W drodze powrotnej z Mar-Margot analizowaliśmy wiadomości przekazane w liście przez Nubrimusa. Wyjaśniło się kilka spraw, jak na przykład to, że Camaral grał na dwa fronty oraz to, że prawdopodobnie Vernir, Marcus i Graham szukali w Białej Osadzie czegoś, co Dahijczycy wynieśli stamtąd ponad dwa stulecia wstecz. Natomiast pojawiły się nowe nazwiska i wątki. Ponownie dyskutowaliśmy nad tym o co zapytać ducha Camarala i jakie powinny być nasze następne kroki. Wstępnie ustaliliśmy, aby udać się do Celebornu, gdzie być może Dalinar dowie się czegoś w ukrytej świątyni Vergena, a my sprzedamy klejnoty od Nubrimusa. Mimo iż ciągle w naszych głowach mieliśmy myśli o odnalezieniu Vernira, oswajaliśmy się z myślą, że nawet jeśli jeszcze jakimś cudem żyje, to na ten moment nie mamy pojęcia jak rozgryźć problem jego pobytu w Twierdzy Długiej Nocy. Dodatkowo z powodu przez śmierci Camarala, byliśmy spaleni na terenie królestwa Mar-Margot i miast ościennych, co utrudniało jeszcze bardziej nasze dalsze kroki.
Narzuciliśmy ostre tempo i po dwóch dniach dotarliśmy do „Smoczej Tarczy”. Przespaliśmy się i uzupełniliśmy prowiant, udało nam się nawet kupić ciepłe ubrania. Z rana wyruszyliśmy w kierunku Celebornu, a późnym popołudniem dotarliśmy do rozstaju, gdzie pozostawiliśmy głowę Camarala.
Weszliśmy w las. Już z dala widziałem, że kopiec, który ułożyliśmy, jest rozkopany. Głowy nie było.
Zacząłem się przyglądać i dostrzegłem ślady wilka, może dwóch. Ruszyłem ich tropem i kilkanaście metrów dalej zobaczyłem obgryzioną czaszkę.
Dalinarze nada się to jeszcze do czegoś? - zapytałem.
Nada się.
Oddaliliśmy się od szlaku, rozpaliliśmy ognisko, a Dalinar przygotowywał się do rytuału.
My siedliśmy wokół ogniska i czekaliśmy w milczeniu. I znów, mimo że słońce stało całkiem wysoko, zapanował półmrok, ognisko ledwo się tliło stłamszone niewidzialną mocą i poczuliśmy też okropny fetor. Z lasu wyłoniła się dziwna chmura ciemnej materii i powoli sunęła w stronę Dalinara. Dziwny obłok zatrzymał się kilka metrów przed nim, a z jej głębi dochodziły kroki i jakby odgłosy kogoś, kto idzie w ciężkiej zbroi. Po chwili wyłoniła się z niej postać, wielka i barczysta, odziana w poczerniałą jakby od ognia kolczugę. W ręce dzierżyła ogromną maczugę. Pod otwartym hełmem widzieliśmy gołą czaszkę z oczami płonącymi ogniem. Ponownie wstrząsnął mną strach, sięgnąłem po bukłak i pociągnąłem solidny łyk na odwagę. Postać stanęła przed kapłanem i odezwała się lodowym głosem:
Dlaczego znów mnie wezwałeś? Szukasz śmierci?
Wezwałem cię, byś odpowiedział na moje pytanie – bardzo spokojnym głosem powiedział kapłan – Powiedz mi jak możemy wydostać Ragna z Twierdzy Długiej Nocy.
Zapytałem czy szukasz śmierci? - jeszcze głośniej zapytała istota.
Jesteś tu by odpowiadać na moje pytania, a nie grozić mi – ciągnął nadal spokojnie Dalinar.
Muszę przyznać, że byłem pod ogromnym wrażeniem jego opanowania. Ja pociągałem nerwowo z bukłaka łyk za łykiem.
Jeśli będziesz się opierał, sprawię, że będziesz cierpiał całe wieki.
Arrrgggg – wyrwało się z miejsca gdzie powinny być usta i postać zamachnęła się wielką maczugą, lecz coś powstrzymało ją przed uderzeniem.
Ręka z maczugą zaczęła się trząść, jakby ta ważyła zbyt dużo i powoli opadła wzdłuż ciała.
Dobrze, jeszcze ten jeden raz odpowiem – odparła pokornym głosem istota – Ale obiecaj mi, że już nigdy potem mnie nie wezwiesz.
Odpowiadaj – powiedział kapłan.
Ahito-tan – odparł duch
Jakie są słabe strony Ahito-tana? – zadał kolejne pytanie Dalinar.
Służalczość i wierność.
Powiedz mi kim jest Zahariasz – kontynuował kapłan.
W tym momencie zjawa się zawahała.
Nie, na to pytanie nie odpowiem – powiedział bardzo cicho Camaral.
Kto powiedział ci, że Ragn wypytuje Kościeja o przeszłość związaną z rodem de Vries?
To było tak dawno – jakby w zamyśleniu powiedział duch – Czy to ostanie pytanie?
Tak, odpowiedz i cię uwolnię – zapewnił kapłan.
To był Mordred. Tak, Mordred. Sługa Ahito-tana.
Wracaj do piekielnych czeluści skąd przybyłeś.
Dzięki ci – powiedział z cierpieniem Camaral – miałem taką ochotę cię zabić, lecz tym razem musiałem ci jeszcze darować.
Istota obróciła się i weszła w ciemność rozpościerającą się za nią. Dosłownie sekundę później wszystko wróciło do normy. Ciemności nie było, słońce świeciło jak zawsze, a ogień wysoko strzelał w ognisku. Odetchnąłem z ulgą.
Czemu nie dopytywałeś o Zahariasza? - zapytałem – Nubrimus mówił, że Camaral się go bał. Widać, że boi się go nawet po śmierci. To mogło być bardzo ważne.
Cieszę się – zaczął Dalinar – że wyraziłeś swoją opinię, lecz widząc wasze miny i to jacy jesteście bladzi, chyba się domyślacie, że nie była to łatwa rozmowa. Oceniłem, że tak będzie najlepiej.
Spojrzeliśmy po sobie.
Czyli za wszystkim stoi Ahito-tan – skwitował kapłan – Trzeba dopisać nazwisko Mordreda do zabicia.
Nie do zabicia tylko do przepytania – sprostowałem.
Do przepytania i zabicia. Niekoniecznie w tej kolejności – odparł z paskudnym uśmiechem Dalinar.
Trzeba znaleźć mrowisko i niech mrówki wyczyszczą to ścierwo – wskazałem na czaszkę – może się jeszcze przyda.
Całkiem możliwe – powiedział Dalinar – przecież nie zamierzam dotrzymać słowa, że to był już koniec pytań. Może kiedyś będziemy potrzebowali znowu pogawędki.
Dziwne, że teraz wyglądał całkiem inaczej – powiedział Kejn.
No pewnie bydlak już nawet w piekielnych czeluściach awansował – zażartował Igo – Z pająka do zbrojnego.
Ciekawe co miał na myśli Camaral mówiąc „służalczość i wierność” – zastanawiał się mag.
Może ślepo wykonuje rozkazy przełożonych i jest do bólu wierny Kościołowi – powiedział Kejn.
Albo kluczem jest Mordred – powiedziałem.
Też mi się tak wydaje – powiedział Dalinar - Muszę kupić znowu solidny wór pełen soli, bo tylko problemy z tymi głowami, a nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda.
Dokładnie – poparłem kapłana – przyda się na Mordeda. Zwłaszcza, że zawsze jesteśmy niezdecydowani co do pytań.
Ruszyliśmy w kierunku Celeberonu i podczas jednego z noclegów znaleźliśmy mrowisko i położyliśmy głowę obok. Do rana mrówki uwinęły się z resztkami. Kilka dni później, od kupca w jednej z przydrożnych karczm, Dalinar kupił worek z solą. Wrzucił tam czaszkę i przytroczył wór do konia.
Droga do Celebornu minęła nam bez problemu. Szlakiem podążało jeszcze sporo kupców w stronę Mar-Margot, aby dokonać ostatnich transakcji przed nadchodzącą zimą, kiedy to szlaki stają się nieprzejezdne.
Mury Celebornu dostrzegliśmy szóstego grudnia. Było tak zimno, że zimowe ubrania na stałe opatulały już nasze ciała. Kejn i Dalinar poznali troszkę to miasto wcześniej, więc nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca na postój. Bracia polecili karczmę „Pod złamanym Ambardem”. Później Dalinar i Kejn powiedzieli nam także troszkę o samym mieście. O tym, że bogactwo Celebornu zapewnia mu rzeka zwana Sercem Karabaku, którą spławia się większość towarów z Gordionu Północnego oraz z Umbarak – potężnych krasnoludzkich, górskich fortec. Opowiedzieli też, że w mieście są dwa rzeczne porty i jeśli będziemy chcieli udać się do Moss Eil drogą wodną, to właśnie tam znajdziemy transport. Z karczmą, w której się zatrzymaliśmy, też wiązała się ich opowieść. Ponoć kiedy byli tu pierwszy raz, strażnicy mocno naprzykrzali się właścicielowi, twierdząc, iż nazwa przybytku godzi w święte miasto Ambard. Gospodarz wybrnął jednak, mówiąc, że nazwa nie obraża wspaniałości Ambardu, a karczma w rzeczywistości wzięła swą nazwę od złamanej monety, najdrobniejszego środka płatniczego, zwanego powszechnie „ćwiartką” lub „połówką”. Ponoć nawet ci, którzy mają tylko pół srebrnego Ambarda albo i ćwiartkę, mogą się u niego posilić. Bracia wspominali, że strażnicy regularnie nachodzą karczmarza, próbując wymusić zmianę nazwy, ale gospodarz zawsze z uśmiechem tłumaczy im to samo. Jak widać do dziś nazwa gospody pozostała niezmieniona. Wynajęliśmy pokój na dwa dni i postanowiliśmy, że aby nie zostać oszukanym, trzeba dać do wyceny kamienie od Nubrimusa do kilku jubilerów. Dalinar miał odwiedzić lokalną świątynię Vergena i zasięgnąć języka, a karczmarz wskazał nam gdzie szukać jubilera w dzielnicy handlowej. Postanowiliśmy, aby nie wzbudzać zbytniego zainteresowania i na początek dać do wyceny cztery z dziesięciu diamentów.
Pierwszy z poleconych jubilerów popatrzał, pocmokał i stwierdził, że okazy nadają się do obróbki i zaproponował nam za nie trzydzieści złotych ambardów.
Tylko tyle? Byliśmy u niejakiego Ronina. Polecił nam go znajomy karczmarz i ten zaproponował nam trzydzieści siedem – skłamałem.
Co?! Ta pazera? Niemożliwe – wzburzył się kupiec – Nie mogę uwierzyć! Dodatkowo radziłbym uważać na niego, bo ponoć płaci obrzynanymi ambardami. Zastanówcie się dobrze, ja zawsze daję uczciwą cenę!
Dobrze, dziękuję za informację – powiedziałem – Zapytamy Ronina co sądzi o twoich ambardach.
Moje ambardy są bez zarzutu – wyniośle powiedział jubiler – Często sprawdzają mnie urzędnicy z TKK.
A jego nie sprawdzają? - zapytałem podejrzliwie.
Słyszałem, że ma z nimi jakiś nielegalny układ i kto go tam wie... Zapłacicie taką monetą później, ktoś się zorientuje i macie kłopoty. Ja bym się zastanowił. Ale wasza wola panowie, wasza wola.
Udaliśmy się do Ronina, drugiego z poleconych jubilerów i pokazaliśmy mu te same kamienie.
- Widzę, że powiodło się wam podczas wypraw za Pas Pogranicza – Ronin założył, że braliśmy udział w kampanii wojennej kościoła – Dukhajczycy, słyszałem, zrabowali wiele kosztowności z ościennych miast. Dobrze, że nasze wojska zaprowadziły tam porządek. No pokażcie co tam macie.
Spojrzał na diamenty i stwierdził:
Widzę, że naprawdę wam się poszczęściło, naprawdę ładnie się obłowiliście. Mogę wam zaoferować trzydzieści trzy ambardy.
Czterdzieści – powiedział Igo.
Panowie, ja rozumiem, że jesteście żołnierzami i chcecie zarobić, lecz wycena takich kamieni, to naprawdę sprawa, którą powinienem zająć się profesjonalista. Czyli ja. Moje ostanie słowo to trzydzieści pięć.
Czyli Joahim prawdę mówił, że kutwa... – powiedziałem do braci.
Jak to?! O co chodzi? – zapytał podniesionym głosem jubiler.
No, mówił panie, żeś sknera i obrzynane masz ambardy. Zatem musimy sprzedać jemu, bo proponował więcej.
Kurwisyn – pod nosem złorzeczył Ronin – Więcej wam nie da. On kupuje tylko po to, by odsprzedać. Ten cymbał nic z tego nie stworzy. A ja na pewno daję więcej niż on, bo sam pracuję nad tymi kamieniami i zarobek mam od wykonanego wyrobu. Trzydzieści pięć i to ostania oferta jaką mogę dać i to tylko dlatego, że walczycie w tej wojnie po odpowiedniej stronie. Żołnierzy Ambardu trzeba wspierać.
No, powiedzmy, że będziemy w stanie to sprzedać za tą cenę – zaczął Igo – Kilku naszych kompanów też ma jeszcze parę kamieni. Byłbyś panie zainteresowany?
A ile by tego było? - zapytał Ronin.
Nie wiemy dokładnie - odparłem – Znając niektórych, mogli już je przepić albo przegrać w karty, ale myślę, że nie więcej niż dziesięć.
Cóż, za te mogę zapłacić już teraz, a resztę muszę zobaczyć, wycenić i jak będą nadawały się do obróbki, to muszę zdobyć fundusze. Nie posiadam takiej ilości złota, toż to majątek. Ale zobaczę, ocenię i coś wymyślimy.
Dobiliśmy targu i ruszyliśmy do Joahima. Kupiec już miał zamykać, ale kiedy nas zobaczył, wpuścił nas jeszcze.
O widzę, że się zdecydowaliście.
Tak, lecz mamy tego więcej. Zebraliśmy wszystko od reszty kompanii i też chcielibyśmy to spieniężyć.
Kupiec przyglądał się pozostałym kamieniom i stwierdził:
No, te są słabszej jakości, zdecydowanie słabszej. Mogę zaoferować za nie pięćdziesiąt ambardów, nic więcej.
Cóż, to zdecydowanie za mało – powiedział Igo.
Sprzedawca upierał się przy swojej cenie, dlatego też pożegnaliśmy się i wróciliśmy do Ronina.
Stary jubiler dokładnie oglądał każdy kamień i powiedział:
No, waszym kompanom nie powiodło się tak jak wam. Te są gorszej jakości. Trudno będzie zrobić z tego jakąś porządną biżuterię. Na pewno dam radę, ale szlifowanie spowoduje znaczne straty. Czterdzieści pięć mogę dać.
Mistrzu – powiedział Kejn – pięćdziesiąt pięć i ani ambarda mniej. Tyle chciała dać konkurencja, która cię tak szkaluje, a mimo to wybraliśmy ciebie. To raz. Dwa, będziesz miał pewność, że jak jeszcze coś wpadnie w nasze ręce, przyjdziemy z tym do ciebie, a nie do Joahima.
Przekonałeś mnie elfie, ale będę potrzebował dwóch dni na zebranie takiej pokaźnej sumy.
Tyle możemy spokojnie poczekać – odparłem.
Podaliśmy sobie dłonie i wyszliśmy.
Musiałbym uzupełnić składniki – w drodze do karczmy stwierdził Igo.
Może Dalinar ci pomoże – powiedziałem.
Nie pomogę. Ostatnio jak tu byłem, nie odwiedzałem sklepu ze składnikami – odparł kapłan.
Naprawdę? Naprawdę? - zapytałem z teatralnym oburzeniem – Nie wiesz kiedy przestać? Nie wiesz kiedy z niego zejść? Jak szydzimy, to szydzimy, ale jak potrzebuje składników, to dowiedz się w swojej świątyni, gdzie może takie zdobyć! Jak już je będzie miał, to możemy znowu zacząć szydzić, że nie umie ich używać. Myśl dwa kroki do przodu. Nie powinno się liczyć tylko tu i teraz.
Kejn i Dalinar wybuchnęli śmiechem, a Igo nawet nie skomentował. Kejn stwierdził, że skoro będziemy tu dwa dni, to oddałby zbroję do naprawy. W drodze do karczmy wstąpiliśmy więc do zbrojmistrza. Dalinar i Kejn wodzili błędnymi oczami po wystawionych pancerzach i było widać w ich oczach zachwyt. Kejn wdał się w jakieś techniczne rozmowy z kowalem. Równie dobrze mogli rozmawiać o metodach rozpłodu kóz, gdyż interesowałoby mnie to tak samo. Wodziłem wzrokiem bo pancerzach, ale dla mnie po prostu były to nieporęczne kawały żelastwa. Zniecierpliwiony czekałem, aż Kejn skończy. Bracia zostawili swe zbroje i udaliśmy się do karczmy, a Dalinar poinformował nas, że uda się na spotkanie z kapłanami. Czekaliśmy na brata w karczmie przy piwku.
Kapłan wrócił dopiero późnym wieczorem i oznajmił:
Łaskotek dotarł do Celebornu, tak jak planował. Jako wierny wyznawca Vergena skontaktował się z tutejszą świątynią. Kapłani powiedzieli mi, że jest możliwość spotkania się z nim, jeśli poczujemy taką potrzebę.
Wydaję mi się, że mamy taką potrzebę – powiedziałem – W końcu możemy zapytać o Czarcie Oko i Iglicę z Dorrn.
Dodatkowo – przerwał mi Igo – Trzeba go poinformować o tym, iż kościół wie, że żyje.
Druga sprawa – kontynuował kapłan – Wypytałem o Twierdzę Długiej Nocy. Niestety nie mam optymistycznych wiadomości. Dostanie się tam jest praktycznie niemożliwe, a ci, którzy interesują się tym miejscem, kończą zazwyczaj źle. Na rezydują są kapłanki Delidii, należące do zakonu Czarnej Łzy, które specjalizują się w kontroli umysłu i przesłuchiwaniu. Nubrimus chyba wspominał, że to właśnie one wszczepiły mu Kamień Zniewolenia. Pytałem o to jak pomóc Ragnowi i jest pewna możliwość, o ile jeszcze żyje. Jest pewien szpieg, który pracował kiedyś dla świątyni, ale wiele lat temu zaprzestał tej działalności i wycofał się z interesu. Być może uda mi się uzyskać informację jak można się z nim skontaktować, lecz niesie to sobą duże ryzyko, że jeszcze bardziej zwrócimy na siebie uwagę kościoła. Szpieg może nawet przekazać informacje Ragnowi. Wydaje mi się, że ryzyko musi być wysokie, bo zdarzały się przypadki, że do Twierdzy trafiali ludzie kościoła Vergena, a mimo to kapłani nie odważyli się skorzystać z usług szpiega, aby ich wydobyć lub chociaż skontaktować się z nimi.
Może odłóżmy to do czasu spotkania z Łaskotkiem – przerwał Kejn - Może on coś wie w tej kwestii.
Szczerze wątpię – odparł kapłan – wydaje mi się, że nikt nie jest w stanie pomóc w tej kwestii. Chyba tylko sam Ahito-tan może być naszą szansą.
Ale to przecież nasz wróg – sprzeciwił się Igo.
Wiem o tym, ale nawet Camaral powiedział, że tylko Ahito może pomóc uwolnić Ragna. Po tym co usłyszałem w świątyni, obawiam się, że może to być nasza jedyna szansa.
Jak sobie to wyobrażasz? – zapytał mag.
Wcale sobie tego nie wyobrażam – odparł Dalinar – stwierdzam jedynie to co wiemy.
Powiem tak – zacząłem – jeśli na informacje o szpiegu musimy zaczekać, to, żeby nie tracić czasu, umówmy też spotkanie z Łaskotkiem. Druga sprawa jest taka, że jeśli zdecydujemy się na kontakt ze szpiegiem, nie możemy mu przekazywać żadnych informacji. Jedynie czego moglibyśmy żądać, to żeby się dowiedział, czy Vernir żyje i nic więcej. Jeśli szpieg wpadłby w ręce kościoła, to kapłani dowiedzą się co mu przekazaliśmy, przez co siłą rzeczy zostaniemy zdemaskowani.
Zorganizuj spotkanie z Łaskotkiem i siedźmy póki co w karczmie – powiedział Kejn – bo chyba na razie nic innego nie wymyślimy.
Dowiedziałeś się może o miejsce, gdzie będę mógł uzupełnić składniki? - zapytał Igo.
Tak. Jest taki kuglarz w handlowej dzielnicy – Dalinar wytłumaczył magowi jak tam trafić – A i jeszcze jedno. Poinformowałem kapłanów, że zamierzamy ruszyć i zostać w Moss Eil do wiosny i jeśli potrzebowaliby od nas czegoś w tamtej okolicy, to jesteśmy dostępni.
I słusznie – powiedziałem – może zlecą nam coś, co zabije nudę.
Udaliśmy się na spoczynek.
Od momentu kiedy dowiedziałem się, że na razie nie będzie nam dane skorzystać z tajnej biblioteki w Mar-Margot, podczas rannych medytacji staram się zadawać Ci różne pytania, na które szukamy odpowiedzi. Być może na te, które natrafiliśmy w dzienniku Łaskotka, uzyskam odpowiedzi, jeśli uda się nam zorganizować z nim spotkanie. Lecz są pytania o naszą Boginię, które nurtują mnie od dłuższego czasu, a pojawia się coraz więcej niewiadomych. Zapewniam Cię, iż wiara w naszą misję pozostaje niezachwiana, lecz patrząc choćby na Dalinara, brakuje mi ugruntowanych doktryn i podstaw wiary, którymi on dysponuje. Czuję, że Ki jest we mnie silne i jak dotychczas Bogini jest dla mnie łaskawa, lecz pewne sprawy wciąż pozostają bez odpowiedzi. Oczekuję na Twe wiadomości jak na razie bezskutecznie, ale może to jeszcze nie ten czas.
Rano, po śniadaniu, Dalinar wraz z Kejnem udali się do świątyni, a ja z Igo do niejakiego Kalmucjusza, o którym dzień wcześniej poinformował maga Dalinar. Jego sklep mieścił się w dzielnicy kupieckie i był to rodziny interes, który kupiec prowadził ze swoimi dziećmi. Zakład specjalizował się w handlu tkaninami. Gdy Igo poinformował o swoich specjalnych potrzebach, Kalmucjusz zaprowadził nas na zaplecze, gdzie skompletował potrzebne mu rzeczy, czyli jakieś szklane pręciki, kulki siarki i bogowie wiedzą co jeszcze. Po zakupach wróciliśmy do karczmy, gdzie czekaliśmy na informację od pozostałych braci.
Kejn i Dalinar wrócili na obiad, a kapłan opowiedział jak mu poszło:
- Szpiegiem, o którym wczoraj mówiłem, jest człowiek o imieniu Kaspian Talio. Porzucił już on to zajęcie, lecz kapłani powiedzieli mi, że prawdopodobnie wiedzie proste życie rolnika w osadzie zwącej się „Mała Woda”, która to znajduje się na pograniczu „Lasu Svan”. Ten wielki las rośnie kilka dni drogi od Moss Eil. W tej kwestii to wszystko co wiem. Udało się też na dziś wieczór zorganizować spotkanie z Łaskotkiem w obozie Visconti. Jak pewnie pamiętacie Visconti to wędrowny lud, który od setek lat przemierza świat i nigdzie nie może zaznać swojego miejsca. Jest z tych grup aktualnie rozbiła swoje obozowisko w okolicy Celebornu.
Nazwa tego ludu przywołała przyjemne wspomnienia z dzieciństwa, gdy ten wędrowny lud, wraz ze swoim taborem, zawitał w okolice Mar-Margot. Ojciec czasem zabierał nas tam, aby posłuchać ich bajarzy, ich radosnej muzyki i popodziwiać ich tańce. Teraz wydawało mi się, że to tylko sen. Od tego czasu minęło kilka lat, a ja miałem wrażenie, jakby to stało się w całkiem innym życiu. Wydarzenia ostatniego roku rzuciły nas w taki wir, iż zapomniałem o przecież wspaniałym dzieciństwie jakiego zaznałem w domu de Vries.
Tam właśnie spotkamy się z Łaskotkiem – kontynuował Dalinar – Kapłan mej świątyni wspomniał, że Hektor, mimo iż jest wyznawcą Vergena, nie utrzymuje z nimi obecnie kontaktu. Zerwał kontakt w momencie, kiedy świątynia próbowała się dowiedzieć, czy Łaskotek ma coś wspólnego z pewnymi podejrzanymi sprawami. Mianowicie od pewnego czasu znikają z okolic ludzie, związani z kościołem Delidii. I to nie pojedyncze osoby, a całe rodziny. Nie jest to na rękę tutejszym kapłanom, gdyż, jak wiecie, musimy działać w ukryciu, a takie sprawy wzbudzają podejrzenia. Służby kościoła Delidii stały się bardzo aktywne, co utrudnia działalność świątyni i niesie ze sobą ryzyko dekonspiracji. W tym wszystkim giną nie tylko mężczyźni, ale także kobiety i dzieci. Świątynia Vergena nie ma na to dowodów, lecz zbiega się to dziwnie z czasem, kiedy w tych okolicach pojawił się lord Radnis, czyli nasz Łaskotek. Kapłani ma moją prośbę skontaktowali się z nim i w ten sposób mamy umówione spotkanie.
Czy to jest pewna informacja? - zapytał Igo – Czy tylko plotka?
Wiem tyle co ci powiedziałem – odparł kapłan – Kościół Vergena jedynie przypuszcza, że tak jest, lecz dowodów nie ma. Pytanie jest takie, co to oznacza dla nas?
No, jeśli nie zamierzamy do niego dołączyć, a tylko chcemy spotkać się, aby go ostrzec i dowiedzieć się kilku rzeczy i później wyjechać, to nas to nie dotyczy – odparłem.
Martwi mnie to – zaczął Dalinar – że z człowieka posiadającego jakieś zasady i honor, stał się zwykłym bandytą.
Moment, moment – przerwałem kapłanowi – Kościół Vergena nie musi wiedzieć wszystkiego co wie Łaskotek. My też tego nie wiemy. Już raz założyliśmy, kierując się tylko listem gończym, że jest to pospolity bandyta, a co się okazało później, wiemy wszyscy. Zatem nie wyciągajmy pochopnych wniosków.
Chodzi mi tylko o to – sprostował Dalinar – czy jest to dalej ta sama osoba, z którą chcemy utrzymywać kontakty.
To raczej nie jest teraz powodem do dyskusji. W ogóle nie popieram mordowania dzieci, ale trzeba pamiętać, że kościół Delidii robi dokładnie to samo. Zabiera dzieci do klasztorów, skazuje je na niewolniczą pracę, a potem kończą jako trupy w śmierdzącej dziurze. Równie dobrze Łaskotek może zabić rodziców, a dzieci niech umrą z głodu. To nie moment na takie rozmowy.
Czy Vergen mówi coś o zabijaniu dzieci? - szyderczo zapytał Dalinara Igo.
Dalinar wiedział do czego to zmierza, więc odparł:
A co cię to w ogóle interesuje?
Nie każdy wyznawca jest wyznawcą idealnym – chciałem uciąć tę rozmowę, bo wiedziałem do czego chce doprowadzić Igo – W każdej religii wyznawcy błądzą, grzeszą, popełniają przestępstwa niezależnie od doktryn wiary. A ty już gadasz jak zwykle. Patrz co robi! No patrz co robi! Jest wyznawcą Vergena, a patrz co robi! Nie ma to żadnego znaczenia. Tak działa świat i tyle.
Czy Vergen pochwala zabijanie dzieci? - dopytywał z przekorą Igo.
Nie – odparł Dalinar.
A potępia? - drążył mag, mimo iż starałem się uciąć wcześniej tę rozmowę.
Niekoniecznie – powiedział ze spokojem kapłan – jeśli toczy się wojna, to dzieją się różne rzeczy.
A moim zdaniem jest to wojna – odparłem – Może i prywatna, ale trzeba mieć na uwadze co kościół Delidii zrobił jemu, jego rodzinie i poddanym.
No tak, ale myślałem, że Vergen szanuje honor – powiedział Igo.
Igo – nadal ze spokojem odpowiadał Dalinar, mimo iż ja już się gotowałem, bo wiedziałem, że Igo cały czas szuka sposobu na wsadzenie szpili, jeśli chodzi o wierzenia moje, czy Dalinara – Jeśli wierzysz, że wojna opiera się tylko na honorze, to jesteś niepoprawnym idealistą.
Nie jest niepoprawnym idealistą, tylko prowokatorem – odpowiedział Kejn doskonale wyrażając moje myśli.
Powiem jeszcze raz dobitnie – przerwałem ich dyskusje – Jeśli jest tak jak mówisz i on za tym stoi, absolutnie nie jest nam na rękę utrzymywanie z nim kontaktów, natomiast uważam, że to jedno spotkanie powinniśmy z nim odbyć i tyle.
Dodatkowo – dodał kapłan – Świątynia Vergena zleciła misję, która myślę doskonale nam będzie pasować.
Trzeba zabić jakiegoś lekarza? - zapytałem niewinnie, wiedząc, że wkurwię tym pytaniem Igo. Dlaczego tylko on ma denerwować nas?
Kejn i Dalinar dostrzegli widocznie minę Igo, bo wybuchnęli śmiechem.
Nie, nie – odparł Dalinar – ale trafiłeś z tym, że trzeba kogoś zabić. Jest pewna osoba, która może przebywać w Moss Eil. Niejaka Melidia von Dharr, zwana także Czarną Dalią. Kilka lat temu doprowadziła ona do ujawnienia spore ilości kapłanów Vergena w Mar-Margot, co finalnie doprowadziło do ich aresztowania i powieszenia.
Czy to jakaś zdrajczyni? - zapytałem.
Tak – odparł kapłan – Współpracowała kiedyś z kościołem Vergena. Pięć lat temu zdradziła jednak i prawie cały kościół Vergena w Mar-Margot został zlikwidowany. Dopiero od jakiegoś czasu organizacja staje na nogi, ale w innym miejscu, bo już tutaj, w Celebornie. Na pewno nie będzie to proste zadanie, jako że kapłani Vergena wykorzystywali ją do eliminowania wrogów, szczególnie związanych z Delidią. Była w tym bardzo dobra. Należała do elitarnej grupy zabójców zwanych Czarnym Księżycem.
Masz rację – odparł Kejn – Jeśli należała do Czarnego Księżyca, to będzie bardzo trudnym przeciwnikiem. Czarny Księżyc to elita wśród zabójców, wręcz legendarna grupa. Słyszałem o nich, kiedy szkoliliśmy się w Karhanie.
Dlatego też powiedziałem, że zadanie może być ciekawe – odparł Dalinar – O tym, że będzie proste, nie wspominałem.
Ile? - zapytał Kejn – Bo mimo iż szanuję kościół Vergena i ciebie bracie, to takie zadanie musi mieć swoją cenę.
Sto złotych ambardów – odparł kapłan – Zapłata jest godziwa, ale jak sam powiedział Kejn, to nie jest przypadkowa osoba.
Jak ona wygląda? - zapytał Igo.
Wiem jedynie, że jest piękną kobietą o kruczoczarnych włosach, stąd jej pseudonim Czarna Dalia. Charakterystycznym elementem jest wytatuowany na prawym ramieniu sztylet sai. Po dekonspiracji przepadła jak kamień w wodę, jednak kilka miesięcy temu jeden z wędrowców przyniósł wieści, że rozpoznał ową kobietę lub kogoś do niej bardzo podobnego. Zmierzała konno do Moss Eil. Nie ukrywam, że zależy mi na wykonaniu tego zadania, bo przez nią zginęło wielu kapłanów Vergena.
Popołudniu udaliśmy się konno na północ od miasta, gdzie rozbili swe obozowisko Visconti. Minęliśmy wielki port rzeczny, który tętnił życiem, a pracownicy portowi uwijali się z załadunkiem i rozładunkiem barek. I tak jak szlaki powoli już pustoszały o tej porze roku, to transport rzeczny miał się jeszcze całkiem dobrze.
Niecałą godzinę później, dotarliśmy do skupiska wozów. Już z daleka słyszeliśmy muzykę i śpiewy od strony obozowiska. W naszą stronę leciała chmara umorusanych dzieciaków z kijami w ręce i okrzykami na ustach „Bij zbója!!!”, lecz kiedy tylko dostrzegły nasze posępne miny, rozbiegły się z okrzykami w różnych kierunkach. Mieszkańcy tego obwoźnego obozu, poubierani byli w kolorowe ubrania. Kobiety miały powpinane w zaplecione warkocze kolorowe ozdoby. Przy rozstawionych kramach, które były wszędzie, kręciło się też sporo ludzi z miasta. Gdy tylko podjechaliśmy bliżej, z jednego z pierwszych, zabudowanych wozów, wyszła do nas kobieta.
- Młodzieńcy, powróżę wam – zaproponowała śpiewnym głosem.
Posiadając miłe wspomnienie związane z tym ludem, postanowiłem, że dam jej zarobić.
- Zamówcie jakieś trunki – powiedziałem, wskazując duży namiot, rozbity na środku obozowiska Visconti – a ja dowiem się, co gotuje mi przyszłość.
Wszedłem do dusznego wozu, a kobieta wzięła moją rękę i zaczęła mówić, gładząc moją dłoń.
- Widzę mroczną przeszłość i tragedię w twojej rodzinie. Widzę też tragedię w przyszłości. Widzę kobietę. Uważaj na nią, ona jest bardzo groźna. Zmierzasz na południe. Dalekie południe. Podróż cię czeka. Widzę wodę. Widzę wszędzie wodę. Unikaj wody, gdyż woda cię pochłonie.
Schowałem dłoń i wyciągnąłem drugą, chcąc pokazać moje znamię i licząc na jakąś reakcję.
- Piękny tatuaż – wyciągnęła jakiś proszek i posypała moją dłoń – A więc to prawda. Szukasz kobiety na dalekim południu. Czyżby wąż cię oplótł i wróży to twoją katastrofę lub śmierć? Czy może serce twe pęknie dla tej pani? Tak czy siak, nie zatrzymuj się, bo kobieta w wieży oczekuje cię. A teraz chodź... i wejdź w mnie.
Pociągnęła mnie na łoże usłane skórami i rozebrała się. Nie opierałem się i pochłonęły nas miłosne igraszki. Gdy kobieta była bliska uniesienia, zaczęła wykrzykiwać coś w niezrozumiałym dla mnie języku. Skończyłem, a ona przez chwilę krzyczała coś w dziwnym języku. Jej oczy zapłonęły na zielono, a ciało jakby uniosło się nad łożem. Trwało to dosłownie chwilę, po czym spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem i szepcząc powiedziała:
- Dziękuję ci, a teraz mnie zostaw – przykryła się skórami i zapadła w sen.
Zostawiłem na stoliku srebrnika i wyszedłem z wozu.
Udałem się do namiotu, gdzie pili moi bracia.
Dziwna była ta kobieta – powiedziałem – Powiedziała mi, abym unikał podróży wodą. Potem pokazałem jej dłoń ze znamieniem i wtedy wywróżyła mi, że czeka na mnie kobieta w wieży.
I to tak długo trwało? – zdziwił się Kejn.
Nie, nie. Potem zaciągnęła mnie do łózka – odparłem – i to co się tam stało, też było dziwne. Bo albo jestem tak dobrym kochankiem albo kobieta faktycznie ma jakieś magiczne zdolności. Ale to chyba pytanie do Igo, choć wątpię, że jakakolwiek kobieta przy nim tak zareagowała. Pod koniec jej oczy zabłysnęły na zielono.
Wiem o co chodzi – z powagą odparł Igo.
Zdziwiłem się, że mag tak szybko chce mi odpowiedzieć coś o magicznej naturze zdarzenia, jako iż zawsze mnie zbywał. Czekałem więc zaciekawiony na to co powie. Igo zrobił pauzę i powiedział:
- To były kurwiki!
Bracia ryknęli śmiechem. Muszę przyznać, że i ja się zaśmiałem, dając się tak podejść.
- Dobre Igo, dobre – powiedziałem przez śmiech – Wszystko było dziwne i trwało dosłownie chwilę. Miałem wrażenie, że na końcu kobieta nie była świadoma tego co się stało.
Niestety Igo nie wiedział co mogło się wydarzyć. Bracia polecili mi pędzony na miejscu bimberek. Skosztowałem i zachęcony jego smakiem dokupiłem kolejną kolejkę. Siedzieliśmy tak, słuchając radosnej muzyki i obserwując tańczących. W pewnej chwili ktoś wpadł na Igo i popchnął go tak, że aż spadł z beczki.
- Co mnie popychasz?! – krzyknął do maga mężczyzna, który go popchnął.
Mężczyzna nosił skórzaną zbroję, a przy pasie wisiał miecz. Z tłumu wyleciało, podobnie ubranych, trzech jego kompanów.
Co się dzieje? - zapytali.
Spokojnie panowie – powiedziałem – Stawiam wszystkim kolejkę!
Nie chciałem zwracać na nas uwagi, tym bardziej że Kejn i Dalinar byli bez zbroi. W tym samym momencie Kejn przystawił jednak napastnikowi miecz do szyi.
W namiocie nastała cisza. Wszystkie oczy zwrócone były na nas.
- Spokój panowie – powiedział podchodzący do nas miejscowy – Jesteście na ziemiach Visconti.
Położył dłoń na klindze miecza i powoli opuszczał miecz Kejna na dół, mówiąc dalej:
Jesteście na naszych ziemiach. A tu pijemy i bawimy się. Jjeśli macie jakiś problem, idźcie do kręgu i tam to załatwcie. Poza nim nie można przelać krwi.
A w tym kręgu to bijemy się sam na sam, czy mam ich zlać wszystkich? – przeciągałem słowa, udając bardziej pijanego niż byłem.
Jeden z napastników odepchnął mnie.
- Spadaj szmaciarzu – warknął w moim kierunku.
Chciałem zgasić mu światło bez przelewania krwi i wyprowadziłem szybki cios. Nie doceniłem miejscowych stojących z mną. Byli na tyle czujni, że wychwycili mój zamiar. Mimo iż moja reakcja była błyskawiczna i nie zdążyli złapać mej ręki, wytrącili mnie z równowagi i moja pięść minęła szczękę napastnika. Wygiąłem się do przodu ile mogłem, ale tylko zahaczyłem łokciem brodę mężczyzny. Mimo to, zaskoczony tym faktem, przysiadł na tyłku. Znikąd otoczyło nas kilku miejscowych i mocno pochwycili nas i naszych potencjalnych przeciwników. Zaczęli ciągnąć nas poza namiot, krzycząc:
- Do kręgu z nimi! Do kręgu!
Tłum poniósł nas w stronę wyznaczonego kręgu, usypanego z kamieni. Nasza czwórka stała naprzeciwko naszych napastników. Widziałem niezadowolone spojrzenie Dalinara, które patrzyło na mnie karcąco.
Uwaga uwaga! Zgodnie ze starożytnym prawem Visconti, ci goście, goszczący na naszych ziemiach, mają spór ze sobą. Jak każe tradycja, muszą rozstrzygnąć ten konflikt w kręgu – wykrzykiwał stojący pośrodku kręgu niski Visconti.
Zatem zapytuję was! Czy chcecie rozwiązać ten problem pokojowo i rozejść się, czy może rozstrzygnąć o racji ma walka!?
Ja im kurwa dam pokojowo – krzyczał jeden z przeciwników – Flaki z nich wyprujemy!
Chcąc załagodzić sytuację, powiedziałem pijackim głosem:
W swiaaasku z tym, abyyy nie upaprać uświęconej siemi, proponuję pojedynek jeten na jetnegoo! Aby wynik tej falki fskazał kto ma racje! Soo ty na to gospodarzu?!
Nie wiem co na to wasi przeciwnicy – odparł Visconti.
Nie! Nie kurwa!! - darł się ten, któremu przywaliłem z łokcia – Zajebiemy ich wszystkich!
Panowie - zwrócił się do nas miejscowy, widząc, że jesteśmy nieuzbrojeni – Radzę wam przeprosić, a my gwarantujemy wam, że będziecie chronieni na naszych ziemiach i włos wam tu z głowy nie spadnie.
Dobra, nie mamy ambicji, żeby ich obić – powiedział Dalinar.
Niech odejdą – powiedział Igo.
Panowie! – krzyknął niski mężczyzna do naszych napastników – Ci młodzi ludzie przepraszają was i nie mają żalu.
Wiedzieliśmy, że spękają! Szkoda czasu na tych maminsynków – obrócili się i odeszli z głowami podniesionymi wysoko.
Ludzie spoza osady rozeszli się niezadowoleni z powodu tego, że ominęło ich widowisko.
Po chwili podszedł do nas mężczyzna w zbroi i dziwnie się do nas uśmiechał. Rozpoznaliśmy w nim Chudego z bandy Łaskotka. Tego, któremu złamałem palec na początku naszej znajomości.
- No, jak zawsze w ogniu walki – powiedział – Chodźcie za mną.
Poprowadził nas w kierunku ogniska, dosłownie kawałek za obozem. Zmienił się od ostatniego razu. Włosy miał czyste, a twarz zdobiła zadbana broda. Przy ognisku było kilkanaście osób. Tańczyło tam kilka kobiet, a grajek przygrywał na harfie. Wśród siedzących rozpoznaliśmy resztę brygady. Wszyscy siedzieli w kolczugach i tak jak i Chudy zmienili się. Było widać, że wiodą życie inne niż wtedy, gdy spotkaliśmy ich po raz pierwszy. Zniknęły ślady niedożywienia. Mężczyźni byli czyści i zadbani. Hektor, kiedy tylko zobaczył nas, wstał i serdecznie każdego z nas uściskał.
Cieszę się, że was widzę. Nie spodziewałem się, że się jeszcze spotkamy.
Dobrze i was widzieć – powiedział Igo.
Pozostali też wstali i przywitali się z nami.
Siedliśmy przy ognisku, a Kruk, kolejny z bandy, od razu przyniósł antałek piwa, rozdał kubki i nalał.
Jak się do ciebie zwracać? - zapytałem.
Teraz jestem znany pod imieniem Robert – odparł Łaskotek – Robert z Celebornu. Możemy tu rozmawiać swobodnie.
Zacznijmy od tego – powiedział Igo - że kościół Delidii już wie, że żyjesz i że dostarczono głowę nie twoją, a kogoś innego.
Nie słyszałem o tym – powiedział Hektor w zamyśleniu – W jaki sposób kościół się o tym dowiedział?
Prawdopodobnie jakiś mag lub kapłan to sprawdził – odparł Igo.
Dziękuje za tę informację – skinął głową z wdzięcznością Łaskotek.
Byliśmy przez to w czarnej dupie – powiedziałem – Ale jakoś wydostaliśmy się z tej kabały. Przez to zresztą jesteśmy też tu, a nie w Mar-Margot.
Jak potoczyły się wasze losy? - dopytywał Łaskotek.
Chyba nie starczyło by nam nocy, aby wszystko opowiedzieć – powiedział Kejn – Lecz tak w skrócie, to kiedy kościół dowiedział się o tym, że tamta głowa nie była twoja, staliśmy się niemile widziani w Mar-Margot. A jak twoje losy?
Wiodę teraz spokojne życie kupca – odparł Hektor – Kupuję jedno, sprzedaję drugie.
Jak sprawy z kościołem? Pracujesz nad swoją listą? - zapytałem, mając na myśli listę wrogów Hektora do likwidacji, z którą zapoznaliśmy się swego czasu. Była długa.
Cały czas – odparł z paskudnym uśmiechem.
Mam kilka pytań. Niektóre zrodziły się już po naszym spotkaniu – zacząłem – Innych nie zadaliśmy z powodu sytuacji w jakiej się rozstawaliśmy. Czy znałeś rodzeństwo naszego ojca?
Oprócz Antona, którego znam przelotnie, niestety nie kojarzę. W zasadzie z Robertem miałem okazję uczestniczyć w dwóch kampaniach wojennych dawno temu. Potem nasze drogi się rozeszły.
Cóż, jak wiesz, interesowaliśmy się pewnym sprawami, którymi interesował się również nasz ojciec. Jak wiesz też, przeczytaliśmy również twój pamiętnik. Umknęło nam pewne pytanie, które chciałbym teraz zadać, o ile to nie tajemnica. Padły tam dwie nazwy, które nas interesują, mianowicie Iglica z Dorrn i Czarcie Oko.
Zgadza się. Czarcie Oko to miejsce leżące na moich włościach, na Ziemi Ramun. Dosyć dawno temu, kiedy byłem jeszcze Panem na Ziemi Ramun, Anton, brat waszego ojca, dostał ode mnie zgodę na prace wykopaliskowe w tym rejonie. Czarcie Oko to nazwa wejścia u wrót kopalni adamantytu na Górze Tharr. Jest to w zasadzie cały system kopalń, niedaleko mojej twierdzy. To właśnie tam Anton prowadził swoje badania. Odkopał tam jakieś starożytne tablice, które pozwoliłem mu zabrać.
A Iglica z Dorrn? - zadałem kolejne pytanie, które mnie nurtowało.
A dlaczego was to tak interesuje? - dopytał Łaskotek.
Jak wiesz poszukujemy tej samej wiedzy, której poszukiwał nasz stryj.
Anton mówił, że znalazł stare mapy, poszlaki i podania o tych tablicach, właśnie w Iglicy z Dorrn. Kopalnie pod Górą Tharr są bardzo stare. Moja rodzina eksploatowała je od ponad trzystu lat. Nie wiem dokładnie czym jest Iglica. Anton był bardzo tajemniczy, a ja nie dopytywałem przez wzgląd dawną przyjaźń z Robertem. Wiem tylko, że to jakieś ruiny zniszczone bardzo dawno temu w jakiejś wojnie. Ponoć miejsce to zniszczyły siły Delidii jeszcze przed Zaćmieniem. Wracam czasem myślami do tych wydarzeń, bo wasz stryj nie był ze mną do końca szczery. Anton twierdził, że wiadomości zawarte w tablicach mówią o historii jakiejś starożytnej cywilizacji, która zamieszkiwała te tereny. Ale moi ludzie skopiowali tablice, a jeden z mych uczonych, który częściowo zdołał odszyfrować zawarte w nich informacje, twierdził, że dotyczą sekretu położenia jakiejś potężnej broni, niemal boskiego artefaktu ukrytego gdzieś na terenie Karabaku. Z tego co mówił Anton, szukał on czegoś zupełnie innego.
A czy masz kopię tych tablic? – zapytał Dalinar.
Nie mam jej tutaj. Kopia znajduje się w Twierdzy Ramun, lecz jak wiecie, nie mam już tam dostępu – powiedział ze smutkiem – Jest dobrze ukryta. Mój uczony wspominał, że ten przedmiot, ta broń, o ile dobrze to przetłumaczył, był tworem niejakiego Praojca lub Ojca Innych. Po tych wydarzeniach właśnie, chciałem to wyjaśnić i skontaktować się z Robertem, lecz dowiedziałem się, że nie żyje. Później sprawy mocno przyśpieszyły i jestem tu gdzie jestem. Może chcielibyście się przyłączyć do mojej małej krucjaty? A zapewniam was, że roboty jest tu sporo. Jest tu kilka osób, którymi trzeba by było się zająć. Posiadają sporo wartościowych informacji.
Na razie musimy stąd znikać – powiedziałem – Ubiliśmy Camarala.
O, to miło słyszeć – powiedział Łaskotek – Po spotkaniu z wami, gdy dowiedziałem się, że nasłał was na mnie, abyście mnie ubili, dopisałem go do swojej listy. Zatem mogę go teraz skreślić. Dobrze to słyszeć! Gdzie w ogóle zginął?
W zamku de Robespierre – odparłem.
Na zamku Edmunda? - W jego oczach było widać zaskoczenie – Jak udało wam się tam dostać?
Edmund de Robespierre był jednym z głównych odpowiedzialnych za zdradę i podstępne wymordowanie rodziny Hektora. To także potężny i wpływowy polityk, uważany za najbogatszego człowieka w Karabaku.
- Przez zdrajcę Camarala – odparłem – Jednak muszę cię zasmucić. Sam de Robespierre dalej ma się dobrze. Zainteresować może cię natomiast fakt, że wiemy jak się tam dostać.
Oczy aż mu się zaświeciły.
Jest tajne przejście.
Nikt o nim nie wie? - Zapytał z zapałem Łaskotek.
Tak jak najlepiej umiałem, opisałem miejsce, gdzie czekały na nas konie, sprowadzone przez Nubrimusa oraz jak dostać się do niego od strony traktu prowadzącego z Mar-Margot do Celebornu. Nie pominąłem również informacji o podziemnym pomieszczeniu w jaskiniach, gdzie słyszeliśmy dziwne modły.
To nic dziwnego – odparł Hektor – De Robespierre jest przecież wysokiej rangi kapłanem Delidii.
Nie sądzę – odparł Kejn – Jak wiesz żyliśmy w Bezimiennym Klasztorze Sierot przez jakiś czas i znamy modły i pieśni ku chwale Delidii. To co tam słyszeliśmy, nie przypominało nic z tego co znamy. To było coś bardziej mrocznego.
Dodatkowo mam wrażenie – przerwał Kejnowi Igo – że widziałem na zamku wampira.
Toż to legendarne stworzenia – odparł zdziwiony Łaskotek.
Jak to wampira? - zapytałem zdziwiony – Przecież kiedy opowiadałem im o dziwnym stworzeniu w pałacowych ogrodach – wskazałem na Kejna i Dalinara – Twierdziłeś, że nic tam nie było!
Tak mówiłem? - zapytał zdziwiony Igo.
Coraz częściej zastanawiam się dlaczego Igo tak kręci.
Musicie wiedzieć – zaczął Łaskotek – że podejrzewam, a nawet jestem pewien, że istnieje coś takiego jak Wewnętrzny Krąg Delidii. Wtajemniczeni są do niego tylko wysocy kapłani. Może tego byliście świadkami? Słyszałem pogłoski o różnych mrocznych i krwawych rytuałach.
Czyli jakby wewnętrzna kasta, która ukrywa prawdziwe oblicze tej wiary? - zapytałem – Coś, co zburzyłoby obraz bogini dla wiernych? Jej prawdziwe oblicze?
Coś w tym kształcie – odparł Hektor.
To, że wydawało mi się, że widzę wampira to nic pewnego – powiedział Igo.
Nadal nie bardzo mi to pasuje, po tym co tam słyszałem – powiedział Kejn – Ale nie neguję tego co mówisz.
Może bal był przykrywką do tego, aby ściągnąć Wewnętrzny Krąg w jedno miejsce? – zaproponował Igo.
To bardzo interesujące co powiedzieliście – powiedział zamyślony Łaskotek.
Mimo że to wszystko jest ogromnie ciekawe – przerwał mu Dalinar – Musimy się ukryć co najmniej do wiosny. Potem zapewne wrócimy do naszych poszukiwań. Jak wiesz, sądzimy, że za zabójstwem naszych rodziców, stoją dostojnicy kościelni, więc może w przyszłości połączymy siły.
Bardzo chętnie – z wyraźnym entuzjazmem powiedział Hektor.
Znasz może jakiegoś kapitana, który bez zbędnych pytań dostarczy nas do Wielkiego Jeziora? – zapytałem.
Znam taki statek – odparł Łaskotek – To „Uśmiech Losu”. Tylko nie wiem czy obecnie przebywa w Celebornie. Pływa na trasie do Gis, które leży na wschodnim brzegu jeziora. Transportują tam narzędzia i wino, a także chętnych podróżnych i ich konie, jeśli trzeba. Kapitanem tego statku jest niejaki Mermek. Pytajcie o niego w porcie. W Gis miejcie się na baczności, gdyż to miejsce jest pełne szpicli kościoła.
Podziękowaliśmy za informacje i pożegnaliśmy się, życząc sobie szczęścia i udaliśmy się do karczmy. W drodze Dalinar powiedział:
Chyba zatem postanowione. Moss Eil, a potem wróciłbym do Łaskotka, bo nasze sprawy wydają się być zbieżne.
A najpierw chciałbym odwiedzić Dorn – powiedziałem – Bo może się okazać, że za szybko nie będziemy w tej okolicy.
Jak najbardziej – poparł mnie kapłan – Mówię tylko, że jak już załatwimy nasze sprawy na południu, Hektor wydaje się dobrym kierunkiem na potem.
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że informacja o tajnym przejściu do zamku hrabiego de Robespierre nie zaćmi mu rozsądku – stwierdziłem.
Jak na razie wykazał się rozsądkiem – skwitował Dalinar.
Po powrocie do karczmy od razu udaliśmy się na spoczynek.
Z rana postanowiliśmy działać szybko. Kejn i Dalinar mieli odebrać swoje zbroje i pieniądze za sprzedane diamenty, a my z Igo udaliśmy się zorientować czy polecony statek w ogóle jest w porcie. W kapitanacie dowiedzieliśmy się, że „Uśmiech Losu” najprawdopodobniej przypłynie z Umbaraku z samego rana i jeszcze tego samego dnia ma wypłynąć do Portu Gis.
Zatem dobry człowieku – zwróciłem się do pracownika kapitanatu – daj znać z łaski swojej kapitanowi tego statku, że cztery osoby są zainteresowane transportem do Gis. Chcemy przewieźć też nasze konie.
Oczywiście, nie ma problemu. Będę się widział z kapitanem Mermekiem, bo sam muszę od niego odkupić kilka skrzynek Rudej Pajdy. Bądźcie tak przed południem, to dogadacie z nim szczegóły.
A co to ta Ruda Pajda? - zapytałem z ciekawością.
A to taki trunek wysokoprocentowy, produkowany przez krasnoludy z Umbarak. Mocny jak diabli. Mam na to spory zbyt, gdyż kręci się tu niemało krasnoludów. To specjalny rodzaj spirytusu, który wziął nazwę od specyficznego czerwonawego koloru oraz chleba, którym się go zagryza, aby lepiej wchodził i poranek był lżejszy. Nie wiadomo skąd ta rdzawa barwa trunku, a i krasnoludy z Umbarak zazdrośnie strzegą swej receptury.
Wróciliśmy do karczmy i czekaliśmy na resztę braci, którzy niedługo później wrócili ubrani w naprawionych zbrojach i z pieniędzmi od jubilera. Od razu podzieliliśmy złoto, zjedliśmy posiłek i poszliśmy do swego pokoju.
- Panowie, to jest ostania noc – powiedziałem, a bracia wybuchnęli śmiechem – No co? Wczoraj tylko ja zaliczyłem. Wam się nie chce? - nastała chwila ciszy – Aa rozumiem, czekacie na magiczne słowa, że ja stawiam? Może tym razem każdy zapłaci sobie sam? Złóżmy się i dajmy Kejnowi po ambardzie i niech zorganizuje napitki i panny na wieczór.
Kejn poszedł do karczmarza i wrócił, oznajmiając, że wszystko załatwione. Po pewnym czasie przyszły cztery nawet ładne kobiety, zaprowadziły nas do łaźni, a potem potoczyło się jak zwykle.
Rano obudziliśmy się skacowani. Wypiliśmy po piwku i udaliśmy się do portu. Okazało się, że nasz statek zacumował już w porcie. Była to duża barka z dwoma masztami. Przód statku zdobiła statua błazna. Trapy były spuszczone i marynarze uwijali się z rozładunkiem, a całym tym procesem dowodził jeden człowiek. Był ubrany w dobrej jakości płaszcz i czerwoną czapkę. Podeszliśmy do niego i zagadaliśmy.
Jesteś panie kapitanem tego statku?
Tak. Jestem kapitan Mermek.
Chcielibyśmy się dopytać o możliwość transportu do Gis. My, plus cztery konie – powiedział Igo.
Nie widzę problemu. Tylko wyruszamy za kilka godzin. Załadujemy się i odpływamy – odparł kapitan.
Jesteśmy gotowi – odparłem.
Podróż potrwa tydzień. Po drodze będą dwa przystanki na uzupełnienie zapasów i rozprostowanie nóg. Cena z wyżywieniem to 15 srebrników.
Doskonale – powiedział Dalinar.
Są dwie opcje zaokrętowania. Pierwsza to wspólna sala, gdzie się je i śpi. Druga możliwość to nocleg w osobnej sali, gdzie będziecie mieli wygodniej i ciszej. Za to trzeba dopłacić srebrnego ambarda na dobę.
Zdecydowaliśmy się na opcję z osobnym pokojem.
Wróciliśmy do karczmy, opłaciliśmy należności, dokupiłem dwa bukłaki wina i wraz z końmi wróciliśmy do portu.
Marynarze zaprowadzili konie pod pokład, do specjalnej ładowni, a nas wprowadzili na pokład, do głównej sali. Później okazało się, że na statku, prócz nas i nielicznej załogi, było około dwudziestu innych osób. Wśród nich dominowali mężczyźni, ale były też dwa małżeństwa oraz czterech krasnoludów. Wprowadzili nas do pomieszczenia, gdzie było coś w rodzaju kuchni ze specjalnie przygotowanym i zabezpieczonym paleniskiem oraz kilka ław i stołów. Nasza „kajuta” była oddzielona od reszty pomieszczenia przewieszonymi skórami. Pasażerowie to byli głównie najemnicy i zapewne pracownicy udający się do kopalń, których pełno u podnóża Gór Dzikich. Jedynymi wyróżniającymi się osobami, oprócz oczywiście strasznie głośnych i podpitych krasnoludów, było dwóch żołnierzy w umundurowaniu armii Celebornu. „Kajutę” z nami dzielili właśnie oni oraz dwóch kupców, którzy nieustannie pilnowali dwóch, sporych rozmiarów kufrów. Kiedy weszliśmy do wykupionego przedziału, podszedł do nas jeden z wojskowych i powiedział:
- Witajcie panowie. Chyba będziemy podróżować razem. Jestem porucznik Zygfryd.
Przywitaliśmy się, a porucznik sztywno odmaszerował w róg pomieszczenia.
Jest ważna sprawa – powiedziałem – Idę zobaczyć, czy krasnoludy nie grają czasem w kości.
Tsume tylko cię proszę – powiedział błagalnym głosem Dalinar – żeby tylko nie wyrzucili nas z tego statku.
Za co? Za grę w kości? – zapytałem z miną niewiniątka.
Podszedłem do kogoś, kto wyglądał na kucharza i zapytałem, czy można nabyć Rudej Pajdy. Po pierwsze byłem ciekaw tego trunku, a po drugie chciałem zrobić dobre wrażenie na krasnoludach. Kucharz powiedział, że jak najbardziej. Zamówiłem pokaźną flaszę i podszedłem do krasnoludów, gdzie grali w kości i zagadałem:
Witajcie mości panowie krasnoludowie. Nie ma się z kim napić, a mam butelczynę Rudej Pajdy, może można by się było dosiąść?
A jak najbardziej. Siadaj. Siadaj młodziku – jeden z nich wskazał mi ręką ławę.
Mamy chleb. Siadaj, siadaj.
Gracie może panowie w kości? - zapytałem.
A i owszem, rżniemy w „Bakaraka”. Znasz zasady?
A i owszem – odparłem – a o ile gracie? Jakieś znaczne sumy, czy tak dla przyjemności?
A tak dla zabicia czasu. Po srebrniku na wejście.
No to tak dla przyjemności to i ja zagram – i przyłączyłem się do gry.
Pierwszą partię zagrałem z jednym z nich dla przypomnienia zasad, a potem dołączyła się reszta.
Rozgrywka mijała w przyjaznej atmosferze.
Dowiedziałem się, że krasnoludy pochodziły z klanu Grizzmanów i udawali się do Rozstajów Ehelda, małej osady leżącej na rozstajach do Moss Eil, Gis i Dorrn, a stamtąd wyruszali do małej górniczej osady zwanej Randal, gdzie mieli dostarczyć niezbędne narzędzia. Tak się polubiliśmy, że zaproponowali mi nawet pracę przy ochronie rudy w Randal i okolicach, lecz grzecznie odmówiłem, mówiąc, że już mamy zajecie. Krasnoludy okazały się całkiem gadatliwą i miłą kompanią, gra w kości szła nam gładko, a „Ruda Pajda” znikała szybko. Dowiedziałem się o niuansach transportu w górę rzeki aż do Umbarak rud metali i węgla wydobywanego w Górach Dzikich. Brodaci kompani powiedzieli, że Port Gis to ostatnia większa osada królestwa Celebornu i stacjonuje tam duży garnizon wojskowy Archonta Kaspiana II. Gis to także miejsce dokąd ciągną górnicy z urobkiem z okolicznych kopalń Samotnych i Dzikich Gór, gdzie wydobywa się węgiel i srebro na masową skalę. W drugą stronę, czyli do Gis, transportuje się głównie narzędzia, a w szczególności żywność, wino roskańskie, gordiońskie „ale” oraz spirytus z Umbarak zwany popularnie Rudą Pajdą, którą tak radośnie piliśmy.
Co wieczór spędzałem czas z nowymi znajomymi. Na pierwszym postoju wyszliśmy do pobliskiej tawerny, aby choć na chwilę uwolnić się od smrodu panującego we wspólnej sali. Na drugim postoju było już nam wszystko jedno, dlatego też postanowiliśmy nie schodzić na ląd. Zasmakowałem w Rudej Pajdzie tak bardzo, że upiłem z dwóch bukłaków wina i dolałem do nich po kuflu Pajdy, aby je wzmocnić. Krasnoludy zyskały moją sympatię jeszcze mocniej, kiedy byłem świadkiem jednego wydarzenia. Któryś z podróżujących najemników kilkukrotnie powiedział coś niewłaściwego do jednej z kobiet i zaczepiał ją rzucając niewybredne żarty. Przestraszony mąż tej kobiety wolał się nie odzywać, ale jeden z krasnoludów wstał, wypłacił solidny cios najemnikowi o niewyparzonej gębie, tak aż tamten siadł na dupie. Kazał się mu zamknąć, skinął głową do obrażanej kobiety i jakby nigdy nic wrócił do stołu i rzucił kośćmi. Trzeba było im przyznać, że charakter to mieli. Piątego dnia, na postoju dołączył do naszej „kajuty” kolejny gość, krasnolud. Ku mojemu zdziwieniu skinął tylko pozostałym czterem i wszedł za wiszącą skórę, gdzie rozwinął gruby koc i usiadł sobie. Moi towarzysze od kości wyglądali na rębajłów, a nowo przybyły ubrany był raczej jak kupiec.
Pod wieczór Kejn zabrał nas na bok i powiedział:
- Obserwuję od jakiegoś czasu tych dwóch wojskowych i bardziej mi to wygląda na relację sługi z panem, niż relację na stopie żołnierskiej. Usłyszałem, że dostali wezwanie od jakiejś Wielebnej Matki, ktokolwiek to jest. Ten, który wygląda na niższego stopniem lub tak jak podejrzewam, jest sługą, zapytał porucznika Zygfryda o powód wezwania od Wielebnej. Zygfryd aż się zjeżył i oznajmił, że jeśli tamten jeszcze raz wypowie jej miano, to wygarbuje mu skórę. Poza tym nic ciekawego się nie dzieje.
Dopiero następnego dnia, nowo przybyły krasnolud dosiadł się do nas, kiedy graliśmy w Bakaraka, popijając jak co dzień. Był to niejaki Morgan i jak się okazało, był to kuzyn kuzyna jednego z krasnoludów przy stole. Było widać, że Morgan jest przy złocie, bo tego dnia on przejął na siebie trud stawiania trunków.
Siódmego dnia wpłynęliśmy na wody Jeziora Wielkiego, które było tak rozległe, że nie było widać drugiego brzegu. U ujścia rzeki znajdował się pierwszy port, raczej jakby duża przystań, którą ominęliśmy. Gis znajdowało się po drugiej stronie jeziora. Po pewnym czasie, daleko na południu, zaczęliśmy dostrzegać zarysy jakiejś budowli na małej wyspie. Jak się okazało była to niesławna Twierdza Długiej Nocy. Zdecydowanie nie było to zwykłe więzienie, lecz ogromny, warowny zamek. Zauważyłem, że porucznik Zygfryd, od momentu kiedy twierdza była już widoczna, stał i wpatrywał się w nią ze skupieniem.
Zapytałem moich nowych brodatych kompanów, czy będą przechodzić przez Moss Eil, bo jeśli tak, to zawsze milej i bezpieczniej podróżować w grupie. Krasnoludy odparły, że owszem, lecz dopiero za kilka dni, gdyż w Gis mieli coś „ważnego” do załatwienia.
W porcie pożegnaliśmy się serdecznie z Grizzmanami i przy okazji zapytaliśmy kapitana Mermeka, czy może polecić nam jakąś tawernę.
Rekomendowałbym „Gołą Syrenę” – odparł kapitan – Naprawdę polecam. Gdy jeszcze nie miałem żony, bywałem tam często. Chętnie bym was zaprowadził, ale gdyby moja żonka się dowiedziała, obdarłaby mnie żywcem ze skóry. Mieszkam tu niedaleko, zatem czas wrócić do ukochanej, wszak nie było mnie tu już dłuższy czas. A i dzieciaki czekają.
No nic kapitanie, zatem powodzenia – powiedziałem – i dziękujemy za udaną podróż. A my skorzystamy z uroków tawerny w pełnym asortymencie – zaśmiałem się głośno.
Ano polecam się. Jak widzicie cena u mnie przystępna, a i warunki u mnie na barce niezgorsze.
A cały rok pływacie kapitanie? - zapytałem.
Jeśli rzeka nie zamarznie to tak – wytłumaczył kapitan – lecz czasem mróz tak zetnie, że musimy sobie zrobić przerwę.
No to jeśli będziemy wracać, na pewno skorzystamy z pańskich usług kapitanie – powiedziałem.
Właśnie wyprowadzano nasze konie spod pokładu i po chwili ruszyliśmy we wskazanym kierunku, do tawerny.
- A zresztą zaprowadzę was – usłyszeliśmy głos kapitana za sobą, który dołączył do nas.
Gdy Mermek prowadził nas do tawerny, prószył już śnieg. Po drodze zauważyliśmy, iż Gis rozciąga się właściwie wzdłuż wybrzeża, nie wchodząc za głęboko w ląd. Jedynie nieliczne rezydencje pobudowane były na pobliskich wzgórzach. Idąc, co chwilę mijaliśmy magazyny i różne tawerny, a uliczki pełne były pijanych marynarzy. W oddali, na niewielkim wzgórzu, zobaczyliśmy warowny budynek, a kapitan powiedział nam, że to miejski garnizon. Po chwili dotarliśmy do naszej tawerny, gdzie kapitan nakazał stajennemu, który przywitał go jak dobrego znajomego, by zajął się naszymi końmi. Weszliśmy do środka i po chwili wiedziałem, że mi się tu spodoba. Półnagie niewolnice obsługiwały klientów. Kapitan podszedł do jednej z nich i chwycił za goły biust.
- Zuzanno, moje kochanie. Dawno cię nie widziałem – i obdarował ją gorącym pocałunkiem.
Kolejna kobieta uwiesiła się na jego szyi. Kapitan, uwolniwszy się z jej objęć, rzucił tylko w naszym kierunku:
- Bawcie się dobrze chłopaki – i odszedł do stolika na uboczu.
Gospodarz wskazał nam stolik. Po chwili podeszła do nas roznegliżowana służka, aby zapytać o zamówienie.
- Kąpiel dla czterech. Jadło, napitek, no i jakieś cztery miłe panie – rzuciłem – Elf płaci.
Tawerna była naprawdę wysokiej jakości. Nie było tam pijanych marynarzy, a goście byli raczej przy kasie.
Kąpiel jadło i uciechy były na bardzo zadowalającym poziomie. Cena też była odpowiednio wysoka. Zabawa tam kosztowała nas dwa złote ambardy, ale czasem trzeba zaszaleć. Zauważyliśmy też, że kapitanowi nie udało się jednak wyjść do żony. Kiedy miał już wychodzić, napotkał grupę znajomych, która zaciągnęła go do stolika. Już po chwili pił, całował i namiętnie obmacywał jedną z niewolnic.
Noc minęła naprawdę miło. Rano wstaliśmy nie do końca wyspani, lecz mimo to zadowoleni. Zeszliśmy do sali jadalnej, gdzie przy stole, z twarzą w misce, spał kapitan. Zjedliśmy śniadanie, zakupiliśmy prowiant i dopytaliśmy o drogę do Moss Eil. Karczmarz wytłumaczył nam, że najlepiej udać się głównym szlakiem w kierunku Dorrn, aż do Rozstajów Ehelda i tam odbić na południe do Moss Eil. Szlak robi się potem trudniejszy, ale konie spokojnie dadzą sobie radę. Dowiedzieliśmy się też, że z Rozstajów, przez Las Svan, można się dostać szlakiem do Dorrn, lecz zimą jest to raczej niewykonalne. Podziękowaliśmy za informacje i ruszyliśmy w dalszą drogę na południe.