Jak widzisz mistrzu, kolejne zlecenie było jeszcze bardzie enigmatyczne od poprzedniego. Jak na razie mieliśmy do dyspozycji same plotki, poszlaki, ale zero konkretów. Nawet sam lord nie był pewien czy wszystkie ataki można przypisać Łaskotkowi, czy może ze względu na to, że wypuścił kilku ludzi, opowieści o nim zaczęły żyć własnym życiem. Ale wróćmy do opowieści.
Wieczorem ruszyliśmy do rezydencji Hugo. Ponownie zakołataliśmy w niesamowitą kołatkę i do naszych uszu dobiegł metaliczny głos:
Kim jesteś? Po co przychodzisz?
To my, przybyliśmy na umówione spotkanie.
Zapraszam – po tych słowach kołatka znieruchomiała, a brama na podwórze otworzyła się sama.
Weszliśmy do środka. Od strony domostwa szedł już w naszym kierunku Hugo, a obok niego spacerowały dwa czarne mastify.
- Witajcie, zapraszam do środka, konie zostawcie tutaj – wskazał ręką.
W ogrodzie było kilka zabudowań. Stajnia, mała szopka oraz kojce dla psów, z których co jakiś czas dochodziło szczekanie.
- Chodźcie, nie bójcie się, psy są bardzo łagodne.
Zaprowadził nas do jadalni i gestem wskazał, abyśmy usiedli. Sala jadalna była ogromna, stół, przy którym nas usadowił, pomieściłby spokojnie 20 osób. W kominku palił się ogień. Stół zastawiony był misternie zdobionymi talerzami, obok nich leżały srebrne sztućce, ustawionych było też kilka wieloramiennych świeczników, na których płonęły świece. Jedną ze ścian zajmowała biblioteczka pełna ksiąg oraz pergaminów. W jednym z rogów pomieszczenia stała nieruchomo figura, do złudzenia przypominając golema, z którym mag wychodził na spacer.
Panie Hugo, sam pan prowadzi taki wielki dom? - jeśli oczywiście można zapytać.
Tak, tak. Ciężko w tych czasach o dobrą służbę, wolę się wszystkim zajmować sam. Prowadzę tu badania, a czasem wystarczy chwila nieuwagi i może dojść do tragedii. No ale częstujcie się, częstujcie.
Na stole leżały szynki, sery, kawałki pachnącego chleba. Wszystko wyglądało, a i smakowało wyśmienicie.
No co za okazja. Przynajmniej będę mógł się dowiedzieć co w Górskim Gryfie. Jakieś zmiany? Kto jest aktualnie rektorem? Ostatni raz byłem tam 20 lat temu. Jesteście najemnikami jak już wspominaliście, długo się znacie z panem Igo?
Wychowywaliśmy się razem.
A rozumiem, służba.
Nie, nie, wychowywaliśmy się razem.
O przepraszam, nie zrozumiałem, czyli rozumiem jesteście kuzynami?
Można tak powiedzieć – zaczął opowiadać Kejn - W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Igo zaczął studiować w Górskim Gryfie, a my, że nie mieliśmy głowy do takich rzeczy, poznaliśmy wojenny kunszt, a niedawno nasze losy znowu się zeszły.
No tak magia to trudna dziedzina, ale czasem myślę, że nic nie straciliście – odparł mag – te wszystkie księgi, lata wyrzeczeń. Nie ma czasu delektować się życiem. Na moje szczęście, pan baron zaakceptował moją obecność. Jak już wspominałem, znam się troszkę na pogodzie, posiadam aparaturę, którą sam zbudowałem. Dzięki temu zbiory pana barona są zawsze bardzo obfite, co też jak rozumiecie jest czystym zyskiem dla niego.
Po chwili zapachy dobiegające ze stołu rozbudziły nasz apetyt. Kejn podniósł pokrywkę jednego z naczyń i naszym oczom ukazała się cudowna porcja dziczyzny, a zapach powodował, że ślinianki pracowały jak szalone.
- Ależ częstujcie się, częstujcie.
Jedzenie było wprost wyśmienite.
Jestem niedługo po opuszczeniu Górskiego Gryfa i staram się ciągle pogłębiać swoją wiedzę i zdolności. W tym celu można rzec, że zdecydowałem się na życie awanturnika. Stwierdziłem, że podróżując po świecie szybciej nabiorę doświadczenia – opowiadał Igo między kęsami.
No cóż, to ciekawa droga, większość z nas szuka stabilizacji finansowania swoich badań. Ach wy młodzi. Ja też kiedyś taki byłem. Przygody, wyzwania, eh wspaniałe czasy. A, że wrócę do pytania. Kto jest aktualnie rektorem w Gryfie?
Archibald – odpowiedział Igo - A inni, których głos się liczy to na pewno Craigon i Kapadia.
Kapadia - rzekł Hugo i jakby się zaczerwienił – właśnie zastanawiało mnie czy dalej tam stacjonuje.
Kapadia pod koniec mojego pobytu opuściła Gryfa w dosyć tajemniczych okolicznościach – odparł Igo.
Tak, tak, Kapadia. Ona zawsze była pełna tajemnic.
Słyszałem plotki, że wybrała się do Dorrn – dodał Igo.
Ano całkiem możliwe. Gildia w Dorrn coraz śmielej sobie poczyna i może być tak, że za niedługo oczy Kościoła zwrócą się w tamtym kierunku. Tamtejszy uniwersytet właściwie to jedyny w Karabaku, no i przejawia coraz większą autonomię. Ale ja od 9 lat mieszkam tutaj, więc też nie posiadam,zbyt wielu wieści z tamtych rejonów. To jednak kawał drogi z stąd. Teraz moją całą uwagę poświęcam temu rejonowi, interesuję się tutejszą historią, to bardzo ciekawy obszar.
Moje serce szybciej zabiło, może jednak się nie pomyliłem w swym przeczuciu, może usłyszę coś przydatnego dla klasztoru. Zamieniłem się w słuch.
Może słyszeliście, ale ponad 200 lat temu, być może w tym miejscu odbyła się decydująca bitwa o Karabak. Tak zwana Bitwa o Skazę. To stare dzieje. Karabak w tamtych czasach był podporządkowany królestwu Arkanii. W zasadzie królestwo to istniało dużo dawniej, bo z czasem ziemie te były nazywane Księstwami Arkańskimi, a Karabak Księstwem Karabaku. Armie Delidii rozbiły resztki wojsk kraju, które tu wtedy istniał, całkowicie podporządkowując sobie te tereny. Odkrywanie tych tajemnic, badanie uzbrojenia żołnierzy z czasów minionych jest fascynujące. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że metalurgia sprzed Zaćmienia była o niebo lepsza niż teraz. Gdyby przyjrzeć się napierśnikom z tamtych czasów, to widać, że były wykonane dokładnie z lepszych stopów metali. Ta wiedza i technologia przepadła z upływem czasu. Jedynie krasnoludowie, prawdopodobnie z racji swojej długowieczności i częściowej izolacji, nadal potrafią kuć w tych technikach.
To kiedyś bronie były lepsze? - zapytał zdziwiony Dalinar.
O tak znane wtedy stopy biły na głowę te obecne. Nie mówiąc już o technologii ich wyrobu. Używano jako domieszek do stali azurytu i manganu. To były dzieła sztuki.
A czy możesz powiedzieć mi coś panie o ziemiach Ramun, bo nie ukrywam, że interesuje mnie historia tamtego regionu – zapytałem.
Cóż, na ziemiach Ramun stała ostatnia wielka twierdza Karabaku przed upadkiem, zwana zresztą Twierdzą Ramun. Mimo iż po Bitwie o Skazę sprawa była już przesądzona, Twierdza broniła się dalej. Na dowód swej potęgi, wojska Delidii zrównały ją z ziemią. Nie ostało się tam nic. Miał być to przykład dla innych miejsc oporu. Muszę przyznać, że nie jesteście pierwsi którzy o to pytają, miałem u siebie pewnego gościa, znamy się przelotnie, który też pytał o tamte ziemie.
Z każdą minutą czuliśmy do tego człowieka coraz większą sympatię. Coraz swobodniej wypowiadaliśmy się na tematy, które delikatnie mówiąc, nie spodobałyby się przedstawicielom kościoła. A gospodarz docenił nasze obycie, wiedzę i otwarte podejście na pewne sprawy.
W pewnym momencie Dalinar przeprosił i wyszedł do wychodka. Rozmowa z Hugo była tak przyjemna, że nie zauważyliśmy, że naszego brata nie ma już dosyć długo.
Waszego kuzyna już sporo nie ma, mam nadzieję, że się nie zgubił.
Może pójdę go poszukać - zaproponował Igo.
Lecz właśnie w tym momencie do jadalni wszedł Dalinar, poprawiając jeszcze swój pas.
Igo zagaił czarownika czy może potrzebuje jakiejś pomocy, w związku z tym, ze dużo podróżujemy i jesteśmy mobilni. Hugo podziękował za propozycję, lecz nic nie przychodziło mu do głowy.
A może panie słyszałeś o niejakim Łaskotku, w sumie jesteśmy tu, aby go ująć.
O, nie spodziewałem się, że jesteście też łowcami nagród.
Chwytamy się różnych zadań, wszak jakoś trzeba zarobić na chleb, nie posiadając stałego źródła utrzymania.
No tak, słyszałem o tym banicie, ale to tylko karczemne plotki, nic co mogło by wam pomóc, niestety przykro mi.
Podziękowaliśmy za gościnę. Gospodarz powiedział, że jeśli kiedyś będziemy w okolicy drzwi jego domu stoją dla nas otworem. Rozstaliśmy się w miłej atmosferze i w dobrych nastrojach udaliśmy się do karczmy. Mimo iż nie usłyszałem nic co miało by jakąś wartość dla klasztoru, nie uważałem tego wieczoru za stracone. W drodze powrotnej Kejn zagaił Dalinara.
Przyznaj się, że myszkowałeś po jego domu.
Nie nie, po prostu pomyliłem drzwi w drodze do toalety, zamiast w lewo skręciłem w prawo i zobaczyłem bardzo ciekawą rzecz. Natknąłem się na chyba na jego pracownię i kiedy już miałem wychodzić, zaciekawiła mnie rzeźba wojownika. Miała chyba z trzy metry, była chyba bardzo stara, musiał ją dawno wykonać jakiś mistrz kamieniarstwa. Była bardzo precyzyjna, a zbroję tego posągu pokrywały jakieś runy i napisy w języku, którego nie znam. Posąg był zniszczony w kilku miejscach, popękany. Wspominam wam o tym tylko dlatego, że była po prostu imponująca.
Po kilku chwilach dotarliśmy do karczmy, zamówiliśmy dzban wina i popijając ustaliliśmy, że z rana wyruszamy do Gadarty. A potem zdarzyło się coś najgorszego, co mogło się wydarzyć. Po pijaku próbowaliśmy ustalić plan działania. Każdy kolejny pomysł był bardziej absurdalny od poprzedniego, a wlewane w siebie kolejne kubki wina nie polepszały sprawy. W pewnym momencie padła nawet propozycja, że przyjechaliśmy tam po to, żeby Igo nauczył się fachu drwala! Potem rozgorzała dyskusja gdzie mieszka przewodnik promu. I wyjątkowo trzeźwo oceniliśmy, ze chyba przy promie. Kejn przeprowadził nawet cały wykład na temat tego, dlaczego nie mieszka ani w Roskannie, ani w Gadarcie. Było to coś w stylu:
- Skoro prom jest dzień drogi od Roskanny, to nie może przecież jechać całego dnia do pracy, bo potem musiałby cały dzień wracać, więc kiedy by pływał. No, chyba że istniała możliwość, iż prom kursuje co drugi dzień.
Z każdym kubkiem nasze wypowiedzi, nawet te najbardziej absurdalne, wydawały się sensowne. I kiedy byliśmy na skraju świadomości, Dalinar w pijackim widzie wymyślił coś, co nawet na drugi dzień miało sens. Wedle tej historii Igo jest zielarzem i tylko w tych lasach rośnie ziele, którego szuka, a jako że słyszał, że okolica ostatnio jest niebezpieczna, to zabrał ochronę. Obudziliśmy się z jeszcze większym kacem niż dnia poprzedniego.
Rano nie patrzyliśmy nawet w kierunku jedzenia, wlaliśmy w siebie po kuflu piwa i zaczęliśmy z minami cierpiętników nosić nasze rzeczy na konie. Zaczepił nas karczmarz.
To panowie się już zbierają? Myślałem, że zostaniecie.
Dlaczego tak myślałeś? – zapytał Igo
No myślałem, że zostaniecie do Turnieju Pierwszych Żniw.
Ja chyba nadal miałem w czubie, bo zapytałem:
A co ścigają się na kosy? Kto szybciej tnie?
Nie no, jak co roku w połowie czerwca, mości panujący nam baron, na dwa dni przed pierwszymi żniwami organizuje turniej.
Co to za turniej? – ożywił się Dalinar.
No jarmark jest i kupców dużo, a i z okolicznych stron ściągają wojowie i stają w pięciu konkurencjach.
Na broń, że się biją i w jeździe konnej, no wiecie z takim tarczami i wyścigują się, potem walka na pięści i zapasy.
No cóż karczmarzu, może się tu pojawimy, ale teraz nam przygotuj prowiant na drogę.
W końcu wyruszyliśmy w kierunku przeprawy na Gadarce. Pod wieczór dojechaliśmy do promu. Na rzece zauważyliśmy całkiem pokaźną tratwę. Przy tratwie na brzegu paliło się ognisko, przy którym dostrzegliśmy dwie postacie. Podjechaliśmy bliżej. Przy ognisku siedział starszy mężczyzna i około dziesięcioletni chłopiec. Twarze, ręce oraz ubrania mieli brudne. Na długich patykach piekli ryby. Niedaleko ogniska stał nieduży szałas.
Dobry wieczór.
Dobry wieczór - odparł chłopczyk.
Rozumiem, że jesteście przewoźnikami? - zapytał Kejn.
Tak, tak, ale tatko już śpi. Już dziś zmęczony, rano można będzie się przeprawić.
Można się przysiąść do ognia?
Zapraszamy, zapraszamy.
Konie przywiązaliśmy do drzew, a sami zasiedliśmy przy ognisku. Mężczyzna spał nad dzbanem, a wokół niego roznosiła się woń alkoholu. Ryby, które się smażyły, nabite były na patyki wbite do ziemi, z przodu oparte na widełki z gałęzi. Mężczyzna nie był wstanie piec już nic, więc sprawą zajmował się dzieciak.
Alun jestem, a panowie na drugą stronę rzeki?
No po tej stronie już jesteśmy – odpowiedziałem odruchowo.
No tak, no tak.
Rzeka płynąca przed nami leniwie toczyła wodę, była ogromna. Na moje oko w tym miejscu miała 50 metrów szerokości. Chyba nigdy wcześniej nie widziałem tak ogromnej rzeki. Tratwa wyglądała na konstrukcję dosyć prostą, ale solidną. Na jej powierzchni było nawet coś w rodzaju budki, oraz pośrodku miejsce z palikami do przywiązania koni.
Powiedz no chłopcze, nie boisz się tak sam tutaj w lesie?
Nie, nie boję się. Tatko wszystkiego pilnuje, z tatką dobrze – wskazał głową na zaniedbanego śpiącego mężczyznę.
Czyli to spokojna okolica? - dopytywał Dalinar.
Spokojna, kupcy porządni.
A może coś ugotujemy? – zaproponował Igo.
No ja mam ryby panie, jak chcecie mogę wam odsprzedać pięć za srebrnego Ambarda.
A ile ich masz?
A ze dziesięć panie.
To masz tu dwa srebrniki i daj wszystkiego.
Dzieciak wszedł w szuwary i wyciągnął zanurzony w wodzie kosz. Rybki nie były duże, ale nadrabiały ilością. Igo odpiął z konia kociołek, i wraz z chłopcem zabrał się za czyszczenie ryb. Było widać, że Igo chyba naprawdę chce nauczyć się gotować, bo dokładnie obserwował czynności, które wykonuje chłopak przy rybach i powoli ze skupieniem starał się wykonywać te same czynności. Część rybek upiekliśmy na patyku, a resztę mag wrzucił do kociołka rozstawionego na trójnogu i doprawił jakimś ingrediencjami. Kiedy woda się zagotowała, do naszych nozdrzy dobiegł smakowity zapach, kompozycja zapachu ryb przykryta zapachem ziół. Tym razem Igo dał za mało soli, nauczony ostatnimi doświadczeniami, że lepiej nie dosolić niż przesolić. Kiedy każdy z nas dosypał sobie do miski soli według jego upodobań, okazało się, że zupa smakuje tak samo dobrze jak pachnie, a nawet lepiej. Z uznaniem dla pracy Igo, każdy z nas zjadł ze smakiem dwie porcje. Podzieliliśmy się także z synem przewoźnika, który wcinał aż mu się uszy trzęsły. Po skończonym posiłku mały skwitował: „Przepyszna zupa. Tatko takiej nie umie robić” - patrzył na Igo z uznaniem.
No to co tu się dzieje u was?
Ano to jest tak, że ja tu przyjeżdżam na 3-4 dni, a potem wracam do domu do Roskanny i przyjeżdża mój brat i tak tatce pomagamy.
To sam taki kawał drogi idziesz? - pytał Igo - Zbójców się nie boisz? Ponoć jakiś Łaskotek tu grasuje.
Ee tak niby mówią, ale ja tam żadnych zbójców nie widziałem, my biedne ludzie, to po co by mieli na mnie napadać? A jakby się zbójce chcieli przeprawić, to bym to zgłosił. Tu nawet czasem żołnierze pana barona się przeprawiają - powiedział z dumą - Nawet ich sam przeprawiałem jak tatko nie był w stanie. - powiedział z jeszcze większą dumą.
Pogoda była wspaniała, ciepła noc, miła atmosfera. Wykorzystaliśmy na nocleg stojący szałas. Kiedy rano wstaliśmy, przewoźnik Zygfryd był już na nogach. Kręcił się wokół tratwy, z wprawą poprawiał niektóre wiązania i sprawdzał kolejne.
Witajcie panowie, syn mówił, że na przeprawę przybyliście. Jeśli tylko jesteście gotowi, to możemy ruszać.
A ile kosztuje przeprawa? - dopytywał kapłan.
Z koniem dwa srebrne od łba.
Dobrze, to my się spakujemy i ruszamy – ciągnął Dalinar zwijając koc – przybyliśmy tu z panem Igo za ziołami, które rosną tylko w tych okolicach, a słyszeliśmy, że to niebezpieczne okolice. Prawda to?
Plotki to chyba są.
W tym czasie Kejn przebiegle odpieczętował dzban z winem.
- Ale mnie suszy po tej zupie, może ty panie masz ochotę na łyczka?
Przewoźnikowi aż rozbłysły oczy.
- A no jeśli bym mógł łyczka, to chętnie, oj chętnie.
Drżącą ręką sięgnął po dzban i z zadowoleniem pociągnął ogromny łyk. W tym czasie Dalinar kontynuował:
Jesteśmy tu, aby chronić pana Igo i chcieliśmy się dowiedzieć, czy aby na pewno tak tu niebezpiecznie jak mówią plotki. Musimy być przygotowani. Bardzo bylibyśmy wdzięczni, jakbyś nam coś powiedział na ten temat.
To do tego zielarza z Gadarty idziecie panie, do tego, jak mu tam, Mundo?
No, to na drugą nogę – Kejn podał dzban przewoźnikowi – Tak żebyś nas sprawnie przeprawił.
Przewodnik łapczywie pił wino.
Tatko, tatko! Musimy przeprawić najpierw – powiedział nieco głośno jego syn Alan.
Tak, tak, nie widzisz, ze jestem zajęty?! No to wsiadajcie pogadamy po drodze.
Najpierw wprowadziliśmy konie i przywiązaliśmy do palików, a potem sami zajęliśmy miejsca, a przewoźnik wraz z synem, podnieśli z tratwy długie drągi i zaczęli odpychać się od dna w kierunku drugiego brzegu.
No, w Gadarcie ponoć las, obfity w zioła. Martwią nas tylko te plotki, że czyha tam jakieś niebezpieczeństwo.
Ano Wieczny Las ma z tysiąc lat. To dziki teren, ale okolica dosyć bezpieczna – rzekł Zygfryd.
Jak bezpieczna, jak wczoraj byliśmy w Roskannie i wszyscy mówili o bandzie jakichś zbójów – zaprotestował Dalinar.
Coś tam słyszałem, ale nic żem nie widział. Ja bezpieczną mam tu pracę, przeprawiam stąd dotąd, stąd dotąd – i ruchem ręki wskazał raz jeden, raz drugi brzeg.
Ale ponoć zaatakowali nawet kapłana! - ciągnął Dalinar.
No niby coś słyszałem, ale nie lza o tym mówić. Sołtys mówił, że lepiej siedzieć cicho. Ja nic nie wiem.
A gdzie to było? Wiecie?
Ja tam nic nie wiem, mówili, że gdzieś w okolicach Gadarty chyba. Przed Gadartą od naszej strony. Ale ja nic nie wiem. Tu żadne kapłany, ni bandyty się nie przeprawiały. Może przebyli Gadarkę przeprawą mostową pięć dni w górę rzeki stąd… Panie nalalibyście może więcej tego wina – spytał błagalnie.
Kejn nalał mu wina.
A inne napady się zdarzały? - ciągnął Dalinar,
Ano, ponoć cztery dni temu kupca na trakcie zaciukano. Na północ od Roskanny. Słyszał żem, że ich to z dziesięciu i tak skaczą ,trochę tu, trochę tu, a trochę tam – wskazywał rękami w niewiadomych kierunkach.
To jak oni się przeprawiają? - dopytywał Igo.
Może na Martwym Brodzie na północy? Tam płytko i koniem można przejść, no chyba że rzeka przybierze to nie jest łatwo. To tak ze trzy dni drogi na północ. Raz to nawet komuś konia porwało i tak tu płynął martwy. Taaaaaki brzuch mioł - zarysował duży krąg nad swoim brzuchem - Wszystkiego dowiecie się od sołtysa w Gadarcie, a od ziół to najlepszy ten Mundo jest. Jak mnie kiedyś cholera trafiła w nogę, to taką maź urobił, że posmarowałem, trzy dni nieprzytomny żem leżał, ale nogi nie ucięli. Dobry ten Mundo jest.
Nasz przewoźnik nie powiedział nam już nic ciekawego. W ciszy dopłynęliśmy do drugiego brzegu, wyprowadziliśmy konie i ruszyliśmy niewielkim szlakiem wiodącym przez las w kierunku Gadarty. Jechaliśmy czujni, a Kejn wysunął się lekko na prowadzenie i wypatrywał w lesie zagrożeń. Widać było, że las był stary. Porastające go buki i dęby były naprawdę duże. Po kilku kilometrach dotarliśmy do rozstajów, na pochylonym słupie widniały dwie tabliczki. W lewo Gadarta, prosto zamek Vikasti, czyli posiadłość barona Friedricha. Skierowaliśmy się w kierunku Gadarty na południe. Las wydawał się spokojny, zewsząd dochodziły nas śpiewy ptaków. Po kilku godzinach szlak zrobił się bardziej górzysty, konie nie miały problemu z przeprawą, ale teren widocznie się zmieniał. Z czasem pagórki zmieniły się w jeszcze większe górki. Następnego dnia okolica ponownie zaczynała się zmieniać i jakby obniżać – wzgórza ustąpiły miejsca pagórkom, a te z kolei zamieniły się znowu w równy, nizinny szlak. Pod wieczór zdecydowaliśmy się nie rozbijać obozu, bo wydawało nam się, że od wioski dzieli nas już może godzina.
Pogoniliśmy konie i faktycznie, chwilę po zachodzie słońca, naszym oczom ukazała się wioska. Nie była to duża osada. Na polanie, w środku tego pradawnego lasu, stało dosyć blisko siebie kilkadziesiąt drewnianych domów. W oknach było widać światła, a z kominów unosił się dym. Kiedy weszliśmy pomiędzy domostwa, z lewej strony poczuliśmy chłód, przystanęliśmy i usłyszeliśmy szum rzeki. To Gadarka, wijąca się z północy, gdzie bierze swoje źródło w Górach Białych, w kierunku południowym, aż za Pas Pogranicaza. To widocznie od niej wiatr zawiewał chłodniejsze, wilgotne powietrze. Ruszyliśmy dalej w kierunku środka wioski, skąd dobiegało światło. Trochę dalej naszym oczom ukazały się światła wielu pochodni. Okazało się, że na wprost jednego z domostw stała duża grupa miejscowych, z których większość miała pochodnie, a niektórzy widły i siekiery w dłoniach. Tłum krzyczał.
- Dawać ją! Wydać przeklętą! Dawać ja tutaj!
Dom, przed którym zebrał się tłum, był całkiem sporym gospodarstwem, spokojnie mogłoby tam mieszkać kilkanaście osób.
Co tu się dzieje? - zapytaliśmy jednego z chłopów.
Ukrywają przeklętą.
Na przodzie tłumu stał chyba ich przywódca i krzyczał:
- Wydajcie nam Anitę! Musicie to zrobić!
Z tłumu słychać było krzyki aprobaty i różne hasła w stylu:
- Trzeba wbić jej kołek! Spalić wiedźmę! Zabić Sukę!
Dopytywaliśmy czego takiego dopuściła się owa Anita, że lud chce zgotować jej taki los.
Przeklęta jest! Wilczą klątwą zakażona!
Wilkołaczą! - sprostował ktoś inny z tłumu.
Gdzie sołtys? – zapytał Igo.
Mężczyzna wskazał ręką na osiłka w tłumie. Nagle drzwi otoczonego domu się otwarły i wyszło przez nie sześciu chłopów. Uzbrojeni byli w siekiery, a jeden dzierżył włócznię. Chwilę później odezwał się ten z włócznią:
- Wynoście się stąd, nie przepuścimy was! Anita jest chora, ale wyjdzie z tego!
Ktoś z tłumu krzyknął:
- To trwa za długo! Trzeba jej kołek wbić albo spalić, bo zostanie wylkołakiem!
Z tłumu ponownie rozległy się głosy:
- Spaaaalić! Wrazić kołek!
Niespodziewanie krzyknął Kejn:
- Cisza hołota! Co tu się kurwa dzieje?! I spiął konia, aby ten stanął dęba.
Tłum na chwilę się uciszył i ktoś zapytał:
Co tu tak panie krzyczycie?
A kogóż chcecie tu palić?
Jak to kogo, przeklętą – odpowiedział chłop.
A skąd wiecie, że jest przeklęta? Może jest zwyczajnie chora?! Gdzie tu jest jakiś sołtys! - podniesionym głosem kontynuował Kejn.
Na przód wysunął się wskazany nam wcześniej mężczyzna.
Kim jesteście i czego chcecie? - zapytał.
Kogo tu chcecie spalić? - wciąż domagał się odpowiedzi elf.
To nie wasz sprawa - odpowiedział zimno sołtys.
A może chcecie, aby włodarz tych ziem dowiedział się o tym, że wykonujecie samosądy? - kontynuował Kejn.
My tylko wykonujemy prawo barona.
Prawo barona tak?!
Kim żeście są?
Jestem medykiem i może jestem w stanie jej pomóc!
Ludzie stracili zainteresowanie i zaczęli ponownie krzyczeć. Igo zwrócił się do sołtysa:
- Trzeba ją zbadać! Uspokój ich. Chcecie, aby ludzie zaczęli się tu zabijać?!
Sołtys był widocznie zakłopotany:
- To jest lekarz z Mar-Margot – mag wskazał na elfa – niech ją zbada!
Sołtys podjął decyzję:
- Dobra ludziska, niech ten człek ją zbada i podejmie decyzję, a wy do domów. Na dziś koniec.
Ludzie rozchodzili się niechętnie, nadal pokrzykując.
Prowadźcie do kobiety – nakazał Kejn jednemu z mieszkańców wcześniej oblężonego domu.
No dobrze, chodźcie, ale kim wy jesteście?
Dopiero przybyliśmy do wioski, ale widzimy, że w samą porę – odparł Dalinar.
Jeden z mężczyzn stojących przed domem podszedł do nas.
Witajcie, jestem Henryk Ulster. Dziękuję za pomoc, od dwóch tygodni tu przychodzą, ale my się nie damy, bo ona wyjdzie z tego.
Mówcie co się dzieje - zachęcił Kejn.
Henryk Ulster zwrócił się do sołtysa.
Obiecałeś, że dacie nam czas. Toż to nasza siostra. Znasz ją od lat.
Ale ludzie się burzą, wiecie, że tak się robi od wieków, żeby klątwa się nie rozeszła na innych.
Zaprowadźcie mnie do siostry – nakazał elf.
To o czym mówicie to tylko legendy. Znam wasze podania i jeśli w ciągu kilku tygodni wyzdrowieje, to znaczy że Delidia ochroniła pogryzioną przez wilka, a jeśli umrze to ma szczęście, bo nie zamieniła się w wylkołaka. Ale jeśli dłuższy czas trawi ją gorączka, majaczy, ma świąd, należy ją spalić lub wbić w serce kołek.
No tak jak mówicie panie – ochoczo powiedział sołtys – to nie legendy, tak jest.
Uwierz sołtysie, że wiem co mówię. Studiowałem te zagadnienie, to choroba jak każda inna i czasem da się ją wyleczyć, zaufajcie mi.
Henryk zaprosił nas do środka, a do sołtysa powiedział:
Dopilnuj tego, żeby przez dwa tygodnie dali nam spokój, tak jak obiecałeś. Ona wyzdrowieje! - powiedział z mocą.
Odejdź sołtysie – powiedział Igo – jak tylko zbadamy sprawę, dowiesz się o wszystkim pierwszy.
Ja wam mówię i ostrzegam, to klątwa Delidii, która spadła na nas za śmierć inkwizytora – ciągnął wyraźnie przestraszony sołtys.
A ja już ci powiedziałem co o tym sądzę – odparł Kejn.
Mówię wam to kara i zasłużyliśmy na nią. Jak mogliśmy do tego dopuścić.
Zostaliśmy wpuszczeni do środka, a sołtys stanowczo odprawiony. W dużej sieni płonęło palenisko, a w środku było kilkanaście osób. Całkiem spora rodzina.
- Opowiadajcie co się stało.
Jeden z mężczyzn odpowiedział.
- Anita to siostra moja, w lesie mieszkamy to i wilki tu są. Bywało tak, że i kogoś rozszarpały, ale to dawno było. A i niedźwiedzie się tu znajdą. Byli my z Anitą na wyrębie ze cztery tygodnie tygodnie temu, nie zdążyli my przed zmrokiem do chaty. No i napadły nas wilki, udało się je odgonić, ale Anitę pokąsały. Opatrzyli my te rany, ale tak się to ciągnęło, nie goiło i ślimaczyło się. I tak z tydzień temu najpierw mówiła, że swędzenie jest, wszystko ją swędziło. No i było tak, że ona tako rozgrzana była jakby od paleniska, bałamuciła coś, głupoty wygadywała straszliwe. To my myśleli, że faktycznie ją Delidia pokarała albo brak jej piątej klepki w głowie. A potem nic tylko rozpalona w ciszy leży, jeno okłady robimy, a taka słaba, że z łóżka się nie podniesie.
Podeszliśmy do Anity. Była młoda, lecz jej wymęczone przez chorobę ciało nie pozwalało ocenić dokładnie wieku. Leżała na posłaniu z okładem na czole, jęczała tylko cicho, pot perlił się na całej twarzy, a wokół roznosił się nieprzyjemny zapach. Kejn odsłonił opatrunki na nogach. Rany wyglądały okropnie, a nieprzyjemny zapach się nasilił.
Z przykrością muszę stwierdzić, że sytuacja jest tragiczna – zwrócił się elf do brata kobiety.
Panie, pomóżcie jej, jesteście medykiem, zrobimy wszystko. Zapłacimy – błagalnie odezwała się jedna z kobiet w sieni.
Przybyłem za późno, przykro mi.
A zamieni się w wylkołaka? – zapytał z ciekawością jakiś mały chłopczyk.
Nie, nie zamieni się, to zwyczajna, acz poważna choroba – Kejn zastanowił się i po chwili dodał - Nie chcę wzbudzać w was fałszywej nadziei, ale słyszałem o pewnym zielu, to jakiś rodzaj jałowca, który mógłby pomóc wyleczyć wilczą klątwę, lecz nawet nie wiem jak to zioło wygląda.
Więc to jednak wilcza klątwa? - zapytał zasmucony brat.
Tak
Więc może jednak musimy ją wydać? Tatko co robić? - zapytał jeden z młodszych mężczyzn starego.
Oszalałeś! To moja córka, nie wydam jej nikomu – z bólem w głosie odezwał się ojciec.
To tylko nazwa choroby – uspokoił Kejn – nie zamieni się w wilkołaka, ale niestety umrze, przykro mi.
Cóż, ile się należy panie? – zapytał przez łzy brat.
Nic mi się nie należy – odparł elf.
Ja przygotuję jakiś napar, który złagodzi jej cierpienia – zaoferował Igo - lecz to pozwoli jej tylko odejść w mniejszych męczarniach.
Jest tu przecież w tej wiosce jakiś zielarz, niejaki Mundo – powiedziałem - może on będzie coś wiedział na temat tego zioła.
Kiedy wypowiedziałem jego imię, ktoś splunął na podłogę.
Oglądał ją? – zapytał Kejn.
On też ma problemy, ma złamaną nogę.
To mogliście go kurwa przynieść w lektyce kurwa! - krzyczał elf – cztery tygodnie kurwa!
Chyba go zbyt nie lubicie, skoro na dźwięk jego imienia plujecie na podłogę – powiedziałem.
Ich postawa zmieniła się diametralnie.
Zostawcie nas samych.
Nie chcecie, abym przygotował napar, który złagodzi jej ból? - zdziwił się Igo.
Dajcie te zioła panie, sami przyrządzimy napar i odejdźcie.
Igo przekazał jednej z kobiet instrukcje jak przygotować napar i co ile podawać chorej.
Dzięki ci panie, dzięki – i podała Igo monetę.
Nie trzeba.
Kiedy opuszczaliśmy domostwo usłyszeliśmy jeszcze jak bracia rozmawiali między sobą.
Może chodźmy do Mundo co?
Co ty pierdolisz, na niego nie można liczyć. Może jest nadzieja i Delidia pozwoli jej stanąć na nogi.
Stojąc na zewnątrz rozważaliśmy czy nie udać się do Mundo, lecz nie wiedzieliśmy, gdzie go szukać, a drzwi za naszymi plecami zamknęły się z hukiem. Niedaleko dostrzegliśmy duży budynek, a widniejący nad drzwiami szyld upewnił nas, że to karczma. Skierowaliśmy tam swoje kroki. Weszliśmy do gospody, która była w połowie zapełniona. Atmosfera była ponura, niepasująca do karczmy. Widać wydarzenia tego wieczoru ciążyły na wszystkich. Siedliśmy przy wolnym stoliku, ale nigdzie nie było widać gospodarza. Po pewnym czasie z zaplecza wyszedł sołtys, zobaczył nas i powiedział:
Kurwa to wy? Witajcie, witajcie... - powiedział bez przekonania.
Podajcie no karczmarzu jakiejś strawy, konie trzeba zaprowadzić do stajni, a i pokój będzie nam potrzebny – zakomenderował Dalinar.
Dobrze zajmę się tym, a na długo pokój?
To się jeszcze okaże.
Dobrze, przygotuję pokój.
A powiedźcie nam, w którym domu znajdziemy zielarza? – zapytał Igo.
Ostatni dom na zachodzie wioski z czerwonymi drzwiami.
Przygotuj zatem strawę, pokój i oporządź konie. Niech jedzenie będzie ciepłe jak wrócimy – powiedziałem.
Dobrze, zrobi się – było widać, że nie jest zadowolony z naszej obecności

Wyszliśmy z karczmy i udaliśmy się do domu zielarza. Mijaliśmy domy. Niektóre były ogrodzone małymi płotkami, czasem było widać przy nich skromne poletka, jakieś małe zagrody ze zwierzętami. Minęliśmy też kilka składowisk drewna oraz wozy, używane zapewne przez drwali do transportu ściętych drzew. Przeszliśmy dosłownie jeszcze kawałek, kiedy zauważyliśmy, że zmierza w naszym kierunku mężczyzna. Miał około trzydziestu lat, poruszał się o kulach i wyglądał na całkiem zadbanego.
Pan Mundo? – zapytał Igo.
Tak.
O to świetnie, właśnie się wybieraliśmy do pana.
Ja widziałem jak żeście przybyli, chciałem prosić was o rozmowę.
To się świetnie składa, bo my chcieliśmy rozmawiać z tobą, tylko może nie na środku wioski.
To może zaproszę do mnie.
Obrócił się i niezdarnie parł przed siebie, jedną nogę miał usztywnioną, co skutecznie utrudniało mu chodzenie.
Cóż to się stało? – zapytał Kejn.
Drzewo mi przygniotło, jest złamana.
Do jego domu było niedaleko, lecz szliśmy dobre kilkanaście minut. Doszliśmy faktycznie do ostatniej chaty, gdzie gestem zaprosił nas do środka. W małej izbie, w palenisku płonął ogień, a cały dom przesiąknięty był zapachem suszonych ziół. Pod stropem wisiały pęki ususzonych roślin.
Jak już wiecie, jestem Mundo. Widziałem jak pomogliście Ulsterom.
Właśnie, że im nie pomogliśmy. Ustrzegliśmy ich jedynie przed samosądem, lecz kobieta jest w stanie krytycznym. Dlaczego Ulsterowie cię nie lubią? – zapytał Kejn.
Eh jakby to powiedzieć. My z Anitą się kochamy, a oni tego nie akceptują.
A byłeś tam chociaż zobaczyć Anitę?
Nie chcą mnie dopuścić – powiedział ze smutkiem – Ale szczerze mówiąc panie, jak was zobaczyłem to wpadłem na jeden pomysł. W zasadzie gdyby nie to, żem chory, to sam bym wyruszył, ale nie wiem czy bym wrócił żyw, lecz ty panie elfem jesteś. Jest takie zioło, nazywa się wilczym jałowcem.
No tak – zakrzyknął Igo jakby coś sobie nagle przypomniał – Wilczy jałowiec.
Niestety trudno je znaleźć – kontynuował Mundo – ale jest takie miejsce, gdzie może rosnąć. Może zacznę od początku. Było to ze cztery miesiące temu. Jeden myśliwy, od Gorków, odkrył w lesie jakieś stare zabudowania. Jakiś grobowiec, czy coś takiego. Zgłosił to zaraz sołtysowi, bo tak mówi prawo, ten zaś zgłosił to baronowi. Baron przysłał swoich ludzi, żeby to sprawdzić, ale ci nic nie ruszali i zaraz wysłali wieści Kościołowi, a nam zakazali tam chodzić. Ze dwa miesiące temu Kościół przysłał inkwizytora, żeby sprawę zbadać. No, tak było, że pech chciał, że wpadł w ręce Łaskotka. A słyszałem, że nielubi tych kościelnych. Ponoć, tylko nie mówcie, że słyszeliście to ode mnie, odesłał jego głowę do Kościołowi. Strach przyszedł na nas okropny, bo myśleliśmy że nam wioskę z dymem puszczą. Ale na szczęście pan baron jest w dobrej komitywie z Kościołem i nam odpuszczono. No i miesiąc temu kościół przysłał tu Pierwotny Zakon, z dziesięciu rycerzy, dziesiątki pomocników i nawet kapłana wyższej rangi. Wypytywali nas, potłukli jednego z miejscowych okropnie, wielu wychłostali dla przykładu, ale zostawili nas w końcu w spokoju. Wypytywali o Łaskotka, wybrali się też do ruin, postawili pieczęcie i zakazali się tam zbliżać, bo to miejsce przeklęte.
A daleko to jest? - zapytałem.
A z trzy godziny, przy Czerwonym Stawie.
No a później zdarzył się ten wypadek. Ci głupi wieśniacy wierzą, że to klątwa Delidii jest. No i tak myślałem jakżem elfa zobaczył, a wiadomo elfy w lasach żyją. No więc jest tu taki jeden, Panem Lasu go zwą. Niektórzy wieśniacy oddają mu cześć, dary składają, owoce. Jakby to wyszło to biada nam. Ponoć z drzewami rozmawia, z wilkami chadza, a zwierzęta mu usługują.
Ale mówisz nam o tym Panie Lasu ponieważ? - zapytał Dalinar.
No bo tak se myślę, że on mógłby mieć to zioło. Nikt inny jak on.
Gdzie go znaleźć?
To w górę rzeki jest dwa dni, jak żeście elf, to na pewno go znajdziecie. Panie, pomóżcie, chętnie zapłacę.
A ile? – zapytał Dalinar.
Ja panie widzę – zwrócił się do Igo - żeście też zielarz, zapłacę cennym ziołem – wyciągnął coś z jednego z worków – to ziele siłaczy, po zażyciu go, ludzie stają się wytrzymalsi, silniejsi. Jeśli zioło by wam nie odpowiadało, mogę zapłacić, ale niestety nie mam dużo.
To dosyć poważna wyprawa – rzekł Igo – musimy się naradzić.
Oczywiście, rozumiem. Naszykuj nam w miarę możliwości choćby szkic mapy, jak dostać się do tego człowieka. Wpadniemy jutro rano – powiedział Igo.
Szybko przedyskutowaliśmy sytuację i postanowiliśmy wyruszyć, lecz najpierw chcieliśmy powiedzieć o tym rodzinie Ulsterów, żeby przypadkiem nie wpadł im do głowy pomysł skrócenia cierpień Anicie. Następnym krokiem miało być proszenie sołtysa, aby trzymał ludzi w ryzach jeszcze kilka dni. Daliśmy sołtysowi dosadnie do zrozumienia, że jeśli dojdzie do samosądu lub coś stanie się z naszymi końmi pod naszą nieobecność, to Kościół dowie się o wszystkim. Na wspomnienie Kościoła sołtys od razu zaprosił nas na poranne modły i zapewnił, że wszystko będzie tak jak trzeba podczas naszej nieobecności.
Rano, kiedy opuszczaliśmy karczmę, dostrzegliśmy dosyć prymitywny, wyciosanye z drewna posąg Delidii. Nie zauważyliśmy go wczoraj po zmroku. Wokół tej rzeźby zebrała się chyba cała wieś. Kiedy gospodarz nas zobaczył, powiedział
- Panowie, czekamy na was.
Podeszliśmy niechętnie. Sołtys zaczął modły, po chwili dołączyli się do nich wszyscy mieszkańcy wraz z nami. Znaliśmy doskonale tę modlitwę z dzieciństwa. Po tym sołtys przemówił ponownie:
- Odmówmy jeszcze Potrójną Litanię o zdjęcie klątwy, która spadła na naszą osadę. Być może za trzy lata, kapłani nie będą już musieli wysyłać ludzi, aby ci sprawiali gorliwość naszej wiary - po tych słowach znacząco spojrzał na nas.
Po chwili wszyscy znów zaczęli się modlić, a gdy modlitwa ustała, sołtys zapytał czy może dodaliśmy jeszcze coś od siebie.
Niespodziewanie Kejn wyszedł naprzód i zaczął donośnym głosem recytować tak zwaną Modlitwę Dla Gorliwych. W klasztorze, często podczas wymawiania tej modlitwy, kapłani dodatkowo biczowali się. Gdy skończył modlitwę trzy razy zakrzyknął „Ku chwale Delidii!” Muszę przyznać, że na mnie występ zrobił duże wrażenie, a wieśniacy wyglądali wręcz na porażonych. Sołtys podziękował nam za podtrzymanie ich na duchu.
Po tej szopce spakowaliśmy jedzenie, które przygotował nam karczmarz oraz udaliśmy się do Mundo po prowizoryczną mapkę. Prowizoryczna to mało powiedziane, musiał nam przedstawić krok po kroku co przedstawiają kreski naniesione na drewnianą deseczkę. Pożegnaliśmy Mundo i wyruszyliśmy w drogę.
Szliśmy ledwo widoczną, ale uczęszczaną czasem ścieżką. Umiejscowiona była w pewnej odległości od rzeki i szła do niej równolegle. Jej trasa wiodła pagórkami, więc mieliśmy dobry widok na Gadarkę. Mimo pięknych okoliczności przyrody, byliśmy czujni. Z tyłu głowy cały czas mieliśmy Łaskotka. Na rzece co jakiś czas pojawiały się barki z towarami lub flisacy spławiający drewno z osad, które zajmują się wyrębem. Okazało się, że Gadarka to chyba naprawdę znaczący szlak handlowy. Minęliśmy też kilka przystani, gdzie prawdopodobnie drwale zwozili ścięte drzewa, a flisacy transportowali je dalej rzeką. Mniej więcej po dniu teren wzdłuż rzeki znacząco się podnosił, widzieliśmy ją teraz znacznie niżej. Pod wieczór ścieżka oddaliła się od rzeki i odbiła w las, żeby po dosłownie kilku minutach zakończyć się polaną. Mniej więcej na środku polany stał głaz i już na pierwszy rzut oka widać było, że jest zbyt foremny, aby był naturalny. Chyba delikatnie ktoś nadał mu kształt piedestału, czy może prymitywnego ołtarza. Zachodzące słońce nie pozwoliło dostrzec większej ilości szczegółów.
Mimo że rozpalanie ogniska nam się nie podobało, zdecydowaliśmy się na nie. Nie chcieliśmy się stać łatwym łupem dla watahy wilków czy niedźwiedzia. Poświęciliśmy troszkę czasu, aby znaleźć miejsce, które choć troszkę przysłoniło by ogień, z drugiej strony nie chcieliśmy być widziani z daleka. Na szczęście drzewa Wiecznego Lasu były ogromne i udało nam się znaleźć doskonałe miejsce między korzeniami jednego z nich. Noc minęła spokojnie, lecz ten las znacząco różnił się od innych, po których dane nam było podróżować. Czuć było, że nawet w nocy żyje pełnią życia. Odgłosy zwierząt nie milkły prawie wcale i co jakiś czas było słychać nawołujące się wilki. Na szczęście dotrwaliśmy do świtu bez żadnych przygód. Dalinar, jak co rano, pobłogosławił nas w imię Vergena. Zjedliśmy pospiesznie troszkę z zapakowanego prowiantu i podeszliśmy do kamienia na środku polany. Na nim znajdowały się półmiski, na których było troszkę zasuszonych warzyw i owoców. Przyglądałem się ziemi i dostrzegłem ślady bytności kilku osób. Ale ślady były stare i prowadziły od wioski, zapewne to miejscowi co jakiś czas znoszą dary. Ruszyłem przez polanę, aby znaleźć drogę w kierunku pustelni, którą nam nakreślił Mundo. Po pewnym czasie natrafiłem na ledwie widoczną ścieżkę na skraju lasu. Ruszyliśmy dalej. Po kilku godzinach ścieżka stała się naprawdę stroma i niejednokrotnie trzeba było podciągnąć się na jakiejś skale i wytrwale szukać oparcia dla stóp.
Z czasem las się przerzedzał, a ścieżka znowu wiodła łagodnie w górę. Po południu wyszliśmy na tereny bogate w paprocie i jakieś krzaki, a drzewa wyrastały sporadycznie kilkadziesiąt metrów od siebie. Widzieliśmy, że w oddali las ponownie robi się gęstszy. W oddali spomiędzy drzew wyszła jakaś osoba i ruszyła w naszym kierunku. Dopiero kiedy postać się do nas przybliżała dostrzegliśmy swój błąd. To nie był człowiek, a niedźwiedź który zmierzał w naszą stronę.
- Trzeba go odstraszyć! - rzekł Dalinar i począł uderzać włócznią o tarczę, a Igo spanikowany wykrzykiwał „Sio! Sio!”
Niedźwiedź stanął na dwóch łapach i spojrzał w naszym kierunku, być może dopiero teraz nas zauważył. Powęszył chwilę i powoli ruszył w naszym kierunku, by po chwili coraz szybciej przemierzać dzielący nas dystans. Przystanął około stu metrów przed nami i zaczął nas obchodzić, przyglądając się nam uważnie. Dalinar nadal uderzał w tarczę, a do krzyków Igo dołączył się Kejn. Niedźwiedź ponownie przystanął, zlustrował nas spojrzeniem, po czym ku naszej uldze obrócił się zadem do nas i powoli odchodził. Niedźwiedź był ogromny. Odczekaliśmy aż „misio” oddali się na kilkaset metrów i ruszyliśmy dalej.
Jeśli plotki o tym pustelniku są prawdziwe, to może to był jego niedźwiedź – zagadałem.
To tym bardziej dobrze, że odpuścił i nie musieliśmy atakować – odparł Kejn.
Po kilku minutach dotarliśmy do ściany lasu, którą widzieliśmy przed sobą i mimo że wiedzieliśmy, że gdzieś tu czai się ten ogromny drapieżnik, wyraźnie się rozluźniliśmy. Kroczyliśmy jeszcze dosłownie może sto metrów, kiedy naszym oczom wśród drzew ukazała się chata. Domek był niezbyt duży, drewniany, kryty strzechą.
A tak właściwie to czemu uparliśmy się ratować tę kobietę? - zapytałem – Od dwóch dni tak idę i się zastanawiam.
No jak to po co – odparł Kejn – możemy zyskać tym przychylność miejscowych, a to może nam pomóc rozwiązać sprawę Łaskotka.
Dokładnie – przytaknął Dalinar – chyba nie sądzisz, że łażę dwa dni po jakichś lasach, bo mi się nudzi?
Eh a ja miałem nadzieję, że poprawiła się wasza moralność – westchnął Igo.
Co ty masz do naszej moralności? – wzburzył się Dalinar – Ja uważam się za wzór moralności.
Tak, zwłaszcza w sytuacji jak z medykiem – wypalił Igo mając na myśli sprawę porywanych zwłok z cmentarza na zlecenie medyka Rumperta.
Nie spodziewałem się, że nadal męczy go ta sprawa.
No akurat to co robił ten medyk, było wysoce niemoralne – ocenił Dalinar.
A my daliśmy mu szybką w tej sytuacji, wręcz komfortową śmierć – powiedziałem – Pomyśl co zrobiłby z nim kościół! Tortury, męczarnie, kostusie i nie wiadomo jeszcze co by z nim wywijali.
W tym momencie odezwało się do nas drzewo, tak że aż podskoczyliśmy.
- Ciekawa z was kompania.
Po dosłownie chwili, nie wiemy czy z drzewa, czy zza niego wyłoniła się osoba w stroju, który to kolorami przypominał właśnie korę drzewa. Postać na głowie miała kaptur. Przez ramię miała przewieszony łuk.
Witaj panie – rzekł kapłan – to chyba ciebie szukamy.
Nieładnie tak podsłuchiwać – z uśmiechem na twarzy rzekł Kejn.
Ja jestem Dalinar, a to moi bracia, jak mniemam szukamy właśnie ciebie. Drogę tutaj wskazał nam pewien zielarz z Gadarty. Potrzebują tam pomocy, bo w wiosce zdarzył się wypadek i potrzebujemy wilczego jałowca, aby spróbować ocalić życie kobiecie pogryzionej przez wilka. Kejn, który jest medykiem, ocenił jej stan jako krytyczny, lecz wiedział o tym, że jest szansa ją uleczyć za pomocą tego właśnie ziela. Niestety ani my, ani nawet zielarz z wioski nie wie jak wygląda to zioło i gdzie go szukać. Dlatego też wysłał nas do ciebie panie z nadzieją, że wskażesz nam to ziele, bądź nawet posiadasz je u siebie.
Chodźcie, usiądziemy – zaproponował nieznajomy.
Nie przedstawiłeś się panie. Jak się nazywasz? - dopytał Dalinar.
Nazywam się Elander.
Po tych słowach ściągnął kaptur, był to elf.
Miło spotkać pobratymca – powiedział Kejn.
Ano mi także, mi także. Siadajcie - wskazał na pieńki przed chatą - Ja zaraz przyjdę – po tych słowach wszedł do chaty.
Po chwili wrócił i na większym pniu, który spełniał rolę stołu, postawił kubeczki, po czym znowu zniknął w chacie. Minęło kilka chwil, kiedy elf pojawił się ponownie. W ręce trzymał srebrny czajniczek z gorąca wodą, do każdego z kubeczka wsypał garstkę ziół i zalał parującą wodą z czajniczka.
Napijmy się herbaty i porozmawiajmy. Tak jak powiedziałem ciekawa z was grupa, rzadko widuję tu ludzi, a jeszcze rzadziej elfy.
Sytuacja nas zmusiła, aby udać się w te gęstwiny do ciebie – odpowiedział Dalinar.
To co mówił Dalinar o tej kobiecie to szczera prawda, a że dowiedzieliśmy się, że możesz na pomóc, to jesteśmy – odparł Kejn.
Dawno się to stało? - spytał Elander.
Ano niestety dawno i zbyt późno natrafiliśmy na tę kobietę – ciągnął Kejn.
A co z Mundo? Dawno go nie widziałem.
Mundo ma złamaną nogę i jeszcze długo się tu nie zjawi, ledwo chodzi o kulach.
Zastanawiam się jak skłonił was do tego, aby tu się udać.
To nie tak – odparłem – to my udaliśmy się do niego z nadzieją, że ma wilcze ziele, w końcu jest zielarzem. Niestety nie posiadał takowego, ale opowiedział nam o tobie i przybyliśmy. Więc jak, możemy liczyć na twoją pomoc, czy dwa dni podróży były nadaremno?
Możecie, nawet u siebie mam mały zapas tego specyfiku. Poczekajcie chwilę, zaraz przyniosę.
Wrócił po chwili i położył na stole małą sakiewkę.
Liście w całości wrzućcie do wrzątku, gotujcie około kwadrans i podawajcie to chorej przez trzy dni. Zalecam też smarować tym rany. Na tą ilość ziół potrzebujecie około trzech litrów wody. Niech pije to co najmniej trzy razy dziennie.
Jak możemy ci się odwdzięczyć za pomoc? - zagaił Dalinar.
Nie ma takiej potrzeby, mogłem pomóc to pomogłem.
Dobrze, przekażemy to Mundo, jemu bardzo zależy na tej kobiecie, więc może on się jakoś odwdzięczy skoro macie jakieś kontakty.
Nie pochodzicie ze świątyni, skoro tu zawitaliście… - zagadnął elf.
Jakiej świątyni?
Jedynej i słusznej - odezwał się z kpiącym uśmiechem pustelnik.
No trudno by było nas nazwać gorliwymi wyznawcami Delidii – rzekł Dalinar – uważamy, że na świecie są inne siły, które po stokroć lepiej przysłużyłyby się światu.
O to ciekawe - odparł Elander – dawno nie słyszałem takich herezji - powiedział z uśmiechem.
A właśnie – ożywił się Dalinar – usłyszeliśmy, że w okolicy Gadarty zostały odnalezione jakieś ruiny, które bardzo zaniepokoiły kościół Delidii. Wiesz może coś na ten temat?
A czemuż to was tak interesuje?
Czysta ciekawość – odparłem – wszystko co zabronione jest przez Delidię, interesuje nas.
W dawnych czasach znajdowała się tam świątynia zakazanego teraz bóstwa. Bóg ten znany był pod imieniem Richiter Wielki.
Był to jeden z bogów wyznawanych przed Zaćmieniem – powiedział Dalinar – jednak nie czytałem o nim zbyt wiele.
Richiter był bogiem praworządności, walki i rycerstwa – poinformował nas Elander.
Ano było w tamtych czasach wielu bogów – ciągnął Dalinar – lecz wydaje mi się, że niektórzy mieli ważniejsze role do odegrania niż Richiter.
A to ciekawe – powiedział Elf – na przykład jaki?
Na przykład Vergen – odpowiedział kapłan.
Vergen, hmm... dawno nie słyszałem tego imienia.
Musisz przyznać, że Vergen jest przecież wzorem praworządności – odpowiedział Dalinar.
Cóż, kwestia praworządności, jak i zresztą inne aspekty wiary, to kwestia interpretacji – odpowiedział elf – w tamtych czasach byli bogowie lub być może nadal są i mają swoich wyznawców, którzy przez ogół zaliczani byli do bóstw złych, a mimo to spotykałem społeczeństwa, które miały w tej kwestii odmienne zdanie. Na przykład Lorsh, jeden z bogów Północy.
No tak, Lorsh był także znany z praworządności, ale przede wszystkim z waleczności.
I okrucieństwa – przerwał Dalinarowi elf.
Ano i z okrucieństwa, ale czasem utrzymanie praworządności wymaga właśnie drastycznych metod - zripostował Dalinar.
Odezwałem się do elfa jedną z formuł pozwalających na identyfikowanie członków mojego klasztoru. Elf popatrzał na mnie i rzekł:
Doprawdy ciekawa z was kompania, ale nie Tsume, nie jestem ani stronnikiem, ani członkiem twojego klasztoru.
Dużo wiesz – zdziwiłem się – zatem już wiesz, że Delidia nie jest naszym światłem, patronem i drogowskazem.
Co was sprowadza w te okolice? Bo rozumiem, że napotkanie chorej kobiety było przypadkiem – zapytał Elander.
No cóż, być może jako osoba mocno powiązana z tym miejscem, słyszałeś o grasujących tu banitach. To nasz właściwy cel – odpowiedziałem.
Naszym celem jest pojmanie tych ludzi i dostarczenie do Mar-Margot – dopowiedział Dalinar.
Łowcy nagród – odparł elf.
Też, natomiast paramy się różnymi rzeczami, a los sprawił, że teraz to jest nasz główny cel.
Życzę wam powodzenia w tej sprawie.
A może mógłbyś nam jakoś pomóc? – zapytał się Dalinar – Jak rozumiem, takie osoby raczej mogą ci przysporzyć problemów i raczej nie są znane z życia w zgodzie z naturą. Może jest coś w czym możemy ci pomóc, a ty zamian odwdzięczysz się pomocą w naszej sprawie?
W tej kwestii nie mogę wam pomóc – odparł elf po dłuższej przerwie.
No cóż, będziemy musieli się zbierać – powiedział Kejn – dla tej kobiety każda strata czasu to mniejsza szansa na wyzdrowienie, dziękujemy jeszcze raz za ofiarowane nam ziół. Miejmy nadzieję, że jej pomogą.
A i ja mam taką nadzieję, jako że każde życie jest cenne. Dosłownie każde.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną. W drodze Igo wypytywał o zasady praworządności wyznawców Vergena.
- Ponieważ Vergen jest bogiem wojowników i walki, jego zasady głównie dotyczą tego aspektu, na przykład potępiają tchórzostwo. Lecz Igo, znając twoje sceptyczne nastawienie do mojej religii, ba do każdej religii, nie zamierzam się zbytnio zagłębiać w tym temacie, bo wiem jakie są intencje twego pytania. I nie jest to rzeczywista ciekawość.
Proste pytanie przerodziło się w naprawdę zaciętą dyskusję. Igo atakował Dalinara, że zabicie medyka nie było ni jak praworządne i że sam sobie wymyśli boga z jakimiś durnymi regułami i będzie głosił, iż jest praworządny. Mimo że w tej sprawie wszyscy trzej usiłowaliśmy mu wytłumaczyć, że się myli, Igo był tak zapatrzony w swoje racje, że nie docierały do niego żadne argumenty, a wysuwane przez niego były coraz bardziej głupie. Dalinar prawidłowo odczytał intencje Igo od samego początku. Tylko nie wiem jak potem dał się wciągnąć w tę dyskusję. Sam temat był ciekawy, a i pewnie dysputa mogła być pouczająca, gdyby tylko osobą dyskutującą był kto inny niż Igo. Coraz częściej zastanawiało mnie jakie podwaliny ma awersja Igo do wiary. Czy przyczyniły się do tego wypadki z naszego dzieciństwa, czy też stoi za tym co innego? Tocząc rozmowy, dotarliśmy do polany z głazem na jej środku i tam gdzie poprzednio rozbiliśmy obozowisko na noc.
Nad ranem, kiedy mieliśmy ruszać w dalszą drogę, usłyszeliśmy głos Elandera. Elf siedział na jednej z gałęzi pobliskiego dębu.
Przepraszam, że szedłem za wami, ale tak czasem brakuje mi rozmów, że nie mogłem się powstrzymać.
I znowu nas podsłuchiwałeś – pogroził mu palcem Kejn.
Cóż, nie ukrywam, że zainspirowała mnie wasz rozmowa – po tych słowach zeskoczył z drzewa i podszedł do nas – Wczoraj pytaliście się mnie czy czegoś nie potrzebuję. Jest taka jedna rzecz, która by mi się przydała. Kilka dni drogi stąd na południe od Gadarty są ruiny pewnej wieży. Doszły mnie plotki, że może tam spoczywać przedmiot, który ma wartość dla mojego ludu. Wieśniacy zwą to miejsce Samotną Wieżą, a podania głoszą, że w ruinach spoczywają srebrne zwoje napisane przez elfy. Na tych tablicach spisane są dzieje Lerdeonu, świętego domostwa mych przodków. Onegdaj wieża ta była w posiadaniu czarownika, ale to było bardzo dawno temu. Teraz to ruina. Jeśli podjęlibyście się przyniesienia mi tego przedmiotu, być może będę mógł wam pomóc w sprawie, po którą tu przybyliście.
W pierwszej kolejności musimy się zająć kobietą – rozpoczął Kejn – myślę, że jeśli kobieta przeżyje, wieśniacy będą nam przychylni i bardziej skorzy do pomocy. Wypytamy o wieżę i jeśli się uda przyniesiemy ci tablice, a ty pomożesz nam z banitami.
Na tyle, na ile będę mógł - odpowiedział Elander.
To uczciwe postawienie sprawy, które może przynieść nam wszystkim korzyści, więc i ja jestem na tak - powiedział Dalinar.
Zatem będę na was czekał - po tych słowach bardzo płynnie zamienił się w ptaka i odleciał.
Mimo tego, iż Mundo mówił, że podobno potrafi zamienić się w sowę, raczej w to nie wierzyliśmy. Chyba wszyscy byliśmy zaskoczeni. Wyruszyliśmy do wioski, snując różne teorie na temat tego, jakich elf może udzielić nam informacji i czy nie będzie przeciwny śmierci Łaskotka. Ale uznaliśmy, że takie domysły nie mają sensu. W milczeniu szliśmy do wioski. Jako że narzuciliśmy sobie ostre tempo w wiosce byliśmy późnym popołudniem. Swe kroki w pierwszej kolejności skierowaliśmy do domu Ulsterów. Tam dowiedzieliśmy się, ze Anita nadal żyje, ale jest z nią coraz gorzej. I faktycznie przez te trzy dni wymizerniała okropnie, mimo iż już wcześniej była w fatalnym stanie. Igo wydał polecenie, aby wstawić na ogień wodę i przygotował napar. Po pewnym czasie kiedy mieszanka wystygła, Igo zaczął poić Anitę, a Kejn przemywał jej rany. Następnie wytłumaczyli jak rodzina ma opiekować się kobietą i kiedy podawać napar. Po wydaniu instrukcji udaliśmy się do Mundo, aby podzielić się wiadomością, że Elander nam pomógł, a jego ukochana zaczęła kurację. Zielarz dał nam obiecane ziele siłaczy i przy okazji dopytaliśmy o ruiny Samotnej Wieży. Mundo był zaskoczony, że tam się wybieramy, ale jak usłyszał, że udajemy się tam na prośbę Elandera nieco się uspokoił. Po chwili namysłu powiedział tylko, abyśmy uważali, bo legenda głosi, iż mieszkał tam zły czarownik, który porywał dzieci z wioski i został za swe czyny ukarany przez Delidię. W ruinach tych straszy i rzadko ktoś się tam zbliża. Powiedział, że dwóch miejscowych, którzy kilka lat temu się tam udali, nigdy nie wróciło. Mundo wytłumaczył nam jak tam dojść i wydawało się, że droga nie będzie trudna.
W końcu udaliśmy się na spoczynek do karczmy. Sołtys od razu wypytał nas, czy znaleźliśmy zioło na Wilczą Klątwę i kiedy usłyszał, że tak, wzniósł ręce ku górze i głośno podziękował Delidii, że zechciała łaskawie spojrzeć na wioskę, która nie była godna jej łaski. Zmęczeni tym pierdoleniem, udaliśmy się na spoczynek. Przez kolejne dwa dni odwiedzaliśmy Ulsterów. Stan kobiety się nie poprawił, choć Kejn zauważył, że rany przestały się ślimaczyć i powoli zaczynają tworzyć się małe strupki. Kolejnego dnia była już widoczna poprawa, gorączka spadła, rany się zabliźniały, a kobieta przestała majaczyć. Postanowiliśmy też wybadać, skąd taka niechęć ojca Anity do Mundo.
Kiedy byliśmy tu pierwszy raz – zacząłem – na pytanie o Mundo splunąłeś z pogardą na podłogę. O co chodzi?
A co wam do tego?
Może nic, ale wiedz, że twoja córka dochodzi do zdrowia tylko dzięki Mundo.
Jak to tak? - zapytał stary.
Ano. To Mundo wskazał nam, gdzie szukać zioła i to on poprosił, abyśmy za tym ziołem wyruszyli.
Ale jak to tak myślałem, że to Delidja wskazała wam drogę.
Być może światło Delidii spadło na umysł Mundo i skojarzył jak leczyć Anitę, a Mundo za sprawą Delidii odnalazł nas. Niezbadane są wyroki boskie – powiedziałem - To jak, dlaczego nim tak pogardzacie?
Bo to znajda jest, przybłęda on, niemiejscowy.
I z takich powodów prawie poświęciłeś życie córki?
Nie wiedziałem – ze smutkiem powiedział ojciec.
Gdybyście dopuścili Mundo do niej, nie cierpiała by tyle tygodni i już dawno byłaby zdrowa, zatem zastanówcie się nad zmianą nastawienia – zasugerowałem.
Kolejnego dnia z rana, gdy odwiedzaliśmy dziewczynę, jest stan był o niebo lepszy. Brak gorączki, ślady po ugryzieniach pokryte były w pełni zwyczajnymi strupami. Z pomocą wstała złóżka i siedziała przy stole.
To was zesłała sama Delidia? - zapytała jeszcze słabym głosem – Ojciec wspominał, że to Mundo mi pomógł.
To prawda, Delidia pokierowała nas do Munda i to dzięki niemu żyjesz – odparł Kejn.
Jak możemy się wam odwdzięczyć?
Narazie wystarczy nam, że zdrowiejesz i nabierasz sił, będziemy tu jeszcze trochę w Gadarcie i gdybyśmy potrzebowali pomocy, na pewno się o nią zwrócimy – wyjaśnił Dalinar.
Poszliśmy też do Mundo przekazać dobre wieści o zdrowiu Anity, a przy okazji dowiedzieć się, czy do ruin wieży można dostać się na koniu, czy też szlak jest na tyle nieprzestępny, że lepiej udać się pieszo. Na szczęście dowiedzieliśmy się, że szlak nadaje się do jazdy konnej. Pożegnaliśmy Mundo, udaliśmy się do karczmy, poprosiliśmy, aby na rano karczmarz przygotował nam prowiant. Widać niepewność co do tego z kim ma do czynienia sprawiła, że na wszelki wypadek wychwalał głośno Delidię, a i często nie chciał pieniędzy za posiłki. Zarówno rano i wieczorem prosił nas o przeprowadzenie Modlitwy Dla Gorliwych. Jego nastawienie do nas, wspominając pierwszy dzień pobytu, zmieniło się diametralnie. Budziliśmy jego głęboki respekt.
To tyle. Czas udać się na spoczynek. Postaram się pisać do Ciebie jaki najregularniej mistrzu. Niech Śpiąca Bogini ma w opiece cały klasztor i jego stronników.