zbocza. Delinar delikatnie potrząsał śpiącymi z palcem na ustach. Pokazałem im trzy palce i wskazałem kierunek. W ciszy, o wiele bliżej niż uprzednio, słychać było bębny. Siedzieliśmy w absolutnej ciszy. Po kilku minutach trolle zniknęły za drzewami. Zaczynało szarzeć. Po cichu zebraliśmy swoje rzeczy i ruszyłem przed siebie. Po kilkunastu minutach las przerzedził się nieco, a teren się wyrównał. Odbiłem w przeciwnym kierunku, w którym zmierzała trójka trolli. Dopiero po stu metrach wróciłem do uprzedniego kierunku marszu. Nie biegliśmy już. Szybki marsz był już dla nas nie lada wysiłkiem.
Droga prowadziła między dwoma niewielkimi pagórkami. Może godzinę później, nagle coś wskoczyło w naszą grupę. Zostaliśmy zaskoczeni, sam przewróciłem się na ziemię. Między nami stało dwóch trolli. Po chwili z drugiej strony skoczył trzeci. Ubrani byli w skóry, dwóch z nich w rękach dzierżyło ogromne siekiery, trzeci maczugę. Z rykiem przystąpili do brutalnego ataku. Kejn i Dalinar starli się z jednym, ja doskoczyłem do drugiego. Trzeci zeskoczył trochę dalej, ryknął wznosząc maczugę. Zmęczenie dało o sobie znać. Byłem pewny, że zdołam uniknąć ciosu, lecz moje reakcje były zbyt wolne. Dostałem potężne uderzenie, które rozorało mi twarz. Gdyby nie pancerz utworzony z Ki, widok topora, zbliżającego się w mym kierunku, byłby moim ostatnim. Wylądowałem na plecach, a moje oczy zalewała krew. Instynktownie zerwałem się, pozwalając Ki zablokować ból. Troll nie spodziewał się chyba tak szybkiej reakcji, gdyż jego siekiera wbiła się głęboko w ziemię, tam gdzie przed chwilą jeszcze leżałem. Dało mi to wystarczająco dużo czasu, by trafić go zbrojną w ćwieki rękawicą w głowę. Troll stracił chwilę na wyszarpnięcie broni z ziemi i całkowicie się odsłonił. Uderzyłem i poczułem jak część jego czaszki łamie się i zapada w głąb głowy. Chwilę później troll w drgawkach leżał na ziemi. Przyjąłem postawę defensywną, rękawem koszuli ocierałem zalewającą mi oczy krew. Rozejrzałem się po polu bitwy, nie chcąc dać się zaskoczyć. Widziałem coraz gorzej, krew lała się mocno. Starałem się wycofać za Dalinara. W dalszym ciągu starałem się ocenić pole walki. Troll którego powaliłem, zaczął się ruszać.
- Tsume! Dobij tego skurwiela na ziemi! – krzyczał Dalinar.
Bracia ustawiali się tak, aby leżący troll nie był broniony przez pozostałe. Udało im się też związać w walce trolla z maczugą. Nie widziałem Igo, ani Adama i Tiary. Całą uwagę skupiałem na leżącym na ziemi trollu i możliwości dotarcia do niego. Powietrze przeszył grzmot, gdy błyskawica trafiła jednego z trolli, który walczył z braćmi. Moc uderzenia odrzuciła go dobrych pięć metrów dalej. Leżał oszołomiony, próbując chwycić siekierę, która wypadła mu z ręki. Kejn skoczył błyskawicznie do ataku. Sprężyłem się, wykonałem wysoki skok nad kapłanem, wylądowałem koło trolla, którego powaliłem i z wściekłością wbiłem jego głowę, doszczętnie ją miażdżąc, w ziemię. Troll przestał się ruszać. Ruszyłem w kierunku trolla, z którym walczył kapłan.
W tym momencie trolla ogarnęły płomienie. Odskoczyłem i zaatakowałem chwilę później. Przeciwnik dostał potężne uderzenie w żebra i upadł na jedno kolano. Sekundę później Dalinar przebił go włócznią i troll padł na ziemię. Obróciłem się w kierunku Kejna, który potężnym zamachem właśnie odcinał leżącemu trollowi głowę. Widzącm iż wszyscy przeciwnicy leżą na ziemim chwyciłem Dalinara za ramię i powiedziałem.
Czy mógłbyś poprosić Boga o łaskę uleczenia, nim stracę przytomność?
Pozwól, że się pomodlę – Dalinar wzniósł modły, nakładając mi ręce na głowę.
***Vergenie ulecz jego ciało.
Niech opuści go ból.
Rany, które otrzymał w chwalebnym boju,
niech nie przeszkadzają w dalszym szerzeniu Twej chwały.***
Poczułem przyjemne ciepło, krew przestała zalewać mi oczy. Kejn wyciągnął opatrunki i zabandażował mi głowę.
Dasz radę iść? - zapytał elf.
Z mocą Bogini dam radę, lecz nie wiem jak długo. Musimy ruszać.
Daleko, na skraju widzenia, ujrzeliśmy kolejne postacie. Bez zwłoki ruszyliśmy przed siebie. Tym razem na prowadzenie wyszedł Dalinar. Obok mnie szedł Igo i Kejn. Kilka razy musieli mnie podtrzymać, abym nie upadł. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Po dziesięciu minutach Dalinar, obracając się za siebie, nie dostrzegł, iż przed nim jest kamienne zbocze, prowadzące dosyć stromo w dół. Krzyknął tylko krótko i z łoskotem potoczył się w dół. Gdy dotarliśmy do zbocza, kilkanaście metrów niżej zobaczyliśmy tylko stratowane paprocie, w które wpadł Dalinar. Nigdzie nie było go widać. Kejn puścił moje ramię i pobiegł na dół. Odgłosy pogoni były coraz bardziej słyszalne. Na wpół schodząc, na wpół jadąc na tyłku, dotarliśmy do Kejna. Elf stał i patrzał w głąb dziury, w której prawdopodobnie zniknął kapłan. Na dnie było słychać szum wody. Podziemna rzeka.
- Dalinarze – zawołał Kejn – Z dołu dobiegło nas jęczenie kapłana.
Kejn błyskawicznie przywiązywał linę do drzewa, Igo szeptał jakieś zaklęcie i po chwili zwinnie, niczym pająk, schodził w dół.
- Idźcie przodem – rzuciłem - Ja odwiąże linę i skoczę do was.
Pierwsza ruszyła Tiara, za nią Adam, a po chwili Kejn. Gdy upewniłem się, że jest na dole, odwiązałem linę. W tym momencie obok mnie w ziemię wbiła się wielka włócznia. Nie zastanawiając się, skoczyłem w szczelinę.
Spierdalamy! – krzyknął Kejn.
Tędy? - zdziwiony zapytał kapłan, nieświadom tego co dzieje się u góry.
Już rzucali do nas włóczniami – mówił Kejn, kierując się z biegiem rzeki, aby być jak najdalej od szczeliny.
Zaraz za nami spadła włócznia do wody. Igo, za pomocą pierścienia, delikatnie rozświetlił ciemność. Wycofaliśmy się poza zasięg rzutu.
- Igo, potrafisz przywołać jakiś mały płomień, aby rozpalić pochodnię? - zapytałem.
Igo wyciągnął rękę, a na końcu jego palca palił się płomień, niewiele większy od świecy. Przyłożyłem do niego pochodnię, a ta chwilę skwierczała, gdyż zdążyła zamoczyć się podczas lądowania w rzece, lecz po chwili rozpaliła się pełnym światłem.
Ruszyliśmy podziemną rzeką zgodnie z jej biegiem. Woda zakrywała całe dno. Sklepieni, mieliśmy kilkadziesiąt centymetrów nad głową. Mogliśmy mieć tylko nadzieję, że tunel będzie zbyt mały dla dużych trolli. Szliśmy ostrożnie przed siebie. Tiara popłakiwała, Adam pocieszał ją.
- Spokojnie ukochana, damy radę. Ci dobrzy ludzie nas uratują - po chwili odezwał się do nas – Może macie jakąś broń? Ja też potrafię walczyć. Chciałbym wspomóc naszą drużynę.
Nikt z nas nie miał dodatkowej broni.
Jak będziemy w lesie, muszę zabrać choć jakąś tęgą lagę – powiedział mężczyzna.
Dokładnie – zachęcał go Dalinar – Każda pomoc się przyda.
Szliśmy przed siebie, co jakiś czas przystając i nasłuchując, lecz prócz szumu rzeki nic nie dobiegało do naszych uszu. Woda, w której brnęliśmy, była lodowato zimna. Za pomocą Ki przyspieszyłem krążenie krwi, aby nie odczuwać chłodu. Parliśmy do przodu, przystając co kilkadziesiąt metrów i nasłuchując. Trolle porzuciły chyba pomysł, aby gonić nas pod ziemią. Bałem się, że wiedzą, gdzie jest wyjście z tych podziemi. W pewnym momencie Dalinar stanął i powiedział:
Poczekajcie. Poproszę Vergena o to, aby ogrzał nasze ciała. Podejdźcie, jeśli macie taką potrzebę.
Ja chętnie, lecz jeśli miałoby cię to jakoś nadwyrężyć, przez jakiś czas mogę jeszcze ogrzewać się Ki.
To nie moja moc, tylko Boga – powiedział z uśmiechem Dalinar – Nie nadwyręży mnie to.
Podeszliśmy do kapłana, który najpierw położył ręce na Kejnie i wyszeptał:
***Vergenie spraw, by w naszych żyłach krążył płomień
By nasze kości ogrzały się Twą mocą
By niestraszny był nam chłód tej ciemności***
Potem to samo powiedział w moim kierunku. Podszedł do Adama i rzekł:
Pomódl się do mego Boga, a jego moc ogrzeje twe ciało.
Dobrze. Tiaro, pomódlmy się do boga tego dobrego człowieka. Delidia na pewno to zrozumie.
Delidia nie ma tu nic do rzeczy – odparł Dalinar.
Czując ciepło rozpływające się po ciele mężczyzna podziękował. Igo nie podchodził.
Igo, a ty? - zapytał kapłan.
Co ja? - odparł mag.
Czy chcesz, abym pomodlił się do Vergena o ciepło dla ciebie?
Jak uważasz – odparł Igo – Dlaczego miałbym modlić się do boga, w którego nie wierzę?
Pytam czy chcesz, bo jeśli nie, nie będę tego robił – wytłumaczył Dalinar.
Nie mam nic przeciwko, możesz robić co chcesz – powiedział obojętnie mag.
Dalinar obrócił się od Igo i poszliśmy dalej. Cały czas zastanawiało mnie skąd w Igo taka niechęć do wszystkiego co związane z wiarą. Niejednokrotnie widział, jak Dalinar za pomocą mocy Boga leczył nasze rany lub wspomagał się w walce. Widział też dary jakimi obdarowała mnie Śpiąca Bogini. A dalej miał to wszystko za cyrkowe sztuczki. Dodatkowo nie raz dawał do zrozumienia, że uważa nas za naiwnych prostaczków. Cóż, niezbadane są wyroki boskie i widać i dla takich ignorantów jest miejsce na świecie.
Parliśmy przed siebie, a droga dłużyła się, kiedy przed sobą usłyszeliśmy, wzmagający się z każdym krokiem, głośny szum wody. Być może do rzeki wpadała kolejna odnoga lub koryto poszerzało się. Ostrożnie szliśmy do przodu.
- Jak poczujecie silniejszy prąd, zatrzymajmy się. Nie wiem czy przed nami nie ma wodospadu – powiedział Kejn.
Jak się po chwili okazało, elf się nie mylił. Podziemna rzeka kończyła się wysokim na około osiem metrów wodospadem. Spadała w dół, do szerszej jaskini, tworząc małe jeziorko. Staliśmy na brzegu wodospadu i obserwowaliśmy. W świetle pochodni nie widzieliśmy jak daleko ciągnie się grota.
Gdybym widział co jest pod wodą, zeskoczyłbym, ale tak to zbyt duże ryzyko, że trafię na jakiś ostry głaz – powiedziałem.
Adamie, nie przeżyjemy tego – popłakując mówiła Tiara.
Damy radę, bądź silna – pocieszał ją mężczyzna.
Trzeba opuścić kogoś na linie – skwitował Dalinar.
Co jakiś czas było słychać dzwoniące z zimna zęby Igo. Nawet w świetle pochodni było widać jego sine wargi. Po raz kolejny zastanowiłem się, skąd jego niechęć do bogów.
- Opuścicie mnie, jetem najlżejszy – powiedziałem.
Ponownie z liny zrobiłem coś na kształt uprzęży, aby móc trzymać się jedną ręką, a w drugiej jak najdalej od wodospadu trzymać pochodnię. Gdy wszystko było gotowe, odpaliłem pochodnię ze swojego plecaka i dałem znać, że jestem gotów. Nogami starałem się odpychać jak najdalej od wodospadu, aby woda nie zgasiła mojego źródła światła. Bracia zaczęli mnie opuszczać.
Okazało się, że przy samym wodospadzie, woda sięgała mi tylko do kolan. Podniosłem wyżej pochodnię, aby się rozejrzeć. Jaskinia nie była długa, kilka metrów dalej znów zamieniała się w podziemny tunel i woda z małego jeziorka płynęła dalej.
Jest jakiś brzeg?! - usłyszałem krzyk Kejna – Dobrze by było trochę odsapnąć.
Nie ma – zawołałem – Sprawdzę, czy wszędzie jest tak płytko.
Dno było mocno nierówne. W najgłębszym miejscu pochodnię musiałem trzymać nad głową, gdyż woda sięgała mi prawie do brody. Wróciłem pod wodospad.
Znajdźcie w rzece jakiś głaz, do którego można przywiązać linę – krzyknąłem do góry – Koło wodospadu jest zbyt płytko, żeby skoczyć.
Chodź na górę Tsume – wołał elf – Jest tu taki głaz, ale ty najlepiej ocenisz czy się nada.
Bracia wciągnęli mnie na górę. Głaz faktycznie nie był najlepszy do tego, aby wiązać linę. Był dosyć obły i istniało ryzyko, że zsunie się z niego.
- Zrobimy tak – zacząłem – Zawiążę linę i będę cały czas kontrolował co się z nią dzieje. Ile się da przytrzymam ją na miejscu rękami. Wy zejdziecie, potem ją odwiążę. Znalazłem już sobie bezpieczne miejsce na dole, więc na końcu zeskoczę ja.
Wykonałem pętlę z węzłem zaciskowym i nałożyłem na głaz. Pierwszy zszedł Kejn, potem po ścianie, za pomocą magii, zszedł Igo, kolejny szedł Dalinar. Nie wiem kiedy ręce odmówiły mu posłuszeństwa, ale widocznie spadł, bo po chwili usłyszałem głośny plusk, a następnie śmiech Kejna. Eh, ominęło mnie takie widowisko.
Kolejna szła Tiara, a po niej miał iść Adam. Kiedy już chwytał linę, pośliznął się i runął w dół. Tym razem usłyszałem krótki krzyk, donośne chlupniecie i jęk bólu. Odwiązałem linę i zeskoczyłem w dół.
Dalinar nakładał ręce na mężczyznę w geście modlitwy. Po chwili ten powiedział zaskoczony:
Dalinarze, co to było? Moja ręka... już wszystko z nią dobrze. Opowiedz mi więcej o bóstwie, któremu służysz.
Opowiem ci w odpowiednim czasie Adamie – odparł kapłan – Teraz musimy ruszać.
Po dosłownie kilku minutach, poziom wody zaczął się podnosić, a sufit obniżać. W pewnym momencie woda się gała mi pod brodę, a zmierzwione włosy dotykały już sklepienia.
Cóż, nie wygląda to dobrze – odparłem – Puśćcie mnie przodem, jeśli sufit się obniży aż do wody, będę musiał sprawdzić, czy w ogóle damy radę przejść.
Oby Vergen sprawił, że dam radę – wyraźnie nieswój powiedział Dalinar i chyba pierwszy raz w jego głosie usłyszałem lęk.
Szliśmy tak z głowami do góry, aby mieć czym oddychać. Na szczęście w końcu woda zaczęła się obniżać. Dalinar aż westchnął z ulgą. Z każdym metrem wody było mniej, a strop się podnosił. W końcu szliśmy znów tylko po kolana w wodzie. Gdzieś w oddali zamajaczyło dziwne, fioletowe światło. Przystanęliśmy zdziwieni.
- Trzeba to sprawdzić – powiedział kapłan.
Powolnym krokiem ruszyliśmy naprzód.
Po chwili okazało się, że światło dochodzi z dziwnego mchu, porastającego ściany korytarza.
Wiesz co to jest? - zapytał Igo Kejn.
Słyszałem o fosforyzujących mchach, ale nigdy jakoś nie pochylałem się nad tym zagadnieniem – odparł mag.
Szliśmy ostrożnie, w zadziwiająco dobrze oświetlonym przez mchy tunelu. Po chwili barwa mchu zmieniała się na zieloną, później czerwoną, aby znów zastąpił ją fioletowy. Kolorowy tunel ciągnął się kilkadziesiąt metrów, po czym zostawiliśmy ten bajeczny odcinek za sobą. Znów woda zaczęła się podnosić, a strop gwałtownie opadać. Tunel robił się coraz niższy i niższy, aż na wysokości mniej więcej półtora metra strop ginął w wodzie.
Obwiązałem się liną w pasie.
Pójdę zobaczyć czy da się przejść. Mamy trzydzieści metrów liny. Jeśli lina się skończy, szarpnij dwa razy i wrócę. Sprawdzę czy można iść czy. Jest tak nisko, że trzeba płynąć. Zobaczę też czy po drodze nie ma miejsc, gdzie można zaczerpnąć powietrza.
Jeśli dojdziesz do końca to szarpnij dwa razy – powiedział elf – Obliczymy ile metrów zostało i będziemy wiedzieli na jaką przeprawę się szykować. Trzymaj linę, a my pójdziemy trzymając się jej.
Wyciszyłem się, zaczerpnąłem głęboko powietrza i pozwoliłem, by Ki sprawiło, że lepiej wykorzystam zapasy płuc. Serce znacznie zwolniło swój bieg. Ostrożnie ruszyłem w toń, starając się rękoma znaleźć w stropie miejsce, gdzie można by zaczerpnąć tchu. Po niecałych dziesięciu metrach, moja głowa wyłoniła się ponad wodę. Po omacku przeszedłem kawałek, aby ocenić czy na pewno zmieszczą się wszyscy. Kiedy uznałem, że tak, pociągnąłem linę dwa razy. Poczułem rytmiczne, delikatne ciągnięcie za linę. Ktoś przekładał po niej ręka za ręką, idąc pod wodą. Po kilku chwilach usłyszałem głos Adama:
- Uff, udało się.
Kazałem mu przejść za siebie i czekałem na kolejnych. Po kolei z wody wychodzili Tiara, Dalinar, Igo, a na końcu Kejn.
Trzymasz się? - zapytałem Dalinara.
Tak, ale nie była to komfortowa sytuacja – odpowiedział kapłan, głośno łapiąc powietrze.
Igo, podpal pochodnię – powiedziałem.
Nie dam rady – odparł cicho mag. Wzniósł dłoń do góry, a jego pierścień zajarzył się delikatną poświatą – To musi nam wystarczyć.
Szliśmy dalej w nikłym blasku pierścienia, a woda w końcu opadła do kolan. Korytarz to zwężał się, to rozszerzał. Minęło jeszcze może kilka minut, kiedy przed nami, pod stropem, ukazało się nikłe światło. Podeszliśmy bliżej. Światło, które wpadało do jaskini, sączyło się z wysokiego, okrągłego szybu, wyłożonego kamieniami. W tym miejscu woda sięgała nam do piersi. Rzeka płynęła dalej.
- To wygląda jak jakaś studnia – powiedziałem.
Szyb zaczynał się około dwa metry wyżej. A sam miał około dwudziestu metrów wysokości.
- Podsadźcie mnie – powiedział Kejn – Postaram się tam wdrapać.
Elf zabrał ze sobą tylko linę, a ja z Dalinarem unieśliśmy go w górę. Kejn zaparł się plecami o jeden koniec tunelu, a nogami o drugi, po czym zaczął mozolną wspinaczkę. Po dosłownie kilku metrach elf pośliznął się i runął do wody. Na szczęście ta zamortyzowała upadek i nic wielkiego mu się nie stało.
- Ależ tam jest ślisko – powiedział Kejn – Już prawie nie czuję rąk. Dobra, jeszcze raz.
Ponownie podnieśliśmy go do góry. A on zaczął wspinaczkę od nowa. Tym razem obyło się bez przykrych niespodzianek. Trwało to długo, lecz w końcu elf zniknął na powierzchni. Minęło kilka minut i w dół poleciała przywiązana u góry lina. Nim zdążyłem ją chwycić, aby zacząć wspinaczkę, lina szybko ruszyła do góry. Zdziwieni popatrzyliśmy po sobie. Dosłownie chwilę później lina spadła ponownie. I znów już, gdy chciałem ją chwycić, szybko została wciągnięta na górę.
- Co on kurwa robi? – zapytałem nie lada zdenerwowany. Nie miałem ochoty na głupie zabawy.
Zirytowany popatrzałem w górę. W naszą stronę zjeżdżało wiadro. Zadecydowałem, że wjadę pierwszy i pomogę Kejnowi wyciągnąć resztę. Siadłem okrakiem na wiadrze i zacząłem powoli jechać w górę. Gdy wyszedłem, moim oczom ukazała się wioska. W pobliżu nikogo nie było.
Co ty wyczyniałeś z tą liną? - syknąłem do elfa.
Mniejsza z tym – odparł Kejn – Kombinowałem jak was najlepiej wyciągnąć i jakoś nie pomyślałem o wiadrze. Dobra spuszczaj wiadro po resztę.
Następnie wyciągnęliśmy Tiarę, później Igo z mieczem i łukiem elfa, następnie Adama, a na końcu Dalinara. Kiedy Dalinar był już kilka metrów poniżej ujścia studni, poprosiłem, aby kręcił Adam. Wyciągnąłem nóż i trzymałem przed sobą. Kiedy kapłan wyłonił się ze studni, z paskudnym uśmiechem przejechałem tępą stroną noża po linie. Mina Dalinara i panika w jego oczach bezcenne.
Ty głupku! - krzyknął Dalinar.
Co, obsrałeś zbroję? - zapytałem z głupim uśmiechem.
Co za gówniany dzień – narzekał kapłan – Wspinam się, spadam, tonę, w końcu jadę na wiadrze. Noż kurwa mać.
Kiedy wszyscy staliśmy na ziemi, w końcu mogliśmy się w spokoju przyjrzeć wiosce. Była to mała osada, raptem kilka domów. W okolicy nie było ludzi. W pobliżu stało kilka wozów. Rzucało się, że wioska była wyjątkowo czysta. Między domami, na rozciągniętych sznurach, wisiały kwiaty i wianki. Na środku stały stoły, zakryte białym obrusem. Stały też dzbany z kwiatami.
- Tu chyba będzie jakieś wesele – powiedział Kejn – Widziałem chyba młodą parę zmierzającą do lasu.
Wioska otoczona była lasem. W oddali majaczyły góry.
Gdzie my jesteśmy? - głośno zastanawiał się Adam.
Moim zdaniem dalej ponad dzień drogi od wioski traperów – odparłem.
Z jednego z domu wyszedł mężczyzna w odświętnym, lecz typowo wiejskim stroju. Szedł w kierunku stołu.
- Witaj gospodarzu – zagaił Dalinar.
Mężczyzna obrócił się w naszym kierunku i z uśmiechem na twarzy rzucił:
Witajcie! Jesteście cali mokrzy.
Tak, tak. Mieliśmy niesamowite przygody w tej okolicy. Jak dobrze zobaczyć twarz człowieka – odparł kapłan.
Mężczyzna patrzał na nas, pocierając tylko brodę i nic nie mówił. Po chwili drzwi domów zaczęły się otwierać i powoli wychodzili z nich ludzie. Wszyscy odświętnie ubrani. Podeszli bliżej i patrzyli na nas z zaskoczonym wyrazem twarzy.
- Witajcie dobrzy ludzie – po raz kolejny odezwał się Dalinar – Jesteśmy podróżnymi. Napotkaliśmy pewne problemy w tych górach. Czy możemy liczyć na waszą gościnność?
Ludzie zaczęli szeptać między sobą. Byli na tyle blisko, że dało się wychwycić co mówili. Byli wyraźnie podnieceni. „Tyle na nich czekaliśmy.” „Tak jak w przepowiedni mistrza”. „Przyjdą z wody w ludzkiej skórze.” Coraz więcej ludzi szeptało „Tak, spełniło się w końcu”. Po chwili mężczyzna, którego zobaczyliśmy pierwszego, podszedł do nas i powiedział”
Witajcie, jestem Jan. Jestem sołtysem Oramuny – przy tych słowach rękami zatoczył koło, wskazując na chaty – Miło was gościć. Jesteście chyba bardzo zmęczeni i spragnieni. Choć spragnieni chyba nie – po tych słowach spojrzał na kałuże tworzące się pod naszymi stopami z kapiącej z ubrań wody – Zapraszam was do mego domu. Ugoszczę was, a potem zasiądźmy do wspólnego stołu. Zjedzmy coś i wypijmy.
Chcielibyśmy odpocząć i się ogrzać – powiedział Igo.
Oczywiście. Zapraszam, zapraszam – odpowiedział sołtys.
Wprowadził nas do jednego z domów. W wielkiej izbie, na środku stała całkiem duża ława. Była też zabudowana nad paleniskiem kuchnia, przy której krzątała się młoda kobieta. Igo podszedł do paleniska i rozcierał nad nim dłonie z wyraźną ulgą.
- Matyldo – odezwał się Jan – Przynieś temu dobremu człowiekowi jakiś koc.
Kobieta poszła do sąsiedniego pomieszczenia i przyniosła koc, którym okryła zmarzniętego Igo.
Powiedz mi dobry człowieku, gdzie znajduje się ta wioska? - zapytałem – Czy kojarzysz tu w okolicy może kopalnię, bądź wioskę traperów?
Kopalnię krasnoludów – zastanowił się sołtys – Być może. Oni tu kopią bardzo głęboko, wydobywają kruszce. Po drugiej stronie Przeciętego Pasma wiele dni drogi stąd. Jesteście na wschodzie tego pasma.
Czy ta osada tych krasnoludów to Dur-Durung? - zapytał Kejn.
Dur-Durung? Nigdy o takiej nie słyszałem – odparł sołtys.
A o Białej Osadzie? - zapytał Dalinar.
Sołtys chwilę się zastanowił.
Tak, ale to daleka droga. Dawno tam nie byłem, bo i po cóż miałbym tam chodzić. To dobre dziesięć dni drogi stąd. – miłym głosem odpowiedział Jan – Witajcie, tak długo czekaliśmy na ten moment. Matyldo daj im jeść.
Jaki moment? - zapytałem, lecz sołtys mnie zignorował.
Matylda podeszła do Igo.
- Może usiądź przy stole panie, podam ciepłą zupę.
Kiedy nachylała się, przez obfity dekolt zobaczyliśmy jej duży, jędrny biust. Kobieta nie przejmowała się najwidoczniej tym faktem i nalewała nam parującą zupę.
Czy mógłbym poprosić odrobinę wina na rozgrzanie? - zapytałem.
Oczywiście – powiedziała z lubieżnym uśmiechem kobieta – Mamy tu wiele rzeczy na rozgrzanie. Po chwili przyniosła dzban wina. Sołtys przyglądał się nam zadowolony.
Wino było wyborne. Zupa oraz podane warzywa smakowały wyśmienicie. Zajadaliśmy się ze smakiem, a sołtys tylko patrzył i się uśmiechał.
Cóż tak wszyscy wystrojeni? – zapytał z pełnymi ustami Kejn.
Dziś świętujemy – odparł sołtys – Nasi bracia uroczyście zaślubiają się. Robią to wprawdzie co miesiąc, ale zawsze wtedy ucztujemy.
Jacy bracia? - dopytywał Igo.
Brat i siostra – odparł Jan.
Czyli ślub? - zapytał Kejn.
Tak, odnawiają swoje przyrzeczenie – z nieznikającym uśmiechem tłumaczył mężczyzna – Ja muszę wyjść. Zajmij się naszymi gośćmi Matyldo, daj im czyste suche ubrania.
Po tych słowach wyszedł z domu.
Czemu mam wrażenie, że każda wioska, którą napotykamy, jest dziwna? – powiedział szeptem Kejn.
Ta wioska faktycznie budzi mój niepokój – powiedziałem.
Mi tu też coś mocno nie pasuje – powiedział Dalinar.
Od Matyldy dowiedzieliśmy się, że najbliższa osada lezy trzy dni drogi na wschód. Z tego co się zorientowaliśmy, byliśmy po drugiej stronie Przeciętego Pasma. Widocznie koryto rzeki przebiegało pod nimi. Wszystko o czym mówiła Matylda, wymawiała jednostajnym, pozbawionym intonacji głosem. Kobieta zaproponowała też, że przygotuje dla nas nocleg. Jeden pokój dla Adama i Tiary oraz drugi dla nas. Po chwili odeszła. Dziwna monotonia głosu nie uszła uwadze Kejna.
Ona jest jakaś przybita.
Mam wrażenie, że oni wszyscy są pod wpływem jakiegoś ziela – powiedziałem
Po pewnym czasie kobieta wróciła do nas, niosąc ubrania. Były to proste wiejskie stroje, lecz czyste i przede wszystkim suche. Ochoczo przebraliśmy się.
Ja skończę szykować sypialnie, a wy rozwieście sobie ubrania przy ogniu – powiedziała Matylda i wyszła.
Ktoś tu musi pilnować tych rzeczy – powiedział Dalinar – Jakoś im nie ufam.
Adamie – zaczął kapłan – Zanim udamy się na spoczynek, opowiem ci o Vergenie, jako że chciałeś się dowiedzieć czegoś więcej.
Domyślam się, że to dawny bóg – odparł Adam – Lecz niewiele o tym wiem. Prawo Delidii zakazuje nawet o tym mówić.
Widzisz Adamie, świat nie wyglądał kiedyś tak jak teraz – zaczął opowieść Dalinar – Nie można tego przemilczeć. Kiedyś ludzie wyznawali cały panteon i mieli wolną wolę. Nikt nie narzucał jedynej i słusznej wiary. Jak widzisz starzy bogowie nadal istnieją i mają swoich wyznawców. Z powodu pewnych niewyjaśnionych przyczyn, władzę na naszych terytoriach zaczęła przejmować wiara w Delidię i nie przypadkiem kościół ten niszczy wszelkie podania i zakazuje badania historii. Trzyma ludzi pod batem i w strachu. A nie tak to powinno wyglądać.
Nigdy nie widziałem, aby kapłani Delidii dokonali czegoś takiego. Tiaro, mogę potwierdzić, on uleczył moją rękę. Bogowie zaiste obdarowali was sowitymi talentami – z niekłamanym uznaniem powiedział Adam – Ja tez się staram, lecz jestem tylko zwykłym synem kupca z Celebornu.
Wykazałeś się odwagą i staraniami, a to tez wiele znaczy – powiedział Igo.
Jeśli uda ci się dostać z powrotem do Celebornu i będziesz chciał dowiedzieć się czegoś więcej o Vergenie, skieruję cię do odpowiedniej osoby – powiedział kapłan.
Z chęcią skorzystam z tej wiedzy – odparł Adam – Zaiste prawdziwa jest twa wiara, a i moc twego boga ogromna.
Miejmy nadzieję, że wiara w Vergena wypleni wiarę w Delidię – powiedział Dalinar.
No, na pewno – powiedział z kwaśną miną Igo – Tak to działa. Jedni kapłani zwalczają innych i wymuszają wiarę w innego boga.
Ale co wymuszają? Co masz na myśli Igo? – zapytał kapłan – Rozumiem, że chodzi ci o to, że kapłani Delidii zmuszają ludzi do wiary?
No, inni kapłani innych bogów robią tak samo – odparł Igo.
No, ja też na swój sposób jestem kapłanem – odparłem – I jakoś nikogo do niczego nie zmuszam.
No ja też nie zmuszam nikogo chyba do niczego – powiedział zdziwiony Dalinar.
Dążycie do tego, aby pozyskiwać wiernych – kontynuował Igo.
Oczywiście, jestem kapłanem, to do czego mam dążyć? - dopytywał kapłan.
Ja akurat dążę do czegoś całkiem innego – powiedziałem.
No, kapłani generalnie nie potrafią uszanować woli innych ludzi – mówił Igo.
Jak to nie? - powiedziałem mocno zdziwiony.
Igo, odkąd spotkaliśmy się w Mar-Margot, cały czas negujesz moje zachowanie i wybór. Myślę, że czas to wyjaśnić. Bo nie przypominam sobie, abym narzucał ci cokolwiek – spokojnie powiedział Dalinar.
Jak to nie, co chwilę pytasz czy będę się modlił do twojego boga, a ja ci jasno odpowiedziałem, że nie, bo mnie to nie interesuje.
To zdanie zaskoczyło mnie nawet bardziej, niż ogólna niechęć Igo do naszych religijnych wyborów. Odkąd podróżujemy razem, Dalinar nie narzucał się nam ze swą wiarą, a już tym bardziej Igo. Niechęć do wszystkiego co mistyczne, widać mocno zaburzała mu osąd.
Zrozum, że łaski Vergena spływają na nas i nie raz pomogły nam w naszych podróżach – powiedział Kejn.
Jakie łaski? Nic na mnie nie spływa! - odparł Igo.
No bo tego nie chcesz – wyjaśnił elf.
Ja nie mówię, że nie chcę, po prostu nie interesuje mnie ten temat – słuchałem tego z coraz większym niedowierzaniem – Nie mam zamiaru być wyznawcą Vergena.
Ale ja też nie jestem wyznawcą Vergena – powiedziałem – Natomiast wiem, że to bóg i to bóg, który nas wspiera, więc uważam, iż należy mu się szacunek. I nigdy Dalinar nie nakazał mi się do niego modlić. Robię to zwyczajnie w podziękowaniu. Sam od siebie, bez żadnego przymusu.
Po prostu nie mam ochoty modlić się do Vergena, ani żadnego innego boga – powiedział Igo.
Ale kiedy ja ci się kazałem modlić? - zapytał zdziwiony Dalinar.
Dzisiaj. Dzisiaj, kiedy szliśmy przez podziemną rzekę – coraz bardziej nerwowo odpowiadał Igo, dalej szczękając zębami.
Nie kazałem ci się modlić, tylko zapytałem, czy pomodlić się o ochronę przed zimnem dla ciebie – spokojnie mówił kapłan.
Jak to nie, zapytałeś czy pomodlę się do Vergena – szybko powiedział Igo.
Owszem, lecz gdy okazałeś niechęć, ugryzłem się w język, bo zapytałem tak odruchowo. Zapytałem potem, czy mam ja pomodlić się w twoim imieniu, bo w żadnym wypadku nie chciałem cię zmuszać do modlitwy – i tu Dalinar podniósł lekko głos, aby dotarło to co mówi do maga – Uszanowałem to, że nie masz ochoty na modlitwę.
No tak, ja ci zostawiłem wolną rękę – odparł Igo.
Ja mam cały czas wolną rękę, ponieważ jestem wolną osobą, nie potrzebuję twojej zgody – lekko zdenerwowany mówił Dalinar.
To po co się o to pytasz? - rzekł Igo.
Bo widzę, iż masz do mnie jakiś żal i chciałbym to wyjaśnić – znów spokojniejszym głosem powiedział kapłan.
Chodzi o to, że starasz się doprowadzić do takiej sytuacji, w której pomoc dla mnie jest zależna od tego, czy się modlę i czy będę prosił o coś Vergena – powiedział mag.
Zastanawiałem się, czy zimno nie wpłynęło jakoś na umysł Igo. Zaczynał mówić coraz bardziej absurdalne rzeczy.
Ale jak tworzy takie sytuacje? - i mi udzieliły się już nerwy – Wpierdoliliśmy się do wody, bo tak potoczył się los naszej ucieczki. Przecież nie Dalinar wykopał tam dziurę i cię do niej wrzucił. O czym tym w ogóle mówisz.
Ja stworzyłem taką sytuację? Ja wrzuciłem cię do zimnej wody? - z niedowierzaniem pytał Dalinar.
Nie mówię o wpadnięciu do wody, lecz o tym, że od razu wykorzystałeś to do tego, aby kazać mi się modlić. - powiedział Igo podniesionym głosem.
Naprawdę zaczynałem martwić się o jego stan psychiczny. Opisywał sytuację, która nie miała miejsca.
Nie! Mówię ci po raz kolejny, że zapytałem tylko, czy pomodlić się o ochronę przed zimnem dla ciebie! - coraz bardziej nerwowo mówił Dalinar.
Ale na początku tak powiedziałeś – upierał się Igo – I tak działają wszyscy kapłani.
Czyli dla ciebie nie ma znaczenia, iż uszanowałem twoja niechęć do bogów i zaproponowałem, że się o to pomodlę?
Ja też nie czuję, aby mnie do czegoś zmuszał – starałem się mówić spokojnym głosem – Zapytał czy chcę, aby pomodlił się o ciepło dla mnie i odpowiedziałem „tak, chcę”. Nie musiałem prosić, błagać lub się modlić. A modlę się sam od siebie i wytłumaczyłem ci już kiedyś dlaczego. Nie jestem przecież wyznawcą Vergena.
Ja nie jestem zwolennikiem mocy magicznych – kontynuował kapłan – Lecz szanuję twoją wiedzę i jeśli wspiera nas w naszych działaniach, korzystam z tego. Nie neguję twojego zainteresowania magią. Nie rozumiem dlaczego zatem dla ciebie jest takie kluczowe, aby, nie daj bóg, dotknęła cię moc Vergena.
To nie jest dla mnie kluczowe – powiedział Igo – Kluczowe dla mnie jest to, że tworzysz warunek, albo cię muszę prosić albo muszę się modlić.
Przerwałem jego bezsensowną paplaninę.
Po raz dziesiąty ci tłumaczy, że nie musisz prosić, modlić się, czy tym bardziej błagać. To nie chodzi o prośbę, to chodzi o stwierdzenie „tak, chcę”. Skoro Dalinar się ciebie zapytał, to chce odpowiedzi. A nie stwierdzenia „rób co chcesz”. Widząc twoje opory, nie narzucał się.
Tak, tak zwykła zgoda przeradza się potem w to co robi kościół Delidii, że w końcu zmusza ludzi do wyznania siłą – powiedział z przekonaniem Igo.
Do czego Igo on cie zmusił siłą, że porównujesz go do kapłanów Delidii? – nie wierzyłem, że muszę zadać takie pytanie.
Nie mówię, że to to samo. Tylko zaczyna się od małych gestów – Igo ponownie zaprzeczał temu, co powiedział przed chwilą.
Słuchajcie – powiedział ściszonym głosem Kejn – Matylda cały czas przysłuchiwała się naszym rozmowom, a teraz wybiegła, oglądając się za siebie, do domu naprzeciwko. To chyba nie jest najlepsze miejsce na takie rozmowy.
To tylko banda wieśniaków – odparł Dalinar.
Faktycznie ta wioska jest jakaś dziwna – wtrącił się Adam.
Ona, ona zachowywała się jak dziwka! Dziwka i trzeba to jasno powiedzieć! – z oburzeniem odezwała się Tiara - Cycki wam pokazywała, a jej mąż się z tego cieszył!
Ale za darmo – odparłem – A dziwki biorą pieniądze.
Uważam, że powinniśmy sobie pomagać, dlatego że jesteśmy ludźmi, podróżujemy razem i jesteśmy braćmi – skwitował Igo.
No ale ja chciałem ci pomóc – spokojnie odpowiedział kapłan.
I nie powinno mieć to związku z religią, jeśli ktoś nie ma na to ochoty – kontynuował Igo – To kto ci zabronił to zrobić?
No ty – odparłem – Właśnie takimi stwierdzeniami, że nie masz ochoty mieć nic wspólnego z religią. Dalinar mimo to nie zapomina o tobie i zwyczajnie z grzeczności pyta. Igo, czy on ma się domyślać twoich intencji? On nie wie czy jak powiesz „rób co chcesz”, to czy zsyłając na ciebie moc Vergena nie uradzi ciebie. Tak trudno odpowiedzieć na pytanie tak lub nie?
Igo naprawdę się zastanów, bo to że mam rację, widzę ja, widzi Tsume i widzi Kejn. To chyba coś oznacza? - zapytał Dalinar – Nic co mówisz nie ma w naszych oczach pokrycia.
Albo sobie pomagamy, albo pomagamy sobie jak coś tam zrobimy – ponownie wysnuł nie wiem skąd wymyślony argument Igo.
Igo! Zapytałem czy potrafisz magicznie odpalić pochodnię. Odparłeś, że tak. Czy powiedziałem „to rób co chcesz”, czy też powiedziałem, abyś ją po prostu odpalił? - przywołałem niedawną sytuację w jaskiniach – Potrzebowałem czegoś, upewniłem się że ty możesz mi pomóc i poprosiłem, abyś to zrobił. Ty nawet nie musiałeś go prosić. Bo to on ci to zaproponował.
Mam negatywne zdanie o wierze – zaczął Igo, lecz przerwał mu Kejn.
Wiemy i Dalinar też to wie, dlatego zapytał, czy sobie tego życzysz. Czego dalej nie rozumiesz?
Próbuje wymusić na mnie, że będę zachowywał się inaczej – oznajmił Igo.
Jak wymusza? Bo już nic nie rozumiem – powiedziałem.
Kazał mi się modlić!
Powiedział to odruchowo, jest kapłanem. Zaraz potem poprawił się i powiedział, że pomodli się za ciebie nic w zamian nie oczekując – mówiłem już podniesionym głosem – Kejn i ja modlimy się, bo mamy ochotę okazać szacunek Vergenowi. Od ciebie tego Dalinar nie oczekuje wcale. Nie zmusza cię do wyznawania Vergena, głoszenia jego słowa, ani przestrzegania zasad jego wiary, bo nawet ich nie znasz.
Drodzy panowie – powiedział przerażony Adam – Musimy stąd iść, zobaczcie jak to miejsce na was wpływa.
To nie to miejsce – wytłumaczył Kejn – Często mamy burzliwe dysputy.
Ale wcześniej się nie kłóciliście – nie dawał za wygraną mężczyzna.
Bo nie mieliśmy na to czasu – odparłem z uśmiechem.
Adamie, Tiaro. Idźcie już spać, my tu będziemy wartować, a wy się wyśpijcie – nakazał Dalinar.
Para udała się do sypialni.
Igo, myślę, że powinieneś przemyśleć pewne rzeczy - spokojnie powiedział kapłan – Wszyscy ci tłumaczymy, że jesteś w błędzie. To chyba powinno dać ci do myślenia.
Mam wrażenie, że wyczerpaliśmy temat – nadal obrażony powiedział Igo.
Nasze stanowiska się raczej nie zmienią – dodał kapłan – Więc faktycznie nie ma co brnąć w tę dyskusję.
Czas udać się na spoczynek - powiedział Kejn – Ja obejmę pierwszą wartę. Nie wiem gdzie zniknęli gospodarze, połóżcie się tu na ławach.
Położyliśmy się na i zasnęliśmy momentalnie.
Obudziło mnie gwałtowne szarpanie. To Kejn nas budził.
- Wstawać kurwa! Wstawać! Albo wieśniacy idą zaprosić nas na imprezę albo chcą zabawić się z nami!
Elf pospiesznie zaryglował drzwi i zaczął ubierać zbroję. Wyjrzałem przez okno i na zewnątrz przed domem zobaczyłem okrąg utworzony z mieszkańców. Było ich kilkunastu, w rękach trzymali pochodnie, kije, widły i siekiery. Igo zaczął pakować swoje rzeczy, a Dalinar przywdziewać zbroję. Z pokoju obok wyszła przerażona Tiara. Korzystając z chwili czasu uzupełniłem bukłak winem i pociągnąłem solidny łyk. Wyjrzałem przez okno. Ludzie stali bez ruchu i patrzyli się na dom. Igo uchylił okno i zawołał.
- Czy nie jesteśmy już tu mile widziani?
Odpowiedziała nam cisza. Żadnej reakcji. Po chwili poczułem dym. Niewątpliwie palił się dach.
Kejn otworzył okno i strzelił z łuku w tłum. Usłyszeliśmy jęk.
- Kurwa! Daj mi ubrać tą jebaną zbroję! – krzyczał Dalinar.
Obserwowałem sytuację przez drugie okno. Strzał Kejna nie wywołał żadnej reakcji wśród tłumu. Zerknąłem w górę, dach palił się już na dobre, a do pokoju wlatywały gryzące kłęby dymu. Podleciałem do drugiego pokoju, aby ocenić sytuację za domem. Otwarłem okiennicę, za oknem stało też sporo wieśniaków.
Panowie, musimy wyjść oknem z tyłu, tam jest ich mniej – oznajmiłem.
Pomocy! Umrzemy. Co tu się dzieje!? – krzyczała Tiara.
Wychodzimy oknem z tyłu – rzuciłem do Adama. Musieli sami o siebie zadbać.
Wychodzimy i to już, bo zaraz się podusimy – powiedziałem, a Kejn wystrzelił kilka strzał, aby utorować nam drogę.
Nie walczyłbym z nimi – powiedział Igo – Trzeba wydostać się za ten pierścień.
Musimy utorować sobie drogę – powiedział elf – Jeśli nas zmuszą, to będziemy walczyć.
Wziąłem głęboki wdech i cofnąłem się do głównej izby. Od paleniska odpaliłem pochodnię i wróciłem pod okno.
- Jak chcą palić, to będą mieli kurwa spalone – powiedziałem pod nosem.
Pierwszy, zasłaniając się tarczą, wyszedł Dalinar. Od razu musiał odbić uderzenie widłami. Po nim wyszedł Kejn. Tłum zaczął napierać. Po chwili wyszedł Igo, Adam i Tiara. Ja wyskoczyłem ostatni. Biorąc krótki rozbieg, pozwoliłem, by Ki wypełniło moje nogi, przeskoczyłem nad tłumem i wylądowałem na sąsiednim dachu. Odpaliłem drugą pochodnię, a pierwszą rzuciłem na środek strzechy. Za sobą słyszałem krzyk Dalinara:
- Musimy się przebić!
Rozejrzałem się. Z góry było widać jak Dalinar i Kejn próbowali się przebić, a Igo z boku odganiał się kijem. Ludzie zebrani z drugiej strony domu zaczęli ich zachodzić od tyłu. Krzyknąłem w nadziei, że zwrócę czyjąś uwagę.
- Tu też się paliiiiii!
Nikt z wieśniaków nie zareagował. Wiedziałem, że muszę się włączyć do walki. Zeskoczyłem z góry i przystąpiłem do ataku. Wylądowałem na plecach wieśniaków, z którymi walczył Kejn. Solidnie kopnięcie w nerki zakończyło żywot chłopa. Stojąc wcześniej na dachu, widziałem, że kolejnych trzech zmierza ku braciom, więc obróciłem się tak, aby nie zostać zaskoczonym od tyłu. Momentalnie powaliłem dwóch kolejnych, próbując razem z Dalinarem i Kejnem wyrąbać sobie przejście. Kejn właśnie odciął głowę kolejnemu, a kapłan przebił następnego włócznią. Mimo iż wieśniacy nie mieli zbroi i zwyczajnie padali jeden po drugim, było ich zbyt dużo, aby się przebić. Do walki dołączyli też ci zza budynku. Powoli dochodziło do mnie, że będziemy musieli zabić ich wszystkich. Uderzałem zapamiętale w lewo i prawo, praktycznie każdy cios powalał kolejnego chłopa. W końcu i Igo dotarł do nas i stworzył kulę ognia, która pojawiła się w środku dużej grupy. Walka trwała jeszcze chwilę, kiedy wszyscy mieszkańcy byli martwi.
- Sprawdźmy te domy i zabijmy wszystkich – powiedział gniewnym głosem Dalinar.
Rozejrzałem się, ale nigdzie nie widziałem Adama i Tiary. Ruszyliśmy do pozostałych domów. Ja poszedłem z Dalinarem, a Igo z Kejnem. W domach było pusto. Po przeszukaniu trzech, spotkaliśmy się z pozostałymi przed ostatnim, większym budynkiem niż pozostałe.
Z tego domu wyszli wieśniacy, zanim nas zaatakowali – powiedział Kejn.
Ja nie dam rady w razie czego rzucić żadnego czaru – powiedział Igo.
Idź za nami i nie wychylaj się – powiedziałem do maga.
Chciałbym, abyście wiedzieli, że nie jestem w nastroju do negocjacji – powiedział Dalinar – i poprawił chwyt na włóczni.
Weszliśmy do środka. Budynek składał się praktycznie z jednej, dużej sali. Na środku stał tylko metrowej wysokości kamień, a za nim mównica, na której leżała księga. Podeszliśmy powoli do ambony. Księga była zamknięta, a na jej szarej okładce widniał symbol przekreślonego koła.

Nikomu z nas nic ten symbol nie mówił.
Musimy spalić tę wioskę – odparł ponuro Dalinar.
Najpierw to musimy odpocząć – powiedział Kejn.
I to najlepiej nie tutaj – powiedział Igo – Łuna pożaru mogła być widoczna z daleka i ktoś mógł się tym zainteresować. Wzniecanie kolejnych pożarów tylko zwiększy to ryzyko.
Ja chce to spalić – upierał się Dalinar.
Ale z pobudek religijnych? - dopytał Kejn.
Nie, z powodu tego, że nas zaatakowali – wytłumaczył kapłan – Najpierw nas przyjęli, a potem podstępnie zaatakowali.
Oni już nie żyją – odparłem – Domy nas nie atakowały.
Poszukajmy Tiary i Adama.
Zaczęliśmy obchodzić wioskę, przy okazji patrząc czy ktoś nie przeżył.
Tu nie ma żadnych dzieci – powiedział Igo – To co najmniej dziwne.
Cała ta wioska jest dziwna – odparłem – Widziałeś kiedyś inną, tak czystą wioskę? Widziałeś kiedyś wioskę, bez żadnego ogródka przy domu?
Po pewnym czasie, przy jednym z budynków, znaleźliśmy martwą Tiarę z siekierą do drewna w plecach, a kawałek dalej przyszpilonego do ściany budynku widłami Adama. Pierwszy raz od długiego czasu było mi naprawdę kogoś żal. Jak na swoją sytuację wykazali się niebywałym hartem ducha i chęcią przetrwania. Dzieliło ich tak niewiele od odzyskania dawnego życia.
- Musimy znaleźć jakieś pożywienie i odejść – powiedział kapłan.
Udaliśmy się do jednego z domów i poszukaliśmy spiżarni. Wszystkie dzbany były pokryte pajęczynami, a jedzenie śmierdziało i było zgniłe. Uważnie przyjrzeliśmy się domowi. Dopiero teraz uderzyło nas to, że dom cały pokryty jest kurzem i pajęczynami, jakby od lat nikt tu nie mieszkał.
- To miejsce jest przeklęte. Trzeba to spalić.
Podeszliśmy do innego budynku i teraz zamiast ustrojonego domu stała zniszczona rudera. Dalinar zaczął podpalać strzechy domów. Ja powąchałem wino w bukłaku. Było skwaśniałe, wylałem je. A kilka minut później poczułem niewyobrażalny głód. Wszytko w tym miejscu było ułudą, nawet wspaniała kolacja. Gdy wszystkie domy płonęły, znalazłem starą, zarośniętą ścieżkę prowadzącą na wschód. Oddaliliśmy się spiesznie oby jak najdalej od tego miejsca. Daliśmy radę oddalić się niecałą godzinę i bez rozbijania obozu położyliśmy się spać.
Nikt nie miał nawet sił, aby zaproponować wartowanie.