Nasza droga do Moss Eil prowadziła szerokim szlakiem. Śnieg prószył coraz częściej, a i noce stawały się już naprawdę zimne. Dzięki magii Igo dosyć sprawnie rozpalaliśmy ogniska z mokrych gałęzi. Jego pomoc naprawdę ułatwiała nam życie, lecz nauczony doświadczeniem minionych tygodni, wiedziałem, że nie możemy ciągle polegać na jego zdolnościach. Postanowiłem, że skoro i tak będziemy mieli sporo czasu do wiosny, zdobędę trochę wiedzy od tamtejszych myśliwych, którzy przecież jakoś sobie radzą z takimi problemami bez magii.
Po sześciu dniach dotarliśmy do Rozstajów Ehelda, małej osady na szlaku przez Las Svan do Dorrn. Na rozstaju stała strażnica, na której zatknięte były flagi z herbem Dorrn. Żołnierze, którzy kręcili się wykonując jakieś pomniejsze naprawy, nie zwrócili na nas uwagi. Wioska była skupiskiem chat oraz kilku magazynów oznaczonych godłem Towarzystwa Kupieckiego Karabaku. Zawitaliśmy tam do karczmy Długa Broda, gdzie, zmęczeni drogą, postanowiliśmy przenocować. W środku było tłoczno, ludzie grzali się przy kominku, popijając trunki, unosił się ostry zapach potu. Noc w karczmie w taką pogodę to błogosławieństwo.
Następnego ranka wyruszyliśmy szlakiem na południe, zbaczając z głównej drogi, która prowadziła na wschód. Szlak zaczął delikatnie piąć się w górę, lecz nadal wytyczony był tak, aby mogły nim jeździć wozy. Przed sobą w oddali widzieliśmy już zarysy Gór Stromych, u podnóża których leży Moss Eil, a za nimi pięły się strome szczyty Gór Dzikich. To ponoć tam mieszkały plemiona barbarzyńskich Wiktów, które atakowały raz po raz ziemie Karabaku.
Szlak prowadził przez coraz gęstsze lasy, które częściowo osłaniały nas od zimnego wiatru. Mimo to podróż stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Następnego dnia śniegu napadało już tyle, że mogliśmy się kierować tylko przecinką widoczną w gęstym lesie. Mieliśmy nadzieję, że podążaliśmy we właściwym kierunku. Około południa w lesie zobaczyliśmy dym.
Co robimy? - zapytał Kejn.
Wygląda to na dym z ogniska – powiedziałem – Może ktoś tam obozuje. Ja bym zobaczył to bliżej, zaoszczędzimy sobie męki z rozpalaniem ognia.
Ruszyliśmy w stronę dymu, powoli jadąc konno między drzewami. Po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy do małego obozowiska, gdzie zobaczyliśmy trzy namioty i ognisko z małym płomieniem. Wokół ogniska powbijane były paliki, na których wisiały skóry pokryte białym futrem. Obozowisko wydawało się opuszczone.
To dziwne, że pali się ogień, a obozowisko jest puste – powiedział Igo.
Może to myśliwi – odparłem.
Podjechaliśmy bliżej. Obozowisko rzeczywiście wyglądało na opuszczone.
- Dzień dobry! – głośno zawołał Kejn.
Nikt nie odpowiedział.
- Jest tu ktoś w obozowisku!? - ponownie krzyknął elf.
Nadal brak odpowiedzi.
Zeszliśmy z koni.
Na ognisku, na prowizorycznym ruszcie, grzały się resztki mięsiwa.
Rozejrzałem się. Z obozowiska w stronę lasu prowadziły ślady koni.
Kejn podszedł do jednego z namiotów i mieczem odchylił skórę zasłaniającą wejście i zajrzał do środka.
Pusto – oznajmił.
To na pewno myśliwi – powiedziałem i wskazałem ręką na resztki patroszonych zwierząt.
Może i myśliwi – powiedział elf – ale nikt nie zostawiłby obozowiska z dobytkiem bez opieki.
Ale jakiego dobytku? Jest już zima, prawie nikt pewnie prócz nas tu nie jeździ. Skóry zostawili, aby się suszyły. Z tego co mówił mi kiedyś myśliwy, w terenie tak właśnie się robi – odparłem – Zjedli, zostawili mały ogień, aby żar suszył skóry, a sami z dala od ognia pojechali polować dalej. Dodatkowo ślady wskazują, że nie uciekali stąd, nie wyjeżdżali w pośpiechu. Mamy tu ogień oraz opał – wskazałem ręką na stertę gałęzi przysypanych śniegiem – Igo zrób coś ciepłego i jedziemy dalej. Do zmroku jeszcze kilka godzin, warto się ogrzać chociaż chwilę.
Ledwo zdążyłem to powiedzieć, kiedy Kejn głośno powiedział:
- Witajcie!
Obróciliśmy się w stronę lasu i zobaczyliśmy dwóch mężczyzn ubranych w grube skóry, stojących między drzewami. Powiedzieli coś do siebie i jeden ruszył w naszym kierunku.
Ruszyłem naprzeciw niego, ukazując, że jestem nieuzbrojony.
Witaj – przywitałem nieznajomego – To wasze obozowisko?
Ano nasze – odparł mężczyzna.
Jechaliśmy traktem w stronę Moss Eil – zacząłem – zobaczyliśmy dym. Chcielibyśmy się ogrzać i zjeść coś ciepłego. Czy możemy skorzystać? - wskazałem ręką na ognisko.
A pewnie – odparł myśliwy – gościny na szlaku nielza odmówić.
Dziękujemy.
Mężczyzna machnął ręką w kierunku kompana. Za nim z lasu wyszła kolejna grupka, w której skład wchodziło trzech ludzi prowadzących za uzdy konie.
- Siadajcie panowie przy ogniu, skorzystajcie z jego ciepła.
Do ogniska przysiadła się reszta grupy.
Gulian jestem – zaczął ten który podszedł pierwszy – My są tropiciele.
Zacne skóry – powiedział Kejn.
Ano zacne – zgodził się myśliwy – Śnieżne wilki to trudna zdobycz. Mądra zwierzyna. Aby takiego upolować, to trzeba mieć spore doświadczenie.
Patrząc na skóry, to chyba wielkie bestie? - kontynuował elf.
Ano wielkie i groźne – przytaknął Gulian – Od kilku dni na takiego jednego wielkiego polujemy, ale jak na razie wymyka się nam nieustannie. Pewnikiem przywódca stada, cały czas natrafiamy na jego tropy, ale sprytny jest.
Wyciągnąłem bukłak wina zaprawionego Rudą Pajdą.
- Zapewne znużeni jesteście panowie, napijmy się na rozgrzewkę.
Myśliwi chętnie sięgnęli po bukłak.
A was co tu sprowadza? - Zapytał jeden z myśliwych
Jesteśmy w drodze do Moss Eil – powiedział Kejn - Myśleliśmy, że może to dym z oberży.
Tu już po drodze nie ma żadnej gospody – powiedział traper – Do Moss Eil macie jeszcze kawałek. Jakbyście wyruszyli teraz, to może nocą dotrzecie na miejsce. Ale po co łazić po nocy, przenocujcie z nami i wyruszycie za dnia. Zawsze to bezpieczniej.
Dwóch traperów weszło do namiotów wyciągnęli małe łopaty i odkopali przysypany śniegiem opał i dorzucili do ognia. Po chwili ognisko rozpaliło się na całego. Postanowiliśmy przenocować w obozowisku. Podzieliliśmy się alkoholem i w cieple rozmawialiśmy swobodnie. Gulian opowiedział nam, że zajmują się polowaniem na śnieżne wilki. Polowanie przedłużyło się z powodu pojawienia się wielkiego osobnika. Zależało im mocno na ubiciu go, lecz jak dotąd nieskutecznie.
Jak widzicie - wskazał na suszące się skóry – Ubiliśmy cztery, lecz ten wielki jest najpiękniejszy i nie odpuścimy, dopóki go nie ubijemy. Wodzi nas bestia za nos już prawie trzy tygodnie.
Polujecie tylko dla skór jak rozumiem? – zapytał Kejn.
Dla skór, mięsa, a i dla ochrony tutejszych ludzi. Zwłaszcza w zimę stanowią poważne zagrożenie dla mieszkańców. Potrafią nawet napaść na wioskę jak ich głód przyciśnie. Trzeba zatem je regularnie wybijać.
A co słychać w Moss Eil? - zagaił Igo
A w Moss Eil chyba po staremu – odparł Gulian – My w osadzie rzadko bywamy, nasza farma na uboczu stoi. Ten najmłodszy to mój syn, ten to kuzyn, a tamtych dwóch to kuzyni kuzynów. I od lat zajmujemy się łowiectwem. Dostarczamy mięsiwo jak i skóry do pobliskich. Skóry zawieziemy do Rozstajów Ehelda, gdyż tam zawsze na ten towar jest zapotrzebowanie, zwłaszcza w zimę, kiedy wilków jest więcej, ale za to trudniej je upolować, bo warunki trudne. W sumie tylko my w zimę polujemy, to i zarobek najlepszy, bo skór brakuje. Bywa tak, że i do Gis na targowisko się wybierzemy. Gadka gadką, ale zjeść coś trzeba - Gulian wstał i wyciągnął z namiotu przymrożony kawał pieczeni i zaczął nakładać na prowizoryczny ruszt – To pieczeń z wilka. Odgrzejemy i sobie podjemy.
Mięso nie było tak doprawione jak robi to Igo, lecz mimo było smaczne i sycące.
- Weźcie łopaty – powiedział traper – Odgarnijcie śnieg i rozbijcie namioty koło naszych. Jak rano wyruszycie, to spokojnie przed zmierzchem do Moss Eil dotrzecie.
Skorzystaliśmy z jego propozycji i rozbiliśmy swe namioty. Pomogliśmy nanieść zapasy drewna na noc, aby ognisko dawało światło i ciepło. Po skończonej pracy znów zasiedliśmy przy ogniu i jedząc i pijąc doczekaliśmy zmroku. Traperzy dzielili się z nami historiami o swoich najlepszych polowaniach. Mimo iż byli prości w obyciu, miło słuchało się ich historii. Zaproponowaliśmy, że podzielimy się wartami, na co przystali ochoczo. Rano pożegnaliśmy się z myśliwymi. Życzyliśmy sobie powodzenia i ruszyliśmy w drogę.
Po kilku godzinach szlak zaprowadził nas na niewielkie wzgórze, z którego dostrzegliśmy zabudowania Moss Eil. Miasteczko leżało w dolince otoczonej górami. Wokół nie było drzew. Otaczające je góry nie były wysokie, lecz dalej w zasięgu wzroku szczyty były coraz wyższe. Ze wzgórza było widać, że to raczej rozbudowana osada niż pełnoprawne miasto.
- My tu mamy przeczekać zimę? Ja pierdolę! - przeklinał elf.
Całość składała się z kilkudziesięciu budynków, z czego część był zbita w coś co można było nazwać centrum, a reszta mocno rozproszona. Można było się spodziewać, że są to farmy, jako że przy niektórych było widać niewielkie zagajniki, prawdopodobnie drzew owocowych. Było widać też rzeczkę ciągnącą się przez osadę z zachodu na wschód.
- Powiem wam – odezwałem się – że nie trzeba być tropicielem, aby wywnioskować, że trafiliśmy w niezłe gówno.
Miny moich braci były nietęgie. Jedynym wyróżniającym się budynkiem była kamienna wieża.
Spokojnie – powiedział Dalinar – mamy tu tylko przezimować i się przyczaić.
Chyba kurwa hibernować – odparłem – Może wytropię niedźwiedzia, zapytam jak wykonać gawrę i obudzimy się kurwa na wiosnę!
Bracia zaśmiali się głośno.
- Nie będzie tak źle – odparł kapłan – teraz przyda nam się spokój.
Około trzysta metrów od centrum, minęliśmy duża farmę, na której kręciło się sporo postaci. Nad miasteczkiem unosiło się wiele stróżek dymu. Z daleka było widać, że miejscowość żyje i jest pełna mieszkańców. Po kolejnych minutach dotarliśmy do mostu zawieszonego nad wąską rzeką. Przed mostem stała tabliczka oznajmiająca, że wkraczamy do Wolnej osady Moss Eil.
Tyle co przejechaliśmy przez most, a z naprzeciwka podjechali do nas konni. Było to pięciu zbrojnych. Pierwszy z nich wysunął się delikatnie do przodu, uniósł dłoń i powiedział „Witajcie”. Był to człowiek około pięćdziesiątki. Pozostali jeźdźcy, ku naszemu zaskoczeniu byli szarymi orkami. Zatrzymaliśmy się i odpowiedzieliśmy także powitaniem.
Widzę, że jesteście nowi w naszej osadzie. Na długo?
Myślę, że na całą zimę – odparłem.
Wszyscy są tu mile widziani – kontynuował – Jedynie chcę powiedzieć, bo widzę żeście pod bronią, żebyście zachowywali się spokojnie. Ja tu pilnuję porządku i chciałbym, aby porządek tu pozostał.
Nie szukamy tu kłopotów – odparł Igo.
Bardzo się cieszę. Takich gości przyjmujemy z otwartymi ramionami. Jeśli przyjechaliście w pokoju, aby zostawić tu swe pieniądze, to miło.
Możesz panie wskazać jakąś karczmę? – zapytał Dalinar.
Ano mamy tu kilka – odparł człowiek – Ten przybytek, o tam... – wskazał na duży budynek – to „Podpalona Siostra”, najlepszy burdel w tej osadzie.
Był to duży drewniany budynek. Miał kamienną podbudówkę, był dosyć obszerny i wysoki, miał parter i dwa piętra. Dookoła pierwszego piętra były balkony, na których stały niewątpliwe kurtyzany, zachęcając przechodniów do skorzystania z ich wdzięków. Nad drzwiami wisiał szyld z napisem „Podpalona Siostra”.
Jest też „Czerwony Goblin” na końcu tej drogi, porządna gospoda, gdzie można pograć w kości i karty. Są jeszcze „Kulawa Noga” i „Brudna Tara”, ale to musicie sami ocenić, czy wam podpasują. Są dosyć głośne, gdyż pełno w nich krasnoludów – wskazał dwa budynki w oddali po lewej i prawej stronie, jak się później okazało głównej drogi w tej osadzie.
Taki tu klimat – uśmiechnął się – To po prostu mała, górnicza osada.
Po tych słowach zwrócił się do orków „Chłopaki jedziemy.”
Jeźdźcy zawrócili konie i odjechali.
Podjedźmy do „Czerwonego Goblina” – zaproponował Igo – Po męczącej drodze jakoś nie widzi mi się towarzystwo pijanych krasnoludów.
Na dobry początek proponuję... – zacząłem, lecz Dalinar szybko mi przerwał.
Nie kurwa! Najpierw muszę się dowiedzieć, czy mogę się tu gdzieś podszkolić z walki tarczą i czy mnie na to stać! A potem ewentualnie myśleć o dziwkach! Bo skończę polując na jakieś wilki.
Spokojnie – powiedziałem – nawet nie dałeś mi skończyć. Na dobry początek chciałem, abyśmy udali się do „Czerwonego Goblina” zjeść coś i dowiedzieć się ile będzie kosztowało nas przezimowanie – Dalinar uspokoił się nieco.
Udaliśmy się we wskazane miejsce. Mijaliśmy różne budynki po prawej i lewej stronie. Sposób zabudowy był dziwny. Budynki łączyły się ze sobą i tylko w kilku miejscach było widać jakby uliczkę między nimi. Na końcu ulicy znajdowała się gospoda „Czerwony Goblin”, a droga rozchodziła się stąd w prawo i lewo. Także tam umiejscowione budynki były jakby złączone ze sobą. W zasadzie na tym kończyło się „centrum”. Całe Moss Eil było zabudowane na planie w kształcie litery T.

Obok wejścia do gospody była też stajnia, zostawiliśmy zatem konie stajennemu. Przed karczmą był mały ganek, gdzie pomimo mrozu siedziało kilku krasnoludów, popijając z kufli i głośno dyskutując.
Powiem wam, że jak na wielkość tej osady, zaskakuje ilość oberży – stwierdziłem.
Pewnie tu wydają większość zarobku górnicy – odparł Dalinar.
Już mieliśmy wejść do środka, kiedy drzwi otwarły się z wielkim hukiem prawie wyrwane z zawiasów i wyleciał przez nie człowiek, wypadając na ulicę. Po chwili wybiegł za nim drugi w poszarpanym ubraniu i zaczęli okładać się pięściami. Zaraz po nich wyszedł prawdopodobnie gospodarz, przewiązany fartuchem i ze ścierką przewieszoną przez ramię, a za nim kilku ludzi. Obserwowali walkę, a karczmarz zaczął zbierać zakłady.
Mieliśmy iść do Czerwonego Goblina – powiedział Igo.
To jest Czerwony Goblin – odparłem z głupim uśmiechem.
Przecisnęliśmy się przez tłum gapiów i weszliśmy do środka. W karczmie było mało ludzi, jako że większość wybiegła oglądać walkę. Na środku leżało połamane krzesło. Przy jednym ze stołów kilku ludzi grało w karty w takim skupieniu, że chyba nawet nie zauważyli burdy.
Za barem nikogo nie było. Tak jak podejrzewałem, gospodarz przyglądał się bójce i chwilę trwało zanim wrócił do środka, a wraz z nim pozostali klienci. Po chwili podszedł do nas człowiek pracujący w oberży i zaprowadził nas do stolika.
Co podać? Mamy dobre „ale” i jagnięcinę, możemy też naszykować jajecznicę.
Niech będzie piwo i jagnięcina – powiedziałem.
Po chwili przyniósł kufle piwa i pieczeń. Wszystko było naprawdę dobre.
Znad jedzenia obserwowałem salę. Była tu całkiem ciekawa mieszanina klientów, sporo krasnoludów, kilku zbrojnych, prawdopodobnie kilku kupców oraz miejscowych i robotników.
Po chwili przy stoliku zjawił się gospodarz.
Witajcie, młody mówił żeście tyle co przyjechali. Pokój wam będzie potrzebny?
Tak – odparł Dalinar – Tak na dwa, trzy dni.
Gdybyście chcieli wynająć na dłużej, daję zniżkę.
Zaproponuj coś – powiedział Igo.
Normalnie za dobę biorę dziesięć srebrnych, za tydzień pięćdziesiąt, a za miesiąc sto pięćdziesiąt. Za konie dorzucicie dychę, jak zapłacicie za miesiąc z góry.
A wyżywienie ? - dopytywał Igo.
To jeszcze po pięć od doby – odparł karczmarz – lecz bez alkoholu i oczywiście kobiet.
Oferta wydawała się dobra i zdecydowaliśmy się na wykupienie pokoju na miesiąc. Siedzieliśmy nad posiłkiem, kiedy nagle podszedł do nas młody, niski, chudy chłopak i zagaił:
A witajcie panowie, witajcie. Co was tu sprowadza? Z daleka tu przybyliście? Jestem Ashley i za drobną opłatą mogę was oprowadzić po okolicy. Pokażę wam całe nasze miasto!
Jakie tu są atrakcje? – zapytał Dalinar.
Ano atrakcje hmm. Mamy kilka burdeli. Nie tylko tu w „Goblinie” można zabawić się z kobietą. Byliście w Podpalonej Siostrze? Tam to dopiero jest zabawa! Jak się jakoś dogadamy, to was tam wprowadzę. Mam tam specjalne zniżki. Co wy na to?
Jesteś miejscowy? - zapytał Igo.
Tak, jestem stąd. Znają mnie to tu, to tam. Jakbyście chcieli kupić coś specjalnego, wciągnąć coś, rozerwać się, to mamy tu specjalne specyfiki. Mogę to zorganizować. A i robotę mogę zorganizować. Baron cały czas poszukuje do pracy.
Baron? - zapytał zaciekawiony Kejn.
Ano Baron. Szeryf nasz, ten z Lorsonami, znaczy się tymi orkami. Przybywają tu do nas różni tacy, co to chcą w spokoju zimę przeczekać, tacy co chcą się do kopalni nająć, a i tacy co swym orężem chcą te kopalnie i transporty ochraniać.
A wiesz może gdzie można podszkolić się tu w walce albo może wziąć udział w jakimś turnieju? - Zapytał kapłan.
Ano w „Kulawej Nodze” organizują turnieje walki na pięści, ale byle kogo nie biorą. Ale jak coś to mam tam znajomego i mogę was wkręcić. To karczma klanu Tunnerów.
Wiesz co Ashley – powiedział Kejn – jest już późna pora, pogadamy jutro. Chcemy odpocząć, naradzić się, przemyśleć różne sprawy.
Dobrze, dobrze. Wszyscy znają tutaj Ashleya – gadał jak najęty chłopak i coraz bardziej działał mi na nerwy – jak wam nie pasują Tunnerowie, to mogę zagadać z Mordeinami. Nie mam z nimi takich układów jak z Tunnerami, ale też kogoś tam znam. Może rzucicie Ashleyowi srebrną monetę na zachętę i jutro pogadamy?
Rzuciłem mu srebrnika, chcąc się pozbyć go jak najprędzej.
Dzięki panie, dzięki. To do jutra – młodzian obrócił się na pięcie i odszedł.
Powiem wam tak – zacząłem – chodźmy się przespać, bo jeszcze chwilę tu posiedzę, to dostanę depresji. Wyjebane mam na turnieje, bijatyki i jakiegoś zjebanego Ashleya! Od trzech tygodni jesteśmy w trasie i jak psu buda należy się nam kilka dni odpoczynku i spokoju.
Udaliśmy się do pokoju i tam odezwał się Kejn.
Dobrze by było się nie ujawniać, ustalmy jakieś nowe imiona.
Słuszna uwaga – powiedział Dalinar - ja będę Lyrralt.
Ja Gurney – powiedział Igo.
Mi mówcie Radagast – powiedział Kejn.
A ja będę bez udziwnień, Gniewomir. A co mi tam.
Sen przyszedł błyskawicznie. Dawno nie spaliśmy tak dobrze. Rano, gdy tylko zeszliśmy na śniadanie, jeden z posługaczy podał nam chleb oraz trochę wędliny i gotowane jajka. Nie zdążyłem nawet ugryźć kromki, kiedy nie wiadomo skąd przy stoliku pojawił się Ashley.
- To jak chłopaki? Zastanowiliście się? Mieliśmy porozmawiać rano.
Wkurzony rzuciłem nienapoczętą kromką na talerz i wydarłem się:
- Człowieku no miej trochę wyczucia! Nie zdążyliśmy się nawet dobrze rozbudzić, zjeść, ani nawet wysrać! A tu już „chłopaki to”, „chłopaki tamto”. Weź się ogarnij i daj nam zjeść! Wypierdalaj!
Dawno nikt nie działał mi tak na nerwy jak ten matoł.
To ja przyjdę później – powiedział speszony Ashley i odszedł.
Chyba wstałem dziś lewą nogą – powiedziałem do braci.
Widzimy – odparł Kejn z uśmiechem.
Zjedliśmy śniadanie. Nie niepokojeni przez nikogo, ubraliśmy się ciepło i wyszliśmy na ganek przed gospodą. Przy jednym ze stolików, z dwoma pijakami, siedział Ashley.
- Ashley! - warknąłem.
Kiedy tylko nas zobaczył, podszedł.
Jesteście gotowi?
Tak – powiedział Dalinar – Oprowadź nas po mieście.
To tutaj – wskazał na drogę – To Ulica Główna. Nie wiem czy wiecie, mości przyjaciele, że osada Moss Eil mieści się na granicy dwóch królestw, Dorrn i Celebornu. Żyjemy tu w zasadzie z trzech kopalń, które należą do wolnej osady Moss Eil. Jest to kopalnia węgla, srebra i plumbum, który to jest bardzo wytrzymałym metalem, który głównie wykorzystują krasnoludy. Jest także wykorzystywany przy produkcji ozdób. Kopalnie są dosłownie o dwie, trzy godziny drogi od osady. O tę osadę dawno temu biły się władze Celebornu z Protektoratem Dorrn. Nazwano to wojną o Twierdzę Ramm.
Słyszałem o tym – powiedział Igo – Kościół na mocy Traktatu z Gis nakazał zakończyć walki między królestwami i aby przerwać spór, uczynił Moss Eil wolną osadą.
Dokładnie – zapalił się Ashley – mimo, że sama osada nazywana jest wolną, jej właścicielami jest rodzina grafowska del Piemmo z Dorrn. To właśnie w jej imieniu pełni tu władzę Baron. W wiosce, w zależności od pory roku, żyje pomiędzy dwustu, a czterystu mieszkańców. A tych, którzy mieszkają tu na stałe, to tak około stu pięćdziesięciu. Mamy nawet swojego czarownika Harmusa. Żyje w tamtej wieży – wskazał ręką – Ponoć to renegat Wysokiego Słowa, którego wyrzucili za jakieś niecne eksperymanta. I teraz tu swoje ekskrementy prowadzi.
Wybuchnąłem głośnym śmiechem. Ashley patrzał na mnie zdziwiony, lecz nie miałem zamiaru tłumaczyć mu powodu.
Mów dalej – zachęcałem go przez śmiech.
Czarownik siedzi tu już dłużej niż ja, a ja tu jestem ponad trzy lata. Przybył tu i zrujnowaną wieżę odbudował i tam siedzi.
To jedyny czarownik tu w wiosce? - zapytał Igo.
Ano jedyny – powiedział Ashley – z pogodą umie coś zrobić, wyleczyć za pieniądz. No ale oprowadzę was teraz. Ten dom to dom Barona – nagle ściszył głos – Pan Baron to tak naprawdę nie baron, ale tak na niego wszyscy mówimy, a on to chyba lubi. A tam daleko jest farma Lorsonów, to te szare orki. Dziesięć rodzin ponoć tam mieszka i pomagają Baronowi. Na służbie jest ich z dwunastu zbrojnych. A reszta to na farmie pracuje z rodzinami. Lepiej im w drogę nie wchodzić, strasznie się wściekać potrafią i ponoć jeden za kilku wojów robi. Dalej jest areszt i strażnica, tam siedzą Lorsonowe. Rzeka w tym mieście to Jarna. Ta oberża to Brudna Tara, należy do krasnoludzkiego klanu Mordeinów, a tam jest Kulawa Noga, knajpa Tunnerów.
Ashley, a ty skąd tu przybyłeś?
Z Dorrn.
A stąd jak najlepiej się tam dostać? - zapytałem.
Teraz? W zimę? - zapytał zaskoczony.
Na wiosnę – odparłem.
A to najszybciej górskim szlakiem, około tygodnia konno lub wrócić się do Rozstajów Ehelda i przez Las Svan. Dłuższa to droga, ale bezpieczniejsza. Na górski szlak lubią zapuścić się Wiktowie. Wprawdzie w lesie znowóż grasują banici, lecz i tak lepiej ich spotkać niż Wiktów.
Szliśmy chwilę w milczeniu, po czym Ashley zwrócił się do Dalinara:
A jeszcze jedno. Pytałeś wczoraj o jakieś walki na arenie – znów ściszył głos – Czasem Lorsonowie organizują coś z Baronem, ale tam można się tylko dostać za specjalnym okazaniem.
Okazaniem czego? - dopytywał się kapłan.
Pałki – z głupim śmiechem odpowiedział Igo.
No w sumie to nie wiem czego, bo kiedyś chciałem i się nie udało – powiedział Ashley.
Chciałeś się bić z orkami? - zapytałem zdziwiony.
Nie, nie. Tylko popatrzeć, ale mi nie pozwolili. Część urobku - zmienił nagle temat – przerabiana jest w kuźniach Mordeinów i Tunnerów, a część w postaci surowej rudy wywożona jest do Rozstajów Ehelda i tam dalej sprzedawana. W zimę jest gorzej z transportem. Wtedy czekają, aż śniegi się ubiją, a Lorsonowie hodują specjalne psy co to sanie ciągną i wtedy tak transportują.
A są tu jakieś jeszcze ważne, ciekawe osoby, które warto by poznać? - ciągnął za język Ashleya Dalinar.
A są tu teraz tacy nieciekawi jedni, źle im z oczu patrzy, ale to nie wiem czy was takie typy interesują – powiedział wyraźnie ciszej chłopak – Kręcą się w Podpalonej Siostrze. Podsłuchałem rozmowę Lorsonów. Mówili, że trzeba ich obserwować, bo podejrzane typy. Trzech chłopów z wytatuowanymi łezkami pod oczami i dwie babki, a jedna to takiej urody, że bogowie, ale lepiej nawet na nią nie patrzeć, tak jej plugawo z oczu patrzy, że aż włosy się jeżą. Uzbrojona po zęby, sztylety za pasem, czasem toporek dzierży. Lepiej się nie interesować.
A o pracę to gdzie pytać? - zagaił Kejn.
A to głównie u krasnoludów albo do pracy w kopalni albo do ochrony transportów. Można i Barona zapytać o jakieś specjalne zlecenie.
Na czym polega specjalność zleceń Barona? - dopytywał Igo.
A bo ja wiem – odparł Ashley.
No ponoć wiesz wszystko – wbiłem mu szpilę.
Wiele nie wiem w tej kwestii, ale raz było tak, że z rok temu Wiktowie porwali adoptowanego syna Barona, Teozjusza. Lorsonowie i ochotnicy ruszyli odbić chłopaka. Ten wrócił cały, tylko lekko poobijany. Ponoć Baron dobrze płacił. Ale tak to chyba nie często coś ma. Zapytać musicie.
Zaiste jesteś skarbnicą wiedzy – powiedział Kejn i podał mu srebrną monetę.
O dziękuję. Powiem wam jeszcze jedno. Trzy miesiące temu było tu morderstwo. Na środku ulicy znaleźli martwą parę. Tyle co przybyli. Mówili, że nowe życie chcą zacząć, osiedlić się tu chcieli. Śledztwo było, pan Baron wynajął elfa takiego z Gis. Elf chodził, zagadywał, a na końcu sprawcę wskazał. A Baron go obwiesił. Ten elf sprytny był. Trevir z Gis niejaki z tamtejszego garnizonu. Tydzień tu siedział. Niby gadał, niby w karty zagrał, a na końcu bach i winny wisi!
No nic Ashleyu, bardzo nam dziś pomogłeś – powiedział Kejn – Bywaj zatem.
Może dalibyście jeszcze kilka monet? – zagadał Ashley.
No możemy ci dać – odparłem – ale powiedz coś tak ciekawego, że zwali nas z nóg.
Coś słyszałem, ale nie wiem czy mogę powiedzieć, to może być niebezpieczne.
Gadaj, to zarobisz – potrząsnąłem sakiewką.
Ashley odciągnął nas na bok i szeptał:
Baron ponoć bierze procent z Podpalonej Siostry i Czerwonego Goblina i nie wiadomo skąd jeszcze.
Co nas to kurwa obchodzi – odpowiedziałem szeptem – że Baron kantuje jakiegoś władykę, chuj nam do tego. Jesteśmy z chuj wie jak daleka, więc co nas obchodzi co robi jakiś Baron z jakiejś zapiździałej dziury na końcu świata, do tego Baron, który kurwa nawet baronem nie jest?
No nie wiem – powiedział Ashley.
Za tą wiadomość dostaniesz trzy srebrniki – powiedział Kejn dając mu monety – Do następnego razu.
Ale zostaje to między nami? - ze strachem zapytał chłopak.
Tak – odparłem – a teraz znikaj.
Ashley odszedł szybkim krokiem.
- Chodźmy pod dom Barona – zagadał Kejn – Zobaczymy czy jest tam jakaś tablica z ogłoszeniami. Jak jest, zobaczymy co tam ciekawego, jak nie ma, idziemy do Podpalonej Siostry przyjrzeć się tamtej podejrzanej grupie. Może to nasza Czarna Dalia, której szukamy? I tak nie mamy nic do roboty.
Tak też zrobiliśmy. Dom Barona był piętrowy, odnowiony, pobielony białą farbą. Z tyłu widać było ogrodzony kawał pola, po którym biegały konie. Koniami zajmował się młody chłopak. Nieopodal było więzienie, o którym wspominał Ashley, gdzie stała tablica, a na niej kredą wypisane:
„Zatrudnię najemników informacje u Barona.”
- Na Barona przyjdzie czas – powiedziałem – Chodźmy do Siostry.
Doszliśmy do „Podpalonej Siostry”. Już z daleka było słychać muzykę, a w środku było kilkanaście osób. Przygrywał bard, a w rytm jego muzyki tańczyła roznegliżowana kobieta. Karczmarz był ubrany elegancko, zdecydowanie nietypowo jak na rolę, którą pełnił. Było widać, że to drogi lokal. Dziwki, które przechadzały się po sali, były naprawdę wyjątkowej urody. Gdy tylko gospodarz nas zobaczył podszedł do nas.
- Dzień dobry, zapraszam. W czym mogę pomóc? Jadło? Alkohol? A może jedną z naszych pięknych kobiet?
Wysławiał się też niesłychanie kulturalnie jak na taki przybytek.
Chcielibyśmy napić się piwka – odparł Igo.
Oczywiście już podaję, a wy cieszcie swe oczy widokiem naszej tancerki w trakcie oczekiwania na trunek.
Po chwili przyniósł antałek piwa i cztery kufle. Siedzieliśmy sobie rozmawiając o bzdurach, podziwiając tancerkę i obserwując salę. Aby nie wzbudzać podejrzeń, zamówiłem butelkę wódeczki, słoninę i kiszone ogórki. Później zamówiłem obiad i poprosiłem gospodarza o komplet kości. Graliśmy popijając. W pewnym momencie z piętra zeszła ładna kobieta w eleganckiej sukni. Miała rude, gęste, kręcone loki. Po chwili zorientowaliśmy się, że prawdopodobnie ona zarządza tym przybytkiem, bo wydawała dyskretnie polecenia. Czas mijał miło, kiedy szturchnął nas Kejn.
- Zobaczcie tę trójkę – dyskretnie wskazał na trzech mężczyzn siedzących w kącie - To chyba ci, o których mówił Ashley.
Po pewnym czasie z pokojów zeszła dziewczyna, ubrana ku mojemu zdziwieniu w zbroję łuskową. Kobieta miała czarne włosy i około dwudziestu pięciu lat. Gdyby nie kilka szram szpecących jej twarz, byłaby naprawdę piękną kobietą. Mimo iż nosiła ciężką zbroję, poruszała się z pewną gracją. Dosiadła się do trzech mężczyzn, których wcześniej wskazał nam Kejn. Po pewnym czasie dołączyła do nich kolejna kobieta. Ta dla odmiany ubrana była w zbroję ćwiekową, a przy pasie nosiła sztylety. Kobieta miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Nosiła krótkie blond włosy i była naprawdę ładna. Jedynie zimne i groźnie patrzące oczy psuły ten obraz. Cała kompania piła i jadła. Rozmawiając cicho i śmiejąc się od czasu do czasu. Wraz z upływem czasu sala zaczęła się zapełniać. W pewnym momencie naszą uwagę przykuł pewien mężczyzna, który jakby nigdy nic pojawił się nagi na schodach i chwiejnym krokiem podszedł do baru. Niezaskoczony gospodarz zabrał mu z ręki pusty antałek, podał pełny, a niczym nieskrępowany mężczyzna, machając swym przyrodzeniem, odszedł do swojego pokoju, mocno chwiejąc się na schodach. Najwidoczniej był to tu normalny widok, bo zaskoczył chyba tylko nas.
Czas mijał, a Kejn obserwował interesującą nas piątkę. Rozmawialiśmy o bzdurach, kiedy to Dalinar powiedział:
Pamiętacie jak na rozstajach rozmawiałem z Łaskotkiem?
Rzuć kośćmi – przerwałem mu – Twoja kolej, a to zostaw na później.
Dalinar zrozumiał, że nie chcę tu poruszać tego tematu, zatem wziął kości, rzucił i nasza rozmowa znów zmieniła tory na paplaninę o niczym. Pod wieczór wróciliśmy do swojej gospody, aby tam w pokoju spokojnie porozmawiać.
- Musimy w takich miejscach i przy takim towarzystwie powściągnąć języki – zacząłem – Radagast – celowo nawet w odosobnieniu używałem naszych przybranych imion, aby weszło nam to w nawyk – udowodnił nie raz, że potrafi słuchać, a więc trzeba zakładać że w takiej grupie jak ta piątka jest ktoś z podobnymi zdolnościami.
Bracia przytaknęli.
Dokończ co chciałeś powiedzieć, a ci przerwałem.
Moc Vergena potrafi sprawić, że wiem czy ktoś kłamie czy nie, może mógłbym z nimi porozmawiać.
No i o co ich zapytasz? - powiedział Igo – Nawet nie mamy powodu, by ich zagadywać.
No raczej nic nam to nie da – zgodziłem się z magiem – Nie zapytasz jej czy jest Czarną Dalią, nie zapytasz czy jest zabójczynią, ani nie zapytasz czy należy do Czarnego Księżyca. Ja widziałbym to inaczej. Idziesz do Podpalonej Siostry, bierzesz sobie dziwkę i podpytujesz ją. Pomijam fakt, że w końcu do ciebie dojdzie, że jak dziwka mówi, że jesteś najprzystojniejszym jej kochankiem, to kłamie. Ale może uda ci się dowiedzieć czegoś o tej piątce. Zadasz pytanie w stylu „czy wiesz jak nazywa się ta czarnowłosa klientka”.
No i dziwka powie, że nie wie i co? - zapytał Igo.
No to wtedy Lyrralt będzie wiedział czy mówi prawdę, czy należy ją przycisnąć – wytłumaczyłem – Może być tak, że przygotowywała jej kąpiel, a może widziała tatuaż.
Czyli co mamy spotykać się z wszystkimi dziwkami? - zapytał ze znaczącym uśmiechem mag.
Nie my – odparłem – Tylko Lyrralt.
No ten plan coraz bardziej do mnie przemawia – z szerokim uśmiechem powiedział kapłan.
Wydaje mi się, że to słaby plan – smutno powiedział Igo.
Poczekaj, poczekaj – pośpiesznie powiedział Dalinar – Nie ma go co skreślać, na razie innego nie mamy – mówiąc to cały czas miał głupi uśmieszek przyklejony do twarzy.
Wiem, że to jest plan średni – odparłem – ale prędzej dowiemy się tego od kogoś innego niż od nich samych. Oddają swoje ubrania do prania, kąpią się, jakieś służki przygotowują im balię, być może pomagają nawet w samej kąpieli. Nie twierdzę, że będą wiedziały jak się nazywa, ale tatuaż mogły widzieć – upierałem się przy swoim.
Pomysł z wykryciem kłamstwa jak najbardziej mi się podoba – już poważniej powiedział kapłan – ale jest jeszcze druga sprawa. To jest mała mieścina, będziemy tu sporo czasu, więc siłą rzeczy będziemy spotykać się z nimi co jakiś czas. Może wtedy zwyczajnie przypadkiem czegoś się dowiemy.
No to co mamy robić, nic? - zapytałem.
Nie no, musimy właśnie znaleźć sobie zajęcie – zaprzeczył kapłan.
No ale co tu można robić? Osłaniać transport rudy?
Ja zamierzam wypytać się o możliwość szkolenia – powiedział Dalinar – Musimy udać się do Barona i spytać czy nie ma dla nas jakiegoś ciekawszego zajęcia. Przecież nie będziemy siedzieli do wiosny w pokoju.
To jutro rano pogadajmy z Baronem – zaproponowałem.
Ja bym chciał pogadać z tutejszym magiem – powiedział Igo – Udam się do czarodzieja Harmusa, a wy udajcie się do Barona. Myślę, że łatwiej mi będzie nawiązać z nim kontakt, jak nie będę miał ze sobą grupy zbrojnych.
Gurney’u, mamy tu spoooro dni do przeżycia – zaczął Dalinar – Zatem udamy się wszyscy do Barona, a potem będziesz miał od groma czasu, aby sam załatwić swoje sprawy.
W sumie racja – zgodził się mag.
Udaliśmy się na spoczynek.
Rano po śniadaniu przespacerowaliśmy się do domu Barona. Jego dom mieścił się dosłownie trzy budynki od naszej karczmy. Na ganku siedział w bujanym fotelu, okryty kocem Baron i obserwował główną ulicę. W dłoni trzymał parujący kubek, z którego co jakiś czas popijał.
Witajcie, witajcie – powiedział, kiedy tylko nas zobaczył.
Witaj panie Baronie – odparłem.
Mężczyzna zdjął z kolan koc, wstał, przeciągnął się, położył kubek na balustradzie ganku, oparł się o nią dwoma rękami i zapytał:
Co was do mnie sprowadza?
Szukamy jakiegoś zajęcia – powiedział Kejn.
Na tablicy naszkrobane było, że najemników szukacie – dopowiedziałem.
A doświadczenie jakieś macie? W robieniu mieczem?
Ano coś tam się wywijało – odparłem.
Na wojnie jakiejś byliście?
Nie – powiedział Dalinar – ale jesteśmy najemnikami od dłuższego czasu.
Młodzi jesteście, zabiliście kiedyś człowieka?
Nie tylko człowieka – odparł zimnym głosem Kejn – A co, to zadanie wiąże się z zabiciem kogoś?
Nie, to nie będzie konieczne – powiedział Baron – Kojarzycie zapewne, że te okolice nie są zbyt bezpieczne. Mamy tu problem z tymi dzikusami, Wiktami. Czasem zdarza się, że napadają na górników i podróżnych, a bywają i porwania dla okupów. Jakiś czas temu pewien bogaty człowiek został przez tych barbarzyńców okradziony. Cudem uszedł z życiem. Wyjechał już stąd, ale że był to mój przyjaciel, poprosił mnie o przysługę. Jeśli odzyskalibyście przedmiot, który mu skradziono, chętnie bym za to zapłacił. Tak się składa, że wiem, które plemię dokonało tej kradzieży. Wiem też mniej więcej, gdzie mają swoją osadę – znajduje się dzień drogi stąd. Herszt tego plemienia ukradł piękną złotą broszę zdobioną dużym rubinem. Za jej odzyskanie zapłacę wam trzydzieści złotych ambardów.
Jak liczna jest ta grupa? - zapytałem.
Pewnie kilkanaście nędznych chat. Zazwyczaj w takiej wiosce jest od kilku do kilkunastu wojowników.
Jesteś pewien, że ten rubin tam jest? - zapytał Igo.
Tak. Wszystkie te plemiona mają swoją symbolikę. Malują twarze, gdy wyruszają na wyprawy łupieżcze. Rozpoznaliśmy ich barwy, ale niestety nie zdołaliśmy ich dogonić. Jeśli szukacie roboty może to coś dla was.
Mam tylko jedno pytanie – zaczął Kejn – Dlaczego zatem nie wysłałeś orków, które tu stacjonują?
Orki mają co robić w osadzie. Poza tym mamy umowę, że bez wyraźnej konieczności nie zapuszczamy się na ziemie Wiktów.
Damy radę w takich warunkach? - zapytałem – Bo jeśli to gdzieś w wyższych górach na ciężkim terenie, to w taką pogodę średnio to widzę.
Myślę, że dacie radę. Jest to jedna z pierwszych osad Wiktów za Świetlistą Przełęczą.
Mógłbyś powiedzieć nieco bardziej szczegółowo? Nazwa jakiejś przełęczy nic nam nie mówi.
Myślę, że jeden z tropicieli może zaprowadzić was do przełęczy i wskazać dalszą drogę, bo za przełęcz się nie ruszy. Zastanówcie się i dajcie znać. Macie trochę czasu, bo aktualnie tropiciele polują poza Moss Eil. Spodziewam się ich w ciągu kilku następnych dni. A jeśli potrzebujecie roboty na już, to pogadajcie z Tunnerami albo Mordeinami. Oni zawsze potrzebują kogoś do ochrony swoich kopalń i transportów.
No to jesteśmy umówieni – powiedział Dalinar – Lecz mam jeszcze jedno pytanie. Kiedy zastanawialiśmy się, gdzie przeczekać zimę, usłyszeliśmy że można spotkać tu czasem kogoś, kto potrafiłby wyszkolić wojownika w walce tarczą lub parowaniu. Wiesz może czy jest tu aktualnie ktoś taki?
Cóż, Lorsonowie, szare orki, mają małą arenę, gdzie czasem organizujemy takie małe zawody. Wiem, że Rovan czasem podejmuje się szkolenia innych, jeśli ktoś ma na to fundusze. On w zasadzie potrzebuje pieniędzy cały czas na tą swoją… hmm… kampanię… zatem myślę, że będzie chętny. Mogę z nim pomówić. A wy dajcie odpowiedź, czy jesteście zainteresowani tym zleceniem.
Na jaką kampanię? - zainteresował się Igo.
A to sprawy polityczne, nie będę was zanudzał. Powiem jedynie, że wspierają pewne ugrupowanie Szarych Orków na zachodzie.
Zatem porozmawiaj z Rovanem, a my przyjdziemy za kilka dni – powiedział Dalinar – chętnie się rozerwiemy.
W tym momencie otwarły się drzwi domu, skąd głowę wychyliła młoda kobieta i powiedziała:
Kochanie, śniadanie gotowe – i zniknęła ponownie w domu.
Jak widzicie panowie muszę już iść – oznajmił Baron – Do zobaczenia za kilka dni.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy z powrotem do Czerwonego Goblina.
Cóż, to dobra okazja, żeby zarobić złoto i potem przez tydzień na bogato bawić się w Podpalonej i wykorzystać ten czas na zebranie informacji o tamtej kobiecie.
Ciekawa koncepcja – powiedział Igo.
Choć dalej uważam, że plan Gniewomira jest dobry, to mogę się poświecić i zacząć go realizować już dziś – ponownie głupi uśmieszek zawitał na twarzy kapłana.
Mi się te zadanie nie podoba. Wchodzić w zimę, w środku nocy do wioski Wiktów, żeby zajumać im jakiś kryształ... – powiedziałem.
Rubin – poprawił mnie Igo.
Może być i diament, kij z tym – odparłem.
Słuchaj – przerwał mi kapłan – weszliśmy do wioski trolli i ukradliśmy im coś bardziej cennego niż rubin, czym się martwisz?
Nie wiem, tam odbyło się to prawie bez konfrontacji z nimi, a tu zwyczajnie mi się to nie podoba i tyle – wytłumaczyłem.
Kiedy byliśmy przed drzwiami gospody, naszą rozmowę przerwało ogólne poruszenie i zbieranina ludzi na głównej ulicy na wysokości Brudnej Tary. Szary ork tubalnym głosem uspokajał tłum.
- SPOKÓJ! SPOKÓJ!
Zainteresowani podeszliśmy do powiększającej się grupy gapiów. Przed zaułkiem stało dwóch orków, odpędzających tłum ciekawskich, a trzeci w samym zaułku pochylał się nad kimś leżącym w śniegu.
Co tu się stało? – zapytał Dalinar.
Ktoś tam nie żyje – odparł ktoś z tłumu – To ciało.
Rob go znalazł – powiedział człowiek z tłumu – Poszedł napić się do Kulawej Nogi.
Po chwili przyszedł Baron. Przeszedł przez tłum i ukląkł przy ciele. Po chwili wstał i wydał polecenie orkom.
Weźcie koc, przykryjcie go i zanieście do strażnicy.
ROZEJŚĆ SIĘ! - warknął ork do tłumu.
Drugi po chwili przyszedł z kocem, zawinęli ciało i udali się za Baronem. Wszedłem w zaułek, licząc na to, że orki nie zatarły wszystkich śladów. Jedyne co wywnioskowałem to to, że padającego śniegu nie było na tyle, by dokładnie pokryć ciało. Prawdopodobnie ktoś go przysypał.
- Dobra Gurney – powiedziałem – Idź do tego czarodzieja, a my wypytamy w Goblinie co się stało.
Poszliśmy do karczmy.
W środku ludzie plotkowali poruszeni, a ja rozglądałem się za Ashleyem.
Gdzie ten bałwan Ashley? – powiedziałem do braci – Skoro nie ma go tu w takiej sytuacji, to nie zdziwiłbym się, gdyby to on tam leżał – zażartowałem.
Pewnie dalej używa za nasze pieniądze – powiedział Dalinar.
Zamówiliśmy sobie piwo i siedzieliśmy przy stole licząc, że w końcu dowiemy się co tam się wydarzyło.
Po pewnym czasie do karczmy wszedł Igo i przysiadł się do nas.
Powiem tak. Sytuacja dla mnie jest dobra, choć może nieco komplikuje troszkę nasze sprawy. Umówiłem się na szkolenie, ale dziennie będę spędzał tam około czterech godzin. Mag wydaje się być... hmm... nieco szalony i dziś nie był w ogóle skory do rozmowy o czymś innym niż nauka. Mam nadzieję, że gdy się poznamy lepiej, dowiem się od niego co nieco o tej miejscowości.
No dobrze, to co w tym złego ? - zapytałem – Co to komplikuje?
No będę wycięty codziennie przez cztery godziny – powiedział mag.
No na co dzień to nie jest problem, bo i tak robimy tu nic – powiedziałem – A co, jeśli zdecydujemy się na wyprawę po tą broszę z rubinem?
Wyjaśniłem mu, że będę potrzebował kilku dni i z tym nie będzie problemu.
No to nie ma problemu wcale – powiedziałem.
A właśnie, Ashley nie powiedział kto to zginął? – zapytał Igo.
No właśnie dziwne jest to, że się nie zjawił – odparłem – coraz poważniej myślę o tym, że to on tam leżał. Może za dużo plotkował i ktoś go uciszył na wieki.
Mniejsza z tym kto tam leży – odparł Dalinar – Co nas obchodzi jakiś miejscowy.
W sumie racja – powiedział Kejn.
Wieczorem, przy kolacji po gospodzie rozniosła się wieść, że martwym człowiekiem był jednak Ashley. Ludzie mówili, że prawdopodobnie zabawił z dziwkami i pijany zasnął na mrozie.
- Miałem nosa – stwierdziłem bez satysfakcji.
Karczma aż huczała od plotek. Dało się słyszeć rozmowy w różnych tonach:
Na dziwki ciekawe skąd by miał pieniądze, to morderstwo.
On jakiś taki dziwny był, wypytywał wszystkich. Może to szpieg z Dorrn?
Ten głupek i leń? Niemożliwe.
Pił tu wczoraj, sam widziałem! Ile ludzi tyle wersji wydarzeń. Jedno było pewne. Ashley nie żył.
Przed snem Igo poprosił mnie, abym obudził go, nim zacznę poranną medytację, gdyż umówił się na szkolenie wczesnym rankiem.
Rano spełniłem jego prośbę i kiedy wyszedł, zacząłem medytację. Po chwili Igo wszedł do pokoju i przerwał mi moje skupienie.
Wywożą ciało z posterunku.
No i? - zapytałem.
No, może dobrze by zobaczyć, gdzie je wywożą?
No pewnie kurwa na cmentarz! – odparłem zdenerwowany, że mi przerywał.
Mój podniesiony ton obudził Kejna.
Dobra mam to w dupie – powiedział zdenerwowany Igo – Ja muszę iść – i pośpiesznie opuścił pokój.
Dobra, ja pójdę – powiedział Kejn – Słyszałem wszystko. Idę, żeby nie marudził, że nas nic nie interesuje.
To idź, bo ja mam teraz ważniejsze rzeczy do robienia, niż patrzenie się na coś tak niesamowitego, że zmarłego wiozą na cmentarz.
Wiem, wiem. Idę już – elf ubrał się w ciepłe ubranie i wyszedł, a ja mogłem wrócić do medytacji.
Po ponad godzinie wrócił elf i oznajmił, że Ashley został pochowany na cmentarzu.
Około południa wrócił Igo.
I jak pochowali go?
Tak - odparł elf.
W normalnym miejscu? – dopytywał mag.
Nie kurwa – nie wytrzymałem – Pochowali go z wozem.
Zastanawiałeś się może Dalinarze, aby wykorzystać swoje zdolności, by dowiedzieć się co się stało? - zignorował mnie Igo.
Chcesz rozkopywać tu groby? - zapytał Kejn – Dlaczego uważasz to za dobry pomysł?
Nie uważam tego wcale za dobry pomysł – powiedział mag – ale jeśli został zamordowany, a nie zamarzł, to nurtuje mnie pytanie dlaczego. Czy dlatego, że za dużo gadał, czy po prostu zbieg okoliczności?
No podpaść mógł Baronowi za to co rozpowiada – powiedział Dalinar – A jeśli przypuszczamy, że jest w Moss Eil zabójca, a ginie człowiek, to naturalną myślą dla mnie jest to, że to zabójca zabił. Może jest to całkowicie ślepy strzał, ale może Gurney ma rację. Bo jeśli jest choć cień szansy, że zrobiła to Czarna Dalia, to zróbmy to. Myślę, że powinniście iść we dwóch wykopać ciało i przynieść mi jego głowę.
Co kurwa? - zapytałem z niedowierzaniem – Jak kurwa iść wykopać i odciąć głowę? Chyba cię Vergen opuścił. Idziemy tam w nocy wszyscy, cmentarz z tego co mówił Kejn jest daleko. Odkopujemy go, nic mu kurwa nie ucinamy, robisz co masz zrobić, zasypujemy go i tyle.
Lyrralcie, to jest prawie kilometr stąd – potwierdził Kejn – nikomu nic nie będziemy ucinać! Weźmiemy łopatę wykopiemy go i tyle.
Dobra, kupię łopatę, kilof, kotwiczkę, linę, jakiś koc. Oficjalnie wybieramy się w góry z zadaniem dla Barona i potrzebujemy sprzętu – zaproponowałem.
Na tym stanęło, a ja udałem się po potrzebne narzędzia i wróciłem z nimi do pokoju.
Poczekaliśmy do zmierzchu, w tym czasie ustalając pytania, które Dalinar miał zadać zmarłemu Ashleyowi. W nocy opuściliśmy narzędzia przez okno, aby nikt nie widział nas wychodzących z pakunkami i udaliśmy się na cmentarz. Pogoda nam sprzyjała, niebo było mocno zachmurzone, śnieg sypał delikatnie, więc nie musieliśmy się obawiać, że zostaniemy zauważeni. Cmentarz okalał kamienny murek, który też dawał pewną osłonę przed niepożądanym wzrokiem. Miejsce pochówku Ashleya było doskonale rozpoznawalne, gdyż wokół niego była spora zaspa świeżo odkopanego śniegu. Zaczęliśmy kopać. Ziemia na szczęście nie zdążyła zamarznąć, ani się ubić, a ciało zostało pochowane płytko. Kopaliśmy na zmianę, Igo, Kejn i ja. Dalinar przygotowywał się w skupieniu do rytuału. Po około dwudziestu minutach natrafiliśmy na owinięte w płótno zwłoki. Odsłoniliśmy całe ciało, a Kejn przeciął sznury trzymające płótno na miejscu i z naszą pomocą zbadał zwłoki. Korzystając z tego, iż byliśmy osłonięci wykopaną ziemią, Igo przywołał niewielkie światło, które pomagało elfowi w oględzinach.
Nie ma żadnej rany – powiedział Kejn.
Odsuńcie się - powiedział Dalinar – I rozpoczął znany już nam rytuał.
Tym razem wyglądało to zupełnie inaczej niż dotychczas. Duch zareagował niemalże na pierwsze wezwanie. Wstał jakby z grobu, niczym niematerialna kopia chłopaka, który leżał przed nami.
Gdzie ja jestem? Brama… tam było tak pięknie – smutnym głosem powiedział duch.
Ashleyu, mój przyjacielu. Przepraszam, że cię niepokoję, ale musisz odpowiedzieć mi na kilka pytań – zaczął rozmowę Dalinar – W jaki sposób straciłeś swoje życie?
Duch chwilę patrzył na kapłana.
To było jak ukłucie. Nagłe, szybkie i potem ciemność. Coś wbiło się w plecy.
Wiesz, kto cię zabił?
Nie wiem.
Widziałeś kobietę ze sztyletem wytatuowanym na ramieniu?
Nie.
Czy słyszałeś w mieście Moss Eil o kobiecie zwanej Czarną Dalią?
Nie znam nawet takiego imienia.
Dlaczego ktoś mógł chcieć twojej śmierci?
Nie wiem – powiedziała zjawa - Nie zasłużyłem na to, by umierać tak młodo.
Gdzie zginąłeś?
Był to zaułek koło Brudnej Tary. Brama mnie wzywa… czego jeszcze chcecie?
Wracaj w zaświaty i spoczywaj w pokoju.
Po tych słowach Dalinara duch rozpłynął się w ciemnościach.
- Obróćmy go – powiedział Kejn – Zobaczę jego plecy.
Pomogliśmy elfowi obrócić zwłoki. Igo przyświecał magią, a elf oglądał plecy nieboszczyka.
- No i jest – wskazał palcem ranę Kejn – Precyzyjne uderzenie w punkt witalny. Śmierć niemal natychmiastowa, często bez wylewającej się krwi. Zrobił to ktoś, kto się na tym dobrze znał.
Zakopaliśmy ciało. Tyle na ile dało się, zatarłem ślady, licząc na to, że padający śnieg zatrze moje niedociągnięcia. Wróciliśmy do karczmy, dbając o to, aby narzędzia ponownie dostarczyć do pokoju przez okno.
Rozmowa z Ashleyem potwierdziła to, iż w mieście był zabójca. Zastanawialiśmy się tylko, po co zabójca odznaczający się takimi umiejętnościami, miałby zawracać sobie głowę kimś takim jak Ashley. Postanowiliśmy nie zdradzać się z naszą wiedzą.