Kronika

Kroniki XXV: Kostka Xantów

Postanowiliśmy zatem poczekać na sztorm. Niestety nie mieliśmy wyboru i pozostawało nam mieć tylko nadzieję, że słowa ducha są prawdziwe i że do tego momentu nie umrzemy z głodu lub pragnienia. Plan był prosty, trójka z nas czeka w komna...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Postanowiliśmy zatem poczekać na sztorm. Niestety nie mieliśmy wyboru i pozostawało nam mieć tylko nadzieję, że słowa ducha są prawdziwe i że do tego momentu nie umrzemy z głodu lub pragnienia. Plan był prosty, trójka z nas czeka w komnacie, aby nie marnować sił, a jedna osoba oczekuje oznak sztormu i tak na zmianę.

Szczęście tym razem uśmiechnęło się do nas. Po dosłownie kilku zmianach, usłyszeliśmy głośne uderzenia burzy nad morzem z pyłu. Cała burza nie trwała jakoś długo i gdy tylko ucichła, zabraliśmy wszystkie swoje rzeczy, napoiliśmy się wodą z tarczy, a resztę zlaliśmy do mojego bukłaka i udaliśmy się na brzeg. Naszym oczom ukazało się coś w rodzaju wąskiego falochronu, prowadzącego od brzegu w głąb morza. Nie wiemy czy to morze się cofnęło i opadł jego poziom, czy ta dziwna konstrukcja w jakiś magiczny sposób podniosła się do góry. Tak jak wspominałem, nie mieliśmy wyjścia, więc z dużą dozą strachu ruszyliśmy po dziwnej konstrukcji przed siebie. Nie wiedząc kiedy grobla znów pogrąży się w odmętach, ruszyliśmy przed siebie tak szybko na ile to było możliwe, aby nie ryzykować upadku do wody.

Podróżowaliśmy tak kilka godzin. Czasem falochron był prawie na równi z wodą, czasem wznosił się ponad nią, a czasami niknął w niej tak, że musieliśmy iść po kolana w wodzie. W pewnym momencie droga się skończyła, a na jej końcu wyrosła ściana nieprzeniknionej ciemności. Igo wysunął się naprzód i począł przyglądać się pustce przed nami. Ukląkł po chwili, aby zbadać ręką czy falochron dalej prowadzi w mrok. Niestety oznajmił nam, że droga się urywa i nie czuje oparcia dla dłoni. Po chwili niepewności postanowił wsadzić głowę w mrok. Widzieliśmy połowę jego ciała na ścieżce przed nami, a reszta kryła się w nieprzeniknionej ciemności. Po chwili wrócił cały na ścieżkę, podniósł jakiś drobny odłamek lezący na falochronie i znów do połowy zniknął w ciemności. W końcu stanął na nogi i znów był cały wśród nas.

  • Nie wiem jak wam to wytłumaczyć – zaczął Igo – grobla faktycznie kończy się równo z linią ciemności, lecz potem załamuje się i prowadzi dalej pionowo w dół. Morze, które jest wokół również opada pionowo w dół, ale zaraz się kończy. Falochron przechodzi w jakby most, zawieszony nad pustką. Rzuciłem kamień i nie poleciał w dół, lecz po chwili spadł na chodnik, jakby to co widzę na dole było tylko złudzeniem.

  • A może – zacząłem – jeśli jesteśmy w kostce dotarliśmy do jej końca. Byliśmy powiedzmy na górnej ściance, szliśmy tak długo, że dotarliśmy na jej koniec. Kreol mówił o innych miejscach. Może każda ze ścian kostki, to właśnie takie inne miejsce.

  • Ma to sens – odpowiedział Dalinar. Za całkiem prawdopodobne uznali to też Igo i Kejn.

  • Tylko co dalej? – zapytałem.

  • Myślę, że nie mamy innego wyjścia – odparł mag – tylko postarać się zejść na dół.

Igo ukląkł, a potem zaczął iść na czworaka w stronę ciemności i po chwili cały zniknął. Dalinar częściowo wychylił się za linię mroku, po czym wrócił i powiedział:

  • Mimo że wygląda to tak, że mój rozum szaleje, wygląda na to, że Igo stoi na pionowej ścianie, ale nic mu nie ma i mówi żeby iść za nim. Ruszam.

Dalinar tak jak Igo na czworakach zginął w ciemności. Po chwili ruszyłem i ja. Do teraz trudno mi to wyjaśnić, ale kiedy tylko moje ręce oparły się na chodniku opadającym pionowo w dół, nie miałem wrażenia, że spadnę. Zatem powoli poruszałem się do przodu. Nawet nie wiem kiedy zmieniła się perspektywa, po prostu w pewnej chwili zorientowałem się, że idę na czworaka tak jak zwykle po czymś poziomym. Za mną wszedł Kejn. Wstaliśmy i tym razem za nami na końcu grobli była linia wyznaczona przez mrok. Było to naprawdę niesamowite doznanie. Tak jakby cała kostka wraz z naszym przejściem obróciła się tak, aby boczna ścianka była teraz u góry.

Jeszcze kawałek szliśmy chodnikiem, który wisiał nad wszechobecną pustką, aż naszym oczom ukazał się brzeg, za którym rozciągał się iglasty las. A przynajmniej wyglądało to tak z daleka. Ktoś z nas zerknął w górę i wskazał tam ręką. Gdy podniosłem oczy, gdzieś w nieprzeniknionym mroku, bardzo wysoko widniało coś, co przypominało wpatrujące się w nas wielkie, zielone oczy, zawieszone w ciemności.

Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że drzewa to także kryształowe struktury. Przez las prowadziła ścieżka, którą podążyliśmy. Tak jak i na wyspie, z której właśnie się wydostaliśmy, wszystko tutaj emanowało delikatnym blaskiem, a nad nami była tylko nieprzenikniona ciemność. Idąc przez las, czasem dostrzegaliśmy coś na kształt dębów koloru niebiesko-zielonego, z małą ilością liści. Dęby te dla odmiany roztaczały bardziej fioletową poświatę niż reszta lasu, a na ich gałęziach wisiały owoce przypominające jabłka. Lecz i owoce były z kryształu. Zebraliśmy ich kilka, lecz nie próbowaliśmy ich jeść. Po kilkudziesięciu minutach opuściliśmy las, a ścieżka prowadziła przez polanę, na której w różnych miejscach sterczały spore, nawet trzymetrowe kryształy. Szliśmy dalej, aż naszym oczom ukazała się wioska.

Osada składała się dosłownie z kilku domostw, oczywiście zbudowanych z drobnych kryształów. Na środku stała karczma, z której dobiegało światło. Droga, którą przybyliśmy, prowadziła dalej prosto, a przed karczmą rozdzielała się dodatkowo na prawo i lewo. Udaliśmy się więc do karczmy. W środku było kilka niemrawo wyglądających osób, niektórzy zakapturzeni oraz karczmarz Thomas, który oznajmił, że pełni on rolę sołtysa. Karczma oświetlona była przez jasne kryształy, które dawały światło przypominające blask ognia świecy. Pierwsze co rzuciło się nam w oczy to to, że część ręki sołtysa była skrystalizowana. To samo tyczyło się gości w karczmie. Każdy w mniejszym lub większym stopniu pokryty był kryształem. Zapytany o posiłek, zapewnił, że przygotuje coś dobrego i po chwili zjawił się z tacą kryształowych jabłek. Głód mocno dawał nam się we znaki, więc skusiliśmy się na jedzenie. Jabłka o dziwo okazały się pożywne, a przede wszystkim zapewniały dużo soków, które gasiły pragnienie.

W pewnym momencie zapytaliśmy karczmarza skąd się znalazł w tym dziwnym miejscu. Thomas miał tendencje do zastanawiania się nad każdą odpowiedzią. Jego słowa zazwyczaj poprzedzone były chwilą ciszy i wyrazem skupienia na twarzy. Odpowiadał wolno i niepewnie, jakby musiał odnajdywać w zakamarkach pamięci każde słowo.

  • Hmm, zostałem tu uwięziony - znowu nastała chwila przerwy – chyba.

Ponownie chwila ciszy.

  • Tak jak wszyscy tutaj – wskazał dłonią pokrytą kryształem na zebranych w gospodzie.

Po chwili powiedział znowu tak jakby zapomniał, że zrobił to już wcześniej:

  • Tak, uwięziony. Dawno temu tak myślę.

  • Uwięziony za co? - zapytał Dalinar.

Znów chwila zastanowienia się i cicha, niepewna odpowiedź:

  • Nie, nie wiem. Nie pamiętam, ale chyba uwięziony dawno. Taaaak, bardzo dawno. Chyba tak.

Zapadła cisza.

  • Może chcecie pokój? - zaproponował jakby nigdy nic - Powinien tu być jakiś pokój, tak myślę. To przecież karczma.

Zastanowił się chwilę nad tym co powiedział i gdzieś poszedł.

Mieliśmy trochę czasu, aby przyjrzeć się pozostałym ludziom w gospodzie. Karczmarz zdawał się najmniej dotknięty tajemniczą, kryształową naroślą na jego ciele. Większość osobników w pomieszczeniu miała kryształem pokryte nawet głowy. Część nie mogła już nawet mówić, część rozmawiała tak niewyraźnie, że chyba tylko oni potrafili się zrozumieć. Po chwili przyszedł karczmarz i zaprowadził nas do pokoju. Byliśmy tak zmęczeni, że nie zważając na możliwe niebezpieczeństwa w tak dziwnym miejscu, zasnęliśmy szybko. Widocznie zjedzone dziwne owoce oraz sen na prawdziwym łóżku, co prawda zbudowanym z malutkich kryształów, sprawił, że obudziliśmy się w pełni sił, mimo iż w nocy wszystkim przyśnił się ten sam koszmar. Biegliśmy w nim w kierunku widniejącej przed nami wieży, a zewsząd goniły nas różne potwory.

Rano poprosiliśmy karczmarza o śniadanie, a ten zapewnił, że zaraz coś przyrządzi. Po pewnym jednak czasie ponownie przyniósł nam miskę tych dziwnych, kryształowych owoców.

  • To jedyne jedzenie? - zapytałem.

  • Tak – po chwili namysłu odpowiedział karczmarz.

  • A czy można znaleźć gdzieś inne? – dopytał Dalinar.

Mimo iż owoce były smaczne, wszyscy obawialiśmy się tego, że to one odpowiedzialne są za stan ludzi w tym miejscu. I nie chcieliśmy ich jeść więcej niż tyle, aby nie paść z pragnienia i głodu. Nim karczmarz odpowiedział, musiała minąć dłuższa chwila, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy, kiedy zastanawiał się nad odpowiedzią, szukając czegoś w swej pamięci.

  • Czasem można zdobyć prawdziwe jedzenie – przy tych słowach rozbłysły mu oczy, jakby przypomniał sobie czasy kiedy i on jadał normalnie - Widowisko, taaak, widowisko. Jest taka arena, gdzie można wygrać jedzenie i wodę. O tak. Prawdziwą wodę.

Po tych słowach znów pogrążył się w rozmyślaniach.

  • Jaka, arena? Jakie widowisko? - dopytywał Kejn.

  • A tak – powiedział wyrwany z zamyślenia Thomas – jest taki portal. Kiedy jest widowisko, przechodzą tam i walczą na arenie. Walczą, a nagrodą jest woda i pokarm. Pokażę wam.

Po tych słowach powoli wstał, dał nam znać ręką, abyśmy szli za nim. Ku naszemu zdziwieniu poprowadził nas do piwnicy na zapleczu karczmy. Piwnicę, tak jak i gospodę, oświetlały dziwne kryształy. Prócz skrzyń pełnych kryształowych owoców nie było tam zupełnie nic. Thomas doprowadził nas do jednej ze ścian, gdzie wbudowany w nią był swego rodzaju portal. Igo stwierdził, iż może to być jakiś rodzaj magicznego przejścia, które aktualnie nie jest aktywne.

  • Kiedy zaczyna się widowisko – powoli mówił karczmarz – Przejście otwiera się i idą walczyć o prawdziwe jedzenie.

Po chwili wróciliśmy do sali u góry i stwierdziliśmy, że walka ku uciesze Camarala jest ostatnią rzeczą, która nas interesuje i jeśli nie będzie to niezbędne do wydostania się z stąd, nie mamy zamiaru się tam udawać. Uznaliśmy, że czas ruszać dalej, ale w zasadzie to nie wiedzieliśmy dokąd. Thomas opowiedział nam dokąd prowadzą trzy pozostałe drogi odchodzące z wioski.

  • Jeśli pójdziecie w tamtym kierunku – wskazał ręką, a my umownie ustaliliśmy, że to północ – dotrzecie do jaskini, gdzie mieści się świątynia Boga władającego tą krainą.

Zapytany jaki to Bóg, nie był w stanie odpowiedzieć.

  • Po prostu Bóg. Nie znam jego imienia, ale od zawsze włada tym światem. Jeśli podążycie drogą na wschód, dojdziecie do świecącego kamienia. To z niego mam kryształy, które oświetlają karczmę. Przy krysztale są rozstaje. Jeśli skręcicie w lewo dojdziecie do ognistej wieży. Legenda głosi, że była tu od zawsze, a dojścia do niej strzeże niebieski potwór. Lecz nikt nie wie czy to prawda, bo ktokolwiek się tam udał, nie wrócił. Jeśli pójdziecie prosto, dojdziecie do osady Ankh, natomiast, gdy skręcicie w prawo, traficie do lasu. Ale czy w tym lesie coś jest, to nie wiem. Można też z naszej osady iść drogą na zachód – tu karczmarz zastanawiał się dłużej niż zwykle – i dojdziecie wtedy do rzeki i wodospadu. Tam są inne osady. Tak mi się wydaje. Nie jestem pewien skąd to wiem i czy tam byłem.

Igo pośpiesznie namalował małą mapę, według słów Thomasa.

Wioska w Kostce Xantów

Dalinar zapytał, czy karczmarz mógłby nam dać kawałek świecącego kryształu, a Thomas chętnie się z nami podzielił. Dodatkowo zaproponował, że przydzieli nam przewodnika. Tą osobą był Marek, ale kryształowa narośl na nodze sprawiała, iż poruszał się wolno i ociężale. Choroba dodatkowo zaatakowała już jego gardło, co czyniło go niemową.

W powolnym tempie udaliśmy się za nim drogą prowadzącą na „północ”. W końcu dotarliśmy do jaskini, a po wejściu do niej naszym oczom ukazał się duży, doskonały i precyzyjny w każdym aspekcie posąg Camarala. Z jednej strony mocno nas to zaskoczyło, z drugiej chyba każdy z nas przyznał, że gdzieś z tyłu głowy kołatała taka myśl, że to właśnie przywódca Camaralczyków może być „Bogiem” tego świata.

  • Mam nadzieję, że odrąbię mu ten czarny łeb – ponuro powiedział Kejn.

I chyba wypowiedział na głos pragnienie nas wszystkich.

W grocie nie było nic poza pomnikiem, wróciliśmy zatem do wioski i udaliśmy się, już bez towarzystwa Marka, na „wschód”, w kierunku świecącego obelisku. Po pewnym czasie, już z daleka, zobaczyliśmy go. Emanował przyjemnym światłem, a za nim faktycznie zgodnie z opisem Thomasa były rozstaje. Odłamaliśmy bez większych problemów kilka kawałków świecących kryształów, aby w razie potrzeby mogły zastąpić nam pochodnię i ruszyliśmy na północ w stronę legendarnego zagrożenia i płonącej wieży.

Droga przez jakiś czas prowadziła przez coś w rodzaju trawiastych łąk, a po kilkuset metrach ujrzeliśmy ścianę lasu. Tym razem drzewa przybrały kolor niebieski i emanowały właśnie poświatą takiego koloru. Wytrwale kroczyliśmy przed siebie, kiedy nagle, z zaskoczenia, zaatakował nas kilkumetrowy wąż o połyskliwych, niebieskich łuskach. Bestia ta doskonale zamaskowała się w konarach drzew o praktycznie identycznym kolorze. Nawet sprawne oczy Kejna nie wypatrzyły tego zagrożenia. Dalinar momentalnie sięgnął po broń i tarczę, ja zaś skupiłem się na przepływie Ki. Kejn sięgał po łuk, a Igo, wycofując się delikatnie w tył, rozpoczął inkantacje zaklęcia.

Kostka Xantów - Lodowy Wąż

Wąż zaatakował z furią. Kapłan zdążył wbić się między węża a nas i blokując się tarczą, starał się ugodzić gada swą włócznią. Koło mnie zaczęły furkotać strzały, a chwilę potem bok stworzenia przypalił ogień. Po chwili i ja atakowałem, doskakując i odskakując raz po raz. Wąż kłapał swą ogromną paszczą, obnażając duże i ostre jak szpikulce zęby, wił się i uderzał masywnym ogonem. Po kolejnym ciosie Dalinara wycofał się i jakby uniósł wysoko swe cielsko. Przez chwilę pomyślałem, że cofa się pod naporem ciosów, lecz szybko zrozumiałem swój błąd. Stwór rozwarł szeroko pysk, wziął głęboki oddech, a po chwili z jego paszczy poleciały w naszym kierunku ostre kawałki lodu. Dalinar zasłonił się tarczą, ja tylko częściowo zdołałem uskoczyć, lecz pancerz Ki w dosyć znacznym stopniu osłabił siłę uderzenia. Mimo to poczułem solidny ból. Kejn miał mniej szczęścia i zajęty szyciem z łuku, oberwał całą masą lodowych pocisków. Wąż wykorzystał to, iż ukryty za tarczą Dalinar miał nieco mniejsze pole widzenia i spowolnione ruchy, wystrzelił swój łeb do przodu i ugryzł kapłana w ramię. Jego zęby musiały przebić zbroję, gdyż Dalinar jęknął z bólu. Nie powstrzymało to jednak naszego natarcia. Kejn nadal szył z łuku, ja uwijałem się jak w ukropie, próbując zadać jak najdotkliwsze uderzenia, a kapłan swą długa włócznią usiłował trzymać stwora na dystans. Wąż krwawił coraz mocniej, lecz napierał z taką samą furią co wcześniej. Po chwili znów cofnął się i nabrał powietrza, jednak na ten moment czekał Igo. Stwór tylko przez chwilę był nieruchomy, lecz mag dobrze wyczekał moment i szeroki strumień ognia popłynął z jego dłoni i trafił gada tuż pod głową. To przerwało nabieranie powietrza i na chwilę oszołomiło istotę, a moment ten wykorzystał Dalinar, wbijając głęboko włócznię, praktycznie w to samo miejsce, w które trafił Igo. Stwór zwalił się na ziemię i drgał. Wściekły Kejn wyszarpał miecz i raz po raz zaczął okładać cielsko tuż za głową. Wyrąbał już sporą szczelinę, kiedy to opadł z sił i usiadł na ziemi trzymając się za miejsca, które najbardziej oberwały lodem. Był blady i ciężko oddychał. Igo spięty stał dalej w tym samym miejscu, a Dalinar ukląkł z wyraźnym wysiłkiem tam, gdzie stał. Dosłownie po kilku sekundach wstał i podszedł do Kejna. Wezwał imienia Vergena i prosił go o łaskę uleczenia dla elfa. Po chwili podszedł do mnie, a gdy podniosłem koszulę, zobaczył ogromne siniaki na moich żebrach. Pomodliłem się wspólnie z nim i ból i większość wybroczyn zniknęła. Upewniliśmy się, że wszystko z nami w porządku.

  • Miałem dużo szczęścia – zaczął Dalinar – Gdyby ta walka trwała dłużej, prawdopodobnie przypłaciłbym to życiem. To ścierwo było jadowite i gdybym nie miał czasu wyprosić Boga o usunięcie trucizny, już byłoby po mnie. Ostatni cios włócznią to był już cios rozpaczy. Czułem, że gwałtownie tracę siłę, lecz dzięki Vergenowi udało nam się stoczyć dobrą i zwycięską walkę.

Podeszliśmy do stwora i na spokojnie oglądaliśmy jego zwłoki. Jego łuski wydawały się być zrobione z kryształu, lecz z jego ran sączyła się krew. Igo przyjrzał się dokładnie i powiedział:

  • Fascynujące. Na pierwszy rzut oka widać, że to krew. Jednak ta krew składa się też z małych drobinek kryształu. Dokładnie tak samo jak woda na wyspie. Tu chyba wszystko stworzone jest z jakichś kryształów, a ludzie tacy jak Thomas po pewnym czasie są przez kryształ pochłaniani. Musimy się pośpieszyć w naszych poszukiwaniach, bo nie mam ochoty skończyć jak ludzie z tamtej wioski.

  • Zgadzam się z tobą – powiedział Dalinar – lecz ja muszę odpocząć. Muszę wzmocnić na nowo swoją więź z Bogiem, abym mógł służyć nam jego mocą. Nie wiemy czy to ostatnie zagrożenie, ani co czeka na nas w wieży.

Usiedliśmy zatem w trójkę, a Igo poświęcił ten czas na badanie truchła węża. Po niecałej godzinie kapłan stwierdził, że możemy udać się dalej, aby wyjść z tego dziwnego lasu, obawiając się, że ten wąż nie był jedynym.

  • Odpoczniemy w jakimś bezpieczniejszym miejscu.

Po tych słowach ruszyliśmy przed siebie dalej na „północ”. Po dosłownie kilkudziesięciu metrach, drzewa zaczęły wyraźnie się przerzedzać, a chwilę później dotarliśmy do polany. W oddali zobaczyliśmy wysoką na około dwanaście metrów wieżę z czarno szarego kamienia. Wieżę otaczała ściana wysokiego na około trzy metry płomienia. A w zasadzie założyliśmy, że płomienie otaczają wieżę, jako że widzieliśmy ją na ten moment tylko z jednej strony. Z tej odległości nie dostrzegliśmy też, aby budowla posiadała jakiekolwiek okna. Podeszliśmy jeszcze kawałek bliżej i tu postanowiliśmy ponownie odpocząć. Dalinar pogrążył się w modlitwie. Mimo iż byliśmy w sporej odległości, wyczuwalne było ciepło bijące od płomieni. Igo zaciekawiony zapewne magiczną naturą płomieni, powiedział, że podejdzie kawałek, aby się przyjrzeć. Wrócił po chwili i oznajmił:

  • To potężne zaklęcie. Zbliżyłem się na około siedem metrów i żar bijący od płomieni stawał się już nie do wytrzymania. Poczekajmy aż Dalinar zakończy modły i obejdźmy wieżę, gdyż z tej strony nie dostrzegłem drzwi.

Zaobserwowaliśmy, że trawa na polanie była bardzo uboga, w pewnej odległości od wieży poczerniała, a dalej była już wypalona do gołej ziemi.

  • Ciekawe – powiedziałem do braci, leżąc na ziemi i wpatrując się w bezkresną czerń nad naszymi głowami – Wąż ział ogniem, a wieża płonie. A może to jest centrum jednej ze stron kostki i reprezentuje żywioł ognia? Wyspę reprezentowała woda, może inne reprezentują powietrzę i ziemię. Tylko co z pozostałymi dwoma? A może chaos i magia? Igo, czy magia jest żywiołem?

  • Uczony byłem – odpowiedział mag – że są cztery żywioły i nie, magia nie jest żywiołem.

  • Wiem, że teraz tak sobie wymyślam, ale nie mam co robić, a alkohol się skończył – powiedziałem ze smutkiem.

Po pewnym czasie Dalinar skończył modły i postanowiliśmy obejść wieżę. Z każdej strony wyglądała tak samo, brak okien i okalająca ją ściana ognia. Ogień tańczył i czasami, wpatrując się w jedno miejsce, udawało dostrzec się co skrywa. W ten sposób zlokalizowaliśmy coś, co przypominało zarysem drzwi. Pozostała tylko kwestia jak się do nich dostać. Zagadką było też to, jak gruba jest ściana płomieni.

  • Igo – zacząłem – jak myślisz, czy czar, który rzuciłeś i tworzył lód, dałby radę to zgasić?

  • Daj mi chwilę – odparł mag, po czym zaczął bacznie przyglądać się ścianie ognia.

Wyciągał w jej kierunku dłonie, koncentrując się na niej. Z powodu bijącego żaru, robił to wszystko ze znacznej odległości. Po chwili odpowiedział na moje pytanie:

  • Jak już wiecie, bez ponownego przestudiowania tego czaru, co w naszym żargonie oznacza „bez zapisania do Matrycy, rzucenie go jest bardzo trudne, co zresztą widzieliście, kiedy chciałem przywołać stożek lodu, aby zapewnić nam wodę. Ryzyko jest takie, że przy próbie rzucenia go, stracę cały swój pozostały potencjał magiczny. Szansa, że się w ogóle to powiedzie jest nikła, a nawet jeśli mi się uda, to, patrząc na naturę tego zaklęcia, wątpię aby udało mi się zgasić płomienie otaczające wieżę. Najwyżej na krótki czas je osłabię, co i tak nie przybliża nas do drzwi. Nawet jeśli udałoby się ugasić ten płomień, w co szczerze wątpię, to i tak efekt utrzyma się dosłownie na chwilę.

  • Ja mogę poprosić Vergena o ochronę przed ogniem – przerwał magowi Dalinar – lecz nie wiem jak bardzo śmiertelnym zagrożeniem jest ten magiczny ogień. Dla przykładu, osoba pod wpływem tego błogosławieństwa, jest w stanie przetrwać kulę ognia rzuconą przez maga.

  • Jak długo działa to błogosławieństwo? - zapytałem – I ile osób może objąć?

  • Co do osób – odparł kapłan – to muszę wymodlić tę łaskę dla każdego z osobna, a co do trwania to już zależy od mocy ognia. Ogień, w zależności od jego natury, czy jest naturalny, czy magiczny, będzie powoli spalał otrzymaną od Boga ochronę. Mam nadzieję, ze rozumiecie co mam na myśli.

  • Oby nie było tak Dalinarze – powiedziałem – że już samo podejście do ognia wyczerpie moc błogosławieństwa. Bo wtedy nadal nic nam to nie daje.

  • Nie mogę zagwarantować, że tak nie będzie – odparł kapłan – Nie znam ani siły, ani natury tego ognia. Pozostaje nam to przetestować. Oczywiście nie myślę o testowaniu na nas, raczej skłaniałbym się, aby zabezpieczyć jakiś przedmiot i go tam przerzucić.

  • To nic nie da – zaprotestowałem – Przerzucony przedmiot przeleci przez ogień o wiele szybciej, niż nam zajmie samo podejście. To nic nie wnosi. Jest jeszcze jedno pytanie, czy ta ściana ognia z drugiej strony jest tak samo gorąca. Wszak wieża ciągle stoi, widzieliśmy zarysy drzwi i też są całe. Może te płomienie mają tylko za zadanie nie dopuścić kogoś do środka?

  • Wątpię – odparł Igo – jestem prawie pewien, że to w jakiś sposób podtrzymywana wersja czaru „Ściana ognia”, który znam. A ten pali od dwóch stron.

  • Myślę, że nie mam co gdybać – przerwał Dalinar – tylko jak zwykle zawierzyć mocy Vergena.

  • Poczekajcie chwilę – powiedziałem – Chcę coś sprawdzić.

Skoncentrowałem się i wybiłem się pionowo w górę, wyskakując ponad poziom ognia i po chwili wylądowałem z mocnym ugięciem nóg.

  • Ogień ma głębokość nie więcej niż pół metra, a drzwi do wieży wydają się drewniane. Wszystko jest delikatnie poczerniałe – oznajmiłem – Zróbmy tak. Poproś Vergena o ochronę dla mnie, bo jako jedyny jestem w stanie w miarę szybko doskoczyć do drzwi, nie marnując czasu na podchodzenie przez ogień. Co znacząco powinno wydłużyć czas ochrony. Sprawdzę czy jestem wstanie otworzyć drzwi i czy w środku też panuje ukrop.

  • Mogę jeszcze wyprosić Vergena o to, aby, gdyby błogosławieństwo jednak działało zbyt krótko, uleczył twe rany. Tylko wtedy musisz od razu się wycofać, gdyż nic więcej nie będę w stanie zrobić – oznajmił kapłan.

  • Gdyby coś poszło bardzo nie tak – powiedział Igo – postaram się rzucić na ciebie pewną sferę ochronną, która przyda ci się w trakcie ucieczki w tę stronę. Czar ten zamknie cię w kuli, która osłoni cię przed ogniem. Przy odrobinie wysiłku będziesz w stanie ją turlać. Mówię ci to po to, abyś się przed tym nie bronił, bo w zasadzie jest to czar, który rzuca się na kogoś wbrew jego woli.

  • Zróbmy to zatem – powiedziałem.

Dalinar podszedł do mnie, wyciągnął symbol boga i zaczął modlitwę.

***Vergenie spraw by płomienie nie imały się tego człowieka

niech ogień nie przeszkodzi mu w chwalebnej misji,

jego duch niech nie zazna strachu, a wola pozostanie niezachwiana

w Tobie pokładamy swe nadzieje.***

Sam pozwoliłem, aby Ki płynęło przez moje ciało i gdy Igo dał znak, że też jest gotowy, przygotowałem się do skoku. W momencie przeskakiwania przez ogień, poczułem żar i ból, lecz trwało to dosłownie chwilę, a gdy wylądowałem przed drzwiami żar ustąpił. Popatrzyłem na swoje ubranie i włosy, czy przypadkiem nie zaczynają się palić. Nic takiego nie zauważyłem. Po chwili poczułem jednak na plecach narastający żar, a moje ubranie zaczęło się tlić. Szybko szarpnąłem za klamkę i ciężkie drzwi z oporem ustąpiły. W blasku ognia przed sobą zobaczyłem pomieszczenie, a kątem oka dostrzegłem stół. Żar z tyłu stawał się nieznośny, wszedłem więc do środka i schowałem się za murem. Uczucie gorąca momentalnie zniknęło. Odetchnąłem z ulgą i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Jedynym źródłem światła były płomienie na zewnątrz. Wyciągnąłem rękę w kierunku drzwi i szybko ją cofnąłem, gdyż żar był nieznośny. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Po chwili zorientowałem się, że prócz światła padającego przez drzwi, pomieszczenie delikatnie oświetlały też dziwne zielono-niebieskie kryształy, które wyrastały z podłogi oraz ścian. Nie wychylając się za obrys drzwi zawołałem do braci:

  • Jestem w wieży! Na pewno sam nie dam rady wrócić. Błogosławieństwo zapewniło mi ochronę dosłownie na kilka sekund po tym, kiedy dotarłem pod drzwi. W wieży jest chłodno! Natomiast muszę stać za ścianą, więc jeśli się zdecydujecie, musicie biec ile sił w nogach!

  • Powiedz mi Tsume! – krzyczał Dalinar – Czy zostałeś ranny?

  • Wydaje mi się, że trochę się poparzyłem! - odkrzyknąłem – Ale nie przy przejściu, tylko wtedy, kiedy szarpałem się z drzwiami! Aha i ostrzegam! Samo przekroczenie granicy ognia jest nieprzyjemne!

  • Biegnę – krzyknął Igo.

Przygotowałem się na to, że gdy tylko zobaczę go w drzwiach, wciągnę go za mur. Po chwili faktycznie w drzwiach zobaczyłem maga i pociągnąłem go w swoją stronę. Następnie usłyszałem krzyk Kejna:

  • Teraz ja!

Ponownie przygotowałem się na przejęcie i gdy tylko elf pojawił się w drzwiach, wciągnęliśmy go z Igo za mur. Ostatni był Dalinar. Po wbiegnięciu do środka, zatrzasnąłem drzwi wieży.

  • Chwała niech będzie Vergenowi – z ulgą powiedział kapłan, czując chłód bijący ze środka.

  • Chwała – odparłem.

  • Pokaż no się – powiedział kapłan.

Podniosłem koszulę, a Dalinar, widząc moje plecy, syknął.

  • Pozwól, że uleczę twe rany – kapłan pomodlił się i poczułem ulgę.

Igo wyciągnął jeden ze świecących kryształów, które odłamaliśmy ze świecącego obelisku i uniósł go w górę. W końcu mogliśmy przyjrzeć się wnętrzu wieży. Okazało się, że zbudowana była z prawdziwego kamienia, a nie kryształu jak wszystko inne. Miejsce wyglądało na opuszczone od dawna, a kiedy spojrzeliśmy w górę, nie było widać żadnych schodów lub balkonów. Wysoko nad nami, w nikłym świetle niebiesko-zielonych kryształów, zobaczyliśmy po prostu strop, który był dachem wieży.

W nasze oczy rzuciły się resztki mebli oraz jakieś rozpadające się szmaty. Na środku pomieszczenia stał olbrzymi kryształ. Komnatę w wielu miejscach porastały małe kryształy, a podłoga, jak i ściany wykonane były z szarego kamienia. Wielki stół był także wykonany z tego kamienia, ale przez kogoś kto zdecydowanie nie był kamieniarzem. Był toporny, lecz spełniał swoją funkcję. Na stole leżało coś co na pierwszy rzut oka uznaliśmy za szyby. Po dokładnych oględzinach, okazało się, iż są to kryształowe tablice, na których wyryty był tekst w języku Północy. Obok leżały kamienne dłuta, a naszą uwagę przykuł też duży szmaragd, który mienił się, odbijając światło kryształu, który trzymał Igo. Mag poświecił na tablice i przeczytaliśmy tekst.

Nazywam się Rabba Dakarta i moja historia kończy się tutaj. Gdyby nie kamień, który znalazłem w kryształowym grobowcu jednego z tutejszych mieszkańców, już dawno magia tego świata by mnie pochłonęła. Mimo, że nie potrafiłem zrozumieć jego prawdziwego przeznaczenia, pozwolił mi manipulować tutejszymi kryształami i opóźniać to co nieuniknione.

Na łożu śmierci, to com się dowiedział o tej krainie, spisać chcę na tych tablicach, które są jedynym trwałym nośnikiem w tym przeklętym miejscu…

Ich bóg, zwany Thule-dun, martwym jest od wielu wieków. Moje badania okolic Pasa Pogranicza wykazały, że mogło to mieć miejsce ponad 300 lat przed Zaćmieniem.

Nazywany on jest Dzieckiem Wiecznego Wędrowca, a tamtejsi zakonnicy Thule-dun wierzą, że ich bóg zginął za swych wiernych, w wielkiej wojnie bogów jaka rozgorzała między dziećmi Wędrowca, których było wiele. Ten, który za to odpowiadał to Orios, zwany Mocarnym. Losy Oriosa są mi nieznane. Znamiennym jednak jest, że wedle mojej wiedzy Orios był jednym z dwudziestu jeden Wielkich Namiestników Zanzibarru…

Wierni mówili, że Dzieci było więcej, ale nikt ich imion już nie pamięta…

Kult Thule-dun, Pana Żywokryształu, w jakiś sposób jednak przetrwał poza Pasem Pogranicza i żyje w symbiozie z Bractwem Khal. Władany jest przez Wielką Piątkę, Wysokich Kapłanów, którzy trwają w świątyniach z żywokryształu…

Thuleńczycy są ludem zaiste ciekawym – przez pokolenia jako jedyni nauczyli się uprawiać te dziwne „rośliny”, obrabiać je i wykorzystywać na swoją korzyść…

Zaraz po opuszczeniu ziem Zakonu, planem mym była podróż do pradawnego Nahnagarru, aby tam zrozumieć zależności między Thule-dun i Ziemiami Kultów Węży, którymi włada Malakus…

Niestety to co robiłem, wiedzę którą zdobywałem, było tak pilnie strzeżone przez kapłanów Delidii, że już same próby sprowadziły na mnie zgubę…

I tak trafiłem do tego miejsca, w którym umieram już przez lata, chociaż czas tutaj jest pojęciem względnym...

Teraz moje ciało i umysł stają się jednością z tym światem i nie mam już sił na nic…

Myślałem nawet, że…

  • Kojarzę autora tej notatki – odparł Igo – Żył w Karabaku i miał tam swoje ziemie. Był historykiem, który interesował się czasami starożytnymi i zaginął około trzydzieści lat temu.

  • A czy przypadkiem ten szmaragd, nie jest Kamieniem Wędrowca? - zapytałem – Kreol powiedział, że zorientujemy się, kiedy go zobaczymy. A prócz tej wieży, nie pasuje do tego co tu widzieliśmy. Wygląda jak normalny szmaragd i wręcz nie pasuje do tego miejsca.

  • Całkiem możliwe – odparł mag.

  • Wiecie co mi się wydaje dziwne? – zacząłem – Ten cały Rabba Dakarta z tego co tu napisał, podpadł kapłanom Delidii i trafił za karę tutaj. My zaczęliśmy szukać rzeczy związanych na przykład z Zakonem Atolla i też jesteśmy tutaj. Kim kurwa jest Camaral? Nie jest to zwyczajnie jakiś pies gończy Kościoła?

Moje rozważania przerwał Dalinar.

  • Zobaczcie! - wskazał ręką na duży, dwumetrowy kryształ na środku pomieszczenia - W nim chyba ktoś jest.

Podeszliśmy szybko wszyscy, a Igo uniósł do góry świecący kamień. W krysztale było widać coś co faktycznie mogło przypominać człowieka.

  • Myślę, że to Rabba Dakarta – stwierdził Igo – To miejsce go pochłonęło.

  • Patrząc na ostanie zdania na tablicach to nawet logiczne – powiedziałem i zacząłem czytać na głos - „Teraz moje ciało i umysł stają się jednością z tym światem i nie mam już sił na nic”. Tylko dlaczego nie pochłonęło go razem ze stołem, tablicami? Przecież stół i ten wielki kryształ stoją kawałek od siebie.

  • Być może ten proces trwał bardzo długo – powiedział Igo – Kryształ powoli go zmieniał, tak jak rękę Thomasa, aż w pewnym momencie zwyczajnie w tym miejscu nie mógł już się poruszyć i tak został.

  • Dziwne, że tu nic nie ma – powiedział Dalinar – Skoro żył tu przez lata, to gdzie spał? Co jadł?

  • No pewnie te jabłka – odpowiedział Igo.

  • A jak wychodził po te jabłka przez ten ogień? - zapytałem – Przecież nie był magiem, tylko historykiem.

Igo przejechał ręką po twarzy w zastanowieniu, szukając czegoś głęboko w pamięci, a po chwili powiedział:

  • Myślę, że mógł wychodzić przez ten ogień, a nawet go stworzyć. Dopiero teraz skojarzyłem, że jego nazwisko przewijało się też przy historii jednego z magicznych bractw. Myślę, że jednak był magiem.

  • No dobrze, nawet jeśli – powiedziałem – to miał tylko to co ty Igo. Nie ma tu księgi, nie ma magicznych składników. Byłbyś w stanie przetrwać tu latami?

  • Myślę, że musimy spróbować wyciągnąć go z tego kryształu i zobaczyć co ma przy sobie – stwierdził mag.

  • Jest jeszcze jedna rzecz, którą mogę zrobić – powiedział Dalinar – Vergen obdarował mnie możliwością rozmowy z duchem zmarłego.

  • Faktycznie opowiadałeś kiedyś o tym – powiedziałem – ale sam twierdziłeś, że to nie jest łatwy temat. Mówiłeś, że zmarły musi chcieć rozmawiać, że ważny jest stan jego ciała i to jak dawno umarł.

  • Nie powiedziałem, że to będzie łatwe – odparł kapłan – Jedynie tyle, że jest taka możliwość. I nie jest to rozmowa jako taka. Raczej mogę mu zadawać pytania, na które duch, jeśli podda się mej sile woli, odpowie. Więc musimy przemyśleć o co się zapytać. Myślę, że jestem w stanie zmusić go do odpowiedzi na dosłownie kilka pytań. Jego odpowiedzi mogą być niepełne, zagadkowe.

  • Tego się obawiałem – powiedziałem – Zapytamy go jak używać kamienia, a on odpowie „rozsądnie” – wszyscy wybuchnęli śmiechem, mimo że do śmiechu nam nie było.

  • To wszystko zależy od ducha zmarłego – odparł kapłan.

Ustaliliśmy wspólnie o co zapyta Dalinar.

Kapłan kazał nam się odsunąć pod ścianę i nie odzywać się. Wyciągnął kadzidło, rozpalił je i zaczął nim delikatnie ruszać. Wonny dym rozszedł się po pomieszczeniu. Dalinar krążył i okadzał miejsce wokół kryształu, modląc się po cichu. Po chwili poczuliśmy powiew chłodu, a spod drzwi wieży zaczęła wyłaniać się lodowata mgiełka. Dół drzwi pokrył się szronem, temperatura w pomieszczeniu zaczęła spadać. Szron na drzwiach stopniowo piął się w górę, na podłodze zaczęły pojawiać się rozszerzające się plamy lodu, to samo działo się na ścianach wieży. Usłyszeliśmy kroki i spojrzeliśmy w górę. W mroku wyglądało to, jakby duży pająk schodził po ścianie wieży. Kiedy istota była bliżej, dostrzegliśmy, iż był to człowiek lub coś co człowieka przypominało. Szedł pionowo w dół, jakby na czworaka, lecz zarówno ręce i nogi miał za plecami. Głowa „człowieka” była nienaturalnie wykręcona do tyłu. Istota doszła do podłogi i zatrzymała się około metra przed Dalinarem. Wszystkie moje włosy na ciele zjeżyły się z ogromną siłą. Po chwili ta cienista postać płynnym ruchem wstała i odezwała się cichym głosem:

  • Dlaczego mnie obudziłeś? Czego chcesz?

Kapłan odpowiedział:

  • Witaj Rabba Dakarta. Dziękuję, że odpowiedziałeś na moje wezwanie. Nazywam się Dalinar. Jestem kapłanem Vergena. Zostałem uwięziony w tym miejscu, dlatego zostałem zmuszony do wezwania cię i zadania kilku pytań, które pozwolą mi się stąd wydostać. Odpowiedz mi w jaki sposób użyć tego kamienia, aby manipulować tutejszymi kryształami – Dalinar pokazał duchowi szmaragd.

  • Musisz być z nim zestrojony i znać jego prawdziwą moc, wtedy będziesz w stanie go kontrolować – odparła zjawa.

  • Dziękuje za tą odpowiedź. Przekaż mi informacje, które pomogą mi się stąd wydostać do Karabaku.

  • Stąd jest tylko jedno wyjście. Jest to śmierć – ponuro odpowiedziała zjawa.

  • Powiedz mi co chciałeś dopisać na tablicach, a na co nie starczyło ci już czasu – dopytywał Dalinar.

  • Nie pamiętam, to było bardzo dawno.

  • A czy wiesz, gdzie znaleźć Kamień Wędrowca?

  • Tak, posiadasz go.

  • Dlaczego zostałeś zesłany do tego miejsca?

  • Szukałem zakazanej wiedzy. Badałem powiązania Delidii ze światem Zanzibarru.

Duch zaczął się rozpływać i znikł. Trwało to zaledwie kilka sekund, gdy chłód powoli zaczął zanikać, a szron topnieć.

  • Muszę powiedzieć, że było to bardzo nieprzyjemne przeżycie – odezwałem się po chwili.

  • Cóż, takie moce wyzwalają różne rzeczy – wyjaśnił kapłan – Ważne jest to, że się udało i wiemy iż to jest Kamień Wędrowca. Ale o co chodzi z tym Zanzibarrem?

  • Będąc w Górskim Gryfie – zaczął Igo – obiła mi się ta nazwa o uszy. Wiem tylko tyle, że kościół Delidii i jej kapłani, zabiegają bardzo mocno o to, aby jakiekolwiek informacje o Zanzibarze nie były rozpowszechniane. Zatem nikt nie drążył tam tego tematu, bo mogło by się to skończyć dla zainteresowanego fatalnie. A co do tego co duch powiedział o zestrojeniu się z kamieniem, to nie jestem w stanie tego zrobić tutaj.

  • A czy zestrojenie jest nam potrzebne, skoro wiemy, że mamy Kamień Wędrowca? - zapytał Dalinar.

  • Tego nie wiem – odparł Igo – w teorii mamy to, po co tu przybyliśmy.

  • A czy próbujemy dostać się do jego ciała? - zapytałem.

  • Myślę, że powinniśmy to zrobić – powiedział mag – Może ma przy sobie coś, co się nam przyda.

  • Też tak myślę – powiedział Dalinar – jednak najpierw odpocznijmy. Dostanie się tu oraz rozmowa ze zmarłym, mocno mnie wymęczyły.

  • Myślę, że wszystkim nam przyda się solidny sen – powiedziałem.

Położyliśmy się na chłodniej posadzce, na swoich płaszczach. Mimo iż nie było to wymarzone miejsce do odpoczynku, sen zawitał szybko. Po kilku godzinach obudziliśmy się, zjedliśmy po jabłku, a ja pogrążyłem się w medytacji. Po pewnym czasie Dalinar pobłogosławił nas przed kolejnym trudami nadchodzącego dnia.

  • Tsume – powiedział kapłan – dasz radę to rozbić?

  • Postaram się – odparłem – lecz nie będzie to łatwe. Jeśli użyję za mało siły, to kryształ nawet nie pęknie. Jeśli odrobinę za dużo, mogę też zniszczyć ciało w środku.

  • Postaraj się – powiedział Igo.

  • Odsuńcie się za mnie i dajcie chwilę na skoncentrowanie się.

Przywołałem Ki i pozwoliłem, by moc płynęła przez ręce. Wyregulowałem oddech i kiedy byłem gotowy, uderzyłem. Przez sekundę nic się nie stało, jednak po chwili usłyszałem delikatny trzask pękającego kryształu, a z miejsca, w które uderzyłem, zaczęła rozchodzić się pajęczyna pęknięć. Po chwili kilka dużych odłamków odpadło na podłogę. Kryształ miał teraz wysokość około metra. Było już wiadomo, że w częściach które odpadły, na pewno jest też część kogoś, kto był tam zamknięty. Igo poświecił nad tym co pozostało z kryształu. Coś, co kiedyś prawdopodobnie było Rabba Dakartą, zostało całkowicie skrystalizowane. Dało się wprawdzie określić, gdzie kończy się korpus, a zaczyna kryształ, lecz nie zostało już nic, co można byłoby nazwać „żywą” tkanką.

  • Cóż, starałem się, ale jak widać był już praktycznie częścią tego kryształu – powiedziałem – Myślę, że nie było żadnej szansy, by uniknąć takich zniszczeń.

  • Warto było spróbować – powiedział Dalinar.

  • Czas opuścić to miejsce – powiedziałem – Dalinarze, poproś Vergena, aby mnie ochronił. Wyjdę pierwszy.

Dalinar pomodlił się. Nakazałem braciom schować się za murem i otwarłem drzwi. Płomieni nie było, a na ziemi pozostał tylko wypalony krąg, zatem wszyscy wyszliśmy na zewnątrz.

  • Prawdopodobnie zniszczyłeś uderzeniem coś co powstrzymywało czar – powiedział Igo.

  • Wracajmy do karczmy – powiedział Dalinar – Kejnie, wiesz już czego się spodziewać. Wypatruj zagrożenie, gdyż wiesz że te węże doskonale się maskują.

Droga przebiegła bez problemów i po kilku godzinach zobaczyliśmy zabudowania wioski. Weszliśmy do gospody. Wyglądała dokładnie tak jak za pierwszym razem, tak jakby przez cały czas, kiedy nas nie było, nic się nie zmieniło.

  • Karczmarzu przygotuj coś do jedzenia – powiedział kapłan – oraz spakuj nam prowiant na drogę.

  • Oczywiście – odparł Thomas.

Usiedliśmy przy stole, a po chwili karczmarz przyniósł misę z jabłkami. Dalinar poprosił o więcej, a gospodarz spełnił jego prośbę, nie domagając się zapłaty.

  • Uważacie, że powinniśmy bardziej zwiedzić tę krainę? - zapytał kapłan.

  • Myślę, że nie – odparł Igo – Jestem pewny, że czas gra na naszą niekorzyść. Wszyscy, którzy się tu znajdują zbyt długo, powoli zamieniają się w kryształ. Nie wiemy jak szybko pojawiają się pierwsze zmiany.

  • Dokładnie – poparłem Igo – tym bardziej, że może okazać się, iż w drodze powrotnej znowu musimy czekać na sztorm.

Podziękowaliśmy gospodarzowi i ruszyliśmy na „południe” w kierunku morza. Szliśmy kilka godzin przez rzadki iglasty las, kiedy zatrzymaliśmy się, gdyż przed nami, w odległości może czterdziestu metrów, dostrzegliśmy dwie osoby. Igo skorzystał z magii, aby móc z takiej odległości dokładnie przyjrzeć się postaciom i relacjonował.

  • Jeden to Tesijczyk. Sporo po czterdziestce. Długie wąsy, krótka broda. Nie widzę żadnych oznak zmian na ciele. Ma bardzo eleganckie czarne szaty ze złotymi wstawkami, a przy pasie widzę jakiś krótki miecz. Drugi koło trzydziestki, zdecydowanie wyższy od Tesijczyka. Zadbana broda, długie włosy oraz czarno-czerwone ubranie. W przeciwieństwie do tamtego wygląda na podróżne. Stoją i po prostu czekają. Zupełnie mi się to nie podoba.

  • Nic tu nie wystoimy – powiedział Dalinar – Chodźmy.

Ruszyliśmy powoli do przodu.

  • Chłopaki – po cichu powiedział Igo – Mam wrażenie, że już gdzieś tego Tesijczyka widziałem.

Podeszliśmy na odległość kilku metrów od stojących na ścieżce ludzi.

  • Witajcie panowie – przywitał się Igo.

  • Witajcie – odparł Tesijczyk.

  • Wyglądacie jakbyście na nas czekali – kontynuował mag.

  • Dokładnie tak jest – ponownie odezwał się Tesijczyk – Dobrze wam się tu żyje?

  • Bywało lepiej – odparłem.

  • Czyżbyśmy się znali – dopytywał Igo.

  • Wy mnie nie znacie – wyjaśnił mężczyzna – ale ja znam was. To ja jestem sprawcą waszych nieszczęść, to ja sprawiłem, że tu jesteście. A właściwie nie sprawiłem tego ja, tylko wasza własna głupota. Jak mogliście być tak naiwni, że pomyśleliście, iż nie dowiemy się, że głowa którą nam dostarczyliście to nie Łaskotek.

  • Jak to nie Łaskotek – udał zdziwienie Dalinar – Przecież sami go ubiliśmy.

  • Mamy swoje sposoby, aby to sprawdzić – spokojnie odparł Tesijczyk.

  • Kim jesteś – zapytałem – i jaki masz interes w tym, aby nas tu więzić?

  • Chciałbym się od was dowiedzieć, gdzie jest naprawdę Łaskotek, gdzie się ukrywa. Być może dzięki temu uzyskacie wolność. Nasuwa się tylko pytanie, czy w ogóle warto z wami rozmawiać.

Odruchowo odpowiedziałem twą sentencją mistrzu:

  • Zawsze warto rozmawiać.

  • Owoce smakują – zapytał szyderczo Tesijczyk – ciekawa dieta?

  • Całkiem znośne – odparłem – tylko jedno mnie zastanawia. Tyle tego zjadłem, a jeszcze nie srałem.

Mężczyzna zdecydowanie nie był przyzwyczajony do takiego traktowania, bo aż się wzdrygnął, lecz szybko się opanował. Drugi mężczyzna cały czas stał nieruchomo.

  • Ja wiem jedno – powiedziałem spokojnie – zabiliśmy Łaskotka i żadne podejrzenia tego nie zmienią.

  • Zatem gdzie jest ciało?

  • Jeśli mnie pamięć nie myli na południowy wschód od karczmy Byczy Łeb w tamtejszym lesie – odparłem.

  • Zatem gdzie jest głowa?

  • Jak to gdzie? - zapytałem - Dostarczyliśmy ją Camaralowi.

  • Więc jesteście aż tak głupi? - zastanowił się jakby Tesijczyk - Dla waszej wiadomości, kapłani Delidii potrafią komunikować się ze zmarłymi i uznali, że zdecydowanie nie był to Łaskotek. Był to jakiś nędzny łowca nagród. Niestety nie wiedział tego czego byśmy oczekiwali.

  • To stawia sprawę w innym świetle – powiedziałem.

  • Dokładnie – zgodził się Dalinar – Musimy zatem skończyć naszą misję i odszukać prawdziwego Łaskotka. Zostaliśmy najwidoczniej przechytrzeni.

  • Kim wy w ogóle jesteście? – przerwał Dalinarowi mężczyzna – Pojawiliście się znikąd.

  • Jak wszyscy najemnicy – odparłem – jednego wciąż nie rozumiem. Skoro wiedzieliście, że to nie Łaskotek, to dlaczego Camaral wypłacił nam sowitą nagrodę, dopuścił nas potem do istotnych dla niego zadań, które zresztą wykonaliśmy dla niego bez zarzutu?

Tesijczyk obrócił się do drugiego człowieka i zaczęli rozmawiać, lecz my nic nie słyszeliśmy. W trakcie rozmowy, wyższy mężczyzna jakby zamigotał i na chwilę stał się przeźroczysty, po czym znów widzieliśmy go wyraźnie. Po chwili przerwali rozmowę i Tesijczyk znów zwrócił się do nas:

  • Myślałem, że będziecie bardziej rozsądni… W takim razie musicie umrzeć.

Po tych słowach zniknął, a wyższy mężczyzna uniósł ręce do góry, coś szepnął i także zniknął.

  • Czy ktoś z was rozpoznał tego Tesijczyka? - zapytał Igo. Wszyscy zaprzeczyliśmy.

  • Ruszajmy – powiedziałem, lecz w tej chwili Kejn powiedział:

  • Coś słyszę przed nami.

Nasłuchiwaliśmy w skupieniu i faktycznie, od przodu dochodziły do nas jakieś odgłosy, a po chwili dostrzegliśmy z oddali pojawiające się postacie.

  • Igo możesz? – zapytałem.

Mag skinął głową ze zrozumieniem, gdyż czar wzmacniający jego wzrok nadal działał i zaczął relacjonować:

  • Wyglądają na starych ludzi w łachmanach. Wszyscy pokryci są kryształami i to o wiele bardziej niż karczmarz i jego klienci. Poruszają się wolno, nie mają broni. Naliczyłem ich dziewięciu.

  • Słyszę jeszcze kilku z prawej i z lewej strony – oznajmił Kejn.

  • Kejnie strzelaj – powiedział kapłan.

  • Kiedy tylko będę miał ich w zasięgu.

Skoncentrowałem się i przygotowywałem do boju. Kejn czekał już z łukiem. Dalinar wyszeptał modlitwę i w okolicy pojawił się jego duchowy młot. Igo wyciągnął coś z sakiewki i krzyknął:

  • Cofajmy się powoli, potrzebuję czasu!

Zrobiliśmy tak jak powiedział Igo. Cofaliśmy się powoli, ale w gotowości do walki. Zobaczyłem jak młot uderza jedną ze zbliżających się istot. Trafił go w głowę aż zadudniło. Istota stanęła na chwilę, po czym znów ruszyła do przodu. Nie wróżyło to nam nic dobrego. Kejn strzelił, lecz strzała odbiła się od stwora.

  • Kurwa skończyły mi się strzały. Zostały tylko te od Elandera!

  • Wal tym co masz – krzyknąłem.

Chwilę później krzyknął Igo:

  • Cofamy się i trzymajcie się mnie blisko!

Powoli, krok za krokiem, cofaliśmy się, skupiając się przy magu. Igo wymawiał zaklęcie. Kilka metrów od nas pojawił się okrąg z ognia, praktycznie identyczny jak wokół wieży. Płomienie odcięły nas od przeciwników. Tylko trzech zdołało być po tej stronie ognia. Jednak byli tak blisko płomieni, że zaczęli się palić. Mimo to parli naprzód, nie zważając na ból. Dalinar uderzał młotem, ja rzuciłem się na drugiego, a Kejn wyciągnął miecz i dopadł trzeciego. Na szczęście płomienie osłabiły istoty i poradziliśmy sobie z nimi, lecz nie była to szybka walka. Widząc jak niewielkie wrażenie robiły nasze ataki, mieliśmy świadomość, że gdyby nie Igo, nawet ta trójka byłyby dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Reszta bezmyślnie, swoim tempem, podchodziła do kręgu ognia i tylko kilku z nich udało się przejść za płomienie, ale padli martwi zaraz za ogniem. Oczekiwaliśmy na następnych. Po pewnym czasie płomienie zgasły, a wszyscy napastnicy leżeli martwi wzdłuż linii, którą wyznaczały płomienie. Kejn klęczał ciężko, opierając się na mieczu, a Igo z wysiłkiem podpierał się na swym kosturze.

  • Dalinarze – powiedział ciężko Kejn – mógłbyś uleczyć me rany?

  • Obawiam się, że w tej chwili nie pomogę nawet sam sobie – odparł kapłan – Ta walka bardzo mnie wyczerpała. Musimy ruszać w kierunku mostu.

  • I modlić się o to, że to miejsce ma jakieś ograniczenia – powiedziałem – Następny taki atak nas po prostu zabije.

  • Z tym nic nie zrobimy – powiedział – Dalinar musimy iść i liczyć na szczęście.

Powoli ruszyliśmy dalej na „południe”.

  • Gdyby nie twój czar – powiedziałem – Jestem przekonany, że bylibyśmy martwi.

  • Problem w tym – odpowiedział Igo – że następnym razem już go nie dam rady przywołać.

Po upływie dobrej godziny, las się skończył i doszliśmy do polany, za którą był most. Część dużych kryształów, które wcześniej tu stały, było połamanych. Podszedłem do najbliższego całego kryształu i przyglądałem się uważnie. W środku był uwięziony człowiek, zupełnie jak w płonącej wieży. Zyskaliśmy pewność, że nasi przeciwnicy wyszli z tych połamanych. To był chyba tutejszy cmentarz.

  • Ruszajmy dalej – ponaglał Dalinar.

Posililiśmy się jabłkami i poszliśmy stamtąd.

  • Wiecie – powiedziałem – że przed mostem i tak musimy zaryzykować odpoczynek. Nie dacie rady w tym stanie iść kilka godzin po grobli, o ile w ogóle teraz jest odsłonięta.

  • Odpoczniemy przed groblą – powiedział kapłan.

Po pewnym czasie doszliśmy do mostu zawieszonego w mroku. Strach pchał nas do przodu mimo obrażeń. W końcu dotarliśmy do morza, ale grobli nie było widać. Jako że nie byłem ranny, zaproponowałem, że stanę na warcie pierwszy. Moi bracia położyli się na środku mostu, aby być jak najdalej od krawędzi i zasnęli. Wpatrywałem się w morze. Po kilku godzinach poziom morza obniżył się, a ja zacząłem budzić braci.

  • Już czas – powiedziałem – Morze się cofa.

  • Pozwólcie, że zajmę się naszymi ranami i musimy ruszać – powiedział Dalinar.

Po chwili, kiedy wszyscy czuli się już znacznie lepiej, ruszyliśmy w stronę wyspy. Gdy dotarliśmy znów do granicy mroku, za którą grobla prowadziła pionowo w dół, wiedząc czego się spodziewać, ruszyliśmy na czworakach. Świat znów wywinął kozła i szliśmy w poziomie. Po kilku godzinach doszliśmy w ten sposób do wyspy, a z przodu dostrzegliśmy górę, w której się tu pojawiliśmy za pierwszym razem. Odetchnęliśmy z ulgą.