Kronika

Kroniki VI: Pamiętnik Vernira

I tak kolejny dzień mistrzu objawił mądrość nauk, które zgłębiałem w klasztorze. „Rzeczy ledwie dostrzeżone w czasie dnia, nie sformułowane wyraźnie myśli, wypowiedziane mimochodem słowa, które przeszły bez echa, wracają w nocy w nam...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

I tak kolejny dzień mistrzu objawił mądrość nauk, które zgłębiałem w klasztorze.

„Rzeczy ledwie dostrzeżone w czasie dnia, nie sformułowane wyraźnie myśli, wypowiedziane mimochodem słowa, które przeszły bez echa, wracają w nocy w namacalnym kształcie i stają się tematem snów, jakby w zadośćuczynieniu za to, że wzgardzono nimi na jawie.”

Tak, zdrowy sen to podstawa. Wstaliśmy wypoczęci i od razu w naszych głowach powstały nowe idee oraz przypomniało nam się to, o czym przez ostanie dwa dni nie nawet nie wspominaliśmy. Nim zeszliśmy na śniadanie, ja zaproponowałem, aby przepytać Celestę czy zbrojni tylko wtargnęli do domu Ragna i go wyciągnęli, czy też przeszukiwali dom. To dałoby nam troszkę światła na to, czy Ragn mógłby się przeszukania obawiać i utwierdziło w tym, że to on zniszczył karty dziennika. Igo zwrócił uwagę na fakt, który z jakichś przyczyn cały czas nam umykał. Mianowicie spotkanie Vernira z nieznajomym w karczmie, po którym to podniecony opowiedział Celeście o Kościeju.

Wiesz dobrze mentorze, że czasem w porannych medytacjach nasz umysł, niby sam od siebie, zagłębia się w różne tematy, wspomnienia, idee, które czasem wydają się nie na miejscu, a czasem zaskakują nas samych. Właśnie tego ranka, podczas medytacji, wróciła do mnie wizja rzezi w karczmie. Może nawet nie samej rzezi, a jej początku. Nikt nic nie powiedział, a wszyscy w ciągu jednego uderzenia serca byli gotowi do zadawania śmiertelnych ciosów, a podczas drugiego uderzenia serca już mordowali. Kiedy skończyłem medytację, zastanowiłem się nad tą wizją. I po latach doszło do mnie, że aby przeprowadzić taką akcję, trzeba być doskonale zorganizowanym i potrafić komunikować się tak, aby potencjalne zagrożenie nie miało o tym pojęcia. Uznałem, że rozsądnie by było wypracować taką metodę dla naszej czwórki i podzieliłem się tym pomysłem z braćmi. Chyba już nawet nie powinienem być zaskoczony, że Igo musiał znów szydzić. „Bogini, daj mi proszę cierpliwości. O siłę nie proszę, bo go zabiję” - pomyślałem. Dopytywał czy będą to sygnały dymne, czy świetlne, a może musi mrugnąć pięć razy. Nerwy mi puściły i wyzwałem go od cymbałów. Kejn zażegnał naszą małą kłótnię i stwierdził, że to dobry pomysł. Opowiedział, że w Karhanie, na kilku misjach, komunikowali się w taki sposób i trzeba będzie opracować podobną metodę dla naszej grupy. Igo i tak cały czas głupio dogadywał. Niezrażony dogadywaniem Kejn uzupełnił jeszcze mój pomysł o dodaniu do naszego systemu komunikacji specyficznych słów, które naturalnie można by wpleść w rozmowę tak, aby rozmówca niczego nie podejrzewał, a dla nas byłby to jasny sygnał. Postanowiliśmy pochylić się nad tym tematem, kiedy zakończymy sprawy w Białej Osadzie. Spakowaliśmy swój skromny dobytek i udaliśmy się na śniadanie.

W dalszym ciągu męczyła mnie sakiewka, którą ukradł Kejn. Zasugerowałem, aby nie nosił jej przy sobie, tylko gdzieś ukrył. Ian podszedł do stolika, przywitał się i powiedział, że poda śniadanie. Nim odszedł, zagadnął go Dalinar.

  • Cóż Ianie, będziemy chyba się powoli zbierać, mimo iż bardzo smuci nas to co stało się z Ragnem, nic nie udało nam się tu dowiedzieć. Została tylko jedna sprawa. Ktoś wspomniał nam, że niedługo przed uprowadzeniem Ragna, spotkał się w Twojej gospodzie z nieznajomym, może wiesz coś na ten temat?

Na moje oko Ian teatralnie się zamyślił i dosyć szybko odpowiedział, że nie kojarzy takiego faktu. Tłumaczył się, że to dawno temu, że sporo miał gości i musiał przeoczyć. „Tak, sporo gości w środku ciężkiej zimy” - pomyślałem - „przybywa jeden z nielicznych obcych do karczmy, a ten wścibski od zawsze dziadyga, akurat tego obcego nie zapamiętuje”. Śmierdziało mi krętactwem na odległość. Nie dość, że w mojej opinii, łgał na ten temat, to jeszcze śmiał dopytywać skąd wiemy, że z kimś rozmawiał. Oczywiście zignorowaliśmy jego pytanie, chyba wszystkim rzuciło się w oczy jego krętactwo. Jeszcze raz wypytaliśmy o noc porwania, ale Ian opowiedział dokładnie to samo. Pokrywało się to też ze słowami Celesty, więc wiedzieliśmy, że w tej kwestii raczej nie kłamie. Kiedy karczmarz odszedł od stolika, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że kłamie.

  • Pamiętacie Olafa? – zapytałem.

  • No pamiętamy, ale co on ma do tego? - zapytał Dalinar.

To, że musiałem im tłumaczyć co mam na myśli, zaskoczyło mnie, lecz Tobie mistrzu wytłumaczę, jako że nie jesteś w temacie. Biała Osada to mała wioska. Większość ludzi nie ma czasu na przesiadywanie w karczmie. Ciężko pracują całymi dniami, a na kufelek piwa pozwalają sobie sporadycznie. Jak zwykle w takiej sytuacji musi zdarzyć się wyjątek potwierdzający regułę. Tym wyjątkiem był Olaf. Co wieczór chlał w karczmie, często do nieprzytomności, nie awanturował się, więc Ian pozwalał przekimać mu z głową na stoliku do rana. Rano zazwyczaj zjawiała się z wozem żona i zawoziła go na pole. Cykl się powtarzał, z tą różnicą, że czasem, zanim stracił świadomość, zdołał uwalić się na konia, a ten, znając drogę i zwyczaje właściciela, niespiesznie zawoził go do domu.

  • Bo, kiedy byliśmy dziećmi, pił tu codziennie, Dalinarze - odpowiedziałem zniecierpliwiony - może jakimś zrządzeniem losu nie był w tym momencie kompletnie pijany i coś zobaczył, usłyszał...

Doszliśmy do wniosku, że nie zaszkodzi sprawdzić tego tropu.

Po śniadaniu udaliśmy się do Celesty, która ponownie dała nam znać, że porozmawiamy kiedy skończy zajęcia z dziećmi. Czekaliśmy, wygrzewając się w całkiem mocno grzejącym jak na tę porę roku słońcu. Po około godzinie Celesta zaprosiła nas do środka.

  • Planujemy opuścić osadę w celu dalszego poszukiwania Ragna, lecz zanim to zrobimy, chcielibyśmy jeszcze o coś zapytać. Mianowicie, czy napastnicy tylko ujęli Vernira, czy też po jego pojmaniu przeszukiwali domostwo?

  • Jak tak teraz się nad tym zastanowię, to dokładnie tak było. Wprawdzie nie trwało to długo, ale po tym jak wywlekli Ragna, kilku weszło do domu i spędzili tam może kwadrans.

  • A powiedz mi, jak myślisz, jak duża jest szansa, że dociekliwy i wścibski Ian przeoczył fakt rozmowy Vernira z nieznajomym, o którym nam mówiłaś? - zapytałem.

  • To zależy ile było ludzi - odparła Celesta. Ale to faktycznie podejrzane i niepodobne do Iana. A co z notatnikiem? Odszukaliście go?

  • Tak, lecz nic w nim nie było, tylko puste kartki. Zapiski zostały wyrwane. Powiedz nam Celesto, bo widziałaś to wydarzenie, czy Ragn miał na tyle czasu, aby wyrwać strony i cisnąć je do kominka?

  • Tak, myślę, że tak. Ci bandyci nie weszli do środka od razu. Zabarykadował się i chwilę trwało zanim sforsowali drzwi. Niestety nic więcej nie wiem. Vernir miał swoje tajemnice.

  • Musiał mieć - odpowiedziałem - żeby mógł Cię chronić.

  • Żeby mógł chronić nas wszystkich - ze smutkiem odpowiedziała kobieta.

  • Tu już raczej więcej nie dowiemy się Celesto i będziemy wybierać się na poszukiwania Kościeja. Poszukiwania rozpoczniemy w Mar-Margot, bo to jedyny punkt zaczepienia. Gdyby pojawiło się coś ważnego podczas naszej nieobecności, możesz spróbować się z nami skontaktować. Będziemy w karczmie Ogon Gryfa. List zaadresuj do Dalinara z Celebornu.

Dopytaliśmy się też o dom pijaczyny Olafa, ale na szczęście mieszkał całkiem blisko. Przed wyruszeniem w drogę wpadliśmy jeszcze na pomysł, by porozmawiać z Normanem, ochroniarzem. On też mógł widzieć tego człowieka, a jako że mieszkał w karczmie, najpierw udaliśmy się do niego, a Olafa postanowiliśmy zostawić na koniec.

Z dzbanem piwa zapukaliśmy do drzwi Normana. Pukanie trzeba było ponowić, bo nie reagował. Po chwili zza drzwi usłyszeliśmy zaspane.

  • Kto tam? Co jest?

  • To my Normanie – odpowiedział Dalinar.

Drzwi otworzyły się, a w nich stanął rozespany Norman. Cuchnęło od niego alkoholem, twarz była napuchnięta i czerwona, widać było, że chyba popija regularnie.

  • Jacy my?

  • Nie poznajesz nas? - zdziwił się Dalinar - To ja, Dalinar.

  • To naprawdę wy?

Kejn wyciągnął przed siebie dzban wina i właściwie bez zaproszenia minął Normana i wszedł do środka. Ten jakby się ocknął i dopiero wtedy zaprosił nas do siebie.

W pokoju śmierdziało tak, że od razu otworzyliśmy okno. Norman zrobił półokrągły gest ręką i zachęcił nas, abyśmy usiedli. Pokój prezentował się jeszcze gorzej niż właściciel. Na łóżku, prócz brudnej pościeli, walały się rożne części garderoby, a jedyne krzesło w pokoju miało tylko trzy nogi. Kilka dzbanów i kufli leżało na ziemi. Miecz niedbale rzucony pod ścianę, a zbroja krzywo zawieszona na wieszaku. Oj strasznie się Norman zaniedbał. Nalaliśmy mu do kubka piwa i Norman za jednym razem opróżnił go i aż sapnął z ulgą. Najemnik narzekał, że bez Ragna to nie to samo. Wypytaliśmy czy kojarzy jakieś szczegóły z nocy porwania sołtysa. Mieliśmy nadzieję, że może on powie coś co innym umknęło. Dodał jedynie, że na pewno byli dobrze uzbrojeni i że byli zawodowcami, najpewniej najemnicy. Lecz tak jak inni, którzy widzieli to wydarzenie, nie dał nam niczego czym moglibyśmy podążyć. Zmieniłem temat.

  • Czy kojarzysz może, bo w końcu często bywasz w karczmie, sytuację, która miała miejsce około dwa, trzy tygodnie przed porwaniem Ragna? Ponoć spotkał się z jakimś przyjezdnym i sporo rozmawiali.

  • Niech no pomyślę. To mogło być w czasie, o którym wspominasz. Był tu przejazdem taki kupiec, z którym rozmawiał. Co ja mogę więcej powiedzieć... Siedzieli, dyskutowali. Ale o ja mogę więcej powiedzieć. Nie wiem skąd przyjechał, ale wyruszył na zachód.

Wypytywałem czy to możliwe, że Ian przegapił kupca w swojej karczmie, ale Norman stwierdził, że mało prawdopodobne, po czym dodał, że jego zdaniem zrobiła to Żółta Dłoń, bo taki styl działania jest w stylu tej gildii. Był przekonany, że jeśli to Żółta Dłoń, to lepiej zapomnieć o Ragnie, bo zapewne nie żyje.

Pożegnaliśmy się i wyszliśmy na zewnątrz. Nie kryliśmy rozczarowania. Postanowiliśmy zabrać rzeczy, kupić dzban piwa i wyruszyć do Olafa. To była nasz ostatnia nadzieja. Kejn poszedł zakupić zapasy na drogę, a my wynieśliśmy swój skromny dobytek i siodłaliśmy konie. Bez wylewnych pożegnań opuściliśmy gospodę i ruszyliśmy do Olafa.

Gospodarstwo, w którym mieszkał, było zaniedbane. Nasz obecność nie umknęła gospodyni.

  • A czego wy tutaj?

  • Witaj dobra kobieto - pogodnym głosem przemówił Dalinar - Szukamy twojego męża, Olafa.

  • A co on znowu narobił? - spytała przestraszona kobieta.

  • Nic nie nabroił, wszystko jest w porządku, zamienimy z nim kilka słów i jedziemy dalej.

  • Olaf!!! - wydarła się kobieta.

Chwilę później otworzyły się drzwi domu i wyszedł Olaf. Widać, że alkohol regularnie dawkowany przez lata zrobił swoje, popuchnięta czerwona twarz, widoczne braki w uzębieniu. Twarz poorana bliznami i złamany nos.

  • Tak kochanie?

  • Ci panowie tutaj, do ciebie – odpowiedziała gospodyni.

  • Witajcie, witajcie.

  • Chcieliśmy zapytać o sołtysa, wiesz przecież, że przygarnął nas lata temu, a teraz chłopa w wiosce nie ma - ciągnął miłym głosem Dalinar.

  • To wy od barona jesteście? - powiedziała kobieta.

Nie wyprowadziliśmy jej z błędu. Żona szturchnęła Olafa i ponagliła go: - No odpowiadaj panom, odpowiadaj.

  • Powiedz no nam Olafie. Zanim Ragn zaginął kilka tygodni wcześniej, sołtys rozmawiał w karczmie z kupcem, może przypadkiem byłeś w karczmie i mógłbyś nam coś o tym powiedzieć.

  • No Ragn często z kimś gadał.

  • No, ale chyba nie często gadał z kimś nowym w karczmie? - dopytywał Kejn.

  • No był taki jeden, taki kruczoczarny, płaszcz niebieski miał.

  • Dobra kobieto, bo zależy nam na informacji, a widzę, że Twojemu mężowi ciężko. Moglibyśmy prosić o pięć kubków? - zagaiłem.

  • No Olaf, coś taki nieuprzejmy? Zapraszam do środka. Nie ma tu za czysto. To nie takie progi, jak u pana barona.

Weszliśmy do środka, panował tam nieład nie mniejszy niż na podwórzu. Stół aż kleił się od brudu, a kiedy chciałem usiąść na jednym z krzeseł, gospodyni szybko wskazała mi inne, bo te ponoć było krzywe i pęknąć mogło. Przy tym komentarzu Olaf zarobił z łokcia.

Pijaczyna łapczywie wypił nalany mu kubek i od razu wstąpiło w niego nowe życie.

  • Ano był ubrany na niebiesko. Akurat się przebudziłem stolik obok. Mówili o tym, o tym... no jak to było. O, o, on był Artur, Artur się sołtys do niego zwracał – mówił nieskładnie. - Nie, nie Artur, ale Arturo. Coś tam mówili, hmm ciężko mi pomnieć, o jakimś z kości, o jakichś kościach, może do gry.

  • A może o Kościeju? - zapytaliśmy.

  • Tak, tak o koścu. Kościec to był. Coś mówili, że jedzie na zachód, ale nie wiem kto, a potem zjawił się Ian i powiedział, że mi starczy i zawinął mnie.

Zapytaliśmy jeszcze czy Ian może rozmawiał z kupcem, lecz tego już Olaf nie widział, natomiast z całą pewnością Ian mu usługiwał. Naprawdę chciałem zamienić z nim kilka słów, a najchętniej obić mu mordę. Daliśmy kobiecie dziesięć srebrnych ambardów i wyszliśmy z chałupy.

Razem z Kejnem mieliśmy podobne zamiary co do Iana. Ja może mniej drastyczne, ale mimo to, pewnie gdyby doszło do tej wizyty, to przystałbym nawet na metody Kejna. Igo był przeciwny. Uważał, że od Iana nie uzyskamy jakichś ważnych wiadomości, a jeśli faktycznie szpieguje dla ważnych i groźnych ludzi, ściągniemy sobie na głowę kłopoty. Dalinar poparł go w tej kwestii, stwierdzając, że Ian nigdzie nie ucieknie, a jeśli sami nic nie wskóramy w Mar-Margot, w ostateczności można wrócić i docisnąć karczmarza. Czas było ruszać do miasta. Wsiadłem na konia z Kejnem i ruszyliśmy w drogę. Musieliśmy przejechać ostatni raz przez osadę, jako że dom Olafa był po jej zachodniej stronie.

Kiedy opuszczaliśmy Białą Osadę na wschodzie i byliśmy blisko Powitalnego Dębu, na którym nadal wisiały dwa kostusie, z krzaków wyszedł człowiek i stanął nam na drodze. Był to nowy sołtys Ramfeld.

Pamiętasz, kiedy w poprzednim liście mówiłem Ci, że miałem złe przeczucie co do sakiewki, którą zwinął Kejn, ale nie chciałem wyprzedzać faktów? Właśnie dochodzimy do tego momentu. Mimo, że ostatecznie sprawa rozstrzygnęła się na naszą korzyść, wiedziałem że kradzież jej była ruchem pochopnym. Ale znów wyprzedzam wydarzenia.

Sołtys stał na drodze i zawołał do nas. Bo dzieliło go od nas kilkanaście metrów. Po chwili dostrzegliśmy, że zza Powitalnego Dębu wyszli dwaj jego ludzie i mierzyli do nas z nabitych kusz.

  • O witajcie, zatrzymajcie się proszę na chwilę.

Widząc wymierzone w nas kusze zatrzymaliśmy się.

  • Macie chyba coś co należy do mnie - rzekł poważnym głosem - Albo raczej do pana barona.

  • My? - zapytaliśmy z udawaną niewinnością.

  • Przestańmy się czarować, jeden z mych ludzi widział jak włamujesz się do mojego domu.

  • Na pewno nie - odparł spokojnie Kejn.

  • Na pewno tak - odparł z jeszcze większą pewnością sołtys - Zabrałeś coś co należy do pana barona. Czego szukaliście w mym domu? Mogliście po prostu powiedzieć.

Nastało długie milczenie.

  • To jak, dogadamy się, czy moi ludzie mają działać?

Kejn szepnął do mnie - „Na mój znak skaczemy z konia na prawą stronę.”

Kejn myślał szybko, ale chyba niezbyt rozsądnie. Mimo że nie znam się na broni, to wiem, że kusza to śmiertelna broń, nawet dla wojów w zbroi. Nie mówiąc już o siedzącym na koniu, w samym ubraniu, Igo. My może bylibyśmy bezpieczni, ale nie postawiłbym życia braci wierząc to, że kusznicy wystrzelą odruchowo w znikające cele. Byłem napięty i wiedziałem, że jeśli Kejn skoczy, zrobię to samo, aby nie stać się łatwym celem. Miałem tylko nadzieję, że jednak zrezygnuje z tego pomysłu. Pomyślałem, że będziemy chyba musieli ten incydent przedyskutować. Mieliśmy być za siebie pewni, tak jak za dawnych lat. A takie działanie niepotrzebnie narażało Dalinara i Igo na poważne niebezpieczeństwo. Uwolniłem moc Ki-shak i otoczyłem swe ciało niewidzialnym pancerzem, choć wiedziałem, że na moim poziomie wtajemniczenia, będzie to mizerna ochrona przed nadlatującym bełtem.

  • Moja propozycja jest taka. Oddajcie to co ukradliście baronowi, a mój pan się o niczym nie dowie. Jeśli jednak nie dogadamy się, wierzcie mi, że nie pożyjecie długo. Powiedźcie czego szukaliście w moim domu. Jeśli to należało do poprzedniego sołtysa, na pewno się dogadamy. Dla mnie liczy się własność barona.

  • Najpierw powiedz co stało się z poprzednim sołtysem - zażądał elf.

  • Nic o tym nie wiem, jestem prostym urzędnikiem z Mar-Margot.

  • Czy to nie baron objął we władanie ziemie należące do Ragna? Czy to nie zbyt wielki zbieg okoliczności, że dostaje ziemie od kościoła, a nagle potem znika sołtys? - dopytywał Dalinar.

  • Pan baron to bardzo potężny człowiek, mógł pozbyć się go w każdej chwili. Jest panem i władcą tych ziem od prawie dwóch lat i wszystko tutaj należy do niego.

  • Wcześniej należało do Ragna, a jak widać własność nie jest tu zbyt szanowana - odparł Dalinar.

  • Prawem jest Delidia, a Kościół w jej imieniu - odpowiedział Ramfeld - Widocznie Bogini tak chciała. Może zróbmy tak, pojedziemy do domu i weźmiecie to czego szukacie, a wy położycie tu na trawie to co zrabowaliście.

  • Szukamy Ragna - odpowiedział Kejn.

  • Niestety ja go nie mam.

  • To powiedz kto go ma.

  • Niestety nie mam pojęcia.

  • W twoim domu był pamiętnik Ragna - powiedział Dalinar - Czy wiesz gdzie go znajdziemy?

  • Nie mam pojęcia, ale możecie tam sobie pójść i go poszukać. Kompletnie mi na tym nie zależy i jeśli go tylko znajdziecie, to możecie go sobie zabrać. Co wy na to? Mieszek, który ukradliście, zawiera znaczną sumę pieniędzy i pochodzi z podatków dla pana barona.

  • Skąd wniosek, że my go mamy? - dopytywał Kejn.

  • A stąd, że go tam nie ma, więc musiałeś go zabrać. Każdy z nas chce dojść do porozumienia, wy chcecie pamiętnik, a ja chcę odzyskać własność barona.

Było widać, że sołtys zaczyna się denerwować. Jego głoś nie był już taki stanowczy jak na początku.

  • Daj nam chwilę, musimy to przedyskutować – powiedział Dalinar.

  • Pamiętajcie, jeden fałszywy ruch i moi ludzie was zastrzelą, a wierzcie mi strzelają celnie.

Bez gwałtownych ruchów zbliżyliśmy konie do siebie. Ustaliliśmy, że brzmi to na uczciwą propozycję. Zawsze istniała możliwość, że jeśli spokojnie będziemy mogli szukać, znajdziemy wyrwane kartki, które może jednak nie zostały spalone. Tylko Kejn optował za zabiciem sołtysa i żołnierzy barona, więc zapytałem, którego z nas poświęci na te dwa strzały. Kejn marudził, że wydawał ze swoich i zostanie bez grosza przy duszy. Nie wierzyłem w to co mówi - dwóch ludzi mierzy w nas z kuszy, a ten rozwodzi się nad kilkoma srebrnymi monetami. Te siedem lat jakoś źle na niego wpłynęło, a myślałem, że to z Igo coś jest nie tak. Dalinar słusznie zauważył, że pieniądze zarobimy, a to jedyna okazja, żeby dokładnie przeszukać dom Vernira i być może dowiedzieć się w końcu czegoś o jego losie.

  • Przystajemy na Twoją propozycje, tylko bez żadnych numerów i niech opuszczą kusze. My nie mamy w ręku broni.

  • Dobrze, ale najpierw oddajcie własność mojego pana.

  • Moment, moment. Połowa teraz, a połowa po przeszukaniu.

  • Dobrze, ale jeden z was zostaje tutaj z moimi ludźmi, jako powiedzmy zabezpieczenie.

Zgłosiłem się na ochotnika. Jako jedyny byłem nieuzbrojony, co mogło uśpić czujność strażników i jako jedyny w razie problemów mogłem walczyć mimo braku tej broni, o czym oni nie wiedzieli.

„Dezinformacja i zaskoczenie to potężna broń.”

Kejn odliczył dziesięć złotych monet i rzucił sołtysowi.

  • Dobrze to ten bez broni zostaje z nami. Moi ludzie będą go mieli na oku, a ja jadę z wami. Ruszajmy zatem, bo sytuacja jest niezręczna dla nas wszystkich.

  • Uwaga, schodzę z konia - poinformowałem kuszników, aby przypadkiem źle nie odczytali moich ruchów. Zeskoczyłem i podszedłem do nich, a bracia wraz z sołtysem ruszyli w kierunku jego domu.

Na odchodne Dalinar powiedział: „Nie rób niczego głupiego Tsume”.

  • Posłuchaj swojego kolegi - rzekł jeden z kuszników.

  • No chyba mogę sobie tylko pogrzebać w zębach - skwitowałem.

Czas mijał, a strażnicy zaczynali się niecierpliwić.

  • Długo ich nie ma. Może faktycznie zaciukali Ramfelda?

  • Spokojnie, to duży dom, a szukają małego pamiętnika – odrzekłem.

  • Ta, na pewno, temu elfowi to źle patrzało z oczu – splunął pierwszy.

  • Parszywe elfy, im nigdy nie można ufać – powiedział drugi.

  • Podróżuję z nim. Faktycznie jest trochę dziwny, ale spokojnie, sołtysowi nic nie grozi.

  • Delidia powinna je wszystkie wytępić – rzucił ponownie drugi ze strażników.

  • Ku chwale Delidii – powiedziałem odruchowo.

  • Ku chwale Delidii – odpowiedzieli gorliwie drugi.

Zaczęło być coraz zimniej. Strażnicy przebierali nogami, raz po raz przeklinając. Nie byłem do końca pewny jak skończy się cała ta awantura, więc przywołałem moc Ki-shak, aby ogrzać swoje ciało. Nie mogłem być sztywny z zimna. Kiedy zobaczyłem, że cała czwórka wraca, przywołałem moc ochronną i czujnie obserwowałem co się wydarzy.

  • No panowie. Tu się pożegnamy. Jak obiecałem, nie doniosę o tym baronowi. Szkoda, że nie przyszliście do mnie od razu, bo oszczędzilibyśmy sobie tej niewygodnej sytuacji. Ruszajcie w swoją stronę.

Bracia podjechali do mnie, a ja ruszyłem pieszo obok konia, aby być osłoniętym, gdyby jednak Sołtys nie dotrzymał słowa. Na szczęście był człowiekiem słownym i po chwili kusznicy udali się w kierunku wioski. Kiedy odjechaliśmy kawałek, Dalinar wyraźnie wkurzony zapytał.

  • Kejn wyjaśnisz nam jak to się stało, że sołtys zorientował się, że go obrabowałeś?

  • Nie mam pojęcia – powiedział elf.

  • Łatwo przyszło, łatwo poszło – odpowiedział Igo.

  • Chciałem przypomnieć, że kiedy jako jedyny oburzyłem się na to, że zabrał sakiewkę i nas to naraża, stwierdziliście, że jestem głupi.

  • Ja tak nie powiedziałem, milczałem, bo zdałem się na umiejętności Kejna. To Kejn tak powiedział. Mało tego Kejn – ciągnął Dalinar - zostawiłeś ślady w jego gabinecie.

  • Na pewno nie – szedł dalej w zaparte Kejn. Co miał powiedzieć...

  • Następnym razem jak udasz się po informacje, to przynoś informacje, a nie czyjeś sakiewki złota – powiedziałem zdenerwowany.

  • Aaa tam, przesadzacie.

Co za zakuty łeb. Rozumiem nawet, że mógł negować moją ocenę jego pracy, bo widocznie bardziej ufał swoim instynktom, niż mojej ocenie, ale on negował rzeczywistość i to co już miało miejsce. Nie wychodziłem z podziwu dla jego beztroski. Oby kiedyś nie kosztowała nas zbyt dużo.

„Świadomość swoich słabości może być też Twoją siłą.”

W jego przypadku nieświadomość swoich braków może być naszym gwoździem do trumny. Hm, czyżbym wymyślił swą pierwszą naukę, którą może tak jak Ty, przekażę jakiemuś adeptowi? Musze powiedzieć, że nawet mi się podoba. No może wymaga jeszcze drobnych szlifów. Może kiedyś ktoś powie: jak to mawiał Tsume „Nieświadomość swoich braków może być przyczyną klęski.”

Znowu się zapędziłem mentorze... Już wracam do tematu.

  • No nie przesadzamy – denerwował się Dalinar - posłaliśmy Ciebie, bo wierzyliśmy, że zrobisz to dobrze, a zostaliśmy wykryci szybciej niż bym się spodziewał.

  • Bo po pierwsze widzieli go, a po drugie, co ważniejsze, ukradł sakiewkę – broniłem swojej racji, iż od początku kradzież była błędem.

Kejn wzdychał ze zrezygnowaniem. Dalej nie docierało do niego, że naraził nas na poważne problemy.

  • Nie zostawiłem żadnych śladów – upierał się.

  • No no, tak jak upierałeś się, że nikt cię nie widział – odparłem.

  • Myślę, że to dobra lekcja na przyszłość – powiedział Dalinar - dopiero wyruszamy ku naszym przygodom, myślę, że musimy być ostrożniejsi w naszych działaniach.

Mam nadzieję, że Kejn też wyciągnął z tej lekcji wnioski, a teraz przemawiała przez niego urażona duma. Było by to dobre dla nas wszystkich. Bo jeśli nie będziemy mogli na sobie polegać, to przepadliśmy na długiej drodze, zanim postawimy na niej pierwszy krok.

W drodze do Mar-Margot pogoda znacznie się pogorszyła, cały czas atakował nas wiatr i deszcz ze śniegiem. Gdy przekroczyliśmy bramy miasta, które po prostu ostatnio odrzucało nas swoim smrodem, brudem i ubóstwem, teraz na myśl wygodnego noclegu, jawiło się niczym najpiękniejsze miejsce na tym łez padole. Z ulgą wynajęliśmy pokój w Ogonie Gryfa, gdzie w końcu można było się dobrze ogrzać i wysuszyć, nie wspominając już o napełnieniu brzuchów ciepłą strawą. Ku naszemu zadowoleniu dostaliśmy duży, czteroosobowy pokój. Perspektywa spania na podłodze, jak uprzednio, nie martwiła mnie zbytnio, ale co wygodne łóżko, to wygodne łóżko. Opłaciliśmy pokój na kilka dni z góry, posililiśmy się i po krótkim odpoczynku, wyruszyliśmy na miasto. Kejn, Igo i ja udaliśmy się na poszukiwanie Markusa oraz załatwialiśmy drobne sprawunki dla Igo. A Dalinar wyruszył na spotkanie z kapłanami Vergena. Jako że działali w głębokiej konspiracji, nie mogliśmy być obecni na tym spotkaniu z wiadomych przyczyn. W związku z tym, że zima ustępowała już miejsca wiośnie, kupcy szerokim strumieniem przybywali do miasta, wiele ulic i uliczek zamieniało się w targowiska, a handlarze zaczepiali nas na każdym kroku. Było tłoczno i gwarno i nie znając tego ogromnego miasta, pytaliśmy ludzi o kuźnie i niejednokrotnie trafialiśmy już do tej, którą odwiedziliśmy już jakiś czas temu. Do końca dnia obchodziliśmy miasto. Odwiedziliśmy kilka kuźni i warsztatów płatnerskich, lecz nie znaleźliśmy Markusa. Nikt też o nim nie słyszał. Z rozmów na rynku wychwyciliśmy kilka rozmów, między innymi o nowym władcy miasta, Grododzierżcy, którym był niejaki Talinas, półelf. Było słychać głosy niezadowolenia, że jak to półelf może zasiadać na tak znacznym stanowisku. Niezadowoleni z efektów naszych poszukiwań, udaliśmy się do karczmy.

Dalinara jeszcze nie było. Zjedliśmy kolację i udaliśmy się do swojego pokoju. Zaczynaliśmy się niepokoić, na szczęście cały i zdrowy przyszedł późnym wieczorem. Daliśmy mu zjeść kolację, bo jak sam przyznał, od rana nie miał nic w ustach. Kiedy zaspokoił głód, podjął opowieść.

  • Dobrze było wrócić do świątyni i spotkać się z wiernymi oraz z kapłanami Vergena. Zawsze to jest dobra okazja, by umocnić swoją wiarę.

  • Dalinarze – przerwał mu Kejn – Konkrety, prosimy cię.

  • A gdzie Ci się spieszy? Mamy dzban wina i całą noc przed sobą - mówił spokojnym, zadumanym głosem, tak innym od zazwyczaj radosnego i mało poważnego tonu.

  • Wierni cię tak zmęczyli? - dopytywał Igo z głupim uśmieszkiem na twarzy.

  • Nie, spędziłem ten dzień na rozmyślaniach i modlitwie.

  • Mówisz poważnie? - zapytał Kejn - Niczego się nie dowiedziałeś?

  • Chciałbym przypomnieć, jakbyście zapomnieli, że jestem kapłanem i to należy do moich obowiązków.

  • Właśnie próbuję o tym zapomnieć – z kwaśną miną odpowiedział Igo.

Nadal zastanawia mnie skąd u niego taka niechęć zarówno do powołania Dalinara jak i mojego.

  • Dajcie mu się wypowiedzieć – zrugałem Kejna i Igo - Brat dzieli się z wami ważnymi dla niego wydarzeniami, a wy mu ciągle przerywacie.

  • No cóż, postaramy się czegoś dowiedzieć, to znaczy kapłani i osoby, które sprzyjają naszej sprawie. Wiadomo, to duże miasto i nie ma gwarancji, że znajdą Kościeja, ale podejmą ten wysiłek, aby spróbować nam pomóc. W Towarzystwie Kupieckim Karabaku jest pewna osoba, zwie się Justus, który być może też mógłby coś wiedzieć o różnych kompaniach najemników. Natomiast pytałem też kapłanów, czy nie mieli by dla nas zajęcia. Moglibyśmy się przysłużyć kościołowi Vergena, a że sami nie śmierdzimy groszem, może uda się podreperować nasze budżety.

  • Będziemy czyścić latryny – tym razem szydził Kejn.

  • Jeśli cię to nie interesuje, to mogę już o nic nie pytać, a ty zajmij się latrynami jak masz taką ochotę.

  • Nie unoś się – powiedział Kejn - Jest już prawie północ, a ty strasznie rozciągasz temat. Powiedz lepiej, kiedy będziesz coś wiedział.

  • Jeśli kapłani się czegoś dowiedzą, skontaktują się ze mną, a jutro, najlepszym co na ten moment możemy zrobić, jest udać się do Justusa. Tyle. Zanim pójdziemy spać, mam jedno pytanie – kontynuował Dalinar - Właściwie do ciebie Igo, bo ty pracowałeś u skryby. Czy Ragn mógł używać atramentu, który jest niewidoczny gołym okiem, ale da się go jakoś odczytać?

  • Pokaż pamiętnik.

Igo otworzył książeczkę i przyglądał się pustym stronom pod światło i z różnych kątów. Po chwili wstał, przyniósł kawałek zwęglonego drewna z kominka i ostrożnie zaczął zamazywać jedną ze stron. Patrzeliśmy w napięciu jak po kilku ruchach pojawiają się pierwsze słowa. Nie był to żaden tajemny atrament, a zwyczajnie wgłębienia, które powstały z poprzedniej kartki, gdy Ragn pisał piórem. Już drugi raz Dalinar pokazał, że potrafi jasno rozumować. Widać i wizyta w świątyni może oczyścić umysł równie dobrze jak medytacja. Igo kilka minut ze skupieniem pracował nad kartką. Gdy skończył, ponaglaliśmy go, aby to odczytał. Igo przysunął sobie lampę i zaczął czytać:

[pismo spokojne, dokładne]
Kościoła. Chociaż to jest duża niewiadoma, bo to sprytne skurwysyny.

Nie widzę też motywu. Kościej to stary i sprytny gnat – nie mogę mu ufać – ale jest mi winien

przysługę, a on należy do tych co zawsze spłacają długi. Jutro wyjazd.
[chaotycznie]
Pułapka. Pułapka. Pułapka!!!!! Stary durniu durniu!!!!!!!!!!!!!!!! Jak moo

[spokojniej]
Mija dzień od powrotu. Rana się goi. Miałem szczęście. Kościej zdradził – nigdy bym

nie pomyślał. Znamy się 20 lat.
[spokojnie]
Jest drugi dzień. Myślę, że będzie już spokojnie. Na wszelki wypadek odszedłem

od mojej ukochanej – nie przeżyłbym, gdyby coś jej się stało.

Do rzeczy. Fakty są takie, że nie mieli szans mnie rozpoznać – primo: w Mar-Margot nikt

nie zna Vernira, oprócz Kościeja. Kościej zna Vernira z II brygady Trabeńskiej. Kościej nie wie

gdzie mieszka Vernir – może co do niego się pomyliłem, ale Arturo by mu mnie nie zdradził.

Nie miałby nawet okazji, bo wyruszał na zachód, a ja ruszyłem niezwłocznie do miasta.

Secundo – gdyby mnie śledzili, to już by mnie znaleźli. Zgubiłem trop, jak mi starzy bogowie mili.

Fakt #1 bezsprzeczny jest, że Kościej zdradził z własnej woli – albo nie miał wyjścia i musiał

zdradzić. Faktem #2 kluczowym jest, że coś w tym wszystkim śmierdzi, bo ewidentnie chciał

wybadać skąd znam tę sprawę. Fakt #3 jest taki, że zapytał mnie czy przysłał mnie Camaral,

żeby sprawie uciąć łeb.

Skoro chciał mnie wybadać i pytał o takie sprawy, to gówno wie. #4 Nie ma pojęcia kto

mnie przysłał. Muszę pomyśleć.

Marcus wyjechał wczoraj. To był chyba dobry ruch, ale może pochopny. Jednak ostrożności

nie zawadzi – wszyscy wiedzą, że to mój najbliższy przyjaciel, mimo że krasnolud.

#5 Brodaty mówił, że Camaral to ten czarny skurwiel, łowca nagród i żebym się w to

nie mieszał. #6 Jestem za stary, żeby do niego się zbliżyć, bo nikt takiemu dziadowi z brzucholem

nie da zlecenia. #7 Camaral rozmawia tylko ze swoimi porucznikami, kolejna sprawa.

#8 Gdybym miał kilku młodszych, bitnych chłopaków, mógłbym go podejść! #9 Marcus mówił,

że gdyby zdobyć jego zaufanie, to można by go jakoś rozegrać sprytnie. Tak, żeby ten cholerny

mięśniak coś sypnął – to jest kluczowe! To chyba mój ostatni świadek i szansa. Zastanowię się.

Przez chwilę miałem głupią myśl – na wiosnę przybędą chłopaki. Jak im to powiedzieć,

żeby ich nie narażać?

Może spróbuję ich tam jakoś zaczepić, żeby zarobili trochę na siebie i nabyli doświadczenia?

A potem, kiedy już będą wyżej w hierarchii, powiem im całą prawdę i sami docisną kapitana?

Muszę pozostawić to w tajemnicy, bo chłopaki gotowi pójść na żywioł, a to nie o to chodzi.

Szczególnie Kejn albo Dalinar, oni mogą chcieć szybkiej zemsty. Nie rozumieją… Ale jest to plan!

Do diaska. Jak mogłem być takim idiotą. To są dzieci. W dodatku Roberta.

Nie.

Załatwię to po swojemu, mam jeszcze trochę znajomości.

Najpierw pójdę do____________________________________________________ [chaotyczna kreska w dół do końca kartki]
  • Cały czas mieliśmy to pod nosem. Dobrze, że po to wróciliśmy.

Pamiętasz mistrzu jak mówiłem, że na nasze szczęście nieroztropność Kejna obróciła się na naszą korzyść? Sam musisz przyznać, że tak było. Gdyby nie to, nigdy byśmy już tego nie przeczytali. Wprawdzie wyjątkowo nie lubię tego powiedzenia, ale tym razem się doskonale sprawdziło:

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.”

  • No, to chyba wiemy gdzie musimy się nająć – powiedziałem.

Po kolei wskazałem na nich palcem.

  • Ty masz szansę

  • Ty masz szansę

  • Ty masz szansę

  • A ja jestem w dupie.

  • Dlaczego? – zapytali zdumieni.

  • Bo ty jesteś wojownikiem, ty jesteś wojownikiem, ty magiem, a ja jestem nikim.

Oczywiście chodziło mi o to, że ze względu na to, iż naszym zakonem interesuje się kościół Delidii, musiałem uchodzić za nikogo. Wiedziałem, że wyszkoliłeś mnie dobrze, lecz nie chciałem ukazywać swoich umiejętności, bo zawsze istniało ryzyko, że ktoś zorientuje się skąd biorą się moje umiejętności. Zwyczajnie chciałbym używać ich najbezpieczniej jak potrafię.

  • Wystarczy, że jesteś przydatny dla grupy – powiedział Igo.

  • Niby w czym ? - dopytywałem.

  • Nie masz żadnych umiejętności przydatnych w kompanii? - pytał Dalinar.

  • Mam, ale nie mogę ich ujawniać.

  • Niby czemu? – zapytał Dalinar.

Z pamiętnikiem mu poszło, nie powiem, ale chyba tak intensywnie nad tym myślał, że doznał jakiegoś zaćmienia.

  • Bo mój zakon, tak jak i Twój kościół jest na indeksie Delidii. Ty też nie możesz iść w miasto i nawracać.

  • Po co żeś się w ogóle w to wkręcił? – dopytywał Igo.

  • Po gówno! - nie wytrzymałem już kolejnego przytyku.

  • A nie możesz ubrać zbroi, wziąć miecza i udawać, że jesteś wojownikiem? - pytał Dalinar.

  • Nie mogę, bo takie są zasady mojego zakonu.

  • Ale wspinasz się, jeździsz konno, możemy powiedzieć, że w naszej kompanii jesteś zwiadowcą – ciągnął Dalinar.

  • W sumie tak, każdy w grupie ma swoje zadanie i dobrze wychodzi nam ta współpraca. Dobrze uporządkujmy to co jest w tych notatkach – powiedziałem.

  • Arturo daje znać Ragnowi, że pojawia się Kościej.

  • Kościej miał przekazać Ragnowi jakieś informacje.

  • Kościej zdradził Ragna, ale nie wiemy czy z własnej woli, czy został do tego zmuszony.

  • Moim zdaniem Kościej myślał, że Ragna przysłał Camaral, bo ma coś wspólnego ze sprawą śmierci lub majątku naszych rodziców i wysłał Ragna, bo dowiedział się, że ktoś węszy i żeby Ragn uciął tej sprawie w łeb.

  • Kościej nie wiedział, że sprawą interesuje się Ragn i nie ma nic wspólnego z Camaralem. A wręcz przeciwnie, że chce mu zaszkodzić. Z czego wynika, że Camaral jest nad Kościejem.

  • A kim, w tym wszystkim jest brodaty? - zadał pytanie Dalinar.

Po krótkim zastanowieniu się przyjęliśmy, że chodzi o Markusa.

  • Ewidentnie Camaral wie coś o sprawie naszych rodziców. Musimy go docisnąć – powiedział Dalinar.

  • Nie, nie, nie – powiedziałem - Proszę oddać mi tę kartkę. Teraz dochodzimy do tego, że ty i ty - wskazałem na elfa i kapłana - Zaczynacie milczeć i słuchacie.

Wziąłem kartkę od Igo i zacząłem czytać

„ Muszę pozostawić to w tajemnicy, bo chłopaki gotowi pójść na żywioł”.

  • I tu kończy się wasza rola, bo ty już mówisz, że musimy go docisnąć.

„Szczególnie Kejn albo Dalinar, oni mogą chcieć szybkiej zemsty. Nie rozumieją… Ale jest to plan!”

  • Ale on był stary, dlatego się go obawiał. Ja bym go tam docisnął – stwierdził Dalinar.

  • Rozumiem, że chcesz docisnąć kogoś, kto ma swoich poruczników, jest łowcą nagród i trzęsie miastem?

  • Daj spokój - powiedział Kejn - Przecież się zgrywamy, nie możesz nam zarzucić braku rozsądku.

O Śpiąca Bogini. Właśnie to mogłem mu zarzucić, ale postanowiłem nie drążyć.

Dyskutowaliśmy jakie podjąć kroki i w związku z tym, że Mar-Margot to ogromne skupisko ludzi i zbieranie informacji przez kapłanów może sporo potrwać, zdecydowaliśmy się zatrudnić u Camarala. Liczyliśmy, że tam też dowiemy się czegoś o Kościeju. Tu wszyscy byliśmy zgodni, że należy mu się kara za zdradę Vernira i nawet ja przychylnie się wypowiedziałem, kiedy znów wpadła wzmianka, żeby go docisnąć. Zgodziłem się na to pod warunkiem, że uznam, że jest to w zasięgu naszych możliwości. A tak naprawdę nie wiem na co było nas stać, jako że razem nie stanęliśmy jeszcze w boju. Co więcej, jak na razie nasze poczynania szły średnio. Kejn dał się nakryć, a my wszyscy wpadliśmy w zasadzkę sołtysa. Mam świadomość, że musimy się jeszcze sporo nauczyć, a przede wszystkim nauczyć się współpracować. Było grubo po północy, gdy kładliśmy się spać...

Po oszczędnym śniadaniu, wybraliśmy się do Justusa. Siedziba Towarzystwa Kupieckiego Karabaku mieściła się w dzielnicy handlowej. Zajmowała całkiem spory teren, na którym mieściły się rożne warsztaty i zakłady rzemieślnicze. Sama siedziba to bogata duża willa z ładnym dziedzińcem. Widać było, że gildia opływa w dostatek. Ruch w tym miejscu był spory, co chwilę mijaliśmy kupców i rzemieślników, którzy załatwiali tu jakieś interesy. Jeden z napotkanych kupców wskazał nam drogę do Justusa, a po przedstawieniu sprawy, jeden ze strażników zaprowadził nas pod jego drzwi. Udaliśmy się na pierwsze piętro pod jego gabinet, gdzie w środku panował przepych. Grube dywany, piękne malowidła. Wszędzie kręciło się sporo niewolników dbających o porządek. Strażnik wszedł do środka i po chwili zaprosił nas przed oblicze Justusa. Naszym oczom ukazał się duży pokój. Każda ściana zastawiona była regałami, na których stały setki ksiąg oraz zrulowanych pergaminów. Na środku, za ogromnym biurkiem, na bogato zdobionym tronie, siedział starszy mężczyzna z wydatnym brzuchem i tłustymi policzkami, a jego palce zdobiły cenne pierścienie. Kiedy weszliśmy, ogołacał zdobioną misę pełną pieczonego mięsiwa.

  • Witajcie, witajcie. Podejdźcie bliżej, wzrok już nie ten. Mówiono mi, że jakiś interes do mnie macie. Potrzebujecie się zatrudnić w jednej z naszych kompanii?

  • Dobrze rozpoznałeś panie – rzekł kapłan - Szukamy jakiegoś zajęcia. Chcielibyśmy dowiedzieć się jakie są kompanie w mieście, gdzie moglibyśmy się zahaczyć i dorobić nieco.

  • A wy co żołnierze jacyś?

  • Tak, byliśmy najemnikami w Karhanie. Potrzebujemy dorobić trochę grosza.

  • Ooo Karhańczycy. Takich to zawsze miło spotkać. Witajcie w moich skromnych progach. A w jakiej kompanii służyliście?

  • W kompanii Variusa.

  • Aaa kojarzę, kojarzę, czyli żyjecie z wojaczki. Coś by się dla was znalazło. Jest tu taka ekipa, prowadzą cały czas nabór. Zwą się Białą Kompanią. Nasza gildia często korzysta z ich usług. Głównie ochraniają karawany, wprawdzie wiąże się to z częstymi podróżami, ale wy wyglądacie na takich, którzy podróżować lubią. Dlatego też polecam właśnie ich.

  • A kto tam jest dowodzącym? – dopytywał Dalinar.

  • Obecnie dowodzącym jest Kapitan Mario.

  • A są jeszcze inne kompanie w mieście?

  • A są, ale dla Karhańczyków chyba ta była by najodpowiedniejsza.

  • A jeśli chodzi o łowców nagród są też tu w mieście?

Justus splunął z obrzydzeniem.

  • Łowcy nagród? Wiecie, nasza gildia się tym nie zajmuje. To brudna robota najczęściej, a wy mi na takich nie wyglądacie. Skoro już pytacie, to wiedzcie, że możecie popytać u Camalarczyków.

  • Gdzie można ich spotkać?

  • Camaralczyków, z tego co kojarzę, to w Niskiej Dzielnicy, od strony zachodu. Ich siedziba mieści się w karczmie Bakarak.

  • Skąd taka dziwna nazwa? – dopytaliśmy.

  • Camaral jest ich kapitanem, ale ja dalej sugeruję wam Białą Kompanię, przemyślcie to. Rezydują niedaleko, dosłownie dwie ulice stąd, na ulicy Mieczowej. Jeśli zdecydujecie się na nich, to pozdrówcie kapitana i powiedzcie, że Justus was poleca.

  • Dziękujemy zatem za radę i miłego dnia – pożegnaliśmy się.

Chłopaki rwali się w drogę do Camaralczyków. Ja upierałem się, żeby najpierw zatrudnić się w Białej Kompanii, żeby w miarę szybko coś zarobić, bo za niedługo wylądujemy na ulicy i będziemy żebrać. Wprawdzie nie miałem pojęcia o tym jak działają takie kompanie, ale szła wiosna i karawany ruszają codziennie, a zbiegów raczej nie ma codziennie - rozumowałem. A pieniądze były nam coraz bardziej potrzebne. Znowu zostałem zbesztany, ale zgodzili się chociaż odwiedzić Kapitana Mario, skoro byliśmy nieopodal jego siedziby. Udaliśmy się zatem do ich siedziby, gdzie przyjął nas sierżant kompanii i przedstawił warunki w jakich przyszłoby nam pracować. Standardowo podpisuje się kontrakt na trzy miesiące, oferują nocleg i wyżywienie, plus 60 srebrnych ambardów na miesiąc, plus czasami jakąś premię, zależnie od wykonywanego zlecenia. Te trzy miesiące przypominają troszkę pobyt w wojsku. Po prostu jesteśmy do ich dyspozycji i wykonujemy ich rozkazy. Bogatsi o nową wiedzę podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że musimy się zastanowić i jeśli się zdecydujemy na pewno wrócimy. Zgodziliśmy się, że trzy miesiące pod rozkazami odbierze nam swobodę działania i nie możemy na to sobie pozwolić. Postanowiliśmy udać się do Camaralczyków. Dopytaliśmy o drogę do karczmy Bakarak i wyruszyliśmy w tamtym kierunku.

Po dostaniu się do Niższego Miasta, z każdym krokiem przybliżającym nas do siedziby Camaralczyków, otoczenie stawało się coraz bardziej niemiłe i podejrzane. Jak bardzo ta dzielnica różniła się od okolic siedziby Białej Kompanii... Zewsząd wylewał się na nas brud i biedota tej dzielnicy. Na każdej ulicy siedzieli żebracy i krzątały się brudne dzieci. W końcu dotarliśmy pod gospodę. Zaskoczył nas jej widok. W tej okolicy domy były solidne, murowane i wysokie. Ni jak nie pasowało to do mijanych przed momentem byle jak skleconych domów, a nawet mijanych czasem zbudowanych byle jak szałasów. Gospoda była naprawdę solidna i duża. Nad drzwiami wisiał szyld z napisem Bakarak, a pod spodem wyryty był kubek i dwie kości do gry. Przy wejściu do budynku stało czterech ochroniarzy o nieprzyjemnych gębach. Weszliśmy do środka nieniepokojeni. Karczma była ogromna, przynajmniej w porównaniu do tych, które dotychczas widziałem, a nie było ich zbyt wiele. Wyróżniała się tym, że nie było prawie w ogóle małych stolików, tylko duże ławy, mieszczące do dwunastu ludzi. Mimo rozmiarów, karczma była prawie, że pełna. Przy stolikach ludzie pili, grali w karty, kości i obmacywali skąpo ubrane dziewki. Po karczmie uwijało się też sporo kobiet z tacami, które pracowicie, jak mrówki, kręciły się między stolikami, donosząc co chwilę kufle z piwem i parujące misy z jedzeniem. Wypatrzyliśmy wolne miejsce i usiedliśmy. Nie minęło wiele czasu, kiedy nie wiadomo skąd, na kolanach elfa pojawiła się wyzywająco ubrana kobieta, prawiąca mu komplementy.

  • On nie ma kasy – rzucił Igo.

Uśmiech na twarzy kobiety zniknął jak płomień zdmuchniętej świecy, wstała gwałtownie i odeszła, patrząc na nas z pogardą. Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Czyżby w końcu ktoś wyciągnął kij wrażony w dupę maga? Po chwili podszedł służący i grzecznie zapytał.

  • Co podać?

  • Podaj po piwie. Potrzebujemy pogadać z Camaralem. Szukamy roboty. Czy jest tu ktoś od niego z kim możemy pogadać? – odpowiedział Dalinar.

  • Oczywiście, powiem panu gospodarzowi. Zaraz przyniosę piwo.

Po chwili służący wrócił z piwem.

  • Pan gospodarz za chwilę podejdzie.

Sączyliśmy piwo, oczekując na naszego rozmówcę. Troszkę to trwało, ale po jakimś czasie koło naszego stolika, pojawił się wysoki, postawny mężczyzna w kolczudze.

  • Witajcie. Jestem Torsten. Szukaliście ponoć roboty?

  • Tak. Nazywam się Dalinar. Razem z moimi towarzyszami szukamy dobrze płatnej roboty. Doszły nas słuchy, że tu można taką dostać.

  • A wiecie czym się zajmujemy?

  • Słyszeliśmy, że jesteście łowcami głów.

  • Zgadza się, przesiądźmy się tam – wskazał ręką pustą ławę.

Zebraliśmy swoje kufle i usiedliśmy we wskazanym miejscu. Po chwili karczmarz przyniósł dzban piwa.

  • Mieczem robić umiecie?

  • Tak, byliśmy najemnikami w Karhanie.

  • No wiecie, my tu najemnikami nie jesteśmy, mamy trochę inne metody działania i zlecenia.

  • No cóż, chcemy zarobić więcej niż najemnicy, bo młodzi jesteśmy i mamy swoje potrzeby.

  • Długo służyliście w Karhanie?

  • Ostanie pięć lat.

  • A wy? - wskazał na mnie i Igo.

  • Ja jestem ich zwiadowcą.

  • Rozumiem, a ty czym się zajmujesz? – wyczekująco patrzył na Igo.

  • Magią.

  • Czarownik, ooo. Zabiliście kiedyś człowieka?

  • Oczywiście – odpowiedział jak na mój gust zbyt szybko Igo.

  • Bo słuchajcie. My zajmujemy się szukaniem różnych zbiegów i zasadę mamy jedną: żywych nie sprowadzamy. Chyba, że jest taka potrzeba, gdy na przykład nasz mocodawca ma takowe życzenie. Ale tak to nigdy. Może jesteście i z Karhanu i może robicie mieczem. Ale to jest robota specyficzna i wasze umiejętności musimy sprawdzić. Wpadnijcie następnego dnia, to mały teścik zorganizuję. Bądźcie o podobnej porze.

I tak pełen obaw oczekuję następnego dnia drogi mistrzu. Być może będzie to pierwszy sprawdzian moich umiejętności bojowych od momentu opuszczenia klasztoru. Czuję lekki strach. Ale to chyba dobrze bo

„Kto twierdzi, ze nie zna lęku albo głupcem jest albo kłamie.”

Mam nadzieję, że po jutrzejszym dniu będę miał co opisywać. Czas się dobrze wyspać, bo może być ciężko.