Kronika

Kroniki XIII: Powrót do Samotnej Wieży

Jak widzisz mistrzu, cała wyprawa nie poszła raczej po naszej myśli. Kilka sekund dzieliło nas od tego, by stracić Dalinara. Nie znaleźliśmy tego, po co tu przybyliśmy, a Kejn ledwo jechał na koniu. Ja sam, pierwszy raz od wyjazdu z klas...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Jak widzisz mistrzu, cała wyprawa nie poszła raczej po naszej myśli. Kilka sekund dzieliło nas od tego, by stracić Dalinara. Nie znaleźliśmy tego, po co tu przybyliśmy, a Kejn ledwo jechał na koniu. Ja sam, pierwszy raz od wyjazdu z klasztoru, doświadczyłem czegoś na co nie byłem przygotowany. Czyli na totalną bezsilność w walce. I nie chodziło o wyszkolenie przeciwnika, tylko o to, że absolutnie nic nie mogłem mu zrobić. Postanowiłem poszukać odpowiedzi w medytacji z nadzieją, że odpowiedź spłynie na mnie wraz z mądrością Bogini. Lecz jak na razie najważniejsze było, aby oddalić się od tego przeklętego miejsca.

Jechaliśmy w kierunku Gadarty, dyskutując o tym co winniśmy zrobić. Ja obstawałem przy kolejnej wizycie u Elandera, uważając, że być może będzie wiedział co to za istota, która zaatakowała nas w wieży. Drugą sprawą było to, czy nie będzie mu znany temat „żywej” zbroi. Mogło to być jakieś elfie zabezpieczenie i być może wie co zrobić, by nie zostać zaatakowanym.

Dalinar zasugerował, aby w takich wypadkach elf trzymał się jednak na dystans. Kejn ogólnie zgadzał się z takim stwierdzeniem, ale nie w wypadku, kiedy jego strzały przelatywały przez widmo jak przez powietrze i chciał spróbować czy miecz wyrządzi jakiekolwiek szkody. Igo i Dalinar zaczęli rozważać możliwości przygotowania broni do takiej walki. W sumie nic z tego co mówili nie rozumiałem, a może właściwie zbyt bardzo byłem pogrążony w rozmyślaniach, jak mógłbym ukierunkować Ki, by być zagrożeniem dla tego typu istot. Pod wieczór dojechaliśmy do rozstaju dróg, gdzie mogliśmy udać się już na szlak prowadzący prosto do Gadarty. Ruszyliśmy jeszcze kawałek w poszukiwaniu miejsca na nocleg, a tak naprawdę chyba każdy z nas chciał być jak najdalej od przeklętej wieży i jej upiornego mieszkańca. Noc minęła spokojnie, a dzień przywitał nas dobrą pogodą. Do wioski dojechaliśmy późnym popołudniem. Karczmarzowi nie umknęło to, że Kejn wyraźnie utyka i krzywi się przy chodzeniu.

  • A cóż to się stało mości elfie?

  • Spadłem z konia, zdarza się. Przygotujcie karczmarzu jakąś pożywną kolację.

Poszliśmy do pokoju, gdzie Kejn z ulgą ściągnął zbroję i położył się na łóżku. Zdecydowaliśmy, że rano udam się z Dalinarem do elfiego pustelnika. Igo miał zająć się odzyskiwaniem zaklęć oraz przestudiuje zdobyte księgi, a Kejn zwyczajnie będzie odpoczywał.

Rano wraz z kapłanem zaopatrzyliśmy się w prowiant na kilka dni i wyruszyliśmy znaną drogą w kierunku pustelni Elandera. I tak jak poprzednio, pod koniec pierwszego dnia, dotarliśmy do polany, na środku której stał kamień ofiarny. Noc minęła spokojne, wyruszyliśmy w dalszą drogę i chwilę po południu zobaczyliśmy znajomy dom elfa. Tym razem nie niepokoił nas żaden niedźwiedź.

Elander siedział przed domem, popijając coś z drewnianego kubka. Po chwili elf ujrzał nas, wstał i spotkaliśmy się w połowie drogi między skrajem lasu, a jego domem.

  • Witajcie, czy wszystko w porządku?

  • Tak, przybyliśmy porozmawiać – odparł Dalinar.

  • A reszta?

  • Reszta miała swoje sprawy do załatwienie w Gadarcie – odparłem – zresztą to, że oni mają teraz sprawy w Gadarcie, jest też powodem dlaczego my jesteśmy u ciebie. Spenetrowaliśmy miejsce, które nam wskazałeś.

  • Mówicie o Samotnej Wieży?

  • I przychodzimy z pewnymi pytaniami, bo nie ukrywam, że to miejsce mocno nas zaskoczyło zagrożeniami, które tam na nas czyhały.

  • Czy możecie opisać na co natrafiliście? - zapytał zaciekawiony elf.

  • Oczywiście. Są tak naprawdę dwie rzeczy, które nas interesują. Jest duża szansa, że trafiliśmy na miejsce, gdzie przechowywane są elfie zwoje.

  • Widzieliście je? – spytał wyraźnie podniecony Elander.

  • Nie widzieliśmy samych zwojów, natomiast natrafiliśmy na jedyne pomieszczenie w tej zrujnowanej wieży, gdzie naszym zdaniem mogą być przechowywane. Była to komnata, gdzie za dużą, ozdobną skrzynią, na pierwszy rzut oka stała zbroja. Kejn ocenił, że to starożytny pancerz elfich wojowników. Kiedy podeszliśmy kilka kroków do skrzyni, zbroja poruszyła się i płynnym ruchem wyciągnęła miecz z pochwy. Chwyciła go oburącz, skierowała w naszym kierunku i zastygła w bezruchu.

  • A czarownik, czy był tam czarownik?

  • Nie, nie było czarodzieja. Dlaczego pytasz?

  • Obawiam się, że może kiedyś to był faktycznie wojownik mojej rasy i został opętany przez magię. Czy moglibyście opisać mi dokładnie tę zbroję?

Staraliśmy się jak najdokładniej przekazać to jak zdobiony był pancerz, lecz dopiero na wzmiankę o srebrnym drzewie na napierśniku, elf wyraźnie się ożywił.

  • Ogólnie rzecz biorąc, to zwojów wiedzących, o których wam wspomniałem, strzegł dawno temu wojownik z książęcego rodu. Nazywał się Ilithin. Tylko on nosił taką zbroję. Słyszałem, że dawno temu został on pokonany, a zwoje zostały wykradzione i zabrane do tej wieży. Wiem to od elfich wędrowców, którzy czasem mnie odwiedzają. Ale byłem przekonany, że Ilithin nie żyje...

  • No i tak raczej jest - powiedziałem – Wątpię aby był żywy.

  • Tak, tak. Obawiam się, że mamy tu do czynienia z potężną magią. Albo został on przeklęty albo zamieniony w bezwolnego sługę, być może nawet nieumarłego. W obu przypadkach jest to bardzo niebezpieczny przeciwnik.

  • Niestety, kiedy odnaleźliśmy tą komnatę - wtrącił Dalinar – byliśmy już po innej potyczce.

  • Czyli było tam jeszcze coś innego?

  • Jako że byliśmy mocno poturbowani, wycofaliśmy się, nie atakując tego Ilithina. Nie wiedzieliśmy czym jest i mieliśmy nadzieję, że być może jest to jakiś elfi strażnik, a ty posiadasz klucz jak go powstrzymać.

  • Nie, niestety. To nie żadne zabezpieczenie elfów. Ilithin był doskonałym szermierzem ze szlacheckiego rodu i domyślam się, że to właśnie ten czarownik stworzył z niego bezwolnego wartownika.

  • A powiedz mi – przerwałem elfowi - jak z twoją wiedzą na temat jakichś nadprzyrodzonych istot, jeśli mogę to tak nazwać?

  • Żeby nie mówić tak tajemniczo Tsume, opowiedzmy od początku – poradził Dalinar.

Zacząłem krótką opowieść:

  • Tak się złożyło, że kiedy wieżę widzieliśmy już w oddali na wzgórzach, nastawał mrok. Aby niepotrzebnie nie ryzykować zdrowia koni na trudnym terenie, postanowiliśmy rozbić obóz i do wieży wyruszyć z samego rana. Jako że podróżujemy już trochę razem, mamy wyrobione pewne nawyki, jak choćby ustalony harmonogram wartowania. I tego wieczoru zatem nic się nie zmieniło – tak jak zawsze na szlaku, w podróżnej rutynie, wystawiliśmy warty. Zazwyczaj wartowałem ostatni, więc szybko zasnąłem. Mimo zmęczenia podróżą, sen był niespokojny, dręczyły mnie jakieś niepokojące sny. Później dowiedziałem się, że kiedy wartował Kejn, zauważył, że wszyscy przez sen wierciliśmy się, a konie rżały nerwowo. Ale do rzeczy. Kejn obudził Dalinara i udał się na spoczynek. Następnie w kolejności miał wartować Igo, potem ja. Nie wiem co mnie obudziło, czy codzienna podróżna, rutyna, czy to że nagle zrobiło się zimniej, bo ognisko już się prawie dopalało, dając mało ciepła. Wstałem zaniepokojony tym faktem, a szybkie oględziny obozu wskazały, że nikt nie wartuje, a Dalinara nie ma. W oddali słyszałem coś co na pierwszą myśl przypominało śpiew, zawodzący, pozbawiony słów, lecz mimo to kojarzący się ze śpiewem.

  • Czy to był elfi śpiew? - zapytał Elander.

  • Ciężko powiedzieć, bo było to coś co tylko jakoś podświadomie przypominało śpiew, ale na tamten moment raczej kojarzyło mi się z ludzkim śpiewem. Obudziłem braci, oni zajęli się pospiesznym zabezpieczeniem obozu i koni, a ja ruszyłem za śladami, które zostawił Dalinar. Po pewnym czasie zobaczyłem go w oddali, wspinającego się na wzgórze na którym stoi wieża. Dalinar nie reagował na moje nawoływanie i wtedy to ruszyłem za nim biegiem, wiedząc że coś jest na rzeczy. Dalinar nigdy nie opuściłby warty oraz obozu z własnej woli. Kiedy go dogoniłem, klęczał na ziemi, a jakaś istota, w postaci kobiety w zwiewnej sukni, unosiła się nad nim i szponami sięgała w jego kierunku.

  • Hmm... jakaś demonica – zamyślił się elf.

  • No tego właśnie nie wiemy – odparłem.

Streściłem przebieg walki, nie pomijając faktu, iż nasz przeciwnik był niematerialny. Dodałem też, że władała pewnym rodzajem magii.

Elf słuchał zaciekawiony. Zrelacjonowaliśmy, że dopiero magiczne ataki Igo sprawiły, że kobieta przemieniła się w dziwny cienisty twór i odleciała w kierunku wieży. Tu opowieść przejął Dalinar:

  • W centralnym miejscu podziemi pod wieżą, znajdował się sześcian zbudowany z wirującej mrocznej energii. Kiedy podeszliśmy do tego tworu, ta istota błyskawicznie zaatakowała nas wychodząc z tego czegoś. Znowu zwykłe ataki nie robiły na niej wrażenia i ponownie Igo uratował nam skórę. Po kilku czarach istota wycofała się, a nawet nie tyle się wycofała, co została siłą wciągnięta do sześcianu.

  • Może wyda ci się to ważne, bo żyłeś w dawnych czasach – dopowiedziałem – ale wokół tej bryły, były cztery kolumny. Do dwóch z nich przykuci byli prawdopodobnie kapłani zapomnianych bogów.

  • Tuluntusa i Arianne – sprecyzował Dalinar.

  • To właśnie po tej wyczerpującej walce dotarliśmy do pomieszczenia z elfią zbroją i postanowiliśmy się wycofać, bo Igo był pozbawiony magii, a Kejn poważnie ranny. Postanowiliśmy udać się do ciebie, licząc na to, że udzielisz nam jakichkolwiek odpowiedzi.

  • Nie spodziewałem się, że to będzie tak niebezpieczne – odparł Elander – brzmi to naprawdę okropnie. Jeśli chodzi o elfiego wojownika, to niestety nie mogę wam pomóc. To prawdopodobnie magia czarodzieja trzyma go przy życiu lub raczej nieżyciu. Nie wiem ile w tym tworze zostało z księcia Ilithina, lecz jeśli magia w jakiś sposób zachowała jego umiejętności bojowe, zalecam najwyższą ostrożność. Elfie podania głoszą, że był on znakomitym wojownikiem. A co do tej istoty, to nie wiem co to jest niestety. Pewne poszlaki wskazują na coś, czego miałem nadzieję nie spotkać i to jeszcze tutaj…

  • Jest taka legenda dotycząca naszej rasy – Elander chwilę pomyślał i kontynuował - Dawno temu żyła grupa elfów, zwanych Srebrnymi. Tak zwani Wiedzący. Był to jakby pierwotny szczep, od którego pochodzą wszystkie elfy. Byli oni strażnikami, którzy bronili krain elfów przed takimi właśnie istotami. Stwory te w tłumaczeniu na wasz język to Nieistoty lub może Niebyty. Nie wiem jak to inaczej wymówić. Były to potężne stworzenia, pochodzące z innego świata i były ciągłym dla nas zagrożeniem. W zależności od układu gwiazd ich świat oddziałuje na nasz świat mocniej lub mniej. Srebrne elfy dbały o to, aby miejsca w naszym świecie, które niejako bardziej są zbliżone do świata niebytów, były nieustannie strzeżone. Niestety na Północy elfów coraz mniej, a już tym bardziej Wiedzących. Przez ostatnie sto lat nie spotkałem żadnego – powiedział ze smutkiem Elander.

Po chwili namysłu kontynuował:

  • Nie wiem nawet czy jakikolwiek Srebrny Elf żyje jeszcze na Północy. Jeśli była by to ta istota, to naprawdę nie wiem jaka moc jest potrzebna do jej pokonania. Natomiast skoro wy jesteście tutaj, a i wasi towarzysze przeżyli to spotkanie, wnioskuję, że jest to jakaś pomniejsza kreatura z tego świata. Sugerowałbym zostawić zatem ten temat, nie było w moim interesie narażać waszego życia. Jeśli jednak chcielibyście dokończyć to zadanie, bo jak mniemam przyszliście do mnie po radę, jestem w stanie przygotować strzały, które pobłogosławię mocą natury, mocą bogów, którym oddaję cześć. Zostaną przygotowane pod kątem mocy, która rani tego typu istoty.

  • To byłoby już coś – powiedziałem – lecz nadal stawia nas to w sytuacji, gdy cała walka opiera się na łuczniku i Igo.

  • Więc jeśli jesteście zainteresowani, potrzebowałbym trzech dni, aby przygotować wam dwadzieścia takich strzał.

  • Oczywiście, że jesteśmy zainteresowani.

  • Zatem wracajcie do wsi, ja za trzy dni was odwiedzę.

  • Mam do ciebie jeszcze takie pytanie – zacząłem – sam powiedziałeś, że nie chcesz nas narażać i jeśli uznamy to za zbyt ryzykowne, mamy odpuścić. Co wtedy z obiecanymi informacjami o Łaskotku?

  • Jeśli zrezygnujecie, mimo to postaram się wam pomóc.

  • To dobrze – rzekłem - jak na razie nie rezygnujemy, bo widzisz, ciągnie nas do tego, by spuścić tej suce wpierdol. Przepraszam za język.

  • Nie lekceważcie jej, to potężne istoty. Nawet teraz w Ambardzie są pewne kulty, które czczą je jak bogów i oddają im cześć. Nie znam dokładnie ich nazw, ale ludzie nazywają je ogólnie Kultami Cienia.

  • Mam takie pytanie, znasz może czarodzieja Hugo z Roskanny?

  • Wiem tylko, że zamieszkuje Roskannę, ale nigdy się z nim nie spotkałem. Ale jeśli chcielibyście się go radzić, cóż, odradzam. Czarodzieje, a zwłaszcza ludzcy czarodzieje, często są ogarnięci manią posiadania mocy takich istot. To jest zwyczajnie niemożliwe, bo aby pojąć umysł takiej istoty, trzeba stać się praktycznie jak one, a to wiąże się najczęściej albo z szaleństwem albo niewypowiedzianym okrucieństwem. Dla magów posiadanie mocy nad tymi istotami to może być za duża pokusa – zresztą chyba można się domyślać, że czarodziej, który zamieszkiwał Samotną Wieżę wpadł w podobną pułapkę. Przeliczył się.

Elf zaproponował nam nocleg, z którego z chęcią skorzystaliśmy i po śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Podróż przebiegała sprawnie i bez przeszkód, znając już drogę, pokusiliśmy się o szybsze tempo i poruszaliśmy się jeszcze pewien czas po zmroku. I tak, późnym wieczorem zawitaliśmy w naszym pokoju w karczmie. W pokoju unosił się nieprzyjemny zapach. To maść od Mundo, którą smarował rany Kejn – moc Dalinara nie do końca wyleczyła jego rany. Nie wiem co było jej składnikiem, ale cieszyłem się, że to nie ja muszę jej używać. Elf narzekał, że rany nie wyglądają zbyt dobrze i chyba nawet maści Mundo mało działają. Sugerował nam tym, że chyba troszkę tu zabawimy. Wraz z Dalinarem, przystąpiliśmy do zrelacjonowania tego, co dowiedzieliśmy się u elfa. W trakcie opisywania tego co Elander mówił nam o „zbroi” strzegącej skrzyni, Dalinar powiedział:

  • Jest szansa, że nie będziemy musieli z tym strażnikiem walczyć. Elf sugerował, że Ilithin mógł stać się nieumarłym. Jeśli by tak było, to z mocą Vergena jestem wstanie odpędzić takie stworzenie.

  • Co to znaczy odpędzić? – zapytał Igo.

  • Cóż, modlę się o coś, jakby sferę otaczającą mnie, do której istota umarła nie ma prawa wejść, więc jest szansa, że zwyczajnie weźmiemy to co potrzebujemy i wyjdziemy. Lecz to tylko możliwość. Jak najbardziej powinniśmy być gotowi i nastawieni na walkę, bo nie wiemy co to za stworzenie.

Następnie podzieliliśmy się przypuszczeniami elfa, co do tego czym była atakująca nas istota. Poinformowaliśmy o tym, że elf niejako zwalnia nas z umowy i nawet jeśli odpuścimy, postara nam się pomóc z Łaskotkiem. Dodaliśmy też, że dostarczy nam pobłogosławione strzały. Kiedy skończyliśmy naszą relację, wskazałem ręką na Kejna i powiedziałem:

  • Ty zapewne cztery dni leżałeś i śmierdziałeś. A ty czego dowiedziałeś się z ksiąg z wieży Igo?

  • Coś tam jest, nie ma tego dużo, ale po części zgadza się z tym co powiedzieliście. Mam też kilka pergaminów, na których spisane są notatki z eksperymentów. Jedna z ksiąg to coś w rodzaju traktatu, który spisywał prawdopodobnie gospodarz podziemi. Zawiera też jakąś wiedzę, którą wykorzystywał ten czarownik. Mag przedstawia się jako członek bractwa Khall. Czarownicy tego bractwa, o których wam już kiedyś wspomniałem, władają Sevonitami i wspierają rożne frakcje na południe od Pasa Pogranicza. Ten tutaj, powiedzieć, że posunął się krok dalej, to nic nie powiedzieć. To szaleniec, który poprzez tortury, zabijanie i inne barbarzyńskie praktyki, chce utworzyć stałe połączenie z innym światem. Mag ten miał ambicję przywołać tu istotę, aby dzięki mocy, którą chciał kontrolować, wynieść się na zupełnie wyższy wymiar potęgi. W zapiskach tych, przewija się jeszcze wątek związany z kobietą, niestety tu notatki są tak zniszczone, że nie sposób jednoznacznie stwierdzić o co chodzi. Nie wiadomo czy jest to jego ukochana, czy może bliska osoba i też nie sposób stwierdzić czy chce ją poświęcić, by przywołać tę istotę, czy chce spróbować posiąść moc tej istoty, by uratować życie tej kobiety. Na pewno mag, który się tym zajmował, miał dużą wiedzę i doświadczenie, lecz zagłębiał się w tematykę bardzo niebezpieczną i przekraczającą jego zdolności, dlatego też posiłkował się starymi księgami. Z tego co wyczytałem, jedna z nich odnosiła się do tego, że sam kataklizm który nawiedził nasz świat, a następnie Zaćmienie, były spowodowane właśnie takimi praktykami.

  • Nie chciałbym, abyście mnie źle zrozumieli - przerwał Kejn – ale nie sądzicie, że te podziemia to dla nas za wysokie progi? I to nie chodzi o to, że obleciał mnie strach, bo sam jestem ciekaw, co tam jeszcze się skrywa.

  • Nigdy nie nazwę zdrowego rozsądku strachem – odpowiedziałem.

  • Za pierwszym razem w walce z cieniem mieliśmy szczęście – kontynuował Kejn - Za drugim już chyba go zabrakło, bo walka powoli zaczynała przybierać bardzo zły obrót. Ja przypłaciłem ją zdrowiem, a niewiele brakowało, bym przypłacił ją życiem. Dodatkowo wiemy, że obrońca skrzyni jest legendarnym elfim szermierzem, który być może w tej formie zachował swoje umiejętności. Nie chodzi mi o to, aby namawiać was tu i teraz na wycofanie, lecz aby to dokładnie przemyśleć. Bo obawiam się, że możemy znaleźć się tam na dole, w miejscu skąd odwrotu nie będzie i zostaniemy już tam na zawsze.

  • Mamy dwie opcje - odpowiedział Dalinar – Jedna taka, że przygotowujemy się jak najlepiej potrafimy i wracamy tam, a druga, darujemy sobie i wracamy do problemu Łaskotka. Mamy kilka dni na zastanowienie.

  • Propozycja moja jest następująca – powiedziałem - jeśli strzały elfa będą efektywne i przyspieszą moment, w którym ta istota ucieka, oceniamy swój stan i potencjał bojowy Igo. Wtedy zdecydujemy czy mierzymy się ze strażnikiem skrzyni. Jeśli nie, Dalinar i Igo będą zmuszeni znowu sami doprowadzić do tego, by istota usiekła, bo nasza pomoc nie dość, że nic nie daje, to jeszcze zagraża nam samym. Wtedy wycofujemy się i odpuszczamy sprawę.

Zdecydowaliśmy zatem spróbować ostatni raz, lecz nic na siłę i kiedy będzie szło nie po naszej myśli, odpuszczamy.

W związku z tym, że mieliśmy co najmniej kilka dni wolnego czasu, aż pojawi się Elander, a rany Kejna się zagoją, czymś trzeba było się zająć. Każdy z nas postanowił przeczytać książki, które z wieży zabrał Igo. Nie była to fascynująca lektura, a może inaczej, zapewne byłaby fascynująca, gdyby pierwsza książka nie była naszpikowana nazwami zjawisk, efektów magicznych, korelujących... ble ble be... z rozpadem materii pierwotnej, powiązanej kanadoidalnym lub bardziej kałodoidalnym, biorąc pod uwagę zapach niosący się od Kejna i jego maści. Dlatego mnie, laika w dziwnej sztuce zwanej magią, nie tyle znudziła, co zamęczyła. I dałem sobie spokój.

Z kolei druga książka miała chyba z dwa wieki i była napisana językiem tak archaicznym, iż mimo że obeznany byłem z etykietą dworską, w której wiele archaizmów funkcjonuje i ma się dobrze, to ciężko było wyłapać prawdziwy sens opowieści. Odpuściłem sobie i te lekturę.

Książkę przejął Dalinar i pogrążył się w lekturze. Minęło sporo czasu, kiedy to nagle Dalinar podsunął mi książkę i pokazał palcem zdanie:

„Byli oni czcicielami Przeznaczenia Włóczni, z sercem boga w niej zaklętym.”

  • Igo opowiedz o czym jest fragment przed i po tym zdaniu – powiedziałem podniecony.

Igo rzucił okiem na tekst. przewrócił kilka kartek i powiedział:

  • Autor książki ma dwie teorie, jedna że kataklizm wypiętrzył góry, a morze zostało wessane do ziemi, a gdzie indziej zalało krainy, czego wynikiem było trwające dwanaście lat Zaćmienie, podczas którego wyginęły całe narody. Według autora spowodowali to czarownicy z Południa i ich niecne eksperymenty polegające na sprowadzeniu mocy z niejakiego Nieświata. Wierzyli, że po opanowaniu tych mocy, mieli się stać nieśmiertelni. Druga teoria zawarta w książce mówi, że czciciele Włóczni Przeznaczenia, jakiegoś pradawnego artefaktu, w którym zaklęte jest serce boga, przebili nią powłokę świata i dotarli tą wyrwą do miejsca zwanego Nieświatem, gdzie wszystko jest inne. Miało to na celu przywrócenie do życia umarłego boga, istniejącego w tym innym świecie i połączeniu go z sercem, które ponoć zaklęte jest we włóczni. Zastanawiam się czy ma to związek z włócznią, której ty szukasz – odparł Igo.

  • Czekaj, czekaj, bo się zgubiłem. Dlaczego wasz klasztor jej szuka? -zapytał Dalinar

  • Bo została skradziona, a my wierzymy że odzyskanie jej przywróci dawny porządek – odparłem – Aby na przykład wróciła długowieczność dla wszystkich ras, a nie, żeby była zarezerwowana dla elfów jak teraz.

  • Ta książka opisuje moim zdaniem sytuację, że ktoś to zrobił – odparł Igo.

  • Nie Igo, ta włócznia została skradziona ponad tysiąc lat temu – zacząłem.

  • Magowie ją skradli – dorzucił Dalinar.

  • Nie wiem kto ją skradł – sprostowałem – ale my jej szukamy, aby zwrócić ją na swoje miejsce.

  • I co? – kpiąco pytał Igo – Położycie ją w pewnym miejscu i ład całego świata od tak się zmieni?

Drażnił mnie jego kpiący ton.

  • Czy ty Igo usiłujesz robić ze mnie idiotę? Wszystko co na ten temat wiem i mogę wam powiedzieć, wytłumaczyłem już dokładnie w pierwszym dniu naszego spotkania, kiedy wróciłem z klasztoru. Ani nie widziałem tej włóczni, ani nie wiem kto ją ZAJEBAŁ! - dałem się sprowokować.

  • No myślałem, że skoro to jest dla ciebie takie ważne – ciągnął sarkastycznie Igo – myślałem, że rozumiesz po co jej szukasz.

  • Po to, żeby na przykład przywrócić długowieczność ludziom, bo jak na razie nie wiadomo z jakich powodów ta cecha przetrwała tylko u elfów! - już kiedy kończyłem te zdanie, zdałem sobie sprawę, że tłumaczenie Igo nie ma najmniejszego sensu. Już przy naszym pierwszym spotkaniu w zasadzie wyśmiewał i mnie i Dalinara głośno, zastanawiając się jak to się stało, że daliśmy sobie nałożyć takich bzdur do głowy.

  • I ta włócznia jak wróci na dane miejsce, to to zrobi?! - kpił dalej Igo.

  • Tak, zrobi to. Pasuje ci taka odpowiedź?

  • Wydaję mi się trochę naiwna – skwitował Igo. Włócznia, która spowoduje, że będziemy dłużej żyć. Dziwne – powiedział Igo i nie krył już nawet swojego śmiechu po tych słowach.

  • Czy nie rozumiesz Igo – ignorowałem jego postawę – że jestem nowicjuszem w moim klasztorze i tacy jak ja nie są dopuszczani do głębszych tajemnic? Że wyruszyłem w świat, by się uczyć oraz dowieść, że jestem godny zaufania? Czy ty jak opuszczałeś Górskiego Gryfa, byłeś tam kimś wysoko w hierarchii? Zostałeś obdarowany jakimiś wybitnymi czarami? - i tu pozwoliłem z kolei sobie na uszczypliwość – Nie, nie dostałeś, bo widzieliśmy na ile cię było stać na początku. Więc czego nie rozumiesz?

  • Mam nadzieję - ciągnął Igo – że ta książka spowoduje w twojej głowie pytania, po co szukasz tej włóczni, bo wygląda mi na to, że ci ludzie, którzy jej użyli, rozpierdolili całą krainę.

  • Ja ci już powiedziałem po co jej szukam i nie muszę się dodatkowo zastanawiać, a ludzie, którzy jak mówisz, ROZPIERDOLILI krainę, to byli dla twojej wiadomości MAGOWIE, nie mnisi czy kapłani. W moim przekonaniu ta książka tylko utwierdza mnie w tym, że to czego uczyłem się w klasztorze, to nie jest wymysł obecnie żyjących tam mnichów, bo wzmianki w książce mają ponad dwa wieki. Pomijam fakt Igo, że nie potrzebowałem tej książki, bo wystarczy mi moja więź z Boginią, moc, którą mnie obdarowuje.

  • Zastanawiające jest to, że to magowie sprowadzili kataklizm – powiedział Dalinar.

  • Moim zdanie użycie Włóczni spowodowało ten kataklizm – powiedział Igo.

  • Co nie zmienia faktu, że prawdopodobnie ukradli i użyli jej magowie – odpowiedział Dalinar.

  • Żeby przywołać boga tak jak on – wskazał na mnie – chcesz przywołać Boginię?

  • Ja nie chcę przywoływać żadnej Bogini! Ty w ogóle słuchasz o czym do ciebie się mówi?

  • Ja bym tę włócznie wsadził w dupę Delidii – z prostotą powiedział Kejn.

  • Jemu nie wsadzimy – wskazałem palcem na Igo - on w dupie ma już solidnego kija i włócznia się nie zmieści – Dalinar wybuchł serdecznym śmiechem.

  • Na podstawie tego co przeczytałem, mam zamiar być jak najdalej tej włóczni, jeśli mogę – powiedział Igo.

  • Na podstawie tego co przeczytałeś, to powinniśmy się trzymać daleko od wszystkich magów, stąpających po ziemi – odciąłem się – bo całe zło i plugastwo to przez nich.

  • A przynajmniej tu w okolicy – dolewał oliwy Dalinar.

  • Dziura w ziemi, trupy, szalony mag – kontynuowałem – zróbmy dziurę w świecie, a kto taki za tym stoi? Ooo... magowie. Pomijam fakt, że opowiadając nam o tej książce pominąłeś wątek włóczni, wiedząc, że to dla mnie ważne.

  • Rozmawialiśmy w kontekście tej wieży, a nie o jakichś wątkach pobocznych – skwitował Igo.

Ostatnie zdanie i to, że uznał moją życiową misję za wątek poboczny, niewarty nawet wspomnienia, zabolało mnie chyba bardziej niż wszystkie jego szyderstwa. Dotarło do mnie, że zarówno Dalinar, jak i ja, jesteśmy dla niego naiwnymi prostaczkami, omamionymi przez bzdurne historyjki. Będę musiał z tym jakoś żyć.

Minęły dwa dni od naszej nieprzyjemnej rozmowy. Powoli szykowaliśmy się do snu, kiedy to usłyszeliśmy trzepot skrzydeł i po chwili do pokoju wleciała duża sowa. I dosyć płynnie zamieniła się w elfią postać.

  • Witajcie, przybyłem tak szybko jak tylko mogłem. Udało mi się przygotować strzały – wyciągnął płócienne zawiniątko i rozwinął je na stole. W środku zgodnie z umową było dwadzieścia strzał. Kejn pochylił się nad nimi i sprawdzał fachowym okiem. Jeśli nie mylę się co do tej istoty, to w momencie trafienia jej strzałą, ta zniknie, raniąc ją energią zawartą w sobie.

Zaproponowałem, by Kejn pokazał swoje rany elfowi. Ten z uwagą je oglądał i stwierdził, że ich wygląd odpowiada zapiskom w elfich podaniach, więc upewnił się w przekonaniu, że istota, która nas zaatakowała to cień, choć na pewno jakiś pomniejszy.

Dalinar poinformował także elfa, iż zdecydowaliśmy się wyruszyć od razu, kiedy pozwoli na to stan zdrowia Kejna. Ja dodałem, że gdy jednak uznamy, że to nas przerasta, wycofamy się niezwłocznie. Elander podziękował za taką decyzję, lecz przypomniał nam też, żebyśmy się nie wahali w momencie zagrożenia.

  • Wiadomości o elfich zwojach nie są nawet potwierdzone i może ich tam nie być, a nawet jakby były, nie są warte poświęcenia dla nich waszego życia. - Nie przedłużając swojej wizyty, elf pożegnał się, zamienił się w sowę i odleciał w mrok nocy.

  • Myślę, że dobrze by było Dalinarze, jakbyś pobłogosławił dodatkowo mocą Vergena moje pozostałe strzały. Bo jeśli się okaże, że elf się myli, dobrze by było mieć jakąś alternatywę.

  • Jak najbardziej – rzekł kapłan - musimy przygotować się do tej walki najlepiej jak się da. Tylko samo błogosławieństwo przeprowadzę na kilka godzin przed starciem. Myślę, że przed samym wejściem do wieży, dobrze by było zażyć ziele siłaczy, ja nas pobłogosławię, pobłogosławię też twoje strzały. Musimy być przygotowani na tyle, na ile możemy.

Wieczorem porozmawialiśmy jeszcze trochę i udaliśmy się na spoczynek.

Moją poranną medytację przerwał Kejn, który wracając z wychodka, wpadł do pokoju jak burza.

  • Kurwa! Trzy jebane osiłki zaczepiły mnie na dole i chcieli mnie zarżnąć! Nie dam się skurwielom – powiedział Kejn i zaczął przywdziewać zbroję.

  • Jakie osiłki? – pytał zaspany Igo – Przecież to jebana wieś na końcu świata.

  • Ja jestem gotowy – stałem już przy drzwiach, rozgrzewając nadgarstki.

  • Dopnij mi klamrę – obrócił się do mnie tyłem Kejn. Pomogłem mu.

  • Ejj czekajcie na mnie - z łóżka gramolił się Dalinar, podnosząc po drodze elementy pancerza.

Igo wciągał koszulę i razem ze mną schodził po schodach rozeznać się w sytuacji. Zeszliśmy z Igo do sali biesiadnej, jak niby nigdy nic zasiedliśmy przy kontuarze i zawołaliśmy karczmarza. Dyskretnie zlustrowałem salę. Przy jednym stoliku faktycznie siedziało trzech typów pod bronią, nie byli to ani rycerze, ani kapłani. Raczej najemnicy i to z tych szemranych. Żłopali piwo i grali w kości.

  • Co to za trzej? – zapytał Igo.

  • Nie wiem – odparł karczmarz – wczoraj przyjechali, a jak pytałem co za jedni, kazali mi spierdalać. Pewnie jutro odjadą, więc nie przejmujcie się nimi.

  • Igo zamów coś, ja na chwilę wracam do pokoju.

Wszedłem do pokoju i zadałem pytanie Kejnowi:

  • Opowiedz mi dokładnie zdarzenie z tymi osiłkami.

  • Cóż, najpierw mnie bezceremonialnie szturchnął, następnie wyzywał od skurwiałych elfów, potem kazał się przepraszać, a kiedy go ignorowałem, wyciągnął miecz i powiedział, że mnie zarżnie, wtedy wróciłem szybko do pokoju.

  • Dobra, chodzi mi o to, żeby nie robić tu dymu.

  • Chyba nie pozwolisz, żeby ktoś bezkarnie groził Kejnowi mieczem – oburzył się Dalinar.

  • Nie chodzi mi o to, po prostu nie chcę tego robić w karczmie. To fajna miejscówka i miło mi się tu wraca.

  • Dobra zróbmy tak. - odezwał się Kejn - Zejdźcie do Igo, ja odczekam i za jakiś czas zejdę sam, żeby nas nie łączyli ze sobą i wyjdę z karczmy. Myślę, że wyjdą za mną i na zewnątrz możemy dać im lekcje.

Poczekałem, aż Dalinar skończy się ubierać i zeszliśmy do Igo. Dosiedliśmy się do niego. Kapłan domówił piwa dla siebie. Minęło kilka minut, zdążyłem w tym czasie wypić prawie cały kufel, a po chwili na schodach rozległy się kroki. To Kejn schodził do sali. Wyglądał tak, jakby właśnie miał wyprowadzać się z karczmy. Pożegnał karczmarza i ruszył ku wyjściu, prowokacyjnie gapiąc się na jednego z osiłków.

  • Co jest elfie?! - zapytał jeden ze zbrojnych.

  • Gówno! - odparł Kejn, niknąc w drzwiach gospody.

  • Skurwysyn. Nie daruję mu tego – poderwał się jeden z nich.

  • Idziemy – zbrojni podnieśli się z ław, dopili swe kufle, w dłoń chwycili oparte wcześniej o ławy miecze i bez pośpiechu, czując swoją przewagę, wyszli za elfem.

  • Idziemy! Elfa będą lać, będzie widowisko! – powiedziałem na tyle głośno, aby usłyszała mnie wychodząca trójka zbrojnych.

Ruszyliśmy za nimi, a dosłownie dwa metry za drzwiami trójka nagle zatrzymała się i usłyszeliśmy:

  • Kurwa, mierzy do nas z łuku.

A z oddali głoś Kejna:

  • Przeproś!

  • Nie no elfie spokojnie…

  • Przeproś – ponownie usłyszeliśmy głos elfa.

  • Spierdalaj - padło tylko z ust jednego ze zbrojnych.

Dosłownie chwilę później usłyszeliśmy świst strzały, głośny jęk bólu i okrzyk – Kurwaaaa na niego!!

W tym momencie pozwoliłem, aby Ki płynęło przez moje ciało i ruszyłem do przodu. Sekundę później byłem już przed karczmą i dostrzegłem jak jeden z jękiem osuwa się na kolana, Kejn odrzuca łuk i sięga po miecz. Elf zdążył dosłownie kilka razy uderzyć i sparować, kiedy równocześnie kopnąłem dwóch jego przeciwników i nim opadłem, przyładowałem jednemu z pięści w szczękę, aż odskoczyła mu na bok głowa. Kejn wykorzystał ten moment, bezlitośnie tnąc czysto w wygiętą i odsłoniętą szyję. Jego głowa przeleciała dwa metry i jeszcze kawałek potoczyła się po ziemi. W tym momencie wyprowadzałem już zamaszysty cios w kierunku ostatniego napastnika. Widok szybującej głowy jego kamrata, chyba ostudził jego zapał, lecz mimo iż widziałem, że zaczyna opuszczać broń i najwidoczniej chce się poddać, nie miałem już szansy cofnąć pięści. Trafienie było brutalne i celne. Kiedy jego ciało upadło był już martwy. Jego nos wbity był po sam mózg, a w rozwartych ustach zostało się tylko kilka zębów.

  • Tak to jest, jak ktoś przerywa mi medytację – skwitowałem.

Widok jego twarzy przeraził chyba nawet Kejna i Dalinara.

Wydarzenie widziało kilku miejscowych, którzy stali i patrzyli się tępo na plac przed gospodą.

W drzwiach gospody stał sołtys.

  • Sołtysie – całkiem spokojnym, wręcz miłym głosem, powiedział Dalinar – Ta banda rzezimieszków zaatakowała Kejna, na szczęście się obronił. Trzeba będzie sprzątnąć ten bałagan.

Sołtys stał, próbując powiedzieć jakieś słowa, ale wyszło z tego tylko urwane: „nooo... yy... no...”

Kejn powiedział głośno:

  • Sołtys przecież sam widział, iż zaczepiali mnie wcześniej rano, wyzywali od skurwysynów i grozili mieczem.

  • No tak, widziałem – w końcu wydusił z siebie sołtys. Mam jeno prośbę. Jakbyście zanieśli ich za gospodę, żeby tu tak na widoku nie leżeli – powiedział już całkiem przytomnie sołtys – Pomogę wam.

  • Nie, nie trzeba – odpowiedziałem – nabrudziliśmy, to posprzątamy.

Kejn i Dalinar nosili ciała za gospodę, a ja w miarę możliwości nogą nagarniałem piach na dużych rozmiarów kałużę krwi. Za nami zrobiło się już sporę zbiegowisko, wśród tłumu było słychać „O to ci, co wczoraj zjechali. Ci sami co wczoraj córkę Zygfrydowi chcieli wyruchać. Dobrze im tak. Dobrze.”

Podniosłem leżącą na ziemi głowę i niewinnie powiedziałem „Chyba dla Zygfrydówny stracił głowę.”

Tłum żart bawił mniej niż mnie. Zaniosłem głowę tam gdzie bracia zanieśli ciała. Kejn pobieżnie obszukiwał ciała i obcinał sakiewki. Zerkał też na ręce, czy nie mają jakichś wyróżniających się tatuaży lub takich samych pierścieni. Wszystkim nam przez myśl przeszło, że mogą to być ludzie Łaskotka. Po tych szybkich oględzinach ruszyliśmy do karczmy, na placu prze dnią nadal było sporo ludzi.

  • Przepraszamy dobrzy ludzie – zacząłem – że z rana obaczyliście taki widok, no ale zaatakowano nas i bronić się musieliśmy.

  • Ano bronić się trzeba – odparł ktoś z tłumu – a ci od wczoraj guza szukali.

Mimo, że ubiliśmy kogoś kto był dla nich problemem, czuć było ich niechęć do nas, a może raczej strach. Tak czy siak dystans społeczny właśnie się powiększył. Skończyliśmy tę krótką wymianę zdań i weszliśmy do gospody. Karczmarza nie było. Czekaliśmy chwilę, a Kejn oglądał pierścienie zabrane trupom. Dwa z nich były takie same, widniała na nich pajęczyna. Dalinar skojarzył to z karhańską gildią łowców nagród. Być może byli tu w tym samym celu co my.

Po chwili przyszedł karczmarz.

  • To co może podam piwa? - Zapytał chyba też lekko roztrzęsiony.

  • Karczmarzu – powiedział Kejn, wstając i podchodząc do niego - Macie tu złotą monetę za fatygę, pochówek i za tą całą sytuację.

  • O dziękuję. Lecz i tak będę to musiał zgłosić do pana barona.

  • Po co będziesz to głosił, to łowcy nagród, nikt nawet pies za nimi nie zatęskni – powiedział z przekonaniem Dalinar.

  • No niby tak, ale jatka to była straszna, ludzie będą o tym gadać i na pewno się rozniesie. Zgłosić muszę.

  • Ależ drogi sołtysie – rzekłem – pan Heinrich von Baumann doskonale wie o tym, że tu jesteśmy. Więc, jeśli chcecie, to zgłaszajcie.

  • A to nasz pan wie. No, bo znowu miałem pytać, co tu robicie, bo się nie przyznaliście.

  • Jak to nie mówiliśmy – zdziwił się Igo – szukamy Łaskotka.

  • Ano to nie mogliście tak od razu? Cała wieś zachodzi w głowę coście za jedni. A macie może...

  • Mamy, mamy glejt – przerwał mu Dalinar. Igo dał sołtysowi list gończy.

Sołtys popatrzył, skrzywił się. Chyba średnio mu szło czytanie, lecz niespeszony powiedział:

  • A moglibyście panie przeczytać, bo wzrok słaby, a w karczmie mało światła.

  • Mogę, mogę - powiedziałem i zacząłem czytać. Z naciskiem na ostatnie zdanie. - Łowca nagród ma za zadanie ukarać każdego kto pomaga Łaskotkowi, a karą tą jest utopienie. Czytać dalej? – zapytałem miłym głosem.

  • Nie, nie, nie – szybko zaprzeczył sołtys.

  • Jak sam rozumiesz, nie mogliśmy od razu powiedzieć ci po co tu jesteśmy, bo nie wiemy, kto być może tu pomaga Łaskotkowi – rozprawiał Kejn.

  • Tak, tak, rozumiem.

  • Ale jeśli czujesz potrzebę donieść o tym zdarzeniu do lorda Heinricha albo do pana barona, czyń swoją powinność. Rozumiemy to.

  • A no jak jest tak, jak to tu wszystko napisane – sołtys wskazał na glejt – To wszystko w porządku. Piwa wam zaraz dzban dam na zdrowie.

  • A jak z dziewczyną Ulsterów? – zagadałem.

  • Ano, zaczyna chodzić już o lasce – przyznał karczmarz.

  • No widzicie karczmarzu. My to jeszcze wam pomogli, a nie jak tamci wczoraj gwałcić chcieli.

  • Ja to nawet broni nie noszę – odparłem – w porę chowając za siebie ręce, jako że mankiety koszuli miałem całe zakrwawione, aby moja wypowiedź nie straciła efektu.

  • Tak, tak – sołtys znowu tylko przytakiwał - No nic napijcie się panowie, a my posprzątamy ten bałagan.

Karczmarz wyszedł przed karczmę i zawołał „Jaro! Zbierz chłopaków, bierz łopaty i do lasu z nimi.” Po czym wrócił i powiedział, że wszystko już załatwione. Zaczęliśmy wypytywać sołtysa o jakieś okoliczne jaskinie, groty lub inne tereny, gdzie mogłaby się ukrywać jakaś banda. Jedyne co przychodziło sołtysowi do głowy, to jakieś jary ponad trzy dni drogi na północ zwane Ciemnymi Jarami. Ale to rozległy teren i tam to szukanie jak igły w stogu siana. Karczmarz zaoferował również, że w razie potrzeby oddeleguje jakiegoś myśliwego, aby nas tam zaprowadził, bo nie prowadzi tam żaden trakt. Czuliśmy, że nie dowiemy się niczego konkretnego, więc wróciliśmy do swojego pokoju. Jedyne co nam pozostało, to czekać, aż Kejn dojdzie do siebie. Minęło kilka dni, Dalinar dodatkowo wspierał kurację Kejna i w końcu mogliśmy wyruszać.

Tym razem pogoda był znakomita. Gdyby nie miejsce, do którego zmierzaliśmy, byłaby to całkiem przyjemna przejażdżka. Tym razem postanowiliśmy, że nocleg drugiego dnie rozbijemy około trzy godziny drogi wcześniej niż uprzednio, licząc na to, że tak daleko nie sięga urok tej istoty. To była dobra decyzja, bo noc przespaliśmy spokojnie bez koszmarów, konie też nie były nerwowe jak uprzednio. Rano po swej warcie obudziłem braci, żaden z nich nie narzekał na coś niepokojącego w nocy. Wyruszyliśmy szybkim tempem w kierunku wieży. Na skraju lasu naszym oczom ukazał się majestatyczny widok doliny i okolicznych wzgórz. Pierwszy raz widzieliśmy ją skąpaną w pełnym słońcu. Widok ten szpeciła tylko ruina wieży, która mimo pełnego słońca, psuła ten widok, niczym ropiejąca rana. Podjechaliśmy jeszcze kawałek, po czym Dalinar rzekł:

  • Czas, aby pobłogosławić strzały oraz pomodlić się o błogosławieństwo przed bitwą.

Kejn podał mu kołczan, a Dalinar wyszeptał nad nim jakąś modlitwę i oddał go elfowi.

  • Cóż, jedźmy – wiedząc, że i tak nie przydam się w walce z cienistą istotą zażartowałem – A ja pomyślę nad jakimś układem tanecznym.

  • Mam nadzieję, że będzie dobry – powiedział Dalinar.

  • Myślę o czymś takim jak ostatnio przed karczmą, starczy?

  • O! ten był dobry, taki na dwa takty – żartował Dalinar.

Lekko się śmiejąc ruszyliśmy spotkać się z zagrożeniem.

Ostrożnie podeszliśmy do ruin, spodziewając się ataku istoty w każdej chwili. Lecz nic się nie wydarzyło. Tym razem Dalinar szedł pierwszy, a Kejn i Igo, jako że mieli atakować z dystansu, trzymali się z tyłu. Ja, mimo że nie mogłem zrobić istocie krzywdy, mogłem jednak ściągnąć ataki na siebie i dać czas braciom na strzelanie z łuku i rzucanie czarów. Ostrożnie ruszyliśmy w dół, w głąb lochów.

W ciszy kroczyliśmy w kierunku komnaty z dziwnym sześcianem. Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, Igo zostawił jedną z pochodni w uchwycie i do ręki wziął nową. Powoli kierowaliśmy się w stronę kolumn, wypatrując najmniejszego ruchu z tamtego kierunku. Nagle w oddali powietrze na chwilę przeciął drobny błysk, a po chwili w całym pomieszczeniu rozległ się huk. W Stronę Dalinara poleciała błyskawica, która targnęła nim do tyłu tak, że aż usiadł oszołomiony w wodzie, która wypełniała to pomieszczenie.

Kejn wypuścił dwie strzały w kierunku, z którego przyleciała błyskawica. Nagle jak w zwolnionym tempie, kilka metrów przed nami dwa metry nad ziemią, pojawiło się widmo kobiety, dokładnie to samo, które zauroczyło Dalinara. Zamachnęła się płynnym ruchem i w naszym kierunku poleciały lodowe kolce. Ki płynęło już wartką rzeką przez moje ciało. Wiedziałem, że mój atak nic nie zdziała, ale chciałem tak jak i podczas pierwszej potyczki rozproszyć istotę i dać czas innym na efektywne działania, a kapłanowi chociaż szanse na pozbieranie się.

Wyskoczyłem w górę. Dodatkowym utrudnieniem była latarnia w ręce. Nie chcąc jej narażać musiałem do walki używać nóg. Nim jeszcze doleciałem do zjawy, poczułem uderzenie lodowego stożka na swoim ciele. Mimo że szpikulec rozprysł się na barierze, którą wzniosłem z Kim zachwiało mną w trakcie skoku. I zamiast myśleć o tym, czy trafięm nie trafięm a może przelecę przez istotęm tak jak poprzedniom wszystkie siły skupiłem na poprawnym wylądowaniu i osłanianiu latarni. Udało się i jedyne co mnie pocieszało to to, że prawdopodobnie przyjąłem cios, który przeznaczony był dla oszołomionego Dalinara.

„Wstawaj bracie” - pomyślałem - „Bo będzie ciężko”.

Igo wykorzystał dany mu czas i przypalił upiorną kobietę magicznymi płomieniami. Ta zawyła dziko, lecz to wycie było niczym przy tym, co nastąpiło, gdy Kejn trafił ją strzałą przygotowaną przez Elandera. Od nieludzkiego wycia zatrzęsło się aż pomieszczenie, a deszcz małych kamyczków poleciał ze stropu. Zjawa cofnęła się lekko i zaczęła błyskać w kilku miejscach. Po chwili ponownie chciała ugodzić w kogoś błyskawicą.

Dalinar w końcu się pozbierał, ja bezskutecznie młóciłem w stwora jak w powietrze, a rączka latarni nie wytrzymała moich ruchów, oderwała się, przeleciała widowiskowym łukiem w powietrze, po czym z sykiem zniknęła w wodzie. Pomieszczenie rozświetlało teraz tylko nikłe światło pochodni zostawionej przez Igo oraz pochodnia, którą dzierżył mag. Błyskawica poleciała w kierunku Kejna, który na czas uskoczył i energia niejako przepełzła tylko po jego pochylonych plecach, nie wyrządzając takich szkód jak kapłanowi. Elf płynnym ruchem wyprostował się i posłał kolejne strzały w jej kierunku. Pierwsza minęła ją zaledwie o włos, lecz gdy Kejn wyprostował się po uniku, kolejna strzała dosięgnęła celu. Istota ponownie zawyła, a chwilę później, swoje do jej bólu dołożył Igo ciskając błyskawicę. Koło istoty pojawił się w końcu widmowy młot Dalinara. Kolejny lodowy pocisk rozbił się o zbroję elfa. Igo ponownie uderzył płomieniami. Kobieca postać nagle rozmyła się, zaczęła przybierać znana nam formę, lecz przemiana nie dobiegła do końca i istota ponownie została wciągnięta przez pulsujący sześcian.

  • Wszyscy cali? – zapytał Kejn.

  • Ależ mi jebła – niewyraźnie powiedział Dalinar.

  • Uf, dobrze, że strzały od elfa okazały się skuteczne.

  • Ja tam sobie potańczyłem, tak jak obiecałem – powiedziałem zniesmaczony.

  • No wiadomo. Moja latarnia. No musiał rozjebać – narzekał kapłan.

Z głupkowatym uśmieszkiem odpowiedziałem:

  • Sama odpadła, a rączkę trzymałem do końca – na dowód tego pokazałem zaciśnięty w dłoni kawałek uchwytu.

  • Zanim ruszymy dalej, pozwólcie, że złagodzę wasze rany – Dalinar skupił się na modlitwie i poczułem jak moje rany się zasklepiają.

Chwilę później ostrożnie kierowaliśmy się do sali z elfim strażnikiem.

  • Jaki mamy plan? – zapytał Igo – Próbujesz odstraszać go mocą Vergena?

  • Cóż, nie wiem czy będę w stanie. Na pewno spróbuję, lecz jeśli nie wyjdzie, to Tsume i Kejn muszą wziąć trudy tej walki na siebie. Obrażenia, które czuję pod zbroją, raczej wykluczają mnie z walki w zwarciu. Więc z tobą Igo mogę atakować z dystansu młotem duchowym.

  • Pomyślałem jeszcze – powiedziałem – czy nie spróbować podciągnąć tej skrzyni kotwiczką, może jak nie podejdziemy wystarczająco blisko, uda się go oszukać.

Pomysł został przyjęty bez entuzjazmu, ale uznaliśmy, że można spróbować. Otwarliśmy drzwi od komnaty. Kejn rzucił w kierunku skrzyni pochodnię, abym miał lepszy widok podczas rzutu. Strażnik stał w pozycji w jakiej pierwotnie go zastaliśmy. Posiadając tylko dziesięć metrów liny, musiałem dojść na odpowiedni dystans. Ruszyłem powoli, a kiedy uznałem, że z tej odległości jestem w stanie już dorzucić, posąg poruszył się, wyciągnął broń i ponownie oburącz skierował ją w naszym kierunku. Obserwowałem go chwilę, w dalszym ciągu stał nieruchomo. Wymierzyłem i rzuciłem kotwiczkę. Dosłownie sekundę po tym jak uderzyła w skrzynię, elfi strażnik ruszył w moim kierunku. Zacząłem wycofywać się z pomieszczenia. Nad głową przeleciała mi strzała, która prawie po lotki wbiła się w pierś strażnika. Przystanął dosłownie na chwilę, a spod jego hełmu zaczęła sączyć się delikatna czerwona poświata. Wycofałem się przed drzwi, gdzie korytarz był szerszy i mogliśmy razem z Kejnem stawiać mu opór, jeśli odpędzenie Dalinara nie zadziała.

Przyjąłem postawę defensywną, skupiając się na unikach i obronie. Zza pleców słyszałem głos Dalinara, który władczo nakazywał odejść tej istocie. Widocznie nie była to istota, na którą działały te modły, bo zamachnęła się mieczem i uderzyła w mym kierunku. Pomyślałem, że szansa, że go trafię jest nikła, naprawdę błyskawicznie wywijał swym delikatnie zagiętym mieczem. Jego technika trzymania broni w obu rękach robiła wrażenie i zapewniała mu doskonały balans. Chwilę później, koło mnie przeleciała kolejna strzała. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Kejn nie dołączył do mnie w boju i sam będę musiał go związać walką. Kika sekund później pojawił się młot Dalinara. Liczyłem na to, że choć trochę rozproszy przeciwnika, bo wystarczyło mi kilka sekund by ocenić, że szanse sam na sam mam nikłe. Zza moich pleców wyleciały małe magiczne pociski, które z sykiem trafiły go w tors. To Igo znów włączył się do walki. W jego pierś ugodziła kolejna strzała. A chwilę po tym młot kapłana potężnie zdzielił elfa, aż zadzwoniło. Kolejne dwie strzały pomknęły z boku nie sięgając celu. W końcu stało się to, z czym liczyłem się od początku walki. Długie, lecz na szczęście niezbyt głębokie cięcie, rozorało moją pierś. Koszula powoli zaczęła pokrywać się krwią.

Po chwili ledwo uniknąłem szybkiego cięcia i koniec jego miecza delikatnie zahaczył mi ramię. Poczułem pieczenie, lecz wiedziałem, że to tylko draśniecie. Koło mnie znowu przeleciały dwie strzały znacznie chybiając celu. Byłem już zmęczony i coraz bardziej wściekły na Kejna. Czego kurwa w tak prostym planie jak związujemy wroga walką we dwóch nie pojął? Niepotrzebnie straciłem koncentrację, myśląc co takiego wypierdala elf, ale to wystarczyło, aby dostać z taką mocą, że obróciło mną w miejscu, a całe ciało przeszył paraliżujący ból. Zza pleców znów wyleciały kolorowe pociski, trafiając strażnika w korpus z cichym sykiem. Po sekundzie elf zachwiał się i padł. Zaraz po nim ja padłem na kolana, a emocje związane z walką opuściły me ciało i ból nie pozwolił mi ustać.

Dalinar podbiegł do mnie i szeptał słowa modlitwy, starając się zatamować moje rany. Kejn używał w tym celu bandaży, a ja byłem wściekły.

  • Nie ma kurwa jak ustalić taktykę, że związujemy go walką wręcz razem, po czym kurwa nawet się nie pojawiasz u mojego boku.

  • Taktyka ze strzelaniem też była efektywna – bronił się Kejn.

  • Chuj z tego, czy była efektywna czy nie! Przyszło ci do głowy, że pozostawianie człowieka bez zbroi samemu sobie z takim przeciwnikiem to gówniany pomysł? Kurwa jebana mać! Ustalaliśmy to dwadzieścia minut temu. Dwa założenia: my dwóch z przodu, oni z tyłu. Koniec. To nie było skomplikowane, jak rozważania jak podbić pierdolony Ambard!

  • Taktyka miała być inna – Dalinar spojrzał na Kejna krzywo – Jak się czujesz?

  • Wątpię czy nawet stąd wyjdę o własnych siłach – szeptałem, bo moja przemowa pełna złości odebrała mi oddech.

Igo wziął mnie pod ramię i ostrożnie prowadził mnie do wyjścia z wieży, a Kejn z kapłanem poszli zbadać skrzynię.

Czekaliśmy z Igo koło koni około pół godziny, ja siedziałem na ziemi oparty o drzewo i dziękowałem Bogini za moc, której udzieliła mi w walce oraz Vergenowi za zatamowanie krwi. Po tym czasie pojawił się elf wraz z kapłanem. Ledwo nieśli ciężką skrzynię.

  • Tak mnie ponaglał – powiedział Kejn – że nie dałem rady otworzyć zamka.

  • Zbierajmy się stąd jak najszybciej – powiedziałem – do obozu, z którego wyruszyliśmy rano, powinienem dojechać na koniu.

Ruszyliśmy dostosowując tempo do mojego. Kiedy dojechaliśmy, Kejn przemył i opatrzył moje rany, po czym zabrał się za otwieranie skrzyni. Męczył się długo, lecz w końcu mu się udało. W skrzyni zobaczyliśmy zwój, sakiewkę, złoty wisiorek z rubinem, jakiś czarny kamień oraz coś w rodzaju książki ze srebrnymi stronami. Patrzyłem jak powoli wyciągają zawartość na derkę i powoli odpływałem. Napięcie całego dnia zeszło i wykończony usnąłem jak dziecko.