Tak jak obiecałem piszę do Ciebie mistrzu bez zwłoki. Póki co udaje mi się trzymać balans pomiędzy szukaniem nowych dróg dla mojego Ki, a choćby dbaniem o to, byś na bieżąco był zaznajomiony z moimi poczynaniami.
Rankiem wyruszyliśmy w kierunku wskazanym przez Mundo. Oczywiście karczmarz uprosił nas, abyśmy przed wyjazdem poprowadzili poranne modły. Aby nie wypaść z roli, Kejn po raz kolejny porwał swą gorliwą modlitwą cała wieś. Droga wiodła starym szlakiem na południe, była nawet w dobrym stanie, więc tempo było przyzwoite. Igo uprzyjemniał nam drogę opowieściami o ziemiach leżących na południu, za Pasem Pogranicza. Dowiedzieliśmy się, że miejsce te nazywane jest ciągiem Domen Starych Lordów. Po upadku księstw arkańskich na południu, ziemie te podzieliły się na różne frakcje. Nie ma tam jednego silnego państwa, za to jest tam dużo pomniejszych ośrodków władzy. Lecz z roku na rok, kolejne tereny siłą wcielane są na łono Delidii, a Pas Pogranicza przesuwa się nieustannie na południe. W śród tych państewek, wybija się na tle innych kilka z nich - najsilniejsze z nich to Róg Traggaru, Zjednoczony Rewir Arkanii oraz Zakon Thule-dun. Jedno co je ze sobą łączy to to, że korzystają z usług pewnej grupy magów, zwanych Ostatnim Bractwem Khall. Czarownicy ci budzą postrach, kontrolując demony zwane Sevonitami. Igo niewiele wiedział o samych Sevonitach, jedynie jakieś drobne informacje, że są to prawdopodobnie skrzydlate humanoidy, potrafiące latać oraz posługiwać się magią. Bractwo ponoć sprowadziło je dawno temu z jakiegoś mrocznego świata zwanego Ban-Arn i potrafi im rozkazywać. Stąd też dosłownie kilka rodów, które władają nawet pośrednio takimi istotami są rodami, z którymi wszyscy się liczą i mało kto ma ochotę ich niepokoić. Jakby tego było mało bractwo kontroluje też plemiona czarnych ogrów zwanych Melendytami.
Zasłuchani tak w jego opowieści, które były miłą odmianą od naszych kłótni, dotarliśmy do opisanego przez Mundo rozstaju i ruszyliśmy na zachód. Tu ścieżka była wyraźnie węższa i widać było, że dawno tędy nikt nie przechodził. Musieliśmy zacząć jechać gęsiego. Po chwili rozpadało się mocno, nasze dobre jak dotychczas nastroje, rozpływały się wraz z kolejnymi godzinami ulewy. Mimo iż była końcówka maja i było ciepło, kilka godzin w ulewie robi swoje. Dodatkowo mocno musieliśmy zwolnić tempo, bo ścieżka zamieniła się w śliską breję, a ostatnią rzeczą jaka nam była potrzebna, to okulawiony koń. Dzień powoli dobiegał końca, a przed nami cały czas rozciągał się gęsty las. Postanowiliśmy poszukać dobrego miejsca na nocleg. Dwadzieścia minut później, przy szlaku nad małym rowem leżało ogromne drzewo. Uznaliśmy, że to doskonałe miejsce na obóz. Kejn zauważył, że las troszkę rzednie i jako że mieliśmy już miejscówkę, postanowiliśmy podjechać jeszcze kawałek. Dosłownie po kilku minutach dotarliśmy do końca lasu. Słońce wisiało już bardzo nisko, ale dzięki temu mieliśmy jeszcze szansę zobaczyć co jest przed nami. Szlak, którym przybyliśmy, kierował się dalej na zachód jak okiem sięgnąć. Daleko na zachodzie majaczyły wysokie góry. Około kilometra od skraju lasu, po prawej stronie, na jednym z wielu rozsianych w okolicy wzgórz, dostrzegliśmy coś co mogło być ruinami wieży.

Stwierdziliśmy, że wrócimy na miejsce, które znaleźliśmy na obozowisko. Jako że droga do wieży była zdecydowanie trudniejsza niż dotychczasowy szlak, nie widziało nam się zapuszczać tam na zmęczonych koniach po zmroku. Rozbiliśmy namioty, z trudem rozpaliliśmy ognisko i pozbyliśmy się z siebie mokrych ubrań, rozwieszając je przy ogniu. Jako że końcówka podróży była dosyć męcząca i nieprzyjemna, bez zbędnego zwlekania udaliśmy się na spoczynek, a wartę objął Kejn.
Przebudziłem się z dziwnym przeczuciem i spojrzałem w stronę ogniska. Te powoli dopalało się, ogień był zdecydowanie zbyt mały. Rozejrzałem się dookoła, nikt nie wartował. Rzuciłem okiem pod rozwieszone płachty, pod którymi spaliśmy. Kejn i Igo spali, Dalinara nigdzie nie było. Wsłuchałem się i miałem wrażenie, że gdzieś z oddali, z lasu dochodził dziwny kobiecy śpiew, a może tylko nucenie, bo nie wybijały się, żadne słowa. Wszędzie unosiła się gesta mgła, sięgająca do pasa. Konie nerwowo prychały. Szturchnąłem nogą kolejno Igo i Kejna.
- Wstawajcie. Dalinar znikł i nikt nie wartuje.
Igo zabrał się za dokładanie do ognia, Kejn sprawdził czy są wszystkie konie, a ja z nosem przy ziemi szukałem jakichś śladów. Obawiałem się, że zwyczajnie ktoś zakradł się do obozu. Od ogniska odchodziły dwa ślady, jeden niewątpliwie Dalinara, a drugi jakiejś zdecydowanie mniejszej osoby. Ślady prowadziły w kierunku skąd dobiegał tajemniczy śpiew. A ten dochodził od strony ruin. Na brzegu lasu drobne ślady się urwały i ten ktoś znów ruszył w kierunku obozu, a ślady Dalinara prowadziły dalej.
Nie rozumiałem o co chodzi. Czy ktoś kto przyprowadził tu w jakiś sposób kapłana, wrócił po któregoś z nas? Igo i Kejn upierali się, aby zwijać obóz, ja uznałem, że nie ma czasu do stracenia i trzeba ruszyć za Dalinarem. Po chwili Kejn walnął się otwartą ręką w czoło i przyznał, że on na koniec swojej warty był na skraju lasu i zapewne to jego ślady. Przynajmniej jedna zagadka się rozwiązała.
Po chwili nad wieżą niebo rozjaśniła błyskawica. Wystarczyło to, aby w oddali ujrzeć sylwetkę wpinającą się po wzgórzu w stronę Samotnej Wieży. To z pewnością był Dalinar. Ja zadeklarowałem, że najszybciej z nich dogonię Dalinara, oni zdecydowali jednak udać się po konie. Bali się, że spanikowane mogą się zerwać i ujść w las. Nim bracia zdołali oddalić się na kilka kroków, pozwoliłem, aby Ki wypełniło moje ciało. Dzięki przepływowi wyostrzyłem moje zmysły, by pewniej poruszać się przy nikłym świetle księżyca oraz skumulowałem małą część energii w swych nogach. Wystrzeliłem do przodu z ogromną jak na te warunki prędkością i gnałem na łeb na szyję w kierunku Dalinara. Mimo że poruszałem się naprawdę szybko, wiedziałem, że nie dogonię go przed wieżą. Kiedy byłem już w miejscu, w którym widziałem go z granicy lasu, nie było tam już nikogo, zapewne zdążył wejść na szczyt. Obeznany ze wspinaczką oraz pozbawiany ciężkiej zbroi z jaką musiał wspinać się Dalinar, pokonałem błyskawicznie najtrudniejsze wzniesienie. Jeszcze kilka kroków w szybkim biegu i moim oczom ukazał się dziwny widok. Na czymś, co mogło być kiedyś dziedzińcem, klęczał mój brat, a nad nim nad ziemią unosiła się promieniejąca dziwnym światłem kobieta w długich szatach. Dalinar patrzył na nią w bezruchu jak zahipnotyzowany. Postać ta zaczęła wyciągać swe szponiaste dłonie w kierunku głowy kapłana.

Zacząłem biec w tym samym momencie w kierunku istoty i drzeć się „Dalinar! Ocknij się do kurwy nędzy!” Zjawę chyba zaskoczyła moja obecność, bo skierowała swój dziwny wzrok na mnie i przestała zbliżać się do Dalinara. W biegu po raz kolejny pozwoliłem, by Ki popłynęło przez moje nogi i będąc dwa metry za Dalinarem, skoczyłem w kierunku istoty, przygotowując się do zadania jej ciosu. Unosząca się w powietrzu kobieta była zaskakująco szybka. Byłem pewien, że trafię, a przeleciałem jak przez powietrze. Przygotowany na siłę uderzenia, które jednak nie nastąpiło, runąłem na ziemię, tracąc równowagę. Na szczęście mój krzyk i ta chwila, kiedy zdekoncentrowałem tą istotę, pozwoliło się wyrwać Dalinarowi z letargu. Zanim pozbierałem się z ziemi, kapłan już stał w pozycji bojowej, osłaniając się tarczą. Kobieta straciła mną zainteresowanie i zaczęła nacierać na Dalinara. Wietrząc w tym okazję, zaatakowałem od tyłu. Tym razem byłem pewny, że trafię. I trafiłem, lecz mimo to przeleciałem przez nią jak przez powietrze. Istota była niematerialna, lecz ta wiedza przyszła trochę za późno. Przed kobietą stał Dalinar, na którego wpadłem z impetem z wyprostowanymi nogami. Na szczęście kapłan popisał się refleksem i zasłonił się tarczą. Impet uderzenia i tak sprawił, że potoczyliśmy się kawałek po ziemi. Nim zdążyłem się podnieść, zniecierpliwiona naszym oporem istota wykonała gest dłonią i w moim kierunku poleciała iskrząca się błyskawica. W tej pozycji nie miałem szansy na unik, dobrze że zawsze, kiedy zaczynam walczyć, instynktownie otaczam się zbroją Ki. A mimo to uderzenie, które przyjąłem, wytoczyło mi z płuc całe powietrze i czułem że żebra pulsują bólem. Wiedząc, że nie uda mi się zranić tej istoty, przeszedłem do głębokiej defensywy, licząc na to, że kapłan coś wymyśli. Tym razem dla odmiany lodowe pociski poleciały w stronę Dalinara, lecz ten dosyć sprawnie odbił je swoją tarczą. Od strony wejścia na dziedziniec usłyszeliśmy hałas i kątem oka zobaczyłem wbiegających Igo i Kejna. Kejn już ściągał łuk i chwilę później szył do istoty. Już pierwsza strzała ugodziła unoszącą się kobietę w pierś, a na upiornej twarzy malowało się zaskoczenie. Jakby z niedowierzaniem spojrzała na strzałę, stercząca z jej piersi, a potem na Kejna. Druga strzała, mimo że celna przeleciała przez istotę tak samo jak moje wcześniejsze ataki. Chwilę później Igo rzucił w nią zaklęcie błyskawicy. Po tym ataku kobieta jakby na chwilę zawisła nieruchomo w powietrzu, po czym rozbłysnęła jasną poświatą. Po chwili światło przygasło, a istota zaczęła jakby zapadać się w sobie, a z jej ust wyrwał się okropny, nieludzki krzyk i kilka oddechów później cała przemiana dobiegła końca. Miejsce lewitującej kobiety zastąpiła mroczna kreatura, wyglądająca jakby składała się z wirującego dymu. Po chwili istota ta wydała jeszcze jeden pisk bólu, po czym straciła swoją formę i jako obłok dymu opadła na ziemię i odleciała z duża prędkością w kierunku wieży, niknąc w ciemnościach.

Co tu się stało? – zapytał Igo – Czemuś tu sam polazł?
Zaraz porozmawiamy, tylko uleczę swoje rany – rzekł Dalinar i począł się modlić.
On chyba nawet nie wiedział, że tu jest – odpowiedziałem magowi – przybyłem w ostatniej chwili, bo klęczał przed tą postacią, a ta sięgała już szponami do jego głowy.
Igo co to mogło być? - pytał Kejn.
Jakiś rodzaj nieumarłego, ciężko mi powiedzieć.
Tsume – zapytał kapłan – czy pomóc ci z Twoimi ranami?
Sam nie wiem, zerknij na to. Nie krwawię, ale żebra mam poparzone i czuję się, jakby kowal przyjebał mi młotem.
Podniosłem koszulę, a Dalinar aż syknął.
- Pomódl się ze mną – powiedział.
Modliłem się razem z kapłanem, a rany na moich oczach zaczęły się goić, a ból zniknął po kilku chwilach. Jedynym śladem bitwy była moja osmolona koszula.
Dalinar zastanawiał się jak tu w ogóle trafił, więc opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami, od momentu, kiedy zorientowałem się, że go nie ma na warcie, do momentu, kiedy zaatakowałem istotę, która chciała wbić mu szpony w głowę. Dalinar potwierdził, że zaczyna kojarzyć coś od chwili, kiedy z krzykiem atakowałem istotę.
Kejn sugerował, aby od razu udać się do wieży w poszukiwaniu tego czegoś, póki jest osłabione. Zapytałem jak chce chodzić po jakichś piwnicach, kiedy wszystkie pochodnie i lampy zostały w obozie. Z niechęcią przyznał mi rację. Dopiero teraz miałem chwilę przyjrzeć se ruinom. Została praktycznie tylko tylna ściana wieży i przyczepione do nie kawałki stropów z poszczególnych kondygnacji. Miejsce to było totalną ruiną, cud że w ogóle cokolwiek jeszcze stało tu w pionie. Zgodnie zdecydowaliśmy, że trzeba wrócić do obozu po pochodnie i lampę i dopiero o świcie zacząć przeglądać ruiny. Chodzenie po omacku pod walącymi się ścianami i ledwo wiszącymi stropami, też nie należało do najmądrzejszych.
W obozie, mimo że do świtu pozostało sporo czasu, nikt z nas nie umiał zasnąć. O świcie przyłączyłem się do modłów Dalinara i podziękowałem Vergenowi za okazaną mi łaskę uzdrowienia. Spakowaliśmy obozowisko i wczesnym świtem ruszyliśmy pod wieżę.
Dopiero przy dziennym świetle dostrzegliśmy, że większość szczytu, na którym stała wieża, pełna jest porozrzucanych kawałków ścian oraz kamieni. Tak jakby wieża nie zapadła się sama w dół ze starości, lecz jakaś monstrualna siła rozerwała ją od środka i porozrzucała szczątki po całym wzgorzu. Ostrożnie ruszyliśmy w kierunku miejsca, gdzie kiedyś był parter i szukaliśmy jakiegoś zejścia do piwnicy. Igo rozglądał się i powiedział:
- Widzicie te osmolone miejsca? - wskazał ręką - Tu, tu, tu i tam. To dobitnie świadczy, że miał tu miejsce potężny wybuch natury magicznej, bądź alchemicznej. Komuś chyba coś nie wyszło przy czarach lub jakichś badaniach.
Minęło pół godziny i nie znaleźliśmy nic co mogło choć sugerować zejście do piwnic. Ja udałem się nawet dalej, poza obręb parteru, aby zobaczyć, czy nie ma zejścia gdzieś z dala od wieży. Po pewnym czasie doszliśmy do wniosku, że zwyczajnie w tej wieży nie ma piwnicy, być może błędnie założyliśmy, że pod tą wieżą musi coś być.
Postanowiliśmy odpuścić poszukiwania piwnicy, a Kejn zadeklarował się, że wdrapie się na pierwszą kondygnację i poszuka czegoś ciekawego. Zarzucił linę z kotwiczką i sprawnie wdrapał się na górę.
- To totalna ruina i sam syf. – krzyknął z góry – Wszystko tu się rozpada ze starości, ale chwilę pomyszkuję jeszcze.
Czekaliśmy znudzeni i zniechęceni na dole. Po kilkunastu minutach Kejn zszedł i wręczył nam zniszczoną książkę. Na okładce było widać coś, co mogło przedstawiać człowieka w kapturze, a zza niego wyłaniały się skrzydła. Rysunek był tak niewyraźny ze starości, że trzeba było mocno wytężać wzrok, by zobaczyć co przedstawia. Środek książki był w nie najlepszym stanie. Część stron było potarganych, cześć posklejanych ze sobą w jedną całość, na niektórych atrament rozmazała wilgoć.
To jedyne co przedstawia sobą jakąkolwiek wartość w stercie śmieci, która pozostała tam na górze. Zbadam jeszcze drugą kondygnację.
O to przypomina tego Sevonitę, o których nam opowiadałeś Igo – powiedziałem.
I prawdopodobnie właśnie jego przedstawia – odparł Igo – to wszystko wpisane jest w odwrócony trójkąt równoboczny, a to znak bractwa Khall.
Kejn po chwili zszedł ponownie z góry i oznajmił, że na resztkach drugiej kondygnacji nie ostało się nic. W tym czasie Igo ostrożnie przeglądał to co zostało z księgi, odczytać dało się tylko zlepek słów. W celu uporządkowania ich spisał je na kawałku pergaminu i podał Kejnowi. Dalinar przeklinał pod nosem. Tak mniej więcej wyglądał ten zlepek słów:
...Pan Traggaru zwolnił mnie Randalla ze służby i wraz z mą zmarłą małżonką, udałem się w ten dziki, lecz pięknie spaczony rejon Kataklizmem z Zachodu… Ukochana ma… Szansa nadarzyła się… Sevonita… Tortury na obiektach doskonale pobudzają kryształy, ale… Żal był mój wielki, ale ten kto chce poznać tajemnicę Cieni musi poświęcić wiele, żeby… Wieś ta znajduje się dzień drogi, ale… Delidii… Kiedyś świat pozna… Pogranicze… Wo… Vanessa jest inna niż przed śmiercią i dlatego nie mogę dłużej…
- No musi tu być jakieś cholerne wejście, przecież ta istota uciekła centralnie w miejsce, gdzie stoimy. Nie w górę, nie w bok, tylko trzymała się blisko ziemi. Igo, skoro to wieża maga, to może są i jakieś magiczne drzwi. Poszukaj swoimi czarami, zróbże coś.
Igo chodził po pomieszczeniu parteru i dotykał różnych części podłogi.
- Próbowałem wykryć jakieś magiczne przejście – mówił Igo – ale nic. Jedynie co wykrywam to to, że działa tu jakieś ochronne zaklęcie, ale nie wiem jakiego charakteru.
Po tych słowach Kejn stwierdził, że jeszcze się rozejrzy.
- Kurwa panowie wiedziałem, że coś tu nie gra. Igo podsunął mi pomysł. Toż to iluzja! – rzekł Kejn i zwyczajnie zniknął w solidnym kawałku przewróconej ściany. Podeszliśmy i włożyliśmy ręce w kamień. Faktycznie go tam nie było, a iluzja miała tylko za zadanie ukryć zejście do piwnicy.
Odpaliliśmy pochodnie i lampę i zaczęliśmy schodzić w ciemność [1 – mapa poniżej].

Pierwszy szedł Kejn z latarnią, za nim Dalinar, a potem Igo z pochodnią, a na końcu ja. Po dosłownie dwóch metrach schody zaczęły delikatnie skręcać. W pewnym momencie elf przystanął, schody na niewielkim odcinku były zawalone. Przekroczenie wyrwy nie sprawiło nam trudności, a gdy Igo poświecił w dół wyrwy zobaczyliśmy, że schody, którymi schodziliśmy, kręcą się i pod nami zobaczyliśmy ich dalszą część. Kejn ostrożnie szedł dalej, schody wykonały jeszcze dwa, może trzy pełne obroty wokół filara, do którego były umocowane i po kilku minutach ostrożnego schodzenia doszliśmy do korytarza, który po zejściu ze schodów rozszerzał się do około trzech metrów i wysoki był na jakieś cztery. Za podłogę służyła skała, w której korytarz był wykuty. Panowała tu doskonała cisza, a podłoga była po kostki zalana była wodą, prawdopodobnie za sprawą deszczu, który wpływał przez iluzyjne zejście. Co jakiś czas w murze było widać uchwyty na pochodnie, lecz wszystkie były puste. Kawałek dalej w ścianie korytarza zobaczyliśmy dwa przejścia. Jedno prowadziło w odnogę w lewo, drugie w prawo. Postanowiliśmy skręcić w lewo. W związku z tym, że korytarze były szersze, zmieniliśmy szyk. Kejn szedł ramię w ramię z Dalinarem, a pozostała dwójka, czyli ja i Igo, za nimi. Korytarz prowadził kilka metrów prosto, po czym delikatnie zakręcał. Przed skrętem w ścianie dostrzegliśmy kratę zamkniętą na stary zamek. Kiedy Kejn poświecił przez nią, światło latarni odsłoniło w pomieszczeniu szkielety czterech ludzi, ubrane w zniszczone przez czas ubrania. Pomieszczenie to przypominało celę więzienną [2], konstrukcja kraty pozwalała bowiem otwierać ją tylko od strony korytarza.
- Na Vergena, czy magowie nie mogą zająć się czymś pożyteczniejszym, niż trzymanie ludzi w lochach – złorzeczył kapłan.
Kejn przekazał latarnię Dalinarowi, sięgnął po wytrych i zaczął grzebać w zamku. Ten chwili zamek ustąpił, a elf pchnął kratę, która otwarła się z oporem i głośnym zgrzytem. Było widać, że czas zrobił tu swoje. Dalinar przytomnie stwierdził, abyśmy w każdej chwili mieli upatrzone miejsce, gdzie można bezpiecznie odrzucić pochodnie lub postawić lampę, bo jeśli w ferworze walki, która mogłaby się wywiązać, rzucimy je w wodę, to całkowite ciemności zwiastują nam śmierć.
Zaproponowałem, że skoro mamy więcej pochodni, co jakiś czas będziemy odpalać kolejną i zostawiać w uchwytach, tak abyśmy zawsze szybko mogli się wycofać do źródła światła. Wszyscy uznali to za dobry pomysł. Ostrożnie rozglądaliśmy się po pomieszczeniu, kiedy poruszaliśmy się w głąb lochu, światło latarni co chwilę odsłaniało nowe szkielety. W celi było ich kilkanaście. Kilka szkieletów zwisało bezwładnie na łańcuchach przykutych do ścian. Były tam też niewątpliwie szkielety dzieci. Opuściliśmy pomieszczenie i ruszyliśmy w głąb korytarza.
Jedno mnie zastanawia – rzekł Igo – skąd się wzięła ta iluzja? Przecież musiała powstać po zniszczeniu wieży.
Może ktoś, kto spowodował ten wybuch, przeżył i zabezpieczył to miejsce – zasugerowałem.
No my nie wiemy co stało się z właścicielem wieży – rzekł Dalinar.
No nie wiemy, ale Igo słusznie zauważył, że iluzja musiała powstać już po upadku wieży. Iluzja pasowała do obecnego wyglądu wieży, bo maskowała zawalone przejście.
No faktycznie ciekawe, ale teraz nic nie wymyślimy – odparł Kejn.
Ruszyliśmy dalej, po lewej stronie w ścianie była mniejsza odnoga, korytarz był znacznie węższy i niższy. Ruszyliśmy nim, ale już po chwili na przeszkodzie stanęły nam okute drzwi [3]. Mimo upływu czasu i tego, że woda zrobiła swoje, drzwi nadal wyglądały solidnie.
- Igo sprawdź, czy nie chroni tych drzwi jakaś magia – rzucił Kejn.
Igo przez chwilę skupiał się nad drzwiami i oznajmił, że nie. Potem zaczął dokładnie oglądać je Kejn. Po chwili znów podał latarnie Dalinarowi aby ten mu świecił i znów zaczął majstrować przy zamku. Tu elf manipulował znacznie dłużej, ale po chwili i ten zamek ustąpił. Kejn pchnął drzwi, które napęczniałe i zdeformowane od wody z trudem opuściły framugę. Naszym oczom ukazało się większe pomieszczenie [3]. Na pierwszy rzut oka kiedyś służyło jako laboratorium. W pomieszczeniu było kila stołów, na których w dziwnych stojakach wisiały małe fiolki, powyginane szklane rurki i inne tego typu ustrojstwa, których przeznaczenia nawet się nie domyślałem. W pomieszczeniu stało też solidne krzesło, ze skórzanymi pasami i kolcami wystającymi z oparcia, niewątpliwie używane do torturowania. Obok stał stół, też zaopatrzony w pasy, a na jego brzegu leżały noże, szpikulce a nawet tasaki. Cały stół pokryty był brunatnymi zaciekami, bez wątpienia były to stare ślady krwi. Na powierzchni wody zalewającej to pomieszczenie, unosiły się rozmoknięte pergaminy i okładki książek. Pod ścianami, stały regały, na których było widać zawilgłe grzbiety. Igo wyraził chęć dokładniejszego zbadania pomieszczenia, ale postanowiliśmy, że wrócimy tu w momencie, kiedy uda nam się zlokalizować i zażegnać niebezpieczeństwo w postaci latającej postaci. Już mieliśmy wychodzić, kiedy Kejn powiedział „Poczekajcie chwilę” i wskazał nam na wodę przesączająca się w jednym miejscu, tak jakby pod mur. Przystanął na chwilę i zaczął macać ścianę, a po chwili jego ręka natrafiła na coś, co odblokowało mechanizm i część ściany otwarła się jak drzwi. Naszym oczom ukazała się mała alkowa. Na stoliku leżała niebieska księga i kilka pergaminów. Igo chwycił jeden z pergaminów, ale wilgoć zrobiła swoje - pergamin naciągnął się i rozpadł na kawałki. O wiele ostrożniej otwarł okładkę księgi i przeczytał tytuł. „Niebyt”, mag przewrócił kolejną stronę, ale razem z nią obróciło się ich wiele. Wilgoć mocno pozlepiała kartki.
- Wezmę ją i na spokojnie przejrzę później – rzekł Igo – Nie chciałbym jej uszkodzić.
Igo wybrał kilka pergaminów, które nadawały się jeszcze do przenoszenia i zabezpieczył je.
Dopiero przygasająca pochodnia uświadomiła nam, jak wiele czasu tu spędziliśmy. Musiałem wrócić do koni po zapas pochodni, jako że zaskoczył nas rozmiar kompleksu pod wieżą. Chyba wszyscy spodziewaliśmy się większej piwnicy, a nie labiryntu, ogromnych korytarzy, cel i laboratoriów. Z dogasającą pochodnią sprawnie dotarłem do koni, zabrałem ich zapas i pospiesznie ruszyłem z powrotem. Czekali na mnie u podnóża schodów.
Bracia poinformowali mnie, że korytarz, którym szliśmy wcześniej, kończy się ślepo, zatem wybór był prosty, musieliśmy skręcić w prawo. Droga prowadziła chwilę prosto i po pewnym czasie doprowadziła nas do naprawdę dużego pomieszczenia [4]. Kejn podniósł wysoko lampę, a mimo to nie widzieliśmy ścian po bokach, a na granicy światła z przodu majaczyły dwa potężne filary.
- Słyszycie? - zapytał Kejn.
Zamilkliśmy i wytężyliśmy słuch. Od strony filarów dochodził dziwny odgłos, ni to brzęczenie, ni to buczenie. Ciężko ubrać to w słowa, bo dźwięk rytmicznie nasilał się i słabnął w tym samym rytmie. Powiesiliśmy jedną pochodnię przy wejściu i ruszyliśmy w stronę kolumn. Kejn przekazał mi latarnię, a sam chwycił za łuk i szedł przygotowany do strzału. Zbliżaliśmy się do kolumn, a z każdym krokiem pulsujący dźwięk narastał. W pewnym momencie stanęliśmy, bo kiedy światło omiotło przestrzeń za kolumnami, naszym oczom ukazał się sześcian. Długość jego boków sięgała na oko trzy metry. Sama bryła była ciemna, lecz nie jednolita, na jego powierzchni kłębił się jakby dym, twór ten delikatnie wibrował i już byliśmy pewni, że jest źródłem dziwnego dźwięku.

W oczy rzuciło się nam też to, że do jednego z filarów przykute są zwłoki człowieka, ciało było wysuszone. Postanowiliśmy obejść całe to pomieszczenie, nie podchodząc bardziej do tajemniczej bryły. Zaczęliśmy od lewej strony. Szliśmy w takiej odległości, by w końcu zobaczyć boczne ściany pomieszczenia. Komnata była naprawdę ogromna. Poruszaliśmy się ostrożnie, a ze środka sali dobiegało nas cały czas niepokojące buczenie. Okazało się, że co jakiś czas w ścianie pojawiały się kolejne szerokie korytarze. Gdy byliśmy mniej więcej po przeciwnej strony sali od wejścia do niej, zorientowaliśmy się, że na środku stoją kolejne dwa filary. Teraz uświadomiliśmy sobie, że tajemniczy obiekt otoczony jest czterema filarami. Na jednym z filarów dostrzegliśmy kolejne ciało, które tak jak i poprzednie było wysuszone. Obeszliśmy całe pomieszczenie, wracając do punktu wyjścia. Jeśli nie pomyliłem się w liczeniu, z tej komnaty odchodziło osiem korytarzy, z czego cztery zaczynały się charakterystycznym skośnym wlotem. Podeszliśmy bliżej do ciał i w blasku lampy mignęło coś zawieszonego na szyi. Był to łańcuszek, na którym widniał symbol przepołowionej czaszki i półksiężyca. Na szyi drugiej osoby, wisiał łańcuszek, na którego końcu widniał wizerunek gołębia.
Wydaje mi się – odezwał się Dalinar - że te osoby były kapłanami starych bogów. Te tutaj ścierwo – wskazał na zwłoki z wisiorkiem z czaszką – to kapłan szalonego boga Tuluntusa, wrogiego Vergenowi. A te tutaj, to kapłan Arianne, bogini leczenia. Być może dlatego to ja stałem się obiektem ataku poprzedniej nocy – powiedział Dalinar – może ta istota chciała ściągnąć tu kolejnego kapłana.
Co mają kapłani, czego nie mają inni ludzie, za wyjątkiem silnej wiary? – zapytałem.
Przede wszystkim są bezpośrednimi przekaźnikami mocy boskiej – odparł Dalinar.
Czy zatem to coś może być tworem innego kapłana?
Nie mam pojęcia – szczerze odparł kapłan.
A jaką rolę mają medaliony? - kontynuowałem.
Medaliony to poświęcone przedmioty, które umożliwiają kapłanowi manifestację boskiej mocy na świecie – tłumaczył Dalinar.
Zatem, jak dobrze rozumiem, same ciało już nie ma mocy, jako że ciało nie ma wiary, natomiast sam medalion nadal może być przekaźnikiem? – głośno się zastanawiałem – Czy nie wystarczy zatem zabrać medalionów?
Nie było mi dane doczekać odpowiedzi Dalinara, bo z cichym mlaśnięciem rozwarła się jedna ze ścian sześcianu i wyłoniła się z niej postać, w formie której umknęła nam ostatniej nocy. Wyjście przez szczelinę zajęło jej dosłownie sekundę. Jej oczy rozbłysły na chwilę czerwienią, po czym wskoczyła między nas. Istota ta nie miała konkretnego kształtu, cały czas zmieniała delikatnie swoje kształty. To coś miało kilka wystających z siebie, trudno nazwać to, rąk czy nóg, jakichś zmieniających kształt macek, które potrafiły się wydłużać lub skracać. Można było odnieść wrażenie, że jego ruchy były szybsze niż sama materia, z której się składał, zatem postać nieustanie była rozmyta. Jakby to, z czego to coś było stworzone, cały czas usiłowało nadążyć za ruchami. Wcześniej upatrzyłem sobie miejsce na filarze, gdzie można by było zawiesić latarnię, więc obserwując stwora, ostrożnie ruszyłem w tamto miejsce. Pozwoliłem by Ki płynęło przez moje ciało odruchowo, przywołując bojowe koncentracje.
Dalinar wysunął się naprzód, osłaniając się tarczą i na niego też spadły pierwsze ataki. Istota była naprawdę szybka. Z tyłu Kejn szył z łuku, a Igo inkantował zaklęcie. Po chwili umieściłem latarnię na filarze i oceniłem sytuację na polu walki. Kejn przekładał przez ramię łuk i dobywał miecza, Igo w dalszym ciągu wypowiadał zaklęcia, a Dalinar przyjmował na tarczę wściekłe ataki istoty. Doskoczyłem do istoty od tyłu i uderzyłem pięścią. Tak jak się spodziewałem, moja ręka przeszła bez oporu przez istotę, zatem nie wytrąciło mnie to z równowagi. Jedynie co się zmieniło, to to, że poczułem, w momencie przechodzenia dłoni przez to coś, intensywny chłód. W tym momencie z rąk Igo wystrzelił długi płomień, który przypalił istotę. Ta wydała z siebie pisk bólu i skoczyła w kierunku maga, jednak Dalinar i Kejn przecięli jej drogę, nie dopuszczając maszkary do Igo. Koło kapłana w powietrzu ukazał się widmowy młot, który zaczął atakować istotę. Istota wściekła jeszcze z bólu, nie zauważyła unoszącego się w powietrzu młota i dostała w bok. Zaskoczona odskoczyła do tyłu i instynktownie wiedziałem, że jest coraz bardziej wkurzona. Wierząc w to, że czasem istota staje się materialna, wszak Kejnowi poprzedniej nocy udało się zranić ją strzałą, nie zaprzestawałem ataków. Potwór, widząc przed sobą dwóch przeciwników, uderzał raz po raz to jednego to drugiego. Kejnowi trudniej było przyjmować ataki z samym mieczem i pod naporem ciosów powoli się cofał. Moje kolejne ataki znów nie przyniosły efektu, natomiast Igo kolejny raz skutecznie przypalił Istotę. Jej furia rosła i za wszelką cenę chciała przedostać się do maga. Walka toczyła się w szybkim tempie. Istota nie zwalniała nawet przez chwilę, gdy nagle komnatę przeszył głośny huk - to Igo przywołał błyskawicę, która z precyzją dosięgła stwora. Ponownie wzbudziło to jego złość. Po chwili kolejny huk wypełnił komnatę i znów błyskawica uderzyła w naszego przeciwnika. Mimo obrażeń istota atakowała nadal z furią. Miałem wrażenie, że jeśli ta walka potrwa chwilę dłużej, zwyczajnie zamęczy nas intensywnością ataków i w końcu zwyczajnie nas zabije. Mimo że atakowałem z furią, moje ataki przechodziły przez niego jak przez powietrze. Widmowy młot trafił po raz kolejny i coś dziwnego zaczęło się dziać ze stworem. Mimo że chciał przeć dalej na nas, część jego ciała wydłużyła się i zaczęła być wciągana do sześcianu, nieubłaganie ciągnąc potwora za sobą. Stwór stawiał kilka sekund opór, po czym z głośnym mlaśnięciem został wciągnięty do sześcianu.
Przez chwilę słychać tylko było nasze zmęczone oddechy.
Wspaniała walka bracia, Vergen był z nami i pozwolił odeprzeć atak – mówił w dziwnej ekstazie Dalinar.
Ja sugeruję opuszczenie tego miejsca – rzekł Igo – ta walka wyczerpała wszystkie moje zasoby i jeśli natrafimy na jakiekolwiek zagrożenie, nie będę w stanie nam pomóc.
Ja muszę dojść do siebie, nie będę ukrywał, że moje rany są poważne – mówił Kejn, trzymając się za tors. Czy mógłbyś zająć się tym Dalinarze?
Zaraz się za ciebie pomodlę – odparł kapłan.
Sugeruję ponownie się wycofać – mówił Igo.
Dd razu wycofać – narzekał oburzony Dalinar.
Dalinarze – zacząłem spokojnie – Igo tłumaczy ci, że już nie ma czym walczyć, a chyba widziałeś, że największe szkody potworowi wyrządzały zaklęcia naszego brata. Moje ataki są nieefektywne, a Kejn jest poważnie ranny. Okaż rozsądek.
Jak chcesz, to ściągnij te ciała i wycofajmy się – zniecierpliwiony poganiał Igo.
Kapłan podszedł do zwłok wiszących na kolumnach kapłanów i zerwał najpierw jeden, potem drugi medalion. Nic się nie wydarzyło.
Ja uważam, że powinniśmy wykorzystać ten czas, że istota jest ranna i musi się zregenerować, do przeszukania dalszej części i odnalezienia tablic. Jeśli ktoś chce wyjść rozumiem, ja zostanę i będę szukał dalej – ciągnął kapłan.
Żadnego ja zostaje, albo zostajemy tu razem i szukamy razem albo wszyscy wychodzimy. Koniec dyskusji – warknąłem.
Jeśli moc Vergena jest w stanie zaleczyć moje rany, to jestem gotów kontynuować poszukiwania – zadeklarował Kejn.
Dalinar, zobaczył rany Kejna i stwierdził, że raczej nie da rady ich uleczyć, gdyż Vergen nie obdarował go mocą potrzebną do usunięcia takich uszkodzeń.
Kapłan upierał się przy swoim. Postanowiliśmy, że zwiedzimy pobieżnie pozostałe odnogi, w czasie nie dłuższym niż czas potrzebny na dopalenie się jednej pochodni i niezależnie od rezultatu poszukiwań wynosimy się. Zaczęliśmy badać po kolei korytarze. Pierwszy z nich był krótki i kończył się małą wnęką. W której nie było nic prócz inskrypcji [4 – ukośne odnogi].
„Dziś wieczorem i o poranku oddajemy wam dusze swe”
Skierowaliśmy swoje kroki do następnego korytarza. Ten był znacznie dłuższy od poprzedniego i kończył się drzwiami. Kejn pospiesznie zaczął manipulować przy zamkun przeklinając pod nosemn lecz po chwili zamek ustąpił [5]. Dalinar otworzył drzwi i poczuliśmy dolatujący do nas zapach suchego i zakurzonego powietrza. Podłoga za drzwiami była na wyższym poziomie niż pomieszczenia, z których przyszliśmy, dzięki temu woda nie miała się tam jak dostać. Pomieszczenie było spore, ale nie ogromne. Na pierwszy rzut oka wydawało się puste. Uwagę przykuwał jedynie wyryty na ziemi oktagram, wzdłuż którego linii z ogromną starannością wyryte były najróżniejsze symbole. Stało też kilka złotych świeczników. Ściany pomieszczenia pokrywały różne symbole. Poza tym nic innego nie znajdowało się w tej komnacie.
Ponownie skierowaliśmy kroki do następnego korytarza. Tak jak i pierwszy korytarz i ten kończył się małą wnęka, a na ścianie umieszczona była sentencja:
„Ojcowie ludzkości, Bogowie bogów.
Wejrzyjcie na dzieci Swe.” Ruszyliśmy dalej, do następnego korytarza. Ten był dłuższy niż poprzednie i wznosił się ledwo zauważalnie, dzięki temu po kilku metrach znów szliśmy po suchej posadzce. Po raz kolejny raz tunel kończył się drzwiami, lecz te nie były zniszczone przez wszechobecną wilgoć. Tak jak i poprzednie były solidne. Dzięki temu, że nie stały w wodzie, można było podziwiać kunszt wykonania i bogactwa zdobiących ich detali. Elf ponownie poradził sobie z zamkiem i weszliśmy do środka [8]. Na środku pomieszczenia stała duża skrzynia, a za nią posąg rycerza w zbroi. Mimo iż skrzynia stała dobre dziesięć metrów od wejścia, rzucało się w oczy, że zdobiona jest srebrem i złotem. Z boku stało kilka świeczników, zapaliliśmy stojące w nich świece. Dopiero w blasku świec zobaczyliśmy, że za skrzynią nie stał posąg, a jakby postać w zbroi. Styl wykucia zbroi był dziwny, niespotykany obecnie. Ewidentnie zbroja pochodziła z zamierzchłych czasów.
- Tego typu zbroje dawno temu nosili elfi wojownicy – powiedział Kejn.
Podchodziliśmy powoli do skrzyni, lecz kiedy byliśmy od niej kilka metrów, zbroja nagle poruszyła się i dobyła miecza, chwyciła go oburącz i wymierzyła w naszym kierunku, lecz nie ruszyła się z miejsca. Kejn wypowiedział w elfim języku kilka słów w kierunku zbroi.
Igo masz jakiś pomysł co to może być? – zapytał Dalinar.
Może to być na przykład golem, taki jak u Hugo – odparł mag.
Zostawmy to na później i zbadajmy pozostałe korytarze – zaproponował Dalinar, a my chętnie przystaliśmy na tę propozycję. Powoli wycofaliśmy się do drzwi, czujnie obserwując zbroję/wojownika, lecz ta nie poruszyła się więcej.
Udaliśmy się w kierunku kolejnego korytarza, kiedy Kejn przystanął i wskazał na gładką ścianę i oznajmił:
- Kolejna iluzja, tam jest przejście. I wszedł w ścianę [9].
Wiedząc już czego się spodziewać, śmiało ruszyliśmy za nim. Po krótkim odcinku dotarliśmy do komnaty [10], która wyglądała jakby należała do kobiety. W pomieszczeniu stała garderoba oraz toaletka z lustrem. Na niej flakony, prawdopodobnie z perfumami oraz ozdobna szczotka do włosów. Na środku pomieszczenia, na kamiennym sarkofagu leżała trumna. Już sam fakt trumny w pokoju był dziwny, a jeszcze bardziej zaskakujące to, że trumna była szklana. Była pusta, za wyjątkiem leżącej na dnie małej książeczki w szarej oprawie.
Zadałem pytanie, czy moi bracia jeszcze planują tu wracać, bo jeśli chcemy tu wrócić, jak będziemy w pełni sił, to należy zostawić badanie tego pokoju na później i udać się do pozostałych korytarzy. A jeśli los da, wrócić i rozwiązać wszystkie ciekawe rzeczy w przyszłości. Wszyscy zgodzili się z tym co mówię i wycofaliśmy się za iluzję, podążając ku kolejnemu korytarzowi.
Kolejne pomieszczenie znów podobne było do pierwszego, kończyło się alkową z sentencją na ścianie:
Wzywam Was, Bogowie Nie-Świata
Przybądźże do nas, Wewnętrzny Legionie. Kiedy wchodziliśmy do ostatniego z korytarzy, pochodnia wypaliła się już w połowie. Ostatni korytarz był niżej, z tego powodu znowu był zalany po kostki wodą. Po chwili rozwidlał się na lewo i prawo. Skręciliśmy w lewo. Przeszliśmy kawałek po lewej stronie, gdzie zauważyliśmy schody w dół [7], a kawałek dalej korytarz zakręcał w prawo. Schodków było tylko kilka, ruszyliśmy nimi w dół. Z każdym schodkiem zanurzaliśmy się bardziej w wodzie. Na dole sięgała nam już do pasa. Na końcu drogę zagradzały nam drzwi. Kejn ponownie otwarł zamek i otwarliśmy drzwi [7]. Brodząc po pas w wodzie, przepychaliśmy się przez pływające po powierzchni kawałki mebli. Na środku sali z wody, wystawał metalowy trójnóg z okrągłym postumentem, na którym leżało coś, co skrywał naciągnięty biały worek. Dalinar podszedł do postumentu i za pomocą włóczni ściągnął materiał. Pod nim widniała kula z jakiegoś kryształu.
- Zakryjcie to i wyjdźmy stąd. Coś wam powiem – powiedział Igo i ruszył w kierunku drzwi.
Dalinar zakrył przedmiot i ruszyliśmy za magiem.
Igo ściszonym głosem powiedział:
Ten kryształ to Glavurn, specjalny amurski kryształ, który służy do komunikacji na odległość. Lepiej przy nim nie stać, ani nie rozmawiać, bo jest nikła szansa, że ktoś może akurat w niego patrzeć po drugiej stronie.
Dobra, idziemy dalej – zarządziłem - Czas się nam kończy.
Dotarliśmy do kolejnych drzwi. Te były otwarte, a pomieszczenie wyglądało na jakąś pracownię [6], gdzie na przegniłym stole leżały pergaminy i papiery. W wodzie było też widać po raz kolejny unoszące się skrawki papieru. Igo pośpiesznie przeglądał to co znalazł w pokoju. Jedna z książek wzbudziła zainteresowanie czarownika i schował ją do plecaka. Podążaliśmy dalej, lecz natrafiliśmy tylko na pustą alkowę. Pozostał nam ostatni korytarz, który też był prawie identyczny jak pierwszy odwiedzony. Znowu kończył się małą komnatą z napisem na ścianie:
Z Północy, z Południa
Z Zachodu, Ze Wschodu. Zgodnie z postanowieniami, po wypaleniu pochodni, wróciliśmy na powierzchnię, osiodłaliśmy konie i ruszyliśmy w kierunku Gadarty. Spieszyliśmy się, aby przed noclegiem zostawić wieżę jak najdalej za sobą. Nikt z nas nie wiedział co czynić dalej. Ja z elfem proponowałem udać się do Elandera, bo myślałem, że może będzie w stanie nam powiedzieć coś zarówno o tajemniczej istocie, z którą walczyliśmy, jak i o zbroi w komnacie ze skrzynią.
Niezależnie od tego co postanowimy w następnych dniach cieszyłem się, że udało nam się przemówić kapłanowi do rozsądku i wycofać w odpowiednim momencie.