I ponownie stanęliśmy przed drzwiami Bakaraka. Skłamałbym mówiąc, że nie miałem obaw. Wiedziałem, że będziemy obserwowani, a ja nie chciałem bez potrzeby ujawniać swoich umiejętności. Nigdy nie wiadomo kto będzie patrzył. A miałem wrażenie, że ludzie u Camaralczyków mogli widzieć już wiele i mieli szansę rozpoznać, gdzie nauczyłem się walczyć.
Weszliśmy do karczmy, gdzie od razu dostrzegł nas Torsten i skinieniem ręki przyzwał do siebie.
Mamy tu małą arenę i chciałbym sprawdzić jak robicie mieczem.
Jako grupa? – dopytywałem.
Nie, nie. Indywidualnie.
Wzbierał we mnie niepokój.
Wiesz, Igo jest magiem i zazwyczaj nie staje w bliskim zwarciu z wrogiem. Zawsze walczy przy wsparciu naszej drużyny – mówił Dalinar.
Wiadomo, wiadomo. On będzie miał inny test. Na pewno ma już w zanadrzu jakieś zaklęcie, jak my to mówimy, rozpierdalające. No ale to zaprezentujecie się już na arenie. Chodźcie za mną.
Zaprowadził nas do jednych z drzwi i poprowadził przez małe pomieszczenie, w którym przebywało czterech wartowników. Pilnowali oni zejścia schodami w dół, które znajdowało się na końcu tego pomieszczenia. Na dole znajdowało się podobne pomieszczenie jak powyżej, gdzie siedziało dwóch strażników. Tosrsten obrócił się do nas i powiedział:
- Tu musicie zostawić broń. Na arenie nie walczymy na broń ostrą. Nie narażam niepotrzebnie zdrowia moich ludzi.
Chłopaki zostawili broń i Torsten poprowadził nas dalej. Za drzwiami, ku naszemu zdziwieniu, rozpościerała się druga, ogromna sala. Wprawdzie wcześniej słyszeliśmy przytłumioną muzykę i gwar, ale myślałem, że dochodzi z góry gospody. Myliłem się jednak, bo to po prostu była prawie że bliźniacza sala do tej górnej, gwar i muzyka dobiegały właśnie z niej. Nie musieliśmy przechodzić przez całą salę, bo Torsten zaraz skręcił w pobliskie drzwi i krótkim korytarzem poprowadził nas do pomieszczenia, gdzie umiejscowiona była niewielka arena. Muszę powiedzieć, że gospoda u góry robiła wrażenie, lecz ogrom tego miejsca, pod poziomem ziemi, to dopiero było coś.
Arena otoczona była ławami, które na pierwszy rzut oko mogły pomieścić około czterdziestu widzów. W pomieszczeniu widać było jeszcze inne drzwi, niż te którymi się dostaliśmy, stąd wniosek, że podziemna sieć pomieszczeń musiała być jeszcze większa. Po chwili właśnie z jednych drzwi wyszedł bogato ubrany człowiek w obstawie dwóch zbrojnych i zasiadł na jednej z ław. Niedługo potem zwrócił się do nas Torsten.
Będziecie wchodzić na arenę pojedynczo i moi ludzie sprawdzą na co was stać. Nie chcemy się tu ranić, nie o to chodzi. Chcemy ogólnie wybadać wasze obycie z bronią. Dla ciebie magu będzie troszkę inne zadanie, bo oczywiście wykluczam rzucanie czarów na moich ludzi. Mamy tutaj taką specjalną kukłę, na której zaprezentujesz zaklęcie rozpierdalające. Tam stoi kosz z bronią ćwiczebną, wybierzcie sobie co tam chcecie i zastanówcie się nad tym jak chcecie walczyć, bo macie chwilę czasu – po tych słowach udał się do siedzącej na ławkach trójki ludzi.
Jeśli chcecie, mogę przed walką wezwać moc Vergena i pobłogosławić nas – powiedział kapłan.
Chętnie przyjmę błogosławieństwo Twego boga – powiedziałem, po czym Dalinar w skupieniu i ciszy pomodlił się.
Po chwili wrócił do nas Torsten i zapytał:
No chłopaki, który pierwszy?
Ja - odpowiedział Dalinar i zszedł na arenę.
Kilka oddechów później usłyszeliśmy szczęk podnoszonej kraty i na arenę wszedł człowiek, w skórzanej ćwiekowanej zbroi oraz skórzanym czepcu. W jednej ręce dzierżył ćwiczebny miecz, a w drugiej małą, okrągłą tarczę. Po chwili obaj dali znać, że są gotowi i Torsten dał sygnał, aby walka się zaczęła.
Początkowo walczący obchodzili się na arenie, obserwując swoje ruchy i miałem wrażenie, że kapłan przyjął postawę bardziej defensywną, a jego przeciwnik nastawioną raczej na szybkie ciosy. Wymieniali uderzenia, lecz oboje skutecznie się zasłaniali. Dalinar, widząc że będąc w defensywie, walka wydaje się być nie do rozstrzygnięcia, coraz bardziej stawiał na otwarte ataki. Zmiana taktyki sprawiła, że walka nabrała dynamiki i pierwsze ciosy zaczęły dosięgać obu wojowników. Wydawało się, że lepiej idzie człowiekowi Torstena, jego uderzenia były czystsze, lecz nie miały zbyt wielkiego impetu. Dalinar potrzebował tylko jednej okazji i gdy się nadarzyła, z szerokiego zamachu uderzył bokiem kija w głowę przeciwnika. Ten aż przysiadł, a zaraz po tym usłyszeliśmy głos Torstena:
- Stop, stop! Wystarczy. Następny.
Na arenie Dalinar zamienił się z Kejnem, a na arenę wszeł kolejny Camaralczyk. Jego wyposażenie praktycznie nie różniło się od jego poprzednika. Kejn, też tak jak jego przeciwnik, walczył długim mieczem. Ta walka skończyła się zanim dobrze się rozkręciła. Elf błyskawicznym zrywem doskoczył do przeciwnika, ten zaskoczony chyba jego szybkością, nie zdołał sparować ciosu i oberwał końcem miecza w dłoń, w której trzymał miecz. Nim jego z jego rozwartej dłoni broń upadła na piasek, dało się słyszeć głośne „Kuuuuurwaaa!” z jego ust, a od strony Torstena:
- Stop, stop. Wystarczy.
Ranny wojownik ledwo opuścił arenę.
- Dobra. Ty już nie musisz walczyć – wskazał na mnie ręką - Wierzę, że dasz sobie radę równie dobrze jak oni.
Kamień spadł mi z serca.
- Muszę tylko zobaczyć co ma w zanadrzu ten wasz czarodziej. Wnieść kukłę! - krzyknął - A ty pamiętaj magu, zaklęcie rozpierdalające!
Igo zszedł na arenę i czekał na manekina. Kiedy kukła stała już na miejscu, Igo wyciągnął dłoń, a z jej środka wyleciała wiązka ognia, która odrzuciła lekko manekina, po czym znikła, lecz cały manekin stanął w płomieniach. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że pierwszy raz w życiu widziałem działanie magii. I byłem pod wrażeniem.
O ho! Ho! - odezwał wie Torsten - Nie było to wprawdzie zaklęcie rozpierdalające, ale dokładnie coś takiego miałem na myśli. Chłopaki, było dobrze. Test numer jeden zdany. Spotkajmy się tu wieczorem, wtedy poddam was testowi numer dwa. Zjawcie się bez sprzętu, bez zbroi i broni.
Na czym polega ten drugi test i jakie są warunki zatrudnienia? – pytał kapłan.
Cóż, co do szczegółów drugiego testu to zobaczycie, ale jeśli go przejdziecie, to zatrudnię was. Jeśli chodzi o warunki to oferuję wam stałe zakwaterowanie i wyżywienie, bo robota dla łowcy nagród nie trafia się każdego dnia, a jeść coś musicie. Dobrze też, żebyście mieli gdzie spać. Po drugim teście ocenię co z was za ziółka i na podstawie tego przydzielę wam pierwsze zlecenie. Każde zlecenie wyceniane jest indywidualnie. W przypadku gdy musicie udać się gdzieś dalej, dodatkowo dostajecie pieniądze na utrzymanie podczas podróży. Dbamy o swoich ludzi. Jeśli uznacie, że nie podołacie jakiemuś zadaniu, możecie odmówić. Nie ma problemu. A i jeszcze jedno, za każde wykonane zadanie zawsze jest premia od szefa, to jest najlepsze dziwki na trzy dni.
Czy każde z tych zleceń jest zgodne z prawem? - dopytywał się Igo.
Oczywiście, nasze zlecenia pochodzą głównie od Grododzierżcy lub Kościoła, więc samo to jest gwarantem tego, że działamy w imię prawa. My tylko jesteśmy przedłużeniem woli Delidii. Jako członkowie naszego bractwa dostajecie medalion łowcy nagród, który jest szeroko respektowany. Zasada numer jeden: musicie mieć dowód, że wykonaliście zlecenie. Nie ma dowodu, nie ma nagrody. Zasada numer dwa: zlecenia wykonujecie zgodnie z obowiązującym prawem. Czasem, ale o tym już informujemy, należy udać się do władcy czy pana na terenie ziem, na których będziecie pracować i o tym fakcie ich poinformować. Jeśli złamiecie prawo, nie będziemy was chronić. To chyba już wszystko, więc odpocznijcie i spotkajmy się wieczorem.
Zadowoleni z wyników testu udaliśmy się do Ogona Gryfa, gdzie zjedliśmy obiad i udaliśmy się do swego pokoju.
Dalinarze, czy mógłbyś nam powiedzieć coś o zadaniu od swojego kościoła, bo w sumie ostatnio nie dokończyłeś tematu? – zapytałem.
Niestety nie, bo jeszcze sam nie poznałem szczegółów, nadmienili tylko, że w niedługim czasie być może zwrócą się do mnie o pomoc. Na razie skupmy się na tym co mamy tu do zrobienia, a jeśli będzie okazja, by przysłużyć się kapłanom w tym mieście, ja będę to tego dążył, gdyż jest to jeden z moich celów.
Ja myślę, że naszym celem jest dowiedzenie się co stało się z Vernirem i jak będzie taka możliwość, uratowanie go, a w szerszej perspektywie dowiedzenie się co stało się z naszymi rodzicami. Czy zginęli w wyniku wypadku, czy, jak obawiam się, raczej ktoś mógł w tym maczać palce – przerwał wypowiedź kapłana Igo.
Owszem, lecz dla Dalinara jest to cel zapewne bardziej przyziemny, niż uduchowiony – wtrąciłem.
Martwi mnie, że mówimy o celach jakichś kapłanów – kontynuował Igo, lecz mu przerwałem.
Nie jakichś kapłanów, tylko teraz jest to cel Twojego brata, czego w tym nie rozumiesz?
No z tego co powiedział, nie jest to jego cel, tylko cel kapłanów – kontynuował Igo.
No, jako że też jest kapłanem, to też jest to jego cel – tłumaczyłem.
Moim celem jako kapłana jest szerzenie wiary w Vergena i przywracanie jego świetności. Jeżeli ktoś nie chce mnie wspomóc w działaniach na rzecz świątyni, to ja nikogo nie zmuszam, więc w czym problem.
Więc ja ci to wytłumaczę, bo widzę, że masz z tym problem – podniósł głos Igo. - Chodzi o priorytety. W pierwszej kolejności wymieniasz jakichś kapłanów.
Nie możesz mu narzucać jego priorytetów – tłumaczyłem.
Ale naszym celem powinno być dowiedzenie się co stało się z naszymi rodzicami – ciągnął Igo.
No ale przecież wszystkim nam o to chodzi – rzekł Kejn.
No jemu o to właśnie nie chodzi – mag oskarżycielsko wskazał na kapłana.
Ale widzisz, moim celem życia nie jest tylko wyjaśnienie co stało się z naszymi rodzicami – mówiłem.
Dokładnie – powiedział Dalinar. - Choć teraz dokładnie po to tu jestem, a jednym z moich celów jest też, aby upadł Bezimienny Klasztor Sierot.
Każdy człowiek ma wiele celów – ponownie przerwał Igo. - Tylko moja dyskusja wzięła się stąd, że w pierwszej kolejności zacząłeś wymieniać jakichś kapłanów.
Nie, nie, nie Igo. To ja zapytałem o ewentualny cel tej pomocy dla kapłanów, on w ogóle nie poruszył tej kwestii – rzekłem.
Dokładnie – zgodził się ze mną Dalinar. - Zastanawiam się skąd Twoja awersja Igo do tego – dopytywał dalej - Nie mogę stwierdzić, że magowie to najbardziej godne zaufania osoby, a mimo to nie podważam twojej osoby i nie okazuję Ci braku zaufania.
Za chwilę dojdziemy do tego, że elfowie też nie są godni zaufania, więc może skończmy ten temat – zaproponował Kejn.
Aaaa i tu się mylisz Kejn. Nie wiem czy Cię to interesuje, ale cały mój cel opiera się w dużej mierze na starożytnej wiedzy elfów i ich pismach. I w ich wiedzę i starożytną mądrość wierzymy.
Ponieważ jesteśmy jedyną humanoidalną rasą, która jest długowieczna.
I tu się mylisz - ponownie mu przerwałem. -I to też wynika z waszych pism. Kiedyś ludzie też byli długowieczni i nasza misja polega na tym, by przywrócić dawny ład.
Jaka nasza misja? – zapytał Igo.
Dalinar i Kejn wybuchnęli śmiechem.
- Nasza, w sensie moja i mojego klasztoru. Przepraszam Igo, że nie użyłem zwrotu misja moja oraz moich braci z klasztoru. Nie mówiłem o Tobie Igo.
Zmieniłem temat, bo sytuacja stawała się gęsta. Kiedy Dalinar wspominał o tym, że jego celem jest zniszczenie klasztoru sierot, przypomniała mi się jedna rzecz z naszej przeszłości. Jaromir w przeddzień naszej ucieczki i swojej śmierci, zlecił nam przepisanie wycinka z jakiejś księgi. Podzieliłem się tym wspomnieniem, bo może to pomogłoby nam jakoś zaszkodzić klasztorowi. Niestety nikt z nas nie umiał znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia, by wykorzystać ten fakt.
- Co myślicie na temat naszego testu? – zapytał Dalinar.
Ponownie mu przerwałem.
- Muszę się do czegoś przyznać – powiedziałem poważnie.
Igo jak zwykle, kiedy próbowałem podjąć poważny temat, przerwał mi w szyderczy sposób:
- Bawisz się siusiakiem?
Tym razem postanowiłem się nie denerwować i lekceważąco odpowiedziałem:
A ty nie? Obawiam się tego, że ten drugi test może polegać na zabiciu kogoś, nie wiem, na przykład niewolnika, a ja w życiu nie zabiłem człowieka.
Popracujemy nad tym – spokojnie odpowiedział Kejn - Nie panikuj.
Nie panikuję, tylko chciałbym od was dostać jakąś radę.
Kejn pokazał gdzie wbić sztylet, aby zabić. Czasami zaskakiwało mnie jacy są niedomyślni...
Nie o to mi chodzi jak zabić, tylko jak sobie z tym poradzić psychicznie! - wykrzyczałem mu w twarz.
Wydaje mi się, że tyle przeszedłeś w życiu, że dasz sobie z tym radę – odrzekł Kejn.
Nie masz co o tym rozmyślać na zapas, na to nie da się przygotować – powiedział Dalinar.
Na koniec wtrącił się Igo, który według mojej wiedzy też nikogo nigdy nie zabił.
Trzeba zrobić to co koniecznie – powiedział takim głosem, że chyba sam nawet w to nie wierzył.
Nooo to mnie przekonałeś Igo. Najlepiej zaklęciem rozpierdalającym – drwiłem.
Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu. Po pewnym czasie odezwał się Igo.
- Tak sobie pomyślałem, że może będziemy musieli podróżować i że przydałaby się nam mapa. Może zorientuję się czy można gdzieś taką nabyć i ile kosztuje.
Stwierdziliśmy, że to dobry pomysł, ale najpierw chciałem ustalić jak stoimy z gotówką.
Kejn był w czarnej dupie. Od początku pobytu tutaj płaciłem za niego. Dalinar miał 60 srebrnych ambardów, ja 93, a Igo miał 2 złote ambardy, lecz zaznaczył, że część jeszcze dzisiejszego dnia wyda, na potrzebne mu do czynienia magii składniki. Zaproponowałem oszczędzanie. Bo jeśli tak dalej pójdzie, najdalej za tydzień wylądujemy na bruku. A nie wiadomo, kiedy wpadnie jakieś zlecenie. Dalinar podjął jeszcze sprawę tego, że musimy zachować uwagę o czym rozmawiamy w obecności osób trzecich, zwłaszcza przy Camaralczykach. Był pod dużym wrażeniem tej organizacji.
Powiem wam, że coś mi tu śmierdzi – wypalił nagle kapłan - Że kazali nam przyjść bez zbroi i broni.
Może testem będzie to, czy tam wieczorem dotrzemy bez sprzętu – zgadywałem - Albo też mamy być zawsze przygotowani do działania i nieważne czy kazał zabrać sprzęt czy nie, mamy go mieć – głośno myślałem.
Źle to będzie wyglądać, jeśli nie wykonamy pierwszego polecenia od chłopa, u którego staramy się o pracę – mówił Igo.
No niby tak, ale nie znaczy, że jak pracodawca da ci zlecenie, to masz je zrobić bezmyślnie, nie dbając o swoje bezpieczeństwo – oponował Dalinar.
Po dosyć burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy jednak iść bez sprzętu. Tak dobraliśmy godzinę wyjścia, aby Igo załatwił swoje sprawy i od razu potem udać się do Bakaraka. Naszym pierwszym celem był sklep z jakimś magicznym dziadostwem. Weszliśmy do sklepiku, a w środku unosił się specyficzny zapach suszonych ziół i dziwnych esencji, aż wierciło w nosie. Na półkach pełno było jakichś figurek, kryształków, rzeczy, których przeznaczenia się nie domyślałem. Pod sufitem suszyły się przeróżne rośliny. Sklepik prowadziła około czterdziestoletnia kobieta o imieniu Jahira, w pstrokatej sukni, zdobionej falbankami, w różnych kolorach. Osobliwy był to strój. Igo kupił trochę siarki i innych składników, ja zaciekawiony rozglądałem się po sklepie. Mimo iż nie wiedziałem czemu służą te przedmioty, atmosfera tego sklepu dobrze na mnie wpływała. Było w niej coś z mistycyzmu i tajemnicy. Później Igo poprowadził nas do kartografa. Okazało się, że kartograf nie ma żadnych gotowych map, które nas interesowały, natomiast za odpowiednią opłatą oraz jeśli damy mu wystarczającą ilość czasu, może nam je przygotować. Podana przez niego cena skutecznie ostudziła nasze zapały. Chciał 12 złotych ambardów. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak jestem biedny i że jednak też będę musiał w przyszłości rozglądać się za gotówką, bo jedzenie to nie wszystko. Podziękowaliśmy za informację i udaliśmy się w kierunku karczmy Bakarak. Kiedy dochodziliśmy na miejsce, już zmierzchało. Wszyscy rozglądaliśmy się czujnie i było widać, że zarówno Kejn, jak i Dalinar, niekomfortowo czują się bez swojego rynsztunku.
Karczma przywitała nas ciepłem, światłem i muzyką, a klientów było jeszcze więcej niż z rana. Torsten siedział przy stole z dwójką najemników i kiedy tylko weszliśmy do karczmy, podniósł wzrok i od razu nas zobaczył. Swoim zwyczajem ręką dał znać, abyśmy podeszli. Najemnicy wstali i odeszli.
- Siadajcie, byłem ciekawy czy się pojawicie. Nie marnujmy zatem czasu i chodźmy, bo chcę wam coś pokazać.
Wstał i wyszedł na zewnątrz, a my ruszyliśmy za nim.
Strasznie jesteś tajemniczy – rzekł kapłan.
Przyzwyczaisz się – odpowiedział pogodnym głosem Torsten - Taka specyfika pracy. Chodźcie.
Ruszyliśmy na zachód, jeszcze bardziej oddalając się od centrum Dolnego Miasta.
Tak się zastanawialiśmy, dlaczego kazałeś nam przyjść bez zbroi i bez broni – zagadywał Dalinar.
Zaraz zobaczycie, cierpliwości.
Kejn skierował 4 palce dłoni w kierunku oczu, a potem jednym wskazał za plecy. Byliśmy śledzeni.
- Słuchajcie jest takie miejsce, do którego chciałbym was zaprowadzić. Nazywa się Sierp i Młot. To pewna gospoda. Paskudne i brudne miejsce... O już prawie jesteśmy.
W oddali majaczyła gospoda, już stąd było słychać głośne, pijackie śpiewy.
Najemnik nie szedł dalej w kierunku gospody, tylko skręcił w ciemny zaułek. Postanowiłem, wykorzystać wiedzę, którą przed chwilą przekazał nam Kejn i uwiarygodnić moją rolę zwiadowcy w jego oczach.
Powiedz mi, tych czterech ludzi, którzy nas śledzą, są od ciebie, czy nadal mam się niepokoić?
Tak, to moi ludzie, byłem ciekawy czy ich zauważycie.
Wkroczyliśmy z nim w zaułek. Stało w nim kilku ludzi, jeden z nich miał pochodnię.
- Chodźcie, nie bójcie się.
Podeszliśmy dalej i zobaczyliśmy, że mrok skrywa większą grupę ludzi, część całkiem przyzwoicie uzbrojonych. Do zaułka weszło też za nami kolejnych czterech, prawdopodobnie tych, którzy nas śledzili.
Dobra, to przed nami to gospoda „Sierp i Młot”, o której wam mówiłem. Zjeżdżają tu po ciężkich tygodniach roboty ci skurwiali górnicy. Przepijają tu całe wypłaty, przegrywają w karty, przegrywają w kości. Nie ukrywam, że ich bardzo nie lubimy, bo przez nich nasz szef traci kupę kasy.
Jak przegrywają, to tracicie kasę? - zapytał Kejn.
No tak, bo nie przegrywają tego w naszej karczmie. Sprawa jest taka, jak już powiedziałem wcześniej, że bardzo ich nie lubimy.
Dał ręką jakiś znak i z zaułka czterech ludzi wyprowadziło konie.
Chcę sprawdzić czy macie jaja. Jeśli wjedziecie nago do tej karczmy na koniach i w środku krzykniecie „karczmarzu piwa”, to macie tę robotę.
Czemu ma to służyć? – zapytał Igo.
Jaja sobie z nas robisz? – zapytał Kejn.
Jestem bardzo poważny – powiedział faktycznie poważnym tonem.
Chyba wszyscy chcieli usłyszeć tą rozmowę, bo podeszli bliżej. Okazało się, że w zaułku, prócz nas, jest jeszcze około 20 zakapiorów. Niektórzy z się uśmiechali, widząc naszą konsternację.
Zastanówcie się nad tym, macie minutę.
Ale jak nago?
Normalnie nago.
Część z zebranych ludzi się zaśmiała.
Ciekawe czy mają jaja? – powiedział głośno ktoś z tłumu.
Zgłosiliśmy się do was, aby szukać zbiegłych ludzi za pieniądze, czemu ma służyć ten test? – zapytał Igo poważnym tonem.
Praca, którą macie wykonywać jest ciężka i wymaga wielu poświeceń.
Gdybym chciał się dostać do grupy cyrkowców, to zgłosiłbym się do grupy cyrkowców, a wy chyba cyrkowcami nie jesteście – ciągnął Igo.
Najemnik zignorował tę uwagę i podszedł do swoich ludzi rzucając przez ramię:
Zastanówcie się.
No i tu kończy się chyba nasza przygoda z gildią – mówił elf. Moim zdaniem chcą sobie zapewnić darmowy ubaw, a z nas zwyczajnie się nabijają. To nie ma nic wspólnego z poświęceniem, ani z pościgiem za zbiegiem. To jakaś farsa. Trzeba sobie dać z nimi spokój.
Nie powiem, ogólnie byłoby to ciekawe – powiedziałem - Tylko też nie widzę w tym sensu.
No, no, widziałem błysk w twoim oku Tsume – skwitował Dalinar.
Nie ma to sensu, a dodatkowo nie przysporzy mi to satysfakcji. Satysfakcję to teraz dałoby mi zanurzenie sztyletu w jego żebrach – posępnie stwierdził Kejn.
Co? Ty masz jakieś chore zapędy – skwitowałem.
Jeśli mielibyśmy tam po prostu wejść i nakłaść kilku gościom po mordach to to rozumiem, ale jeździć na koniu z gołym pindolem, to jest absurdalne – rzekł kapłan.
Jednak trzeba przyznać, że jest to zabawne – mimowolnie się śmiałem - Nie no, trzeba sobie odpuścić.
No chyba, że zapytamy ile za to płaci – wypalił Igo.
Parsknęliśmy śmiechem, a ja skomentowałem:
Czyli jesteś dziwką, a teraz liczy się tylko kwestia ceny – śmiałem się nadal.
Przybyliśmy do nich, żeby zarabiać – pogrążał się Igo.
Ale nie na kupczeniu własnym ciałem – odpowiedziałem, a słowa ledwo były zrozumiałe przez nasz śmiech.
No panowie, jaka decyzja? – odezwał się Torsten.
Jeśli szukasz ludzi, którzy mają tam wjechać i nakłaść kilku górnikom po mordzie to wchodzimy w to – rzekł Dalinar.
Natomiast, jeśli szukasz błaznów do wymachiwania kutasem, poszukaj ich sobie gdzie indziej – skwitował Kejn.
Jesteśmy poważnymi ludźmi, szukającymi poważnej roboty – kontynuował Dalinar.
Choć nie powiem, że mi sam pomysł się podoba – wtrąciłem.
Jeśli się odważycie wejść tam bez broni i obić gębę tym ludziom, może się na to zgodzimy. To co wchodzicie, czy wymiękacie?
Teraz rozmawiamy o zadaniu dla mężczyzn – stwierdził kapłan.
A nie dla cyrkowców – skwitował Kejn - A możemy wjechać na koniu?
Róbcie co chcecie.
Dobrze, tylko daj nam się przygotować.
Pochyliliśmy się, a Dalinar wypowiedział słowa:
Błogosławię nas w imieniu Vergena.
Plan jest prosty, wjeżdżamy do środka, rozwalamy co się da i spierdalamy. Nie dajmy się tam zabić.
Dosiedliśmy koni, Igo wyszeptał jakieś słowa i obok niego zmaterializowało się jego dobicie. W tym momencie było dwóch Igo na dwóch koniach. Coraz bardziej podobała mi się ta cała magia. Ciekawe jakie jeszcze zaklęcia potrafił. Po chwili ruszyliśmy w kierunku karczmy, pogoniłem konia, by wydostać się naprzód i gnałem w kierunku drzwi. Dawno nie pędziłem tak na koniu, niesamowite uczucie. Przed samymi drzwiami koń stanął dęba, lecz byłem na to przygotowany. Przednimi kopytami roztrzaskał drzwi i ruszył do środka. Przywołałem pancerz Ki-shak. Po tym co później się stało, dziękowałem Bogini za jej łaskę. Reszta potoczyła się błyskawicznie, z rozpędem wjechałem w jakieś stoły, łamiąc je i rozrzucając na boki. Za sobą usłyszałem obłąkańczy krzyk Kejna:
- KARCZMARZU PIWA! KURWAAAA!
Szybki rzut oka na karczmę uświadomił mi, że nie jest dobrze. W karczmie było kilkudziesięciu pijanych i wściekłych już teraz górników. W ruch poszły stołki, kufle i taborety. Nie wiem kiedy zrzucili z koni mych braci. Ale ja dostałem ciężkim stołkiem i tylko cudem udało mi się uniknąć zalania przez ogrom ludzi. Po chwili widziałem już kątem oka, że moi bracia nie mieli tyle szczęścia. Dzięki mocy Ki-shak spadające ciosy nie były aż tak bolesne i miałem cień szansy na uniknięcie obrażeń. Znów kątem oka zerknąłem w kierunku moich braci. Żaden z nich nie stał. Nie widziałem, gdzie leży Kejn, ani Igo. Natomiast widziałem Dalinara, który leżał i był kopany przez wściekłych górników. Zapatrzyłem się o chwilę za długo i straciłem czujność. Dostałem potężny cios w głowę i gdyby nie piecza Bogini, na pewno byłby to mój koniec. Dzwoniło mi w głowie i widziałem wszystko jak przez mgłę. Widziałem, że już im nie pomogę, ale chciałem spróbować uratować choć siebie. Skoncentrowałem się, by wykonać odskok w kierunku drzwi i w tym momencie do środka, z głośnym krzykiem wdarli się z uniesionymi pałkami ludzie Torstena.
- Napierdalać!!!
Skoczyłem za nich, lecz w locie dostałem pałką w głowę. Ponownie mnie zaćmiło i na chwilę straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, ludzie Torstena nie zajmowali się już górnikami, którzy nie mieli z nimi szans, tylko demolowali wnętrze. Ponownie ocknąłem się na zewnątrz, kiedy byliśmy niesieni przez Camaralczyków. Poprosiłem, by mnie postawili i chwiejnym krokiem szedłem sam. Moi bracia nie mieli siły i przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy. Ale żyli, bo słyszałem ich donośne jęki. Na pierwszy rzut oka najgorzej wyglądał Kejn. Jednego oka nie było widać wcale, a drugie miało wielką, czarną obwódkę.
Zaprowadzili nas do budynku przy gospodzie Bakarak i ułożyli moich braci na siennikach w jakimś pokoju. Mieli posiniaczone twarze i potargane ubrania.
Czuwałem nad nimi, ale w końcu i ja uległem senności. Kiedy obudziliśmy się, nad nami stała kobieta, która zaczęła smarować nas jakimiś mazidłami i robić okłady. W południe przyszła druga kobieta i zmieniła okłady oraz przyniosła picie.
Później do pokoju z szerokim uśmiechem na twarzy wszedł Torsten.
Chyba to było lepsze niż gołe fiuty – z bólem powiedział Kejn.
No, nie wierzyłem, że tam wejdziecie. Przegrałem przez was sporą sumkę pieniędzy – ale powiedział to rozbawiony i bez żalu. - Jak się czujecie?
Fatalnie - jęknął Igo.
Spokojnie, morda nie szklanka, jak mówią Camaralczycy. Dojdziecie do siebie. To wasza kwatera.
Górnicy chyba też długo nie pokopią.
Ano nie, jebane brudasy. Może czegoś ich to nauczy. Siedzą całą zimę i ryją w tej ziemi i zamiast na wiosnę przyjść do dobrego lokalu, wydawać na czyste kobiety, które się nimi zajmą, to wydają to w tym jebanym Sierpie i Młocie. Cóż witajcie w domu, chyba tak mogę powiedzieć. Kurujcie się, bo i tak nie mam dla was narazie roboty, ale już powoli zacznę się rozglądać w sam raz za czymś dla takiej grupy jak wy. Nie wiem jak tam z waszym zdrowiem, ale jutro dostaniecie podarek od szefa. Zaakceptował was w naszym gronie. A i jeszcze jedno - wyciągnął coś zza paska i położył na stoliku.
Były to cztery wisiorki w kształcie kamiennej dłoni, a pośrodku niej wyrzeźbiony kot z wielką grzywą.
- Jesteście jednymi z nas, mieszkacie i jecie za nasze. To jest symbol, który mówi że jesteście Camaralczykami. Odpoczywajcie, bo widzę, że tego potrzebujecie.
Już miał wychodzić, ale odwrócił się do nas ponownie:
- Idzie wiosna, a z wiosną zawsze robi się ruch w interesie. Zasada jest prosta, jak mówiłem wcześniej. Każda robota płacona jest ekstra, informuję was o celu, a wy bierzecie robotę albo ją odrzucacie. Odmowa nie jest mile widziana, ale wiadomo, że mogą być zlecenia, gdzie będziecie uważać, że temu nie podołacie. Z „Sierpem i Młotem” to była dobra robota, bo pokazaliście, że jaj wam nie brakuje, więc dogadamy się jakoś. Na dole karczmarz poda wam strawę, a te dwie kobiety zajmą się waszą rekonwalescencją. Są od nas. Tylko mi ich nie ruchajcie, bo one są od innych rzeczy. No nic, bywajcie - i po tych słowach wyszedł.
Powiem szczerze, że nigdy nie spodziewałem się, że ucieszy mnie widok kilkunastu zbrojnych wbiegających z okrzykiem do karczmy.
No, nie spodziewałem się, że to będzie tak wyglądało – skwitował poobijany Igo.
Jak mawiał Shen Zu po pijaku:
„Nawet szermierz dupa, kiedy wrogów kupa.”
Ale nigdy nie zapomnę ich min, kiedy krzyczałem „karczmarzu kurwa piwa!” - powiedział uśmiechnięty Kejn Bez Oka.
No, ich szok trwał krótko – odpowiedziałem.
No mniej więcej tyle ile lot krzesła, który zrzucił mnie z konia – śmiał się Kejn.
Dwa dni spędziliśmy na leżeniu w łóżku. Jako że z Kejnem czuliśmy się najlepiej, wyruszyliśmy do Ogonu Gryfa po nasz dobytek. W gospodzie, gdy zobaczył nas karczmarz, dopytywał czy z resztą wszystko w porządku, bo wyglądamy licho. Powiedzieliśmy, że tak. Gospodarz przekazał, że był ktoś i dopytywał o Dalinara. Zapakowaliśmy dobytek i ruszyliśmy do naszej nowej kwatery.
Zanim wrócę do opowieści, opiszę Ci miejsce, do którego trafiliśmy. Tak jak mówiłem wcześniej, budynek ten był niejako przyklejony do Bakaraka. Na siłę też można było go nazwać karczmą, lecz wewnętrzną, dostęp do której mieli tylko Camaralczycy. Dostępu do niej bronił zawsze uzbrojony strażnik, z kuszą pod ręką. Mieliśmy do dyspozycji pokoje sypialne, jak i salę jadalną. Karczmarz, to były weteran wojenny, potężny chłop, który na wojnie stracił dłoń. Lecz zawsze był czujny. Pod barem leżała gotowa do użycia kusza. A w zasięgu zdrowej ręki solidny topór. Prowadzić karczmę pomagało mu kilku niewolników. Mogliśmy tu coś zjeść i napić się za darmo. Prócz nas mieszkało tu około 30 Camaralczyków. Oj, na świętoszków to oni nie wyglądali. Nie obnosili się wprawdzie ze swoimi profesjami, ale kiedy zaczęli już traktować nas jak swoich, bez skrępowania prowadzili rozmowy w naszej obecności. I można tu było znaleźć wszystkich, od rabusiów, po morderców, na paserach kończąc. My nie mogliśmy przy nich się zapominać, wszak w założeniu w końcu mieliśmy wystąpić przeciw Camaralowi.
Dwa dni później, kiedy właśnie rozmyślałem nad tym jaką naukę wyciągnąć z akcji w karczmie, podesłano nam obiecaną premię. Były to cztery piękne i bardzo chętne kobiety. I w mych rozmyślaniach nad nauką z tej kabały zadałem sobie pytanie: „Czy to zwiad jest kluczowy, czy wzwód?”, ale po chwili doszedłem do wniosku, że „Wszystko jedno, bo i bez tego i bez tego, efektywnie nie powalczysz.”
Skończyłem rozmyślania i poszedłem korzystać ze wzwodu. No ale znów się zagalopowałem.
Po powrocie, przekazaliśmy Dalinarowi, że ktoś o niego pytał. Oświadczył, że musi się wybrać do świątyni Vergena i poprosił Kejna, by mu towarzyszył. Elf zgodził się i wyruszyli natychmiast. Nam z Igo czas płynął miło na piciu piwa i towarzystwie kobiet. Nawet nie wiem ile czasu minęło, kiedy przybył kapłan z Kejnem i oświadczyli, że zapraszają nas na piwo do dobrej karczmy. Ruszyliśmy za nimi, domyślając się, że nie chcą rozmawiać tutaj.
Wylądowaliśmy w lokalu mieszczącym się niedaleko. Była to pijalni, gdzie podawali różnego rodzaju trunki. Mistrz Shen Zu zapewne by się tam odnalazł. Zwała się „Czysta Gospoda”. Faktycznie było to idealne miejsce, by porozmawiać. Były nawet miejsca pod zadaszeniem, ale już poza karczmą, gdzie uliczny gwar dobrze zagłuszał nasze słowa.
Moim braciom w wierze udało się uzyskać nieco informacji na temat Kościeja. Nie ma tego dużo, ale i tak nakazałem zaprzestać już poszukiwań, żeby nie narażali się już więcej. Myślę, ze jakoś już sobie poradzimy. Kościej jest paserem, sprzedaje różnego rodzaje przedmioty, ale i informacje. Uważany jest za osobę bardzo niebezpieczną i ponoć ma też powiązania ze światem przestępczym. Zalecono mi ostrożność w jakichkolwiek z nim kontaktach. Mieszka w Niskim Mieście, niedaleko oberży „Złamany Kufel”, ale niestety nie wiem gdzie dokładnie. Ponoć tam można o niego popytać – skończył swoją opowieść Dalinar.
Tylko czy on nam jeszcze jest potrzebny? – zastanawiałem się na głos.
Właśnie sam się nad tym zastanawiałem i jeszcze raz studiowałem notatkę Vernira – powiedział Dalinar - I uważam, że powinniśmy go przepytać, bo mam przeczucie, że jednak nie zdradził z własnej woli.
Znowu rozgorzała dyskusja nad notatką, która, miałem wrażenie, prowadziła nas donikąd.
Wyszedłem z pomysłem, aby, kiedy dostaniemy zlecenie, dowiedzieć się czegoś na temat naszego celu właśnie od Kościeja. Igo znowu snuł teorię, że to się dla nas skończy tak jak dla Ragna. Nie miałem pojęcia jak połączył ze sobą te dwie sprawy. To się kupy nie trzymało. Skoro pracowaliśmy dla Camaralczyków to naturalne jest, że możemy szukać informacji o naszym celu. A on jak katarynka powtarzał, że skończymy jak Ragn. Poddałem się.
Dalinar zaproponował, żeby za jakiś czas wysłać Kejna, aby dowiedział się gdzie mieszka Kościej i żeby go obserwował. Zaproponowałem, abyśmy dziś dosiedli się do Camaralczyków mieszkających z nami w karczmie i spróbowali jakoś wyciągnąć informacje o Kościeju. O dziwo na ten plan przystali. Tak też zrobiliśmy, poszliśmy do wspólnej sali i dosiedliśmy się do grupy najemników. Dowiedzieliśmy się od nich, że Camaral otrzymuje zlecenia od Grodzodzierżcy, ale też często trafiają się zadania zlecone przez Kościół Delidi. Camaral czerpał jednak główne zyski nie ze ścigania zbiegów, a z hazardu. Podlegało mu czterech poruczników: Torsten, Sato, Marta i Zambin. Każdy z nich odpowiadał za inny rodzaj działalności. Torsten miał pod sobą łowców, Sato był odpowiedzialny za ochronę, Marta, jak można było zrozumieć z ostrożnych słów o niej, trzymała pieczę albo nad zabójcami albo nad złodziejami, a może i nad tymi i nad tymi. Zambin podobno doglądał interesów Camarala. Rozmowa toczyła się w miarę swobodnej atmosferze, przeplatanej cichymi, acz niewybrednymi żartami na temat Marty, która podobno była piękną kobietą, ale też śmiertelnie niebezpieczną. Ponoć swojemu poprzedniemu kochankowi poderżnęła gardło. Niestety nie udało nam się wybadać nic na temat Kościeja. Pewnie dlatego, że nasi rozmówcy nie znali tej osoby. Zagadywali nawet, żeby szepnąć o nich Torstenowi, a skoro oni z taką prośbą zwracali się do takich żółtodziobów jak my, to musieli nic nie znaczyć oraz niczego nie wiedzieć. Kiedy rozwiązały im się języki, wspomnieli jeszcze o Nubrimusie. Twierdzili, że to czarownik i bezpośredni doradca Camarala. Dowiedzieliśmy się co nieco o Żółtej Dłoni. Najemnicy twierdzili, ze Camaralczycy są o wiele mniejsi od tej gildii, lecz nie wchodzą sobie w drogę. To ponoć właśnie Żółta Dłoń trzęsła całym podziemiem Mar-Margot. Dowiedzieliśmy się też, że do Bakaraka jest specjalnie, osobne wejście dla co znamienitszych gości. Jako że było już późno, a nasi rozmówcy nie mogli udzielić nam ciekawszych informacji, pożegnaliśmy się i poszliśmy spać.
Dni mijały na odpoczynku i leczeniu odniesionych w Sierpie i Młocie ran. Około dwa tygodnie później wezwał nas do siebie Torsten. Udaliśmy się do niego, ale mimo że byliśmy już znani obsłudze karczmy i przyszliśmy bez broni, to w dolnej części gospody, przed wejściem na spotkanie z Torstenem, zostaliśmy przeszukani. Widać poważnie podchodzili do kwestii bezpieczeństwa. Najemnik siedział w tak zwanej Sali Królewskiej, czyli w zasadzie podziemnej części karczmy. W związku z wczesną godziną karczma, zarówno u góry, jak i na dole, była prawie pusta. Dosłownie kilkanaście osób grało w karty. Jak zwykle czujny Torsten zauważył nasze przybycie, uśmiechnął się szeroko, wstał i ruszył w naszym kierunku.
W tym momencie przy jednym ze stolików obudził się mężczyzna w czarnej zbroi i białym płaszczu. Rycerz Pierwotnego Zakonu, czyli Inkwizycji Delidii.
O Torsten – rzekł do przechodzącego najemnika. Bez cienia wątpliwości był to inkwizytor – teraz ujrzeliśmy jego symbole na płaszczu. Był mocno podpity i chwiał się na nogach.
O, poruczniku Ramzes. Witajcie – odezwał się Torsten – Chłopaki, to jest porucznik Ramzes, rycerz Zakonu Delidii.
Mężczyzna obrócił się do nas i zmierzył nas nieobecnym wzrokiem. Był to postawny mężczyzna, w czarnej, płytowej zbroi, bogato rzeźbionym napierśniku. Sama jego zbroja była cenniejsza zapewne niż kilka wiosek.
Poruczniku, kolejka na koszt szefa.
Bardzo dobrze Torsten, będzie ci to wynagrodzone. Niech Delidia ma cię w swojej opiece.
Ku chwale Delidi – odpowiedział Torsten.
Widać było, że nawet w takim miejscu ich pozycja jest nie do podważenia. Jako jedyni goście w tym miejscu mieli przy sobie broń, która w tym momencie niedbale leżała pod stołem.
- Chodźmy na bok - szepnął Torsten i zaprowadził nas do pustego stolika.
W tym czasie Ramzes głośno domagał się kolejnej kolejki.
- Jak w ogóle się czujecie? Jak wasze zdrowie? – dopytywał najemnik.
Zapewniliśmy go, że doszliśmy już do pełnej sprawności po wydarzeniach z Sierpa i Młota i czekamy z niecierpliwością na pierwsze zlecenie.
- To dobrze, dobrze. Było kilka fajnych zleceń, ale ze względu na wasz stan zdrowia musiałem przydzielić je innym. Teraz mam jedno zlecenie, tylko nie wiem czy się go podejmiecie, bo jest... hmm... nietypowe. Zwykle nie podejmujemy się tego typu spraw. To bardziej wyjaśnienie pewnej sprawy, niż polowanie na głowę zbiega. Ale zacznę od początku. Jest takie miejsce, nazywa się Zimowy Ogród. To cmentarz. Znajduje się na północy miasta, w zasadzie już za murami. Ten cmentarz to jedyne legalne miejsce poza murem, gdzie w Mar-Margot odbywają się pochówki. Zwykle ceremonie pogrzebowe w mieście przeprowadzają kapłani Delidii w jednych z licznych świątyń Pani Światła. Kapłani, korzystając z mocy Delidi, odprawiają obrządek, po czym ciała są palone. Są jednak pewni ludzie, którzy zgodnie ze starą tradycją, chowają zmarłych w ziemi. Czynią tak często bogatsze rody, które stać na rodzinne krypty, mauzolea i tak czynić nakazuje im rodowa tradycja. Na początku Kościół chciał wyplenić tę tradycję, ale w końcu odpuścił, a teraz nawet często co znakomitsi Kapłani Delidii, gdy ci dokonują żywota, chowani są w ziemi. Ale przejdźmy do rzeczy. W Zimowym Ogrodzie od pewnego czasu dochodzi do włamań. Część nowszych krypt ostatnimi czasy została zbezczeszczona. Mam tu na myśli kradzież i to kradzież nie pamiątek rodzinnych, czy biżuterii, lecz zwłok. Zwłok tyle co pochowanych. W ciągu ostatnich trzech tygodni stało się to trzy razy. Z tego co mi wiadomo Kościół ignorował te doniesienia, jednakże ostatnio zniknęło z rodzinnej krypty ciało Lady de Erd, a jako że była ona bliska kręgom kościelnym i znacznym darczyńcą, wzbudziło to zainteresowanie Kościoła. Zazwyczaj nasze działania polegają na dostarczeniu głowy przestępcy, tym razem jednak nie wiemy kto jest przestępcą. Mało tego, Kościołowi zależy, aby tę sprawę załatwić możliwie dyskretnie. Dowiedzieć się kto za tym stoi i ująć tę osobę, jeśli to osoba. Jeśli to duża grupa ludzi, dacie mi znać i dostaniecie wsparcie. Za rozwiązanie sprawy dostaniecie trzydzieści złotych ambardów.
W tym momencie wiedziałem co mieli na myśli najemnicy, z którymi piliśmy we wspólnej sali, że ludzie Torstena, nie mają zleceń często, ale jak się trafi to na bogato. Dalinar wspominał kiedyś, że w pierwszą noc po spotkaniu w karczmie po latach, przehulałem jego tygodniowy, najemniczy żołd. Pieniądze oferowane nam za rozwiązanie tego zadania, to była mała fortuna. Po podziale powinno mi w końcu starczyć na własnego konia. Rozmyślałem, ale jak mawiałeś mistrzu:
„Nie dziel skóry na niedźwiedziu, póki ten biega po lesie.”
Dodatkowo – kontynuował porucznik - jeśli sprawę doprowadzicie do końca, zachowując dyskrecję, przewidziana jest pewna premia. Co o tym myślicie?
No cóż, nie tego się spodziewaliśmy – rzekł Dalinar - Ale podejmiemy się tego zadania i postaramy się dowiedzieć kto za tym stoi.
To dla was – najemnik postawił na stole misternie rzeźbiony, niewielki posążek, przedstawiający gryfa. - To znak Grododzierżcy. Oznacza on, że pracujecie dla władz tego miasta. Ten znak powinien rozwiązać języki osobom, które nie będą chciały z wami współpracować, lecz używajcie go jak najrzadziej. Oczywiście po wykonaniu zadania, jest do zwrotu. Mam nadzieję, że nie pomyliłem się decydując się dać to zlecenie wam. To nie robota dla mięśniaków, lecz ludzi którzy potrafią też pomyśleć. Ale dzięki magii Igo oraz jeśli wasz zwiadowca jest tak dobry, jak wy w walce, to myślę, że sobie poradzicie.
Pożegnaliśmy się i udaliśmy się na obiad, a po posiłku zdecydowaliśmy się wyruszyć do Zimowego Ogrodu. Po około pół godzinie, dojechaliśmy pod bramę cmentarza. Były to wysokie na prawie cztery metry wrota, teraz rdzewiejące i zaniedbane, lecz kiedyś zdobienia na bramie musiały robić ogromne wrażenie. Od bram, w jedną i drugą stronę, ciągnęło się ogrodzenie do wysokości około jednego metra, zbudowane z solidnego kamienia, z którego na wysokość dwóch metrów, gęsto sterczały, zakończone ostro, stalowe słupki. Za czasów świetności tego miejsca całość musiała robić wrażenie.
Niedaleko bramy znajdował się budynek, przywodzący na myśl strażnicę, wąski, jednopiętrowy, z dachem opadającym na każdą z czterech ścian. Było przy nim kilka miejsc do przywiązania koni oraz miejsce na wóz. Prawdopodobnie tu ludzie uczestniczący w pogrzebie zostawiali swe wierzchowce i też tu z wozu została zdejmowana trumna, by zanieść ją na miejsce pochówku. Przed samym cmentarzem stał duży posąg gryfa. Widać było, że rzeźba jest bardzo stara. Motyw gryfa przewijał się też w zdobieniach cmentarnej bramy.
Zapomniałem wspomnieć Ci mentorze, że gryf widnieje w godle Mar-Margot i stąd tyle odniesień, czy to w nazewnictwie, czy właśnie sztuce.
Postanowiliśmy objechać cały cmentarz, aby zobaczyć w jakim stanie jest ogrodzenie i czy nie ma w nim jakichś dziur, przez które można by bez problemów wynosić zwłoki. Zaczęliśmy jechać wzdłuż murów. Zaskoczyło nas jak rozległy jest ten cmentarz, bo jeden bok na oko ciągnął się ponad kilometr. Przez kraty, co jakiś czas, było widać duże grobowce, przypominające czasem budynek w środku ogrodu. Grobowce te musiały należeć do naprawdę zamożnych ludzi, bo niektóre otoczone były dosłownie małymi ogródkami, z własnymi ścieżkami, ławeczkami i staranie przyciętymi żywopłotami.
W niektórych miejscach, tam gdzie cmentarz był mniej zadbany, trawa rosła wyższa. Mimo dnia i dobrej pogody, cmentarz spowity był mgłą, co niestety ograniczało naszą obserwację. Objechaliśmy mury cmentarza, ale nie znaleźliśmy wyrwy w ogrodzeniu, a główna brama była jedyną prowadzącą drogą na cmentarz.
Postanowiliśmy dowiedzieć się kto mieszka w strażnicy, jak roboczo nazwaliśmy budynek przed wejściem do cmentarza. Drzwi były zamknięte, a na drzwiach kołatka. Zakołataliśmy kilka razy, a po chwili z wewnątrz usłyszeliśmy kroki i drzwi się otworzyły. Stanął w nich zaspany człowiek w mundurze straży miejskiej, a jego oddech ział wonią alkoholu.
Dzień dobry, przepraszam, zdrzemnęło mi się – cały się trząsł. - Proszę poczekać, płaszcz wezmę, bo w piecu przygasło – poszedł do środka i wrócił po chwili z narzuconym na siebie płaszczem. - Witajcie, o co chodzi?
Chcielibyśmy zapytać, dobry człowieku, czy mógłbyś nam wskazać grób Lady de Erd? - zapytał kapłan.
Lady de Erd – zamyślił się strażnik – Aaa, Lady de Erd, no tak – przyjrzał się nam podejrzliwie. - A dlaczego go szukacie? Kim wy jesteście?
Zostaliśmy wynajęci, by rozejrzeć się po okolicy, gdyż rodzina Lady jest zaniepokojona tym co się wydarzyło i poprosili nas, abyśmy przyjrzeli się sprawie.
Aa, jeśli tak, to was zaprowadzę.
Prowadź dobry człowieku – zachęcaliśmy go.
Jestem Lothar – przedstawił się strażnik - I pilnuję tego cmentarza.
W drodze do grobowca Lady, cały czas braliśmy lekko Lothara pod włos, z jednej strony nadmieniając, że bogate rodziny się niepokoją i rzekomo mają pretensje do strażników cmentarza, a z drugiej, że my nic do niego nie mamy, rozumiemy że przecież jedna osoba nie może pilnować tak dużego terenu i obiecywaliśmy mu pomóc, jeśli tylko i on pomoże nam. Taktyka chyba działała, bo powoli jawiliśmy mu się jako ludzie, którzy rozumieją jego ciężką pracę i nie popieraliśmy niesłusznych oskarżeń, a dodatkowo chcemy pomóc usunąć ten bajzel.
Lothar widząc w nas wsparcie, nie wiadomo czemu przyjął, że jesteśmy od Diuka de Erd, męża zmarłej arystokratki i prosił, abyśmy szepnęli dobre słowo o nim, o jego pracy i o tym, że cała straż miejska zaangażowana jest w rozwiązywanie tej sprawy. Kejn nie wyprowadzał go z błędu mówiąc, że właśnie Diuk oczekuje od nas raportu. Po tych słowach strażnik jeszcze chętniej udzielał nam odpowiedzi na zadawane pytania. Wypytaliśmy go ile to już trwa i ile było przypadków kradzieży. Zauważono to pod koniec zimy, a przypadków było pięć. Postanowiliśmy zbadać wszystkie pięć grobowców, a Lothar powiedział, że nas do nich doprowadzi.
Po chwili doprowadził nas do dużego grobowca, gdzie dach z przodu wspierał się na czterech rzeźbionych kolumnach, a wejścia do grobowca strzegły duże, zdobione, metalowe drzwi.
- O, to tutaj, grobowiec rodziny de Erd. Zastaliśmy go z otwartymi drzwiami. Robiłem obchód. To było cztery dni temu, a pochowana została dzień wcześniej. Cóż, mogę otworzyć drzwi, jeśli panowie chcecie zobaczyć środek.
I po chwili wyjął duże koło, na którym wisiało mnóstwo większych i mniejszych kluczy i zaczął szukać właściwego. Po chwili znalazł odpowiedni klucz i otworzył. Dowiedzieliśmy się, że drzwi były brutalnie otwarte, za pomocą jakichś narzędzi, ale kowal już to naprawił i wstawił nowy zamek.
Weszliśmy do środka, w krypcie stało osiem sarkofagów. Od strażnika dowiedzieliśmy się, że po zdarzeniu sam nie był w środku, tylko od razu zgłosił włamanie sierżantowi, a sierżant bezpośrednio Diukowi. Słyszał natomiast, że gdy Diuk wszedł do grobowca, płyta z sarkofagu Lady de Erd była odsunięta, a ciała nie było. Nasze oględziny niewiele dały, w krypcie kręciło się przez kilka dni, z powodu pogrzebu, wiele osób i szukanie jakichkolwiek poszlak było z tego powodu utrudnione. Poprosiliśmy Lothara, aby prowadził nas do kolejnych obrabowanych grobów.
Zaprowadził nas do zwykłego grobu, gdzie widać było, że miejsce pochówku zasypane jest w miarę świeżą ziemią.
Tu pochowany jest pewien kupiec, a raczej był pochowany. To też stało się na moim obchodzie, jakieś dwa dni po pogrzebie, ktoś wykopał ciało.
A takie ciała, to w trumnach się chowa? - dopytał Igo.
Zazwyczaj chyba w całunie, ale to raczej grabarzy pytajcie. Znajdziecie ich na Grabarskiej. Herman i Synowie.
Potem zaprowadził nas do trzeciego mauzoleum, które w porównaniu z pierwszym było malutkie. Oznajmił, że tu ciało znikło około miesiąca temu i włamanie zauważył jego zmiennik Matijas. Dopytywaliśmy, czy tu też drzwi były wyłamane, ale tego nie wiedział, nie orientował się też ile czasu po pogrzebie ciało zniknęło, ale zadeklarował, że może poszukać w dziennikach. Po oględzinach stwierdziliśmy, że drzwi były nienaruszone. I tu plan się trochę rypnął przez nieuwagę Kejna.
- Konkrety, konkrety, bo pan Grododzirżca nie będzie czekał.
Strażnik momentalnie zmienił ton.
Jak to Grododzierżca? Mówiliście, że od pana Diuka jesteście.
Kto tak mówił? – usiłował ratować sytuację elf.
No wy, ja nie wiem czy powinienem z wami rozmawiać. Jakiś list polecający macie, że jesteście z ratusza?
Mamy nawet coś więcej niż list, to prawda co mówi mój kompan – Dalinar wyciągnął w jego kierunku statuetkę.
O najmocniej panów przepraszam, bo tu taka konspiracja – pośpiesznie zasalutował.
Tak więc nic się nie zmienia - dobrotliwym głosem ciągnął Igo - Musimy sobie pomagać. Grododzierżca słyszał, że strażnicy to dobrzy ludzie.
Tak! Tak! – z zapałem przyznał strażnik.
Lecz uznał, że potrzebujecie naszej pomocy, dlatego też musisz powiedzieć swojemu kompanowi, że będziemy się tu teraz często pojawiać.
Oczywiście, oczywiście – widać było, że awansowaliśmy społecznie w jego postrzeganiu.
Nie możecie wspominać o tym swojemu sierżantowi, gdyż nie wiemy czy przypadkiem nie jest w to zamieszany. Mówimy to tylko tobie i Matijasowi. Jak upewnimy się, że sierżant jest czysty, wtedy udamy się i do niego. Do tego czasu nie piśnij ani słówka, gdyż sprawa jest omawiana w najwyższych kręgach władzy w Mar-Margot – przekonująco ciągnął Dalinar. - My teraz trochę się tu rozejrzymy, a ty przygotuj rejestry.
Oczywiście, wy panowie teraz tu trochę powęszycie – powiedział konspiracyjnym szeptem - A ja przygotuję rejestry i napalę w piecu, bo wygasł. A i jakby jakiejś herbatki trzeba było albo coś mocniejszego, hmm na żołądek, to tylko powiedźcie.
Cieszę się, że jesteś bardzo pomocną i kompetentną osobą, na właściwym miejscu. Zostanie to przekazane – nęcił kapłan.
Strażnik stanął na baczność i szybkim krokiem udał się do strażnicy. Dalinar zbeształ elfa za nieostrożną wypowiedź o Grododzierżcy.
Nie ma tego dobrego, co by na dobre nie wyszło – powiedziałem odruchowo, choć mi też nieostrożność elfa się nie podobała.
Wniosek jest jeden, ktoś kradnie trupy i to zaraz po pogrzebie. Trzeba się dowiedzieć kiedy jest następny i tyle – powiedział Dalinar.
Są na świecie ludzie, którzy czerpią korzyści z energii życiowej – zaczął Igo. - I wykorzystują ciała do tworzenia magii. Nie twierdzę, że mamy tu do czynienia z czymś takim, bo rzadko kto to praktykuje. I w niektórych rejonach jest to zakazane.
Druga opcja – wtrącił się Dalinar - To nieumarli, o tym też trzeba powiedzieć. Te istoty potrzebują ciał, aby je zjadać, bądź wykorzystać w inny sposób.
Negowałem wersję kapłana, bo nie było żadnych śladów krwawej uczty.
- Są różne istoty, o różnej sile, inteligencji i odmiennych celach – tłumaczył Dalinar.
Elf absolutnie nie przyjmował do wiadomości, że mogą działać tu jakiekolwiek siły przedstawione przez Igo i Dalinara. Ci dwaj, nie chcąc ciągnąć kłótni, ucięli temat. Ustaliliśmy, że trzeba będzie od grabarzy dowiedzieć się, kiedy jest następny pogrzeb, ale najpierw chcieliśmy przejrzeć księgi Lothara i dopytać o to jak wyglądają tu pogrzeby, jako że nikt z nas w naszym młodym życiu, nie uczestniczył w pogrzebie. Ruszyliśmy do strażnicy, a gdy weszliśmy, Lothar właśnie dorzucał do pieca. W środku było już ciepło. Mały pokój był skromny.
Jak mógłbym jeszcze pomóc ludziom Grododzieżcy, którego bardzo szanuję? Bardzo!
Chcielibyśmy przejrzeć rejestry – poinformował Dalinar.
Proszę, proszę – rozwinął pergamin i rozłożył go na stole. - To są informacje z ostatnich czterech miesięcy.
Pochyliliśmy się nad pismem. Porównaliśmy daty pochówków w trzech grobach, które odwiedziliśmy. Wynikało z tego, że wszystkie ciała znikały co tydzień. Wytypowaliśmy ostatnią datę od najstarszej zauważonej kradzieży i postanowiliśmy tam sprawdzić. Wprawdzie było to 9 dni wcześniej, ale trudno przypuszczać, że ludzie chowani na tym cmentarzu umierać będą co tydzień.
To był dobry strzał, bo drzwi pierwszego grobowca były zamknięte, ale nie na zamek. Pod naciśnięciu klamki otworzyły się, a naszym oczom ukazały się dwa sarkofagi. Jeden był pusty. Kejn przyjrzał się wnętrzu i stwierdził, że jego zdaniem były tu trzy obute osoby. Nic więcej nie był w stanie stwierdzić. Dalinar pouczył Lothara, aby nikomu tego nie zgłaszać, gdyż to my jesteśmy uprawnieni do przekazywania wieści o śledztwie. Wiedzieliśmy zatem, że zwłoki wykradano mniej więcej co tydzień. Postanowiliśmy sprawdzić jeszcze pochówki między tymi datami. Obejrzeliśmy pozostałe i nasza teoria o tygodniowych odstępach legła w gruzach. Na pozostałe 7 grobów, które ni jak miały się do tygodniowych okresów, dwa były okradzione. Doszliśmy do wniosku, że kradzieże dzieją się od dłuższego czasu, a dopiero niedawno zostały zauważone. Drugim pewnikiem było to, że ciała znikają raczej krótko po pochówku. W drodze do karczmy dyskutowaliśmy jakie podjąć dalsze kroki. W pierwszej chwili chcieliśmy zwyczajnie zasięgnąć języka u grabarzy, ale wtedy znowu zaczęłyby się pytania, co więcej, jak przytomnie zauważył Igo, jest realna groźba, że ktoś kto wykrada zwłoki, jest informowany, kiedy będzie pogrzeb. I mogą to być informacje właśnie od grabarzy. Zaniechaliśmy więc tego pomysłu. Na pewno nie można im było ufać.
Udaliśmy się na spoczynek i postanowiliśmy, że ze świeżymi umysłami podejmiemy rano kolejne kroki.
Muszę Ci przyznać mistrzu, iż mimo to, że do Camaralczyków dostaliśmy się z osobistych pobudek, droga do realizacji naszego celu zapowiada się ciekawie. Z niecierpliwością czekam nowego dnia.