Kronika

Kroniki XXVI: Pomocna dłoń

Ruszyliśmy do pomieszczenia, w którym się obudziliśmy w Kostce po raz pierwszy. Tam Igo wyciągnął szmaragd i zawołał: - Kreolu przybądź! Niestety nic się nie stało. - To nie mogło być tak proste – powiedziałem z rezygnacją – Kreol wsp...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Ruszyliśmy do pomieszczenia, w którym się obudziliśmy w Kostce po raz pierwszy. Tam Igo wyciągnął szmaragd i zawołał:

  • Kreolu przybądź!

Niestety nic się nie stało.

  • To nie mogło być tak proste – powiedziałem z rezygnacją – Kreol wspominał, że może uda nam się go przywołać, o ile nie będzie pogrążony we śnie. Ostatnio pojawił się sam i wspominał coś, że wyczuje ten kryształ. Wydaje mi się, że powinniśmy odpocząć, bo zaraz zwalimy się z nóg.

Dalinar zadeklarował, że będzie wartował pierwszy, a my położyliśmy się na kryształowych „łóżkach” i zapadliśmy w sen. Po pewnym czasie obudził mnie Kejn.

  • Twoja kolej – powiedział.

Przeciągnąłem się i objąłem wartę. Po około trzech godzinach obudziłem Igo, a sam pogrążyłem się w medytacji. Gdy skończyłem, wszyscy byli już na nogach. Niestety Kreol się nie pojawił.

Siedzieliśmy tak pogrążeni każdy w swoich rozmyślaniach, kiedy Kejn zauważył stojącego pod ścianą Kreola.

  • Witaj – powiedział elf i wszyscy zwróciliśmy się w stronę zjawy.

  • Witajcie. Wyczuwam, że macie Kamień Wędrowca ze sobą.

  • Tak – powiedział Igo i pokazał kamień Kreolowi. Ten przejechał nad nim widmową ręką i powiedział:

  • Jak wam się udało go zdobyć? To prawie że niemożliwe.

  • Nie było łatwo – odparł mag – prawie przypłaciliśmy to życiem. Co mamy teraz zrobić, aby się stąd wydostać?

  • Dajcie mi go – powiedziała zjawa i wyciągnęła dłoń.

  • Skąd mam mieć pewność, że nie uciekniesz stąd sam? – zapytał Igo.

Kreol nie odpowiedział, natomiast jego twarz zaczęła się zmieniać. Mieliśmy wrażenie, że w miejsce jego twarzy pojawiają się dziesiątki innych, aż nagle zastygła tyle, że zamiast twarzy Kreola, ujrzeliśmy twarz Nubrimusa, czarownika Camarala. Muszę powiedzieć, że byłem mocno zaskoczony.

  • Chyba nie ma sensu już bawić się w te gierki – powiedział Nubrimus – Ja potrzebuję tego kamienia, wy chcecie się stąd wydostać. Umożliwię wam to. To nie wszystko, gdyż mam dla was propozycję, której mam nadzieję nie odrzucicie. Chcę, abyście po uwolnieniu, zabili kogoś dla mnie.

  • Wiem nawet kogo – odparłem.

  • Kogo? – zapytał Dalinar.

  • Camarala – odparłem z pewnością w głosie.

Nubrimus zacisnął wargi, aż mu zbielały i jęknął, jakby z bólu.

Po chwili odpowiedział z trudem:

  • Wasz brat ma rację – miałem wrażenie, że każde słowo sprawia mu ból.

  • Jesteś w jego niewoli prawda? - zapytałem.

  • Nie rozmawiajmy o tym – poprosił mag – co wy na to? Mogę was stąd wydostać w każdej chwili, ale najpierw potrzebuję tego kamienia.

  • Nie rozumiem – nerwowo zaczął Kejn – po co te podchody. Czemu nie przyszedłeś z tym do nas od razu, czemu pozwoliłeś nas tu uwięzić? A nawet nie tyle pozwoliłeś, co sam tego dokonałeś.

  • To nie ja – powiedział Nubrimus.

  • Co nie ty? – ciągnął elf – Po tym wszystkim myślisz, że od tak ci zaufamy?

  • Daj mu powiedzieć – przerwałem Kejnowi – On zwyczajnie nie może tu długo przebywać.

  • Dokładnie jest tak jak mówisz. Nie mogę tu przebywać ile chcę oraz nie mogę powiedzieć tego co chcę. W kwestii ucieczki, to każdy z was musi się położyć na tych leżankach. Po pewnym czasie zaśniecie i obudzicie się w innym miejscu.

  • Będzie to miejsce bezpieczne? - zapytałem – Będziesz tam? I czy będą tam nasze przedmioty?

  • Tak, o wszystko zadbałem – odparł Nubrimus.

  • Dobrze, tak zrobimy, a ty idź już i się nie przemęczaj – powiedziałem, a po moich słowach Nubrimus zniknął - Przede wszystkim od teraz nie rozmawiajmy o niczym. Wiemy dobrze, że jesteśmy podsłuchiwani. Być może Nubrimus wybrał moment, kiedy nikt tego nie słyszał.

  • Igo – szepnąłem – daj kamień Dalinarowi na wszelki wypadek. Niech Nubrimus będzie pewien, że ty go masz.

Mag ukradkiem wręczył kamień kapłanowi, a ten go ukrył.

Położyliśmy się na kryształowych posłaniach. Dalinar powiedział, że kiedy faktycznie spotkamy się z Nubrimusem, wyprosi Vergena o dar rozpoznawania kłamstwa. Zaproponowałem, aby to wykorzystać i jeśli, tak jak myślę, mag był już od dłuższego czasu niewolnikiem Camarala, zapytać go o Vernira i ród de Vries. Dalinar uznał to za dobry pomysł. Ustaliliśmy, że jeśli Dalinar będzie pewny intencji maga, wtedy zada mu te pytania. Skończyliśmy dyskusję i czekaliśmy na sen. Igo zasnął pierwszy, jego łoże zaczęło mienić się czerwonym światłem. Po chwili zasnąłem i ja.

Nie wiem ile spałem, lecz nagle obudził mnie jakiś dźwięk, coś jakby przytłumiona muzyka. Obudziliśmy się na ziemi, przez zaropiałe oczy zobaczyłem światło pochodni w uchwycie na ścianie. Kiedy przetarłem oczy i odzyskałem zdolność ostrego widzenia, zrozumiałem, że jestem w czymś co może być pomieszczeniem dla służby. Przy małym stoliczku były dwa krzesła, a na jednym z nich siedział Nubrimus. Na stoliku stał płonący kaganek, a obok niego znajmy, emanujący fioletowym światłem, sześcian. Okiennice w pomieszczeniu były zamknięte, po przeciwnej stronie widniały drzwi, z boku szafa oraz dwie piętrowe prycze, przy których stały proste skrzynie. Na dwóch dolnych łóżkach, przykryci kocami, leżeli strażnicy. Mieli na sobie czepce kolcze. Wyglądali jakby spali, lecz biorąc pod uwagę, że mają na sobie kolczugi, domyślałem się, że nie żyją. Z wysiłkiem podniosłem się. Czułem się jakbym pił przez trzy dni i w końcu dopadł mnie kac. Nubrimus odezwał się cicho w naszym kierunku:

  • Chciałbym tylko przypomnieć, że zostaliście zestrojeni z tym przedmiotem – wskazał ręką na sześcian – Jeśli spróbujecie mnie zaatakować w jakikolwiek sposób, wrócicie tam w ułamku sekundy i uwierzcie mi, że nigdy stamtąd nie wyjdziecie. Chciałbym, abyśmy zagrali uczciwie w otwarte karty. W tej skrzyni – wskazał dłonią – znajduje się dzban z wodą i jedzenie. Posilcie się. Wasze reakcje są bardzo opóźnione i potrzebujecie kilku godzin, by dojść do siebie. Częstujcie się, gdyż na pewno dobrze wam to zrobi.

  • Poczekajcie – powiedział Dalinar – Oczyszczę ten pokarm – Wyciągnął ręce nad skrzynię i stał tak chwilę, po czym dał znać, iż możemy zjeść.

  • Dawno nie widziałem kapłana starych bogów – powiedział tesijski czarownik – Bardzo interesujące... Co za ciekawy splot wydarzeń... Poproszę teraz o kamień.

  • Nim ci go wydamy, powiedz czym jest i do czego ci jest potrzebny – postawił warunek Dalinar.

Zjadłem kawałek suszonej kiełbasy. Jeszcze nigdy w życiu nic nie smakowało tak wspaniale.

  • Jest mi potrzebny, aby się uwolnić – odparł mag – Jest pewien człowiek, który przy pomocy Kamienia Zniewolenia, spowodował, iż przestałem być wolnym człowiekiem i muszę wykonywać polecenia mojego pana.

  • Czyli Camarala? – zapytałem z pełnymi ustami.

  • Tak – potwierdził Nubrimus – Jest taki człowiek. Nazywa się Ahito-tan. Szef tajnych służb kościoła Delidii. Wszystko zaczęło się od tego, a potem podarował mnie Camaralowi.

  • Powtórz czego od nas oczekujesz – powiedziałem.

  • Już wam mówiłem i nie chcę się powtarzać, bo to dla mnie bardzo bolesne – powiedział Nubrimus.

  • My oddamy ci kamień – zaczął Kejn – Ty będziesz wolny, a my będziemy zawsze zniewoleni. Wszak jesteśmy powiązani z tą kostką.

  • Tak, zestrojeni będziecie już zawsze, ale myślę że już nigdy się nie spotkamy i z mojej strony nic wam nie grozi – zapewniał mag.

Liczyłem na to, że Dalinar wyczuje jego prawdziwe intencje.

  • To nie rozwiązuje naszego problemu – upierał się elf – Kostka może wpaść w inne ręce.

  • Kostka należy do mnie i ze strony innych nie ma takiego zagrożenia. Natomiast odpowiadając na wasze drugie pytanie, Kamień Wędrowca pozwala manipulować materią i za jego pomocą dam radę usunąć Kamień Zniewolenia, który mam wszyty pod sercem. Zapewne wiesz o czym mówię magu – zwrócił się do Igo, a ten skinął głową na znak zrozumienia.

  • Nie możecie się też ujawnić zbyt szybko, bo wtedy zginę. Tylko ja mogłem was wyciągnąć, bo tylko ja umiem władać kostką.

  • Gdzie się obecnie znajdujemy? – zapytał Igo.

  • Jesteście w rezydencji hrabiego de Robespierre.

De Robespierre. Poszukałem w pamięci i po chwili sobie przypomniałem, że według pamiętnika Lorda Radnisa, to on przybył z wojskami pod zamek Łaskotka kilka lat wcześniej. Edmund de Robespierre uważany za najbogatszego człowieka Karabaku, a jednocześnie kapłan Delidii.

  • Odbywa się tu właśnie bal maskowy. W pewnym momencie nadarzy się okazja, aby pozbyć się człowieka, o którym wspominałem. Kiedy go zabijecie – widać było, że wypowiadanie tych słów sprawia mu fizyczny ból – odejdziecie wolno. Wszystko przygotowałem. Jest tu ukryty tunel, który doprowadzi was za rezydencję. Są tam ukryte konie wraz z waszym dobytkiem. Teraz proszę o kamień – zwrócił się do Dalinara – czuję, że ty go masz. Zrozum kapłanie, że gdyby tylko chodziło o kamień, odebrałbym go wam, kiedy tu spaliście na podłodze. Nie byłby to dla mnie żaden problem. W tej sytuacji jednak ja potrzebuję was, tak jak wy mnie.

Dalinar wyciągnął szmaragd i podał go magowi.

  • Dziękuję. Macie jakieś pytania?

  • Chcielibyśmy się dowiedzieć co wiesz na temat porwania Vernira z Białej Osady – zapytał Dalinar. Wynikało z tego, że mag wcześniej nie kłamał.

  • Vernir? Biała Osada?

  • Był również znany pod imieniem Ragn. Stało się to prawie rok temu. Wtedy to właśnie został porwany przez ludzi Camarala – dopowiedział kapłan.

  • Dlaczego w ogóle myślicie, że ja mam z tym coś wspólnego? – zapytał zdziwiony Nubrimus.

  • Nie że ty – odparłem – lecz Camaral, a ty w końcu pracujesz dla niego. Mniejsza o to. Pytamy, bo może po prostu znasz temat. Jeśli zabijemy Camarala nie dowiemy się już co stało się z Vernirem.

  • A zależy nam na jego losie – dodał Dalinar.

Miałem wrażenie, że mag nie wie o czym mówimy. Spróbowałem więc inaczej.

  • A może ktoś na kogo mówili Kościej jest ci znany?

  • Kościej? Ten paser? - zainteresował się Nubrimus – Faktycznie była jakaś sprawa z Białą Osadą. Wiem tylko, że ktoś z Białej Osady węszył na mieście i wypytywał pasera o jakieś stare sprawy Camarala. Kiedy dowiedział się o tym, kazał zabić Kościeja. Tyle wiem.

  • Zróbmy zatem krok dalej – powiedział Dalinar – Czy wiesz może coś o śmierci Roberta de Vries i pożarze w jego rezydencji?

  • To była głośna sprawa, lecz ja nie miałem z nią nic wspólnego.

  • A Camaral? – dopytywał kapłan.

  • Myślę, że tak, lecz sprawy nie znam.

  • A kto może wiedzieć? – nie dawał za wygraną Dalinar.

  • Sądzę, że Tesijczyk, o którym wam wspomniałem.

  • Czy ten Tesijczyk pojawił się może niedawno w kostce? - zapytałem.

  • Tak i myślę, że on może mieć coś wspólnego z tą sprawą.

  • Kim była druga osoba, towarzysz tego Tesijczyka, którego spotkaliśmy w kostce? – zapytałem.

  • Był to jeden z kapłanów Delidii. Wracając do Camarala, musicie wiedzieć, że to tylko narzędzie. Bardzo przydatne, ale jednak tylko narzędzie w rękach Ahito-tana. To właściwie ten człowiek kreuje politykę kościoła w Mar-Margot. Camaral prawdopodobnie nawet nie wie, po co robi niektóre rzeczy. Płacą mu, a on działa. Źródłem wszelkich informacji, o które pytacie jest Tesijczyk.

  • Wszystko fajnie – odparłem – tylko pomysł, że uzyskamy od niego informacje, wydaję mi się jeszcze bardziej absurdalny, niż wydawało mi się na początku dotarcie do Camarala.

  • Wróćmy jednak do tu i teraz – powiedział Nubrimus – Poczyniłem jak już mówiłem pewne przygotowania. Widzę też, że bardzo zależy wam na informacjach o tym Vernirze. Jeśli wykonacie dla mnie to zadanie, powiem wam gdzie może przebywać. Myślę, że wiem. Powiedzcie mi tylko czy ten człowiek ma związek z Zakonem Atolla?

  • Ma – powiedział Igo.

  • Zatem to człowiek, o którym myślę i wiem gdzie przebywa. Jeśli wykonacie dla mnie to zadanie, ja przekażę wam szczegóły. Jest taka gospoda, nazywa się Tarcza Smoka. Znajduje się na trakcie z Mar-Margot do Celebornu. Spotkajmy się tam za dziesięć dni, czyli pierwszego października.

Chwila ciszy.

  • Dobrze, teraz wróćmy do tematu. Hrabia de Robespierre wydaje uroczystość z okazji powrotu wielkiej armii Ambardu z południa. Pewnie kojarzycie, że Ambard podbił Dukhaj, kraj, który w zasadzie był kontrolowany przez Wiktów. Właściciel tego zamku organizuje dziś bal maskowy dla śmietanki towarzyskiej z Mar-Margot. Będą tu wszyscy liczący się w królestwie. Oczywiście nie może zabraknąć kapłanów i dostojników kościelnych. O północy odbędzie się pokaz fajerwerków. Wtedy mój pan spotka się z pewnym człowiekiem w południowej części ogrodu. Został wynajęty, aby zlikwidować rycerza Pierwotnego Zakonu, Teodora von Grann. Jakieś wewnętrzne porachunki kościelne, ale to nie ma znaczenia w tej chwili.

  • Czy ty masz pomóc Camaralowi w likwidacji? - zapytałem

  • Nie bezpośrednio. Od tego jest mój pan i jego ludzie. Ja tylko śledzę cel i co jakiś czas informuję o tym, gdzie się znajduje.

  • Czy Camaral ma jakieś słabości, które moglibyśmy wykorzystaj w tej walce? Używa magii, chronią go amulety? - zapytał Dalinar.

Nubrimus chciał odpowiedzieć na to pytanie, ale gwałtownie chwycił się za gardło, poczerwieniał na twarzy i upadł na kolana obok krzesła, walcząc o powietrze. Po chwili opanował się, usiadł i powiedział:

  • Nie rozmawiajmy o tym więcej. Nie dam rady. Gdyby nie to, że przez ostatnie lata pracowałem nad osłabieniem działania Kamienia Zniewolenia, już dawno bym nie żył.

  • Dobrze – powiedziałem – zatem przedstaw plan od początku do końca.

  • Po pierwsze, musicie zrzucić te brudne łachy i ubrać się w ubrania, które są w szafie. Są tam też maski. Po drugie, zostawcie tu swój oręż i zbroje. W odpowiednim czasie znajdziecie je w drewnianej szopie w południowym ogrodzie, nieopodal muru okalającego rezydencję. Nikt tu nie może mieć żadnej zbroi ani broni, ponieważ każdy jest dokładnie przeszukiwany. Ogrody dla gości zostaną otwarte na godzinę przed północą. Nawet gdyby udało wam się tam dostać wcześniej, narażacie się na ryzyko natknięcia na straże, a nie macie dobrego powodu, by się tam znajdować wcześniej niż pozostali goście. Po wykonaniu zadania musicie się stąd wydostać. Niedaleko szopy jest też stara fontanna, a obok niej nieużywana od dawna stara i zarośnięta studnia. W studni jest ukryte przejście. Jest tam drabina, którą musicie zejść, a następnie podążyć podziemnym tunelem ku wolności.

  • Przepraszam, że ci przerwę – powiedziałem – ale nie chcę, by wyleciało mi to z głowy. Czym był pierścień, który zabrałeś Igo, kiedy zamykałeś nas w kostce?

  • Ten pierścień był wykonany dawno temu przez Thuleńczyków. To lud żyjący na południu od Karabaku, już za Pasem Pogranicza. Dawni mistrzowie, nazywani Xantami, pochodzący z Thule-dun stworzyli tą kostkę. Jak się domyślacie, ja też jestem Thuleńczykiem. Pierścień z racji swego pochodzenia, wchodził w interakcję z kostką i odpowiednio przeszkolona osoba, mogłaby łamać zasady, które istnieją w tym świecie. Oczywiście i pierścień czeka na ciebie magu na końcu tunelu.

  • Mam jeszcze jedno pytanie – powiedziałem – Czy może z czystej ciekawości zbadałeś ten pierścień?

  • Zerknąłem na niego, ale to bezużyteczne świecidełko. Efekt uboczny wyższej magii.

  • Czy ogród jest duży? - zapytał Dalinar.

  • Jest dosyć spory, lecz bez problemu odnajdziecie wasz cel. Spotkanie z rycerzem Pierwotnego Zakonu ma nastąpić przy żelaznej bramie, prowadzącej do ogrodu z innej części rezydencji – odparł mag.

  • A ilu ludzi przyprowadził ze sobą Camaral? - dopytałem.

  • Sześciu.

Wpadłem na pewien pomysł. Przeszedłem na język tesijski i zadałem Nubrimusowi pytanie:

  • Czy przejście na twój rodzimy język, nie pozwoli oszukać ograniczeń, które cię wiążą?

  • Bardzo mnie zadziwiacie – odparł zdziwiony – ale niestety nie, skąd w ogóle znasz mój język?

  • Powiedzmy, że bardzo interesuję się kulturą Tesji – odparłem – Skoro to nie pomoże, to wróćmy do języka Północy.

Po czym zwróciłem się do moich braci z wyjaśnieniem:

  • Przeszedłem na tesijski, bo pomyślałem, że może to ominie okowy, którym spętany jest Nubrimus, ale niestety to nic nie zmienia – wyjaśniłem.

  • Czy mógłbyś udzielić nam jakichś informacji, które pozwolą nam się zbliżyć do Ahito-tana? - zapytał Dalinar.

  • Hmmm. Mówią, że nic w mieście nie dzieje się bez jego zgody, lecz nie lubi być na świeczniku i rzucać się w oczy. Działa raczej za kulisami. Jeśli wykonacie zadanie, może będę w stanie wam bardziej pomóc. A tymczasem wy też możecie zaspokoić moją ciekawość. Co stało się naprawdę z Łaskotkiem?

  • Nie żyje – odparłem, lecz Nubrimus zignorował moją odpowiedź i ciągnął dalej.

  • Ahito-tan wściekł się, kiedy się dowiedział, że głowa Łaskotka była fałszywa. Myślał, że Camaral próbował go oszukać. Jakoś się dogadali, ale Camaral omal nie oszalał ze złości, dlatego przygotował dla was coś specjalnego i finalnie wylądowaliście w kostce jako jego zabawki.

  • Widocznie Łaskotek wystawił do wiatru i nas, jeśli to co mówił Ahito-tan jest prawdą – wyjaśniłem.

  • Mam jeszcze jedno pytanie. Jak udało wam się zdobyć Czarny Kamień Sumień u dahijskich trolli?

  • Cóż, rozwiązaliśmy Zagadkę Menhirów i podążyliśmy za wskazówkami w niej zawartymi – odpowiedziałem.

  • Mój pan był naprawdę w szoku, kiedy wam się to udało. W zasadzie to posłał was na pewną śmierć. Nie znam szczegółów, ale pewna wpływowa osoba zleciła mu zdobycie tego przedmiotu. Jestem przekonany, że nie był to człowiek Kościoła Delidii. Cała historia o lasce była kłamstwem. Wysłał was, bo uważał, że jesteście najlepsi i może jakimś cudem wam się uda. Tak czy siak nie było elfa, nie było banitów i Kostura Dusz. Już wtedy kościół wydał na was wyrok. Camaral chciał jeszcze zabawić się waszym kosztem, wysyłając was na misję do trolli. Jeśli zginęlibyście, wykonując zadanie, wyrok Kościoła zostałby wykonany. Jego pomysł polegał na tym, że jeśli jakimś cudem by wam się udało zdobyć Kamień Sumień, mój pan zarobiłby duże pieniądze, a was zamknąłby w kostce, finalnie zamęczając na śmierć. I tak koniec końców się stało – jedyna różnica jest taka, że ja was uwolniłem.

Nubrimus zamilkł na chwilę.

  • A teraz odpocznijcie, przebierzcie się i wyjdźcie z pokoju. Skręćcie w korytarz w lewo, a potem kierujcie się w stronę skąd dobiega muzyka. Traficie na pewno. Wyjście na ogrody prowadzi na wschód. Na zewnątrz skręcicie w prawo i dojdziecie do południowej części ogrodu. Muszę się zbierać, gdyż zajmie mi trochę czasu przeniesienie waszych rzeczy w wyznaczone miejsce.

Ubraliśmy się w wytworne stroje. Kejn ubrał maskę śmierci, Igo kruka, Dalinar wilka, a ja błazna.

  • Nubrimusie – odezwałem się – mam pewną propozycję. A co ty na to, abyśmy przed północą weszli do szopy, niepostrzeżenie wyszli tunelem, tak aby nikt nie wiedział, że uszliśmy z kostki? Spokojnie popracujesz nad uwolnieniem się od Camarala, spotkamy się później i kiedy będziemy przygotowani lepiej, wspólnie uderzymy. Teraz Igo, który jest sporą siłą bojową w naszej drużynie, jest wyczerpany i na niewiele się zda.

  • Nie - odparł Nubrimus – To musi stać się dzisiaj. Chcę opuścić Karabak tak szybko jak to możliwe.

  • A bierzesz w ogóle pod uwagę sytuację, w której nie uda nam się zabić Camarala i zwyczajnie nam ucieknie? - zapytał Kejn – Albo nawet nas zabije, bo nie jesteśmy przygotowani do tej walki? Jesteśmy na obcym terenie, dodatkowo Camaral ma sześciu ludzi.

Mag milczał.

  • Ja mam nawet jeszcze inną propozycję. Możesz mnie z powrotem uwięzić w kostce - powiedziałem – A wydostaną się tylko oni. Będziesz miał wtedy gwarancję, że cie nie wystawimy.

  • To nie wchodzi w rachubę – szedł w zaparte mag – To musi być dziś. Mogę spróbować odciągnąć część ludzi mego pana, ale to wszystko na co mogę się zgodzić. Zrozumcie. W momencie kiedy zniszczę kamień umieszczony w moim ciele, drugi, który posiada mój pan, także zostanie zniszczony. On będzie wiedział, że się uwolniłem i na pewno będzie się pilnował. Powiem wam szczerze, jeśli nie chcecie zrobić tego dziś, zamknę was w kostce.

Ta informacja niespecjalnie nami wstrząsnęła. Wiedzieliśmy, że jesteśmy na jego łasce.

  • Więc jeśli sytuacja wygląda tak jak mówisz – powiedział Kejn – a nasze argumenty nie dochodzą, musimy zrobić to tutaj. To chyba zamyka dalszą dyskusję. Nubrimusie zrób w takim razie wszystko co w twojej mocy, aby odciągnąć część ludzi Camarala.

  • Tak będzie – powiedział mag – Udajcie się teraz na bal. Późno już.

Wyszliśmy na korytarz i według wskazówek dotarliśmy do sali balowej. Podłogę zdobił bogaty dywan, a cały korytarz był dobrze oświetlony. Zza drzwi dobiegał gwar rozmów i dźwięki muzyki. Do sali wchodziliśmy pojedynczo. Przed drzwiami stało dwóch strażników z halabardami w rękach. Nie zwrócili na mnie uwagi, stali jak posągi. Na środku sali, na podwyższeniu stał śpiewak z lutnią, a wokół niego przygrywało dodatkowo kilku muzyków. Sala była pełna ludzi. Wszyscy wytwornie ubrani, kobiety w bogato zdobionych sukniach, a każdy na twarzy miał misternie wykonane maski. Część ludzi rozmawiało ze sobą, część tańczyło. Sama sala była ogromna. Z jednej jej strony pięły się schody, które prowadziły na rozległy balkon, z którego goście patrzyli na bawiących się w dole. W jednym z rogów sali, były ustawione stoły, oświetlone przez bogato zdobione świeczniki, zastawione srebrnymi talerzami i misami pełnymi wybornego jedzenia. Stało tam też sporo dzbanów z winem. Z głównej sali odchodziły jeszcze cztery korytarze, a przy każdym z nich stał strażnik z halabardą. Były też wielkie przeszklone drzwi, które, jak się domyślałem, prowadziły na ogrody. Po sali kręciło się też dużo służek, a wszystkie ubrane były w ten sam sposób. Nosiły maski kotów i były dosyć wyzywająco ubrane. Miały spore dekolty, które zdradzały, że są to bardzo młode kobiety, a może nawet bardziej wyrośnięte dziewczynki. Co chwilę przechadzali się też służący z dużymi srebrnymi tacami pełnymi kielichów. Obeznany z etykietą dworską, dałem odpowiedni znak i służący podał mi kielich. Wino było wyborne. Wiedziałem już, iż ten znak wykonam jeszcze wiele razy do północy. Kręciliśmy się bez celu, starając się nie znikać sobie z oczu. Na podwyższeniu siedział mężczyzna w masce psa. W jego okolicy stało kilku uzbrojonych mężczyzn, obserwujących tłum. Ludzie tłoczyli się wokół niego i każdy zabiegał o to, by choć przez chwilę z nim porozmawiać. Przypuszczam, iż był to sam de Robespierre, lecz wtedy bardziej interesowało mnie to, czy gdzieś nie zobaczę Camarala. Akurat on jeden nie mógł się ukryć pod żadną maską, ponieważ dosłownie każdy rozpoznałby tego wielkiego, czarnoskórego mężczyznę. Po chwili dostrzegłem go w tłumie. Miał na sobie maskę tygrysa, a ubrany był w ekstrawagancką koszulę z dużym, trójkątnym wycięciem, ukazującą jego potężną muskulaturę. Przechadzałem się po sali, pijąc kolejny kielich wina, kiedy przez tłum przebił się głośny śmiech, który mógł należeć tylko do jednej osoby. Szybko zwróciłem głowę w kierunku jego źródła. Na balkonie, w masce kocicy, w sukni, która bardzo mało zakrywała, stała z całą pewnością Carmilla, była przeorysza Bezimiennego Klasztoru Sierot. Mimo, że w masce, tego pięknego ciała nie pomyliłbym z żadnym innym. W ręce trzymała kielich, rozmawiała z jakimś mężczyzną i śmiała się głośno wskazując coś na dole. Miałem wrażenie, że wypiła już sporo. W pewnym momencie spotkaliśmy się z braćmi i Dalinar powiedział:

  • Jestem nieco połamany i chyba skorzystam z gościnności gospodarza – wskazał głową na jedną ze służek.

  • Nie wiem jak to działa – powiedział Igo.

  • No ja wiem, że ty masz z tym problem – zaśmiałem się głośno, a Dalinar podchwycił mój żart i dodał:

  • To chodź ze mną, to ci pokażę co zrobić z kobietą – wybuchnęliśmy śmiechem.

  • Chciałem wam tylko powiedzieć, że są tu też kapłani Delidii. Nie zapominajmy o tym – powiedziałem.

  • Ja żadnego nie widziałem – powiedział Dalinar.

  • Ale wiem, że są – odparłem – Zaufajcie mi. Po prostu nie chcę was teraz rozpraszać niepotrzebnymi informacjami.

Była to prawda. Od dawna chcieliśmy zemścić się na Carmilli, ale bałem się, żeby porywczość nie narobiła nam dodatkowych kłopotów, stąd też tę informację zachowałem dla siebie.

  • Chodzi mi tylko o to, żebyśmy mieli na uwadze to, iż przy ewentualnym pościgu, możemy mieć na plecach ne tylko zbrojnych, ale i ludzi, którzy posiadają kapłańskie moce. W każdym razie ja nie zamierzam iść ruchać. Wolę poobserwować. Zresztą jak na mój gust, te kobitki mają za małe cycki i zbyt mało zaokrąglone biodra. To ty idź się zabaw, a ja muszę skosztować reszty trunków. Jak umierać to nie na trzeźwo.

Po tych słowach, udałem się na balkon i stanąłem niedaleko, gdzie bawiła się Carmilla. Oparłem się o barierkę balkonu i obserwowałem bawiących się w dole ludzi. Carmilla, otoczona była trzema adoratorami, którzy prawili jej komplementy. Rozmowa była nudna. Nie usłyszałem nic, co by mnie interesowało. Dowiedziałem się jedynie, że jeden z adorujących ją mężczyzn miał na imię Tatunus. Nic mi to imię nie mówiło. Około pół godziny przed otwarciem bram do ogrodu, spotkałem się ponownie z Kejnem i Dalinarem. Igo gdzieś zniknął, ale dołączył do nas może z pół godziny później. W pewnym momencie muzyka umilkła i przemówił de Robespierre:

  • Aby uświetnić uroczystość ku chwale zwycięskiej kampanii, dzięki której Ambard przyniósł swe światło krainie Dukhaj, zaprosiłem do nas dwóch wybitnych szermierzy, aby zabawili nas pokazem swych umiejętności. Za chwilę przed nami broń skrzyżują tesijski mistrz Idżi Nak i Leopold z Tragonii Północnej.

Służba wyznaczyła miejsce walki, prosząc gości o przesunięcie się za ten obszar, a po chwili rozpoczęła się pokazowa walka. Mimo że nie znałem się na walce bronią, było widać, iż stający do boju wojownicy są naprawdę sprawni i szybcy. Pojedynek trwał około kwadransa. Po tym czasie hrabia podziękował za wspaniały pokaz i ogłosił, iż w związku z tym, że do północy została już tylko godzina, zaprasza do ogrodu, gdzie odbędą się pokazy fajerwerków.

Służba otwarła przeszkolone drzwi i ludzie tłumnie wyszli na zewnątrz. Umówiliśmy się, że Igo będzie obserwował Camarala, ja poszukam studni, a Kejn i Dalinar poszukają szopy. Zacząłem też rzuć „Zioło Siłaczy”. Pierwszy ruszyłem w kierunku południowej części ogrodu, który, w przeciwieństwie do doskonale oświetlonego ogrodu wschodniego, tonął w ciemności. Na szczęście niebo było bezchmurne, a księżyc był prawie w pełni. Część ludzi, którzy chcieli odpocząć od zgiełku, też udała się w stronę ogrodu południowego, i zajmowała umiejscowione tam pojedyncze ławeczki. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Szedłem więc dalej głównymi alejami, aż w końcu byłem sam. Ogród troszkę się zmienił. Zamiast rzadko stojących drzewek, pojawiły się żywopłoty posadzone wzdłuż ścieżek. Domyślałem się, że obrałem dobry kierunek, wszak fontanna musiała być umiejscowiona przy jakiejś alejce, a nie z dala od widoku. Podążałem przed siebie, aż doszedłem końca ścieżki. Po lewej i prawej stronie rozciągał się mur, a drogę odgradzała metalowa, zamknięta łańcuchem brama. Wróciłem się i skręciłem w kolejna alejkę. Po raz kolejny doszedłem do ceglanego muru, który prawdopodobnie stanowił granicę posiadłości. Poszedłem wzdłuż muru i kawałek dalej, przy innej ścieżce, dostrzegłem fontannę, ozdobioną figurą pięknej kobiety. Widać było, że fontanna nie działa od dłuższego czasu, w środku było sporo liści i małych patyków. Zacząłem rozglądać się uważnie w poszukiwaniu studni porośniętej winoroślą. Znalazłem ją kilka metrów dalej. Zajrzałem do środka i mimo ciemności zobaczyłem drabinę. Postanowiłem wrócić gdzieś w pobliże wejścia do ogrodu wschodniego, by mieć na oku Igo. Starałem się zapamiętać drogę do studni oraz jej umiejscowienie. Po chwili namysłu poszedłem do Igo i zagaiłem:

  • Znalazłem studnię. Pomyślałem sobie, że nie możemy tu stać bez celu. Przecież jak zamachowcy w końcu znikną, to przecież nie wrócą tu w zbrojach i pod bronią.

  • No ale nie możemy stracić z oczu Camarala – zaprotestował mag – ktoś musi go obserwować i ktoś musi być łącznikiem.

  • Jak mam być łącznikiem, jak nawet nie wiem gdzie jest szopka – odparłem – Idę jej poszukać. W tym momencie wrócił Dalinar i Kejn.

  • Wiemy gdzie jest szopka – powiedział Dalinar i wytłumaczył nam jak tam dojść.

Zaczęliśmy dyskutować, gdzie zaczaić się na Camarala lub jak rozsądnie dać znać braciom, którzy będą czaić się w szopce, gdzie udał się nasz cel. Każdy z naszych planów miał poważne wady. I kiedy tak rozmawialiśmy, z budynku wyszedł Camaral i ruszył w naszym kierunku. Teraz to już trzeba było improwizować. Kejn i Dalinar szybkim krokiem ruszyli w kierunku szopy. Po chwili minął nas Camaral, a z grupy ludzi w ogrodzie wschodnim, odłączyły się trzy osoby i ruszyły za mężczyzną. Odczekaliśmy chwilę i ruszyliśmy za nimi w znacznej odległości. Po chwili grupa przed nami wyraźnie przyśpieszyła kroku. Staraliśmy się widzieć ich postury, gdy gdzieś z krzaków po lewej usłyszeliśmy odgłosy rozkoszy. Pewnie jedna z wielu par znalazła sobie zaciszne miejsce na zabawę. Nie zwracając na to uwagi, szliśmy, wpatrując się w cztery sylwetki w mroku. Przeszliśmy jeszcze kawałek dalej, gdy dla odmiany z prawej strony usłyszeliśmy przytłumiony krzyk mężczyzny i to nie był zdecydowanie jęk rozkoszy, a raczej bólu. Krzyk gwałtownie się urwał. Stanęliśmy jak wryci. Zdecydowaliśmy się przejść przez krzaki i zobaczyć co się stało. Chwilę zajęło nam przedarcie się przez gęstwinę, a gdy w końcu nam się udało, zobaczyliśmy dziwną scenę. Na ziemi leżał mężczyzna, a nad nim pochylała się kobieta w balowej sukni. Chyba nas usłyszała, bo szybko obróciła głowę w naszym kierunku. Jej oczy płonęły czerwienią. Trwało to dosłownie chwilę, po czym kobieta z szybkością wiatru zniknęła gdzieś w mroku.

  • Wracamy – powiedziałem i ruszyliśmy w kierunku głównej ścieżki.

  • Tam ktoś skręcił - wskazał krzaki Igo, lecz ja nikogo nie zauważyłem.

  • Idź tam, ja tu poczekam – powiedział mag – Jeśli uznasz, że to był Camaral, kiwnij mi ręką, a ja pobiegnę po braci.

Pozwoliłem, by dzięki Ki, moje ruchy stały się ciche i płynne i ruszyłem we wskazane miejsce, dodatkowo wypatrując śladów czterech osób. Dotarłem do miejsca, które wskazał Igo i chyba zdradził mnie szelest krzaków, bo usłyszałem:

  • Ciii.

Trwałem w bezruchu około minuty, po czym usłyszałem szept:

  • Dobra kurwa, przebierać się.

Dałem znak Igo i czekałem w napięciu. Z oddali słyszałem jakieś szelesty. Minuty mijały. Po chwili usłyszałem jakieś odgłosy od strony ścieżki. Wróciłem kawałek i wyjrzałem. W moim kierunku zmierzał Igo. Dałem mu znać ręką, aby się zatrzymał i po cichu podszedłem do niego.

  • Tu niedaleko Camaral wraz ze swoimi ludźmi miał ukryte zbroje i broń. Pewnie już skończyli się ubierać. Gdzie Kejn i Dalinar?

Chwilę po moim pytaniu z krzaków wyszli pozostali bracia. Wskazałem Igo i Dalinarowi miejsce, w którym mają się schować, a Kejnowi wytłumaczyłem jak ma iść, aby obejść miejsce, gdzie ostatnio widziałem Camaralczyków. Ja natomiast wszedłem na główną ścieżkę i z kielichem w ręce zataczałem się w kierunku zamkniętej bramy. Dochodząc do niej głośno beknąłem i głośno złorzeczyłem.

  • To ma być wino? To szczyny!

Podszedłem do kraty i zacząłem ją szarpać.

  • Otwieraj się! No otwieraj!

Nagle zza krzaków wyszedł uzbrojony mężczyzna i zapytał:

  • A ty czego tu szukasz pijaku?

  • Panie! A nie pijaku! Panie!

  • Teren ten jest zabroniony dla gości. Proszę odejść – służbowym głosem odpowiedział zbrojny.

Obróciłem się na pięcie i odchodząc usłyszałem:

  • To tylko jakiś pijaczyna, spokojnie.

Wróciłem do braci i opowiedziałem co zaszło. Po chwili wrócił Kejn i rzucił, że widział moje przedstawienie z przeciwnej strony. Według niego w grupie nie było Camarala. Postanowiliśmy czekać.

Chwilę później usłyszeliśmy huk, a niebo się rozświetliło. Od strony ogrodu wschodniego usłyszeliśmy krzyki:

  • Wspaniale! Cudowne! Więcej! Więcej!

Pokaz trwał w najlepsze, kiedy Kejn powiedział:

  • Chyba słyszę odgłosy walki – i wskazał kierunek.

Ja w tym huku nie słyszałem nic. Ruszyliśmy we wskazanym kierunku, szybkim krokiem licząc na to, że głośne wybuchy zagłuszą nasze kroki. Po chwili rzeczywiście usłyszeliśmy odgłosy mieczy uderzających o miecze, przekleństw i jęków rannych. Zobaczyliśmy toczącą się walkę, ale Dalinar zatrzymał nas i przez chwilę obserwowaliśmy. Chwilę zajęło nam zorientowanie się w sytuacji. Z jednej strony walczyło siedmiu zbrojnych z mieczami, a naprzeciw nim stawało czterech wojowników w ciężkich zbrojach. Jeden z nich wyróżniał się z tłumu. Był to Camaral, który walczył ciężką maczugą i tarczą, dając odpór trzem przeciwnikom. Na ziemi leżały już dwa ciała. Ludzie Camarala walczyli maczugami. Jeden z nich właśnie rozłupał solidnym ciosem głowę przeciwnika, który momentalnie zwalił się na ziemię. W pewnej chwili ktoś widocznie nas zauważył, bo krzyknął:

  • Kurwa, posiłki idą! Sprężać się chłopaki!

Ruszyliśmy w kierunku Camarala, a Kejn celował z łuku. Jeden z walczących został uwięziony w jakiejś bańce i miotał się w niej, próbując wyjść. Nim dobiegliśmy, przeciwnicy Camarala leżeli na ziemi. Walczący obrócili się w naszym kierunku i ktoś z nich zawołał:

  • O popatrzcie, strażnicy. Chodźcie, zabawimy się!

Dalinar starł się z Camaralem, ja miałem jednego przeciwnika, a kolejny, widząc uzbrojonego Dalinara, ruszył na niego, ignorując mnie. Po chwili dobiegał też Kejn.

Wbiłem się w swojego przeciwnika z furią, który chyba zwyczajnie zignorował oponenta ubranego w balowy strój i dostał potężnie. Prawie upadł i gdyby nie zbroja, wbiłbym mu żebra w płuca.

Obok zaciekle walczył Dalinar. Wiedziałem, że będę musiał się szybko uwinąć ze swoim przeciwnikiem, by wspomóc Dalinara. Po chwili kątem oka dostrzegłem włączającego się do walki Kejna. Sekundę później kolejny przeciwnik został zamknięty w magicznej bańce. Dopiero w tym momencie zorientowałem się, że nadal w dłoni trzymam srebrny kielich, który odrobinę przeszkadzał mi podczas walki. Rzuciłem nim więc w mojego zaskoczonego przeciwnika, który chyba dalej się zastanawiał jak to możliwe, że człowiek z maską błazna przydzwonił mu z ręki tak, że prawie usiadł. Zamachnął się w mym kierunku z widoczną wściekłością i to był jego ostatni atak, bo potem wbiłem mu nosal hełmu w czaszkę. Na chwilę mrok rozświetliły cztery niewielkie magiczne pociski, które wbiły się w jednego z walczących. Przeciwnik krzyknął:

  • Mag Pierdolony! - I rzucił się w kierunku Igo.

To był jego ostatni błąd, ponieważ włócznia Dalinara przebiła go na wylot.

Starałem się rozglądać po polu bitwy, lecz mrok skutecznie to uniemożliwiał.

  • Zapierdolę cię – krzyczał Camaral, lecz nie widziałem do kogo.

Zerknąłem w jego kierunku i nawet nie wiem, kiedy przestał walczyć z nim Dalinar, a zaczął Kejn. W tej samej sekundzie zobaczyłem magiczne pociski uderzające w Camarala, który zwalił się na ziemię z łoskotem.

Rozglądałem się po polu walki. Prócz nas wszyscy leżeli na ziemi. Zostały tylko dwie postacie w magicznych bańkach.

Dalinar podszedł do elfa i powiedział:

  • Jesteś ciężko ranny. Nim skończymy z tymi dwoma, pozwól, że zatamuję krwawienie.

Kapłan wypowiedział znane nam słowa modlitwy i Kejn aż nabrał głęboko powietrza z wyraźną ulgą.

  • Tsume, Dalinar, przygotujcie się. Zdejmę czar z tego pierwszego.

Spokojnym krokiem podeszliśmy do bańki. Człowiek w środku zasłonił się tarczą, a Kejn z bliskiej odległości wycelował z łuku. Igo zwolnił czar. Strzała była szybsza niż tarcza. Przeciwnik padł martwy. Po chwili Igo rozproszył kolejną bańkę i sytuacja powtórzyła się. Usłyszeliśmy dobiegający z oddali tupot stóp.

  • Odetnij mu łeb – powiedział Dalinar, a wściekłego Kejna nie trzeba było ponaglać. Elf uwinął się szybko. W oddali usłyszeliśmy odgłosy otwieranej metalowej bramy.

  • Za mną - zawołałem – nie mamy już czasu.

Dalinar chwycił głowę Camarala i wszyscy ruszyli za mną.

  • Podaj mi świecący kryształ – powiedziałem kapłanowi.

Schowałem go pod szatę, aby nie zdradzić naszej pozycji. Za sobą słyszeliśmy stukot ciężkich, wojskowych buciorów. Dotarłem do zamaskowanej studni, odsłoniłem winorośl i rzuciłem kryształ w dół. Zobaczyłem jak chwilę leci, po czym rozprysł się o ziemię. Aby nie blokować drabiny, zeskoczyłem w dół i gdzieś z korytarza poczułem przeciąg. Odetchnąłem z ulgą, gdyż do tej pory nie wiedziałem czy Nubrimus mówił prawdę o tajemnym przejściu. Odsunąłem się spod drabiny i czekałem na braci, gdy obok mnie spadło coś z mlaszczącym odgłosem. Domyśliłem się, że to głowa Camarala. Po chwili na dole byli też moi bracia, a ja pociągnąłem ich w kierunku tunelu i kazałem zamilknąć. Obawiałem się, że zaraz zobaczymy światło pochodni u wylotu studni.