Kronika

Kroniki XXIV: Myśliwi i zwierzyna

Gdy nad ranem obudziłem Igo i Dalinara, Kejna już nie było w pokoju. Wyszliśmy na podwórze, do szykujących się do wyjścia na wyręb drwali. Niejaki Helmut powiedział, że wskaże nam drogę. Zaznaczył jedynie, aby nie kręcić się w rejonie wy...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Gdy nad ranem obudziłem Igo i Dalinara, Kejna już nie było w pokoju. Wyszliśmy na podwórze, do szykujących się do wyjścia na wyręb drwali. Niejaki Helmut powiedział, że wskaże nam drogę. Zaznaczył jedynie, aby nie kręcić się w rejonie wycinki, jako iż jest to niebezpieczne i można stać się ofiarą spadającego drzewa. Grupa drwali okazała się całkiem liczna, pakowali na wozy siekiery, piły i pakunki zapewne z jedzeniem na cały dzień pracy. Konie wraz z wozem podjechały pod granicę wyrębu, a Helmut wskazał nam ręką kierunek i powiedział, że za około dwieście metrów powinniśmy natrafić na stare dęby. Na miejscu było widać sporo ściętych drzew. Część drwali ruszyła w kierunku rosnących jeszcze drzew, a część zaczęła obrabiać drzewa już ścięte. Z wielką wprawą obcinali boczne gałęzie, niektóre nawet korowali na miejscu. Wraz z grupą dorosłych mężczyzn, przybyło też zapewne kilku ich synów, którzy układali odcięte gałęzie i wykonywali pomniejsze prace. Helmut zagaił, że tu z dziada pradziada wszyscy od najmłodszych lat szkolą się w fachu. Podziękowaliśmy za podwózkę i udaliśmy się we wskazanym kierunku.

Dalinar zapytał Igo czego szukać i zaskoczył mnie zapałem z jakim zaczął przetrząsać las w poszukiwaniu „Ziela Siłaczy”. Co chwilę podchodził do Igo, mówiąc, że ma, a Igo co chwilę, z rosnącą frustracją, ofukiwał go, że to nie to, że tłumaczył, iż liść ma specyficzną, ząbkowaną krawędź i żeby mu nie przeszkadzał, bo gówno znajdzie, a nie ziele siłaczy. Widząc daremne próby kapłana i rosnącą z tego powodu irytację Igo, siadłem na pieńku i jako iż ranek był naprawdę chłodny, pociągałem z bukłaka, by się rozgrzać. Po jakichś trzech godzinach nawet niespotykany zapał Dalinara wyparował, który dołączył do mnie na pieńku, pociągnął z bukłaka i siedzieliśmy w ciszy, pozwalając, aby unoszące się coraz wyżej słońce grzało nasze twarze. Przed południem Igo zawołał:

  • No w końcu! Wiedziałem, że musi być w takim starym lesie - podszedł do nas, trzymając dwa duże liście.

  • Czas wracać – powiedziałem – Picie na czczo mi nie służy, a nie zjedliśmy nawet śniadania – bracia kiwnęli głowami i ruszyliśmy w kierunku wioski. Drwale akurat mieli przerwę, jedli jakiś posiłek i popijali bimberek.

  • Panowie – zagaił jeden – Przysiądźcie się na jednego.

  • Bardzo chętnie – szybko zadecydowałem za braci i już siedziałem na pieńku wśród nich.

Drwale szybko podali nam trzy małe, drewniane kubeczki i nalali nam trunku. Wlałem zawartość do gardła, a po chwili żołądek wywinął mi niezłego koziołka. Mimo iż lubię wypić, na myśl o kolejnej porcji nawet mi zrobiło się niedobrze. Grzecznie podziękowaliśmy za gościnę i solidnie rozgrzani udaliśmy się do karczmy.

Grubo po południu weszliśmy do gospody, kiedy zobaczył nas Kejn, który już tam był. Zawołał do karczmarza:

  • Gospodarzu! Dajcie no piwa i ciepłej strawy dla nas wszystkich.

Byliśmy głodni jak wilki. Elf pociągnął nosem i skomentował:

  • Widzę, że nieźle się wam powodzi.

  • Ano, drwale okazali się niezwykle gościnni – odpowiedziałem z głupim uśmiechem na twarzy.

Po chwili karczmarz postawił przed nami cztery piwa oraz parujące talerze z jajecznicą na świeżych grzybach i na boczku. Pachniało wspaniale, a smakowało jeszcze lepiej.

  • No opowiadaj – ponaglał Igo.

  • Najpierw spokojnie zjedzcie – odparł elf – opowiem w pokoju.

Ze smakiem zjedliśmy specjalność karczmy, zamówiliśmy dzban piwa i udaliśmy się do pokoju.

Już w połowie drogi pomyślałem, że z pełnym brzuchem dam jeszcze raz szansę temu czym poczęstowali nas drwale, zamówiłem mały dzbanek i dołączyłem do braci w pokoju.

  • Do farmy prowadzi całkiem szeroka dróżka. - zaczął elf - Chyba czasami nawet jeżdżą nią wozy. Potem odbija od niej wąska ścieżka, prowadząca do samej farmy. W nocy po ciemku, droga na obrzeża gospodarstwa spod samej karczmy zajęła mi niecałe dwie godziny.

W trakcie, gdy Kejn opowiadał, ochoczo rozlałem okowitę.

  • Sam dom, który nas interesuje, znajduje się na pagórku. Dookoła niego rozpościera się około stu pięćdziesięciu metrów czegoś, co można nazwać łąką, a potem z każdej strony las. Oczywiście jest tam sporo krzaków i wysokiej trawy. Widać, że od lat nikt o to nie dba. Sam budynek ma kamienną podbudówkę, a reszta jest drewniana. Dom wygląda, jakby był w całkiem niezłym stanie. Wzniesienie, na którym stoi jest dosyć wysokie i myślę, że nawet próba podkradania się w trawie, na niewiele się zda. Zakładam, że jeśli ktoś tam wartuje, to z góry wszystko widać jak na dłoni. Prócz domu, poniżej znajdują po obu stronach dwa budynki gospodarcze. Do jednego zdołałem się zakraść i wejść, drugi pozostał dla mnie niedostępny, bo wejście skierowane jest w stronę domu. Po tym co zobaczyłem w środku tego budynku, śmiało mogę stwierdzić, że dawno nikt tam nie był. Więc może będzie to dobre miejsce, aby tam się zaczaić. Są tam tylko stare rupiecie i masa nienaruszonego kurzu. Za domem mieszkalnym stoją przywiązane cztery konie. Sam dom ma zadaszony taras i przez czas, który poświęciłem na obserwację, dwa razy wyszedł na niego zakapturzony jegomość, z łukiem przewieszonym przez plecy.

  • Elf? - zapytał Igo.

  • Nie wiem. Po pierwsze miał kaptur, a po drugie odległość, z której obserwowałem, też zrobiła swoje. Jest natomiast coś co mi się nie spodobało. Kiedy opuściłem granicę lasu miałem nieodparte wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

  • Może w jakiś sposób Nubrimus kontroluje nasze postępy? - zapytałem.

  • Nie wiem, ale gdy wróciłem do lasu, wrażenie to powoli przeszło. Może faktycznie jest z nimi mag, który jakoś zabezpiecza teren. Naprawdę nie mam pojęcia, lecz moja wyczulona intuicja mało kiedy się myli.

Kejn poprosił o notatnik Igo i naszkicował z grubsza dojście do farmy oraz jej okolice, zaznaczając pagórek, dom na nim, miejsce gdzie stoją konie oraz dwa budynki gospodarcze i granicę lasu. Nie wyglądało to zbyt optymistycznie. Ludzie, których mieliśmy dopaść, dobrze wybrali miejsce, w którym się ukryli.

Elf rysował, tłumaczył i zapisywał odległości pomiędzy budynkami. Wspomniał też o tym, że wszystkie okiennice w domu, za wyjątkiem tych przy tarasie, były zamknięte i tylko tam było widać dochodzące z wewnątrz światło.

  • Budynki gospodarcze mają strzechę – powiedział Kejn – można spróbować ich wykurzyć, w nocy przepłoszyć konie i to stawia nas we w miarę dobrej sytuacji.

  • No, tylko żeby przypadkiem nie spaliło się to po co przyszliśmy – powiedział Igo.

  • Chyba nie zostawili by nic tak cennego - odparłem.

  • Wszystko zależy od tego jak rozwinie się sytuacja – powiedział Dalinar – Bo pożar może ich zaskoczyć tak, że nie będą mieli szansy nawet myśleć o kosturze.

I jak zwykle w naszym przypadku zaczęło się od pomysłów z wzięciem ich głodem, poprzez frontalny atak oraz kradzieży koni pod wpływem czaru „Cisza”. Najwięcej czasu dyskutowaliśmy nad planem, aby pod wpływem czaru „Cisza” uprowadzić w nocy konie do lasu. Zostawić w wysokich trawach wyraźne ślady i mieć nadzieję, że rano kiedy zorientują się, że ktoś ukradł im konie ruszą ich śladem. A na końcu tych śladów będziemy my zaczajeni i gotowi do ataku z zaskoczenia. Już prawie byliśmy zdecydowani na ten wariant, kiedy powiedziałem:

  • A czy uważacie, że zużywanie jedynego zwoju z czarem „Ciszy” jest rozsądne, kiedy mamy mierzyć się prawdopodobnie z potężnym magiem? Igo sam wspominał, że taki czar może skutecznie wyeliminować nawet bardzo dobrego maga. Bez możliwości wypowiadania słów, mag zazwyczaj staje się tylko kimś w szatach na polu walki.

Siedzieliśmy tak i dyskutowaliśmy, a okowity ubywało. Coraz częściej głośno i złośliwie wytykaliśmy sobie nawzajem słabości naszych planów. W końcu Dalinar powiedział:

  • Dobra mamy trzy plany, trzeba zagłosować. Plan numer jeden: rzucamy „Ciszę”, uprowadzamy konie, czekamy w zasadzce. Plan numer dwa: podprowadzamy konie, podpalamy dach, a jak uciekają z płonącego budynku, my już na nich czekamy. I plan numer trzy: podchodzimy na „Ciszy” pod drzwi, wbijamy do środka i próbujemy wykorzystać zaskoczenie.

Igo zagłosował na plan numer jeden, Kejn powiedział, że w sumie wejście na pełnej świni też może okazać się skuteczne. Ja, zapytany i pobudzony już alkoholem, stwierdziłem, że wejście na pełnej kurwie do mnie przemawia, na co głośno roześmiał się Dalinar i powiedział:

  • Wiedziałem, że to do ciebie dotrze. Zatem i ja jestem za frontalnym atakiem. No więc plan mamy wybrany. Teraz możemy obgadać szczegóły.

  • Ja to widzę tak – powiedziałem – bierzemy dziś prowiant, żegnamy się z karczmarzem i całą noc i cały dzień obserwujemy farmę. - Tu zgodzili się wszyscy - Po obserwacji już na miejscu zadecydujemy o reszcie.

Wysłaliśmy Kejna do karczmarza, aby zakupił prowiant na cztery dni. Zapakowaliśmy wszystko na konie, a ja uzupełniłem sobie bukłak mieszaniną wina z okowitą. Pożegnaliśmy się z gospodarzem i ruszyliśmy za Kejnem. Elf prowadził nas na początku traktem, prowadzącym w kierunku posiadłości lorda de Morres, po czym, gdy wioska Kryn zniknęła już dobrze za nami, pokierował nas do lasu przy farmie. W pewnym momencie zalecił zejście z konia i wprowadził nas na małą ścieżkę. Zatrzymałem braci i zaproponowałem, że wyprawię się na mały rekonesans i sprawdzę czy nie ma świeżych śladów. Okazało się, że prócz Kejna nikt tamtędy dawno nie przechodził. Elf doprowadził nas kilkadziesiąt metrów od linii lasu wokół farmy i tam uwiązaliśmy konie i rozłożyliśmy derki i namioty, rezygnując z rozpalania ogniska. Podeszliśmy ostrożnie na brzeg lasu i obserwowaliśmy dom na wzgórzu. Nigdzie nie było widać żadnego ruchu, z wyjątkiem czterech koni skubiących resztki trawy. Postanowiliśmy, że obserwacją zajmiemy się ja z Kejnem. Około pół godziny po zmroku drzwi z domu otworzyły się i na taras wyszedł barczysty mężczyzna w płaszczu. Nie miał łuku, lecz przy pasie wisiała jakaś broń. Oparł się bokiem o balustradę i obserwował teren przed sobą. Stał tak dobre kilka minut, kiedy to z drzwi wyszła druga osoba, podeszła do mężczyzny, a ten po chwili osunął się na podłogę. Druga osoba wyciągnęła sztylet z jego pleców. Po chwili pochyliła się i wciągnęła ciało do środka. Na plecach bez dwóch zdań miał łuk. Parę oddechów później postać wyszła ponownie na ganek, popatrzyła w naszym kierunku, odwróciła i weszła do domu z głośnym hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Popatrzyliśmy zdumieni na siebie po czym znowu na dom. Po chwili zza okiennic zabłysło mocne, fioletowe światło. Było widoczne dosłownie kilka sekund, po czym nastąpiła całkowita ciemność. Obróciłem się w kierunku braci i nerwowo machałem na nich ręką, a ci po chwili dostrzegli moje machanie i powoli podeszli. Zacząłem opowiadać całą sytuację, gdy nagle przerwał mi Kejn:

  • Dam sobie rękę uciąć, że gdzieś wcześniej widziałem tego barczystego mężczyznę, niestety nie mogę sobie przypomnieć gdzie.

Po tym stwierdzeniu kontynuowałem opowieść, gdy przerwał ją tym razem Igo:

  • Jeśli się zorientowali, że tu jesteśmy, to mogli zabić swojego kompana tylko dlatego, że mag nie mógł teleportować ich wszystkich. Ten błysk to mógł być teleport. A zabili go, bo bali się, że jak go dorwiemy, to ich zdradzi.

Nie znałem się na magii, ale to co mówił Igo wydawało się wysoce sensowne i przemawiało do mnie.

  • Oczywiście tylko spekuluję – powiedział mag – ale jeśli to była teleportacja, to powinienem móc bardzo ogólnie określić czy ten ktoś przeniósł się daleko czy blisko i być może w jakim kierunku. Musimy się szybko zdecydować, czy chcemy tam wejść.

Decyzję podjęliśmy szybko i ostrożnie ruszyliśmy w kierunku domu. Za sobą słyszałem jak Dalinar po cichu wzywa imienia Vergena, lecz tym razem nie wsłuchiwałem się w słowa kapłana, skupiony na ciemności przed nami. Gdy byliśmy już blisko domu, pozwoliłem, by Ki płynęło szerokim strumieniem przez moje ciało. Stanęliśmy za budynkiem gospodarczym i nasłuchiwaliśmy. Prócz cichego parskania koni panowała cisza.

  • Zanim wejdziemy na ganek – szepnął Igo – Dajcie mi chwilę czasu na wykrycie magii.

Skinęliśmy głowami i ruszyliśmy wolnym krokiem w kierunku domu. Przed schodami mag wyszeptał słowa zaklęcia i chwilę lustrował przestrzeń przed sobą.

  • Jakiś dziwny ślad po magii – powiedział – Podejrzewam, że kostura już tu nie ma.

Weszliśmy na schody, deski odrobinę skrzypiały, a Kejn wysunął się naprzód i podszedł do drzwi. Delikatnie nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły. Powoli otworzył je. W środku nie było żadnego źródła światła. Igo wzniósł rękę do góry i aktywował swój pierścień. Słabe światło delikatnie rozświetliło mrok przed nami. Staliśmy w czymś w rodzaju wiatrołapu. Prócz starego stoliczka, który swoje czasy świetności miał już za sobą, na stoliku stała latarnia, lecz pierwszy rzut oka uświadomił nam, że nie ma nawet knota. Igo zniżył pierścień do podłogi, na której walały się resztki szmat i trochę zgniłej słomy.

  • Czego byliśmy świadkami? – zapytał Kejn – Nie ma śladów krwi nie ma ciała.

Otwarliśmy drzwi na końcu wiatrołapu, a w nikłym świetle pierścienia ukazało nam się dosyć obszerne pomieszczenie. Nie widzieliśmy drugiego jego końca, lecz na środku dostrzegliśmy cztery krzesła, a na nim siedzące tyłem do nas cztery postacie. Po chwili zobaczyliśmy, że ich ręce związane są z tyłu za oparciami krzeseł. Dalinar ruszył powoli przodem. Krok po kroku zbliżaliśmy się do postaci na krzesłach. Spali albo co bardziej prawdopodobne byli martwi, gdyż ich głowy opadały lekko do przodu i na bok. W tej chwili usłyszeliśmy za sobą trzask zamykanych drzwi. Bez zastanowienia podbiegłem do nich i przyjąłem pozycję potrzebną do „Uderzenia Ki”. Moja ręka wystrzeliła w kierunku celu, ale w połowie drogi zamiast nabierać pędu i siły zaczęła zwalniać coraz to bardziej i bardziej, aż zatrzymała się dosłownie o włos od drzwi, a ja nie mogłem się ruszyć. Moje ciało ogarnął paraliż, a w gardle poczułem duszenie. Straciłem panowanie nad ciałem. Spod drzwi zaczęła do pomieszczenia sączyć się fioletowa, opalizująca mgiełka. Jakaś niewidoczna siła zmusiła mnie do obrócenia się i powoli sztywnym krokiem skierowała w kierunku krzeseł. Moi bracia w tym samym koślawym stylu szli krok przede mną.

Z ciemności usłyszeliśmy głos:

  • Spokojnie, spokojnie. Mam wasz wzorzec. Nic nie zrobicie. Chodźcie i spójrzcie.

Niewidzialna siła doprowadziła nas przed krzesła i kazała się obrócić, a głos ciągnął dalej:

  • Jak to jest zapolować na samych siebie?

Na krzesłach ujrzeliśmy samych siebie, krew sączyła się z ciał naszych sobowtórów, nieznana siła kazała znów nam się obrócić. Ciemność przed nami zaczęła zanikać i powoli pojawiły się tam cztery postacie. Po chwili rozpoznaliśmy je: Nubrimus, Sato, Marta i Camaral.

Nubrimus sięgnął pod płaszcz i wyciągnął jakiś przedmiot. Wtedy poczułem, że moje ciało delikatnie się luzuje. Po chwili zobaczyliśmy, że przedmiot to niewielki sześcian pokryty różnymi symbolami. Z jego wnętrza sączyło się fioletowe światło, identyczne jak te, które widzieliśmy podczas tajnego spotkania w Bakaraku, wtedy jednak sześcian przykryty był materiałem.

  • Co to ma być?? – z trudem powiedział Kejn.

  • Co tu się dzieje? - Powiedział Dalinar.

Nubrimus zerknął w stronę Camarala. Ten tylko skinął głową, a po chwili przed nami w podłodze zaczęła otwierać się czarna dziura. Nubrimus poruszył delikatnie kostką i dziura zaczęła otwierać się jeszcze bardziej. Po chwili dziura zaczęła się kurczyć, a na twarzy Nubrimusa było widać zaskoczenie. Mag nerwowo zaczął manipulować przy kostce.

  • Widzę tutaj ślady Thule-dun. Kostka się broni, bo go rozpoznaje – szepnął jakby do siebie Nubrimus.

Camaral z wściekłością spojrzał na maga i powiedział:

  • Przestań bredzić stary durniu i zrób coś albo skończysz gorzej niż oni.

Nubrimus podszedł do nas i zaczął przesuwać kostką przed naszymi twarzami. Gdy dotarł do Igo, spojrzał na jego dłoń i magiczny pierścień na palcu.

  • Tu jesteś! Nie do wiary… Skąd to masz? Komu to ukradłeś?

Czarownik z zaskoczeniem przyglądał się pierścieniowi.

  • Koniec rozmów! – krzyk Camarala ucinający wszystko.

Mag ściągnął pierścień z dłoni Igo i po chwili dziura w podłodze znowu zaczęła się powiększać, a gdy dotarła pod nasze stopy, runęliśmy w ciemność.

Spadając, usłyszeliśmy oddalający się głos Camarala:

  • HAHAH do zobaczenia w piekle!

Usłyszeliśmy jeszcze Nubrimusa:

  • Panie, obawiam się, że on może wyczuć ślad.

  • Psie! - wykrzyczał Camaral – rozkazałem ci milczeć.

Do naszych uszu dotarł dźwięk, jakby ktoś uderzył otwartą dłonią w czyjąś twarz i krzyk bólu Nubrimusa.

Spadaliśmy bezwładnie w otchłań ciemności. Próbowałem przywołać Ki, aby zneutralizować upadek, lecz moje ciało i umysł były zbyt przytępione. Po chwili z nieprzyjemnym zgrzytem łamanych kości uderzyliśmy o ziemię, a ciało przeszywał potężny ból. Lecz mimo to wiedziałem, że przeżyłem. Miałem tylko sekundę, aby zastanowić się jak to możliwe, po czym straciłem przytomność.

Nie wiem ile leżałem bez zmysłów, lecz nagle po prostu otwarłem oczy. Ciało nadal przeszywał ból, lecz znacznie mniejszy niż ten, który poczułem przy upadku. Oczy zalała delikatna poświata i musiała minąć chwila, abym odzyskał ostrość widzenia. W powietrzu unosił się delikatny, wibrujący dźwięk, lecz trudno mi go porównać do czegokolwiek. Powoli poruszyłem głową oraz palcami. Mimo bólu zdecydowanie powróciła władza nad ciałem. Chwilę potem widziałem już wyraźnie i ostro jak zwykle.

  • Kejn, Igo, Tsume – usłyszałem głos Dalinara – Jesteście? Żyjecie?

Po chwili usłyszałem jak bracia odpowiadają z lekkim wysiłkiem i sykiem bólu, sam też odpowiedziałem. Widocznie wszyscy przeszliśmy taki sam koszmar, ale na szczęście żyliśmy. Powoli zacząłem podnosić się, dopiero wtedy się orientując, z dosyć twardego podłoża. Powoli rozglądałem się po miejscu, w którym znajdowaliśmy się. O dziwo nie byłem związany. Po jękach zorientowałem się, że moi bracia też zaczęli wstawać. Teraz kiedy oczy złapały ostrość widzenia, a ciało zaczynało słuchać mej woli, powoli się rozglądałem. Znajdowaliśmy się w dziwnym pomieszczeniu, a poświata, która po przebudzeniu zalewała moje oczy, to było światło sączące się z niezwykłych ścian. Całe pomieszczenie było niczym kryształowa grota. Zarówno ściany, jak i sufit, a nawet coś na wzór postumentów, na których leżeliśmy, stworzone było z mniejszych i większych kryształów, które emanowały światłem. Delikatna, niebiesko-fioletowa poświata, sącząca się zewsząd, powodowała, że nie potrzebne było inne źródło światła. Około kwadransa siedzieliśmy na kryształowych łożach, nie odzywając się nawet zbytnio do siebie. Bo nawet słowa sprawiały jeszcze ból, lecz i on zaczął się zmniejszać. W sali zauważyłem jeszcze cztery kryształowe „łóżka”, lecz wszystkie były puste. Po przeciwnej stronie widziałem łukowe wyjście pozbawione drzwi. Nieprzyjemny efekt upadku minął u nas prawie w jednym czasie, bo jak na zawołanie zaczęliśmy stawać na nogi i jak na komendę każdy z nas chwycił się kryształowego łóżka, aby nie upaść. Potrzebowaliśmy jeszcze chwili, aby mięśnie nóg przypomniały sobie do czego zostały stworzone.

  • Czegoś nie rozumiem – zacząłem – Po co ta cała szopka? Po co się tyle natrudzili? Gdyby chcieli nas zabić, mogli to zrobić kiedykolwiek w Bakaraku.

  • Jak to jest w ogóle możliwe, że pozyskali totalną kontrolę nad nami wszystkimi? - zapytał Dalinar.

  • I o jaki wzorzec chodzi? – dopytywałem ja.

  • Ciężko mi na to w sposób jednoznaczny odpowiedzieć – zaczął Igo – Ale są przedmioty lub czary, które należy dostroić do kogoś, tak ja na przykład Kryształy Amuru, które noszę. Tyle, że to dostrajam sam z własnej woli. Tu prawdopodobnie zostaliśmy dostrojeni bez naszej woli. Kiedy na spotkaniu w Bakaraku parę miesięcy temu, powiedzieli nam, że fioletowa poświata spod obrusa zabezpiecza przed podsłuchem, wzięliśmy to za pewnik. A w tym czasie, w jakiś sposób, ta kostka, bo przypuszczam, że pod materiałem była właśnie ona, w jakiś sposób dostrajała się do nas, tak by dziś niemożliwy był nasz mentalny opór. Ale to co mówię, to tylko moje przypuszczenia. Nic nie jest pewne.

  • No dobrze – zaczął kapłan – A ten elf, którego widział Kejn, to była iluzja?

  • Ci na krzesłach to jakieś golemy? – dopytywał się elf.

  • Tego wam nie wyjaśnię – odparł Igo – Nie znam zastosowania tej kostki, jej natury, ani pochodzenia. Magia jest tak obszerną dziedziną, że nawet nie będę próbował zgadnąć.

Dalinar schylił się i z podłogi podniósł swoją włócznię i tarczę. Wyglądało na to, że wszystkie przedmioty, które mieliśmy przy sobie w momencie wejścia na farmę, „spadły” tu z nami.

  • Cóż, panowie – odezwał się kapłan – Czas się rozejrzeć u kogo gościmy.

Przytaknęliśmy. Skoncentrowałem się i pozwoliłem aby Ki płynęło przez moje ciało wyciszając ból. Podziękowałem w myślach Bogini za tę łaskę i od razu poczułem się lepiej.

Ruszyliśmy w stronę wyjścia z komnaty. Prowadził z niej szeroki, na około półtorej metra, korytarz, cały pokryty kryształami. Po kilku metrach korytarz zaczął skręcać i doszliśmy do skrzyżowania, prowadzącego w prawo i lewo. Ruszyliśmy w prawo, a korytarz lekko zakręcał. Kiedy znów natrafiliśmy na rozwidlenie, ponownie poszliśmy w prawo i po kilku metrach trafiliśmy do groty, z której wyszliśmy. Wyszliśmy jeszcze raz, tym razem nie skręcając w prawo, a po chwili znów natrafiliśmy na rozwidlenie i ponownie skręciliśmy w prawo. Ku naszemu zaskoczeniu znowu znaleźliśmy się w tej samejkomnacie. Czyżby zmysły płatały nam figle? Stanęliśmy zaskoczeni.

  • Coś tu nie gra – powiedziałem – Dwie różne drogi, a trafiamy w to samo miejsce.

Sięgnąłem do sakiewki, wyjąłem srebrną monetę i położyłem w przejściu.

  • Wróćmy tą samą drogą – powiedziałem – Zobaczymy czy faktycznie kręcimy się wkoło.

Ruszyliśmy drogą, która przyszliśmy i znów doszliśmy do komnaty, lecz monety nie było. Postanowiliśmy znów ruszyć z powrotem i doszliśmy do komnaty, przed której wejściem leżała moneta.

  • Dobrze – zacząłem – wiemy, że nie kręcimy się w koło, tylko co to znaczy?

  • Wydaje mi się – zaczął Kejn – że pokoje ułożone są w rodzaju jakiejś spirali, ale to że wszystko wygląda tak samo, korytarze biegną po łuku, co zwyczajnie nas myli.

Przeszliśmy jeszcze raz, tym razem bardziej zważając na kąty pod jakimi rozchodzą się drogi na rozstajach. I powoli dochodziliśmy do tego jaki jest układ pomieszczeń. Nie była to spirala. Główny korytarz tworzył długi okrąg, z którego co jakiś czas, do wewnątrz, prowadziły korytarze zakończone niemal identycznymi grotami. Sprawdziliśmy to, kładąc monetę w korytarzu i idąc po łuku ciągle przed siebie, a po przejściu sporego odcina, zatoczyliśmy koło wchodząc znów do miejsca, gdzie położyliśmy monetę.

Budynek na wyspie w Kostce Xant

Podczas tej wędrówki tylko raz napotkaliśmy odnogę w lewo, czyli na zewnątrz kręgu. Mieliśmy nadzieję, ze to droga wyjścia. Tym bardziej, że z odnogi tej dochodził przytłumiony odgłos jakby fal uderzających o brzeg. I to właśnie tam po teście z monetą skierowaliśmy swoje kroki. Skręciliśmy w lewo, po chwili korytarz rozwidlał się na prawo i lewo. Później okazało się, że prowadzi do tego samego miejsca, do wyjścia z kompleksu grot, w którym się znajdowaliśmy. Z każdym krokiem szum fal stawał się coraz bardziej wyraźny. W końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń, a przynajmniej takie mieliśmy wrażenie, bo to co zobaczyłem na początku nie mieściło się w mojej głowie.

Wyszliśmy ze zbocza góry, pokrytej w całości delikatnie świecącymi kryształami. Gdy obejrzałem się za siebie, nad jaskinią, z której wyszliśmy, stroma ściana kryształów ciągnęła się w górę. Wzrok sięgał może jeszcze siedem, czy też osiem metrów w górę, po czy blask stawał się na tyle słaby, że reszta tonęła w mroku. Nad nami prawdopodobnie rozpościerało się niebo, lecz równie dobrze mogliśmy być pod ziemią w ogromnej jaskini. Bo nad nami ziała tylko czerń, ani jednej gwiazdy, czy choćby najmniejszego poblasku księżyca. Przed nami, w zasięgu wzroku, widniała ścieżka w dół, schodząca na „równinę”. Wszystko, łącznie ze ścieżką oraz tym co było u jej podnóża, składało się z kryształów, takich jak w górze, z której właśnie się wydostaliśmy. Reszta tonęła w mroku. Z naprzeciwka dobiegał wyraźnie słyszalny szum morza. Nie było drzew, ani roślinności, tylko gdzieniegdzie sterczały wysokie na trzy metry monolity. Mimo iż miałem wrażenie dużej, otwartej przestrzeni, mimo szumu morza, nie wyczuwałem najmniejszego ruchu powietrza.

  • Mam wrażenie – powiedziałem – że w jakiś sposób jesteśmy uwięzieni w tym sześcianie. Przebłyski tego fioletowego koloru są identyczne jak te, które wydobywały się spod płachty Nubrimusa w podziemiach Bakaraka.

  • Na ten moment nic to nie zmienia – powiedział Igo – musimy się po prostu jakoś wydostać.

Postanowiliśmy z Kejnem wdrapać się na szczyt góry, z której wyszliśmy i rozejrzeć się dookoła. Skała na początku wznosiła się dosyć stromo, lecz, dzięki kryształom w jej zboczu, wspinaczka szła sprawnie. Po chwili stromizna łagodniała i bez trudu dostaliśmy się na łagodny szczyt. Nad nami była nieprzenikniona ciemność, a pod nami widzieliśmy tylko tyle, na ile pozwalało nikłe światło kryształów. Lecz szum morza dobiegał zewsząd.

  • Jesteśmy na wyspie – powiedziałem, a Kejn zgodził się ze mną.

  • Na to wygląda.

Zeszliśmy do braci i podzieliliśmy się swoimi obserwacjami. Postanowiliśmy zejść na „równinę”. Ruszyliśmy przed siebie, a kiedy mijaliśmy większe monolity wystające z ziemi, buczenie, które towarzyszyło nam cały czas, nasilało się. Po chwili droga wyrównała się i prowadziła w poziomie. Ostrożnym krokiem ruszyliśmy w kierunku odgłosu wody. Ziemia pod stopami raz po raz była poprzecinana szerokimi i dosyć głębokimi rozpadlinami, które musieliśmy omijać. W końcu przed nami zamajaczyła ledwo widoczna, falująca woda, a szum stał się jeszcze wyraźniejszy. Podeszliśmy do brzegu. Woda raz po raz zakrywała kawałek brzegu i cofała się. Chyba wszyscy zauważyliśmy jednak, że mimo iż zachowuje się jak woda, wodą zdecydowanie nie była. Igo włożył palec i wyciągnął, palec był suchy. Nawet nie wiem mistrzu jak Ci to opisać, bo „woda” składała się z jakiegoś drobnego pyłu, może bardzo mocno zmielonego piasku, a mimo to falowała i zachowywała się jakby była prawdziwa. Nad powierzchnią wody też unosiła się delikatna fioletowa poświata, lecz widoczna ledwo, nawet mimo panującego mroku.

  • Myślicie, że jakbyśmy poszli wzdłuż brzegu to zatoczymy koło? - zapytał Kejn.

  • Wielce prawdopodobne – odparł Igo – z tego co usłyszeliście na szczycie, można przypuszczać, że jest to wyspa.

  • Igo – zaczął Dalinar – co o tym wszystkim myślisz? Chyba tylko ty możesz stwierdzić coś konstruktywnego.

  • Myślę – przerwał Kejn – że zanim nam odpowie, to moglibyśmy już ruszyć wzdłuż brzegu i zobaczyć czy zatoczymy koło. Opowiadać będzie po drodze.

Elf zabrał się za odłupanie kilku kryształów i ułożył je w stos.

  • To będzie nasz punkt orientacyjny.

Ruszyliśmy wzdłuż brzegu, co jakiś czas zerkając w stronę góry, aby określić czy nie oddala się i czy faktycznie o wyspa przypomina kształt okręgu.

  • Wydaję mi się – zaczął Igo – że Nubrimus uwięził nas w jakiejś magicznej przestrzeni, innym wymiarze lub nawet magicznym przedmiocie. Niestety nie wiem jak się stąd wydostać. Na ten moment próbuję w ogóle zrozumieć po co to zrobił. Bo po co stworzyli całą otoczkę naszej misji? Po co chcieli, abyśmy byli właśnie na tej farmie? Na pewno jest to sprawka tego sześcianu.

  • No też tego nie rozumiem – powiedziałem – choćby w Bakaraku mogli nas zabić kilka razy, niczym im nie zaszliśmy za skórę. Jedyna sprawa, która poszła nie tak jak chcieli, to głowa Łaskotka i to pod warunkiem, że jakoś się dowiedzieli, że to nie on. Ale to też mi jakoś nie pasuje, bo potem, wysłali nas na dosyć ważną misję zdobycia Kamienia Sumień od dahijskich trolli. A gdyby wiedzieli, że ich oszukujemy, raczej by nie zaryzykowali. To nasuwa mi też inne pytanie, mianowicie czy kostur naprawdę istnieje, czy to tylko opowieść, która miała nas zapędzić na tę farmę.

  • Dziwne jest to, że miał kostkę wcześniej – ciągnął mag – a użył jej dopiero na farmie.

  • To nie jest dziwne – odparłem – bo prawdopodobnie wtedy pozyskiwał dopiero nasze wzorce, abyśmy nie mogli oprzeć się jej mocy. „Mam wasze wzorce” - to dokładnie powiedział. Przyznaję, że tego nie rozumiem ni w ząb, ale to są jego słowa.

  • A może – zaczął Igo – to oni coś ukradli, a z nas zrobili kozła ofiarnego?

  • To mi nie pasuje – odparłem – bo równie dobrze mogli zabić i osądzić o to mniej ważnych ludzi ze swoich szeregów. My dla nich raczej byliśmy przydatni i zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

  • Mnie też zastanawia czym się kierowali – powiedział mag – i o co chodzi z tym co powiedział Nubrimus? Że ktoś może wyśledzić jego plan. Dlaczego zwyczajnie nas nie zamordowali?

  • Uważasz – zacząłem – że jesteśmy w jakimś rodzaju więzienia i wypuszczą nas, kiedy będziemy im do czegoś potrzebni?

  • Tego nie wiem – odparł Igo.

  • Jest to jakaś opcja – powiedział Dalinar – Może kiedyś stąd wyjdziemy i będziemy musieli coś zrobić.

  • Jeśli czas tu normalnie płynie – powiedziałem – to za niedługo umrzemy z pragnienia i głodu.

Szliśmy tak rozmawiając, a krajobraz praktycznie się nie zmieniał. W odległości majaczyła góra, z której wyszliśmy. Zastanawialiśmy się dlaczego my. Czy ma to związek z naszym pochodzeniem? Może z oszustwem odnośnie Łaskotka? Lecz cały czas nie było jasne dlaczego zwyczajnie nas nie zabili.

  • Nawet jeśli – zacząłem ponownie – zwrócił się do nich ktoś bardzo ważny, bo coś mu zostało skradzione. Nawet jeśli faktycznie to coś zostało skradzione przez Camaralczyków to czemu nadal żyjemy? I po co aż tak skomplikowane zabiegi, aby nas złapać?

  • Może jesteśmy właśnie transportowani do tej ważnej osoby pod sąd? – rzucił pomysłem Kejn.

  • Za dużo wiemy, aby Camaral tak zaryzykował – skwitował Igo.

Szliśmy tak rozmawiając, aż w końcu dotarliśmy do miejsca, w którym Kejn ułożył kopczyk z kryształów. Byliśmy na wyspie. O ile coś, otoczone płynnym pyłem, można nazwać wyspą.

  • Ciekawe czy można w tym pływać – wskazałem ręką na „wodę”.

  • Albo oddychać – powiedział Dalinar i ku mojemu zaskoczeniu wsadził w „wodę” głowę. Dosłownie po sekundzie wyciągnął ją, kaszląc, plując i dusząc się. Podałem mu bukłak, a on łapczywie wypił kilka łyków i odetchnął z ulgą.

  • Ostrożnie tam wejdę – powiedział Kejn, po czym wszedł po kolana. Wyszedł i patrzył na swoje nogi.

  • Tam miałem wrażenie, że jestem w wodzie. Była chłodna, a teraz moje nogi są suche, co to jest?

  • Nie wiem co o tym myśleć – zaczął Igo – Myślę, że powinniśmy wrócić do komnaty, w której się, obudziliśmy i zbadać ją dokładniej. Może pominęliśmy tam coś istotnego.

  • Dobra uwaga – poparł maga Kejn – Wróćmy się, jak będzie trzeba, to przeszukam nawet wszystkie te komnaty kawałek po kawałku.

  • Wydaję mi się, że najwyższy czas też odpocząć – powiedział Dalinar – i zadbać o wodę, bo ja już jestem spragniony.

Wróciliśmy do jaskini i udaliśmy się do pierwszej komnaty. Kejn zaczął obszukiwać ściany i podłogę. Wie wiem ile to trwało, ale w końcu się poddał.

  • Nie ma tu niczego prócz tych kryształów.

  • Czas odpocząć – powiedziałem – naprawdę padam z nóg. Myślę, że sen może pomóc nam jaśniej myśleć.

Położyliśmy się na kryształowych „łóżkach” i bez wystawiania wart zasnęliśmy momentalnie. Nie wiem czy obudziła mnie moja dyscyplina, wszak od lat wstaję przed świtem, aby medytować, czy pragnienie. Widząc, że moi bracia nadal śpią, pogrążyłem się w medytacji. Po jakimś czasie przebudzili się i oni. Postanowiliśmy wyjść na zewnątrz i zbadać duże monolity, wyrastające co jakiś czas z ziemi. Gdy schodziliśmy z pagórka, po pewnym czasie dostrzegliśmy, niemal na granicy widzenia, jakiś ruch dobiegający znad morza. Coś w rodzaju chmury pyłu, falującej na granicy widoczności. Podeszliśmy kawałek dalej i stanęliśmy jak zaczarowani. Z kipieli wynurzała się gigantyczna postać. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale miała setki metrów, a gdy się wyprostowała, widzieliśmy już tylko dół jej nóg, gdyż reszta tonęła w ciemności. Nagle, gdzieś nad nami, rozległ się tubalny, niczym grom śmiech, a po nim słowa:

  • WITAJCIE W MOIM PIEKLE! MAM NADZIEJĘ, ŻE LUBICIE RYBKI!

Po tych słowach dostrzegliśmy ruch ogromnej dłoni, która cisnęła czymś w naszym kierunku. Poczuliśmy gwałtowny wicher i unoszący się wodny pył, uderzający w nasze oczy. Każdy instynktownie z nas zasłonił oczy i ruszył w kierunku jakiejkolwiek zasłony. Sekundę po fali wiatru i pyłu kilkadziesiąt metrów od nas spadły jajowate kamienie wielkości człowieka. Po chwili zadrżały i zaczęły pękać, aby następnie zostać rozerwane z ogromną siłą. Odłamki świstały nad naszymi głowami.

Kiedy nastała cisza w ich miejscu zobaczyliśmy dziwne istoty. Było to coś na kształt połączenia pająka z węgorzem. Wiem mistrzu jak to brzmi. Gdybym tego nie widział, nawet nie umiał bym sobie tego wyobrazić, ale dokładnie tak było. Duży włochaty korpus, wraz z ośmioma włochatymi odnóżami, a z przodu coś na kształt węgorza, z paszczą uzbrojoną w ostre jak sztylety zębiska. Jakby tego było mało wszystkie potwory były wielkości dorosłego człowieka.

Neog

Stwory ruszyły w naszym kierunku. Nie było czasu na niedowierzanie. Ciało zadziałało instynktownie, a Ki popłynęło gwałtownym strumieniem. Przygotowywałem się na starcie z przeciwnikami i już słyszałem świszczące strzały elfa. Po chwili starłem się z dwoma istotami, a obok usłyszałem coś jakby świst wiatru i falę chłodu. Kątem oka dostrzegłem nawałnicę lodu, lecącą spomiędzy rozpostartych rąk Igo. Nie widziałem co stało się z przeciwnikami maga, bo musiałem się skupić na atakujących mnie stworach. Ta chwila nieuwagi jednak wybiła mnie z rytmu. Moje umiejętności stylu „Pijanego Mistrza” wymagały jeszcze dużo pracy, zwłaszcza na trzeźwo. Skupiłem się na unikaniu i chwyceniu rytmu, równocześnie sięgając po bukłak i wlewając potężną dawkę, zmieszanego z okowitą wina w gardło. Gdy podniosłem głowę, aby się napić, przez chwilę zobaczyłem ogromną głowę, jakby pochylającą się nad polem bitwy i obserwującą w zaciekawieniu nasze starcie. Ogromna głowa miała twarz Camarala.

Manewr z alkoholem dostrzegł chyba Kejn, bo krzyknął:

  • TSUME życie ci niemiłe!? Co ty robisz!?

Ale ja wiedziałem co robię. Potrzebowałem więcej gibkości, a okowita na pusty żołądek działa błyskawicznie. Stwory atakowały raz po raz, a ja tańczyłem, próbując złapać utracony rytm. Pajęcze odnóża raz po raz mijały mnie niebezpiecznie blisko i gdy pociągnąłem kolejny łyk z bukłaka, w końcu złapałem rytm. Obok usłyszałem znajome „fuknięcie” kuli ognia, którą dla odmiany wyczarował Igo. Przez chwilę mrok rozjaśniło jej światło. Przez krótki moment wyraźnie dostrzegłem błyszczącą i śliską skórę „węgorza”, wyrastającego z pajęczego kształtu. W świetle stwory te wyglądały jeszcze gorzej niż na początku. Istoty były bardzo szybkie, podczas uników udało mi się znaleźć tylko jeden moment na uderzenie, lecz było dosyć potężne. Po ciosie stwór aż przysiadł na swych pajęczych kończynach, lecz zdecydowanie nie miał zamiaru dać za wygraną. Chwilę później znów usłyszałem trzask, a powietrze ponownie gwałtownie się ochłodziło. Nie traciłem już czasu na oglądanie się na zaklęcia Igo. Chwila, którą pajęczak poświęcił na odzyskanie równowagi, starczyła, aby odesłać go dwoma szybkimi kopniakami w niebyt. Od strony Igo usłyszałem charakterystyczny huk błyskawicy, domyśliłem się więc, że musiał dać się ostro we znaki wrogim istotom. Broniłem się znów przed dwoma potworami, na miejsce powalonego, pojawił się następny. Ich ataki były na tyle szybkie, że coraz trudniej było mi znaleźć czas na wyprowadzenie ciosu. Lecz kiedy już trafiałem, to tak, że na pewno to poczuli. Po następnym ataku, bez jakby udziału swojego umysłu, odruchowo pociągnąłem z bukłaka, po czym wyprowadziłem kolejne silne kopnięcie. Stwór zaczął się wycofywać. W pierwszej chwili myślałem, że odstraszył go ból, lecz wtedy zobaczyłem, że pozostałe też się wycofują.

  • Kurwa musimy je dobić! – zawołałem – Bo zostaną z nami na tej wyspie.

Rozejrzałem się. Kejn ciężko opierał się na mieczu i krzyknął w stronę podbiegającego do niego Dalinara:

  • Tsume ma rację, trzeba je wyrżnąć.

Kapłan stanął i donośnym głosem krzyknął:

  • Za Vergena!

I wraz ze mną ruszył za stworami. Chwilę po tym, Kejn z trudem się wyprostował i poszedł za nami. Stwory jakby straciły zainteresowanie walką, właściwie zainteresowane były tylko wycofaniem się i to był ich błąd, bo kiedy nie musieliśmy unikać ich ciosów, po prostu szybko i systematycznie wybiliśmy je co do nogi. Ja miałem nawet chwilę czasu, by znów się napić.

Po chwili wszyscy byliśmy przy Kejnie. Kiedy emocje opadły, widać było, że stoi ledwo na nogach i był solidnie poraniony. W tym momencie usłyszeliśmy coś jak wciągane powietrze, a po chwilę ryk wściekłości. Obróciłem się w kierunku morza, wielka noga unosiła się.

  • Na górę, biegiem! – krzyknąłem do braci.

Chwyciliśmy Kejna pod ręce i zaczęliśmy biec pod górę w kierunku groty. Na moment obejrzałem się za siebie i w tym momencie wielka stopa opadła na taflę morza, wzburzając ogromną falę, która ruszyła w naszym kierunku. Wpadliśmy do jaskini, a chwilę po tym woda uderzyła w ściany góry. Po kilku oddechach woda cofnęła się, nie wyrządzając nam krzywdy. Igo wyjrzał na zewnątrz, a Dalinar wraz w Kejnem wznieśli modły do Vergena, aby uleczyć rany elfa. Mag po chwili przyszedł i powiedział, że istota znikła, a fala rozrzuciła stwory po wyspie.

  • Wiecie prawdopodobnie kim była ta istota? - zapytałem.

  • Nubrimus – powiedział Igo.

  • Nie, to był Camaral – odparłem – W trakcie walki spojrzałem w górę i zobaczyłem jego ogromną twarz. Przypatrywał się z zaciekawieniem naszej walce.

  • Camaral?! - zakrzyknął Dalinar.

  • Tak – odparłem – Chyba już teraz jest jasne, że jesteśmy jego więźniami i z jakichś przyczyn zabawia się nami. Tylko nadal nie wiemy dlaczego. A to była zdecydowanie próba zabicia nas. Więc wersję, że kiedyś nas wypuszczą, możemy chyba pogrzebać.

  • Gorsze jest to, że coraz bardziej chce mi się pić – powiedział Igo.

  • Mam resztę mocnego wina – odparłem – Chyba wszyscy musimy się tym podzielić, a potem co?

  • No, obeszliśmy całą wyspę i nic nie wyglądało tu na źródło normalnej wody – posępnie stwierdził kapłan.

Nagle mnie olśniło.

  • Mamy źródło wody – prawie wykrzyknąłem – Igo widzieliśmy, że posiadasz czar, który zamraża, a w co zamienia się lód?

  • No, niestety nie mogę rzucić tego czaru – grobowym tonem oznajmił Igo – Musiałbym go jeszcze raz zapisać w Matrycy, a nie posiadam swojej księgi, żeby przestudiować notatki.

  • Widać, mój genialny w swej prostocie pomysł, okazał się mało genialny – marudziłem pod nosem.

  • Nie pamiętasz tego czaru czy co? - dopytywał Dalinar.

  • Mogę próbować go rzucić pozamatrycowo – odparł mag – ale szansa powodzenia jest znikoma. Dodatkowo jest to niebezpieczne.

  • Moment, moment – powiedział Dalinar – Zanim go rzucisz, musimy mieć do czego zebrać lód.

  • Mamy tarczę i hełm – powiedziałem - A tym co się będzie topić, można uzupełnić mój bukłak.

  • Odsuńcie się. Postaram się w takim razie rzucić ten czar na ścianę wzdłuż korytarza.

Igo skoncentrował się i wypowiedział słowa zaklęcia, ale nic się nie stało. Po chwili spróbował jeszcze raz i znowu nic. Było widać, że jest sfrustrowany. Czarownik skupił się, wziął kilka głębokich oddechów i spróbował ponownie. Tym razem z jego dłoni wystrzelił stożek lodu, który pokrył sporą część ścian oraz stropu. Chyba wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Zaczęliśmy pakować kryształki roztrzaskanego lodu do hełmu, tarczy, a pomniejsze kawałki wciskałem do bukłaka. Jeśli tylko coś się roztopiło, piliśmy to łapczywie, uzupełniając szybko ponownie zapasy lodu.

  • Biorąc pod uwagę, że był to Camaral – zapytał Dalinar – co to wszystko oznacza?

  • No, mi to psuje wcześniejszą teorię, że jesteśmy uwięzieni tu tylko czasowo – powiedział Igo – Teraz ewidentnie wygląda to, że się na nas mszczą.

  • A jeśli Camaral potrzebuje co jakiś czas karmić tą istotę, którą widzieliśmy, nowymi ofiarami? - powiedział kapłan - I może dlatego popędzał tak Nubrimusa?

  • Ale po co wy się zadręczacie teraz takimi teoriami – zapytał Kejn – Jakie to teraz ma znaczenie?

  • Bo to ma znaczenie – powiedział Dalinar – Jeśli jesteśmy tu, bo potrzebują naszej energii życiowej, to nie możemy liczyć na to, że nas kiedyś wypuszczą albo liczyć na to, że tajemniczy ktoś znajdzie nasz ślad i po nas przyjdzie.

  • To, że mamy się stąd wydostać, to wiemy chyba już od początku – powiedziałem – ale nadal nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal nie mam pomysłu jak to zrobić, chyba że po tym wydarzeniu wy macie jakieś nowe pomysły.

Niestety nikt się nie odezwał. Zabraliśmy tarczę i hełmy z wodą do komnaty z „leżankami” z kryształu i zmęczeni usiedliśmy na „łóżkach”. Trudy walki dały się nam we znaki. Kejn zasnął pierwszy, Igo był następny. Dalinar i ja trzymaliśmy kurczowo hełmy, aby przypadkiem się nie przewróciły i żeby nie uronić ani kropelki drogocennej wody. Sam też pogrążyłem się w półśnie, wzdrygając się co chwila, kiedy czułem, że luzuję uścisk i hełm prawie wylatuje mi z rąk.

W pewnym momencie poczułem szturchnięcie Dalinara, który wskazywał głową środek komnaty. Na środku niej stał człowiek, a właściwie nie człowiek, tylko bardziej zjawa. Zjawa miała wygląd starca, przez jej niematerialną formę było widać ściany komnaty. Starzec ubrany był w staromodne ubrania.

  • Kim jesteś i co tutaj robisz? – zapytał Dalinar.

  • Jestem Kreol – odpowiedziała zjawa, lecz jej głos nie dobiegał z jej ust, a tak jakby gdzieś z oddali - Zawsze tu byłem.

  • Gdzie jest to tu? - zapytał Kejn.

  • Ktoś nas tu uwięził – powiedział Igo.

  • Eh kolejni – odparła zjawa.

  • Jak to kolejni? – dopytywał elf.

  • Od dawna tu jesteście?

  • Nie wiemy, może dwa, może trzy dni – odparł Igo.

  • Kim jesteś Kreolu? Odpowiedz – zapytał kapłan.

  • Jestem częścią tego miejsca, jestem tu od zawsze. Miejsce to stworzył zakon Thule-dun – bredził coś duch.

  • Czy zakon stworzył to miejsce, aby kogoś więzić? – zapytał Dalinar.

  • Chyba tak – odparła zjawa.

  • Czy możemy się stąd wydostać? – dopytywał kapłan.

  • Cóż… To raczej trudne, jeszcze chyba nikomu się nie udało.

  • Trudne, nie znaczy niemożliwe – stwierdziłem.

Nagle zjawa ruszyła w kierunku Igo i chwyciła go za rękę.

  • Nosisz ślad! Kim ty jesteś? Skąd pochodzicie?

  • Jestem Igo, jesteśmy drużyną poszukiwaczy przygód.

  • Dlaczego mnie obudziliście? Przysłał was zakon?

  • Nie – odparłem – Nie przysłał nas zakon, jesteśmy tu uwięzieni i nie wiemy dlaczego.

  • Czy znasz istotę, która nas zaatakowała? - zapytał kapłan.

  • Tym miejscem rządzą bogowie, których nikt nie zna. To oni stworzyli to miejsce – odparł Kreol - Powiedzcie mi skąd pochodzicie? Dlaczego nosisz Ślad? – zwrócił się do Igo.

  • To ślad po pierścieniu, który miałem na palcu, a który zabrał mi niejaki Nubrimus.

  • Pierścieniu? Nic nie wiem o żadnym pierścieniu, ale czuję, że w jakiś sposób jesteś mi bliski.

  • Co trzeba zrobić, by się stąd wydostać? – dopytywał Dalinar.

  • To prawie niemożliwe... Musielibyście mieć Kamień Wędrowca – odparła zjawa po namyśle.

  • Co to jest ten Kamień Wędrowca? – nie dawał za wygraną kapłan.

  • I to jest właśnie największy problem, one rosną w różnych miejscach, które są ukryte. To sanktuarium, w którym jesteście można opuścić, lecz tylko gdy jest sztorm... Zaraz po sztormie można stąd odejść... Trzeba szukać... Wyjść na skały... Zrozumiecie... Tam jest droga, którą czasem da się dojrzeć. Wypatrujecie tego w morzu.

  • Czy znajdziemy tu pożywienie? - Zapytał Kejn.

  • Tu nie, ale czasem da się coś znaleźć w innych miejscach.

  • Możemy cię jakoś wezwać? - zapytał Dalinar.

  • Możecie spróbować.

  • Jak wygląda Kamień Wędrowca? – dopytywał Igo.

  • Oh, kiedy go zobaczycie, od razu go rozpoznacie. Przynieście go wtedy tutaj, a postaram się wam pomóc. Strażnicy innych miejsc wiedzieli, gdzie szukać kamieni, ale ich już nie ma, a przynajmniej tak mi się wydaje. A jeśli się mylę i jakiegoś spotkacie, może on wam wskaże drogę do kamienia… A teraz muszę już iść.

Po tych słowach zjawa znikła.