Kronika

Kroniki XXX: Mistrz Moss Eil

Siedzieliśmy sobie wieczorem w pokoju w „Czerwonym Goblinie”, kiedy zagadałem do Igo: - Jak pójdziesz jutro rano do maga Harmusa, to mam prośbę. Czy mógłbyś zapytać go, czy nie ma jakichś interesujących przedmiotów, tak jak pani Jahira?...

18.04.2026 • Prosiak • Tsume de Vries • Kroniki rodziny de Vries

Siedzieliśmy sobie wieczorem w pokoju w „Czerwonym Goblinie”, kiedy zagadałem do Igo:

  • Jak pójdziesz jutro rano do maga Harmusa, to mam prośbę. Czy mógłbyś zapytać go, czy nie ma jakichś interesujących przedmiotów, tak jak pani Jahira?

  • Zapytam – zapewnił mag.

  • Słuchajcie – powiedział Kejn – Miałem już wam o tym ostatnio powiedzieć, ale sporo się działo. Pamiętacie tych trzech gości, którzy siedzieli z dwoma kobitami w Podpalonej Siostrze? Dwóch z nich miało koło oka tatuaż łzy. To symbol grupy znanej Kompanią Ostatniej Łzy. Trudnią się zabijaniem ludzi na zlecenie. Niektórzy członkowie tej bandy tak właśnie się tatuują. Obiło mi się co nieco o uszy o nich, kiedy byliśmy z Dalinarem w Karhanie. Nie miałem z nimi nigdy styczności, ale ponoć jest to większa grupa.

  • A czy jest to grupa tak elitarna jak grupa Czarnego Księżyca? - zapytałem.

  • Nie, nie – odparł elf – To znacznie większa grupa, do której na pewno można dostać się posiadając mniejsze kwalifikacje, co jednak nie oznacza, że ich stopień wyszkolenia powinno się ignorować. Grupa Czarnego Księżyca już nie istnieje, ale tak jak kiedyś wam tłumaczyłem, zrzeszała tylko i wyłącznie elitę w tym fachu.

  • Może przybyli tu zabić Ashleya? – powiedział Igo.

  • Wątpię – zaprzeczył Kejn – On wydawał się jakimś cieniasem bez znaczenia. Co nie wyklucza tego, że mogli to zrobić. Rana, która go zabiła, była zadana przez fachowca. Prawie brak krwi, zapewne umarł cicho i szybko. Dlatego jak najbardziej traktowałbym ich jako podejrzanych.

  • Czy jest to możliwe, aby ktoś taki jak Czarna Dalia dołączyła do takich ludzi? - powątpiewał Igo.

  • Myślę, że nie – odparłem – Lecz oni mogli chcieć pracować dla niej. Zauważcie, że kiedy ich obserwowaliśmy, oni nie byli w sytuacji, abyśmy mogli stwierdzić, czy jest tam jakiś przywódca. Myślę, że dobrze by było, aby wykorzystać fakt, że za dwa dni jest Święto Gwiazd i zabawić się w Podpalonej Siostrze. Wyglądamy na osoby które stać na taką zabawę i nasza obecność nie wzbudzi podejrzeń. Może spędzając tam czas podczas noworocznej zabawy, zdołamy wywnioskować czy to oni dołączyli do niej, czy z jakichś przyczyn to ona dołączyła do nich. Jeśli dojdziemy do wniosku, że głową tej grupy jest ta czarnowłosa kobieta, to może wskazywać na to, że jest to Czarna Dalia.

  • Dodatkowo jest szansa – zauważył Dalinar – że może nie będzie miała na zabawie zbroi i zobaczymy czy ma tatuaż.

  • Dokładnie tak – zgodziłem się z bratem – Skoro nie mamy jak się stąd ruszyć, bo musimy czekać na powrót traperów i nie zamierzamy eskortować wozów z rudą z kopalni, poczekajmy do ostatniego grudnia i skoczmy się zabawić. Nie widzę na ten moment innego punktu zaczepienia. Jeszcze jedna sprawa chodzi mi po głowie. Dziwny zbieg okoliczności, ale po południu Ashley mówi nam, że Baron robi tu jakieś lewe interesy, a wieczorem gryzie glebę. Oczywiście nie wypytywałbym go o nic, aby nie wzbudzać podejrzeń, ale miałbym z tyłu głowy to, że on dokładnie może wiedzieć kim jest ta grupa i kto do niej należy. Ja to widzę tak, bo nie mam innego pomysłu. Chyba że ty Igo możesz jakoś dyskretnie wypytać się maga, u którego studiujesz.

  • Mogę spróbować.

  • Dzięki. Pamiętajcie, że ciągle używamy naszych przybranych imion. Dalinar to Lyrralt, Igo to Gurney, Kejn to Radagast, a ja to Gniewomir.

Poszliśmy spać.

Nazajutrz, jak co ranek, ja oddawałem się medytacjom, a Igo wyruszył do maga pobierać swoje nauki. Zeszliśmy na późne śniadanie. O tej porze w karczmie było mało ludzi. W pewnej chwili podszedł do nas karczmarz Otto i zapytał:

  • No i co Lyrralcie, planujesz zapisać się w Święto Gwiazd na turniej?

Popatrzyliśmy na niego ze zdziwieniem.

  • Nie słyszeliście o tym? My co roku organizujemy tu taki turniej walk. To nasza tradycja. Widzę, że kawał chłopa z ciebie, a i miecz i zbroję nosisz, to chyba bitka ci nie obca!

  • Walka na pięści? - dopytał Dalinar.

  • Ano na pięści. To trochę brutalna zabawa, ale taki byk jak ty, na pewno miałby szansę. Jest jeszcze kilka wolnych miejsc na liście. Płaci się co prawda wpisowe, ale i nagroda jest nie byle jaka. Za pierwsze miejsce piętnaście złotych ambardów, za drugie pięć, a wpisowe wynosi tylko jeden ambard.

  • To jest tylko walka na pięści? – zapytałem zaciekawiony.

  • No w sumie tak. Ale jak potrafisz dobrze kopnąć, to i nogi wchodzą w grę.

  • Nie o to mi chodzi – sprostowałem – Pytam czy bez broni. Albo czy można używać jakichś kastetów lub czegoś w tym rodzaju.

  • Nie, nie, nie. Absolutnie bez takich rzeczy – powiedział gospodarz – Dlatego też taka opłata, bo nie chcemy byle kogo. A jak ktoś zapłaci już ambarda, to nie po to, aby się wygłupić.

  • Mówisz teraz do mnie? - Zapytałem może trochę zbyt agresywnie.

  • Nie, nie Gniewomirze. Tak ogólnie.

  • To zapisz mnie – rzuciłem.

Karczmarz urwał w pół słowa i patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.

  • Daj skończyć chłopcze - powiedział nerwowo – Te zawody bywają bardzo brutalne, krew potrafi lać się strumieniami.

  • Kiedyś muszę nabrać męskości – odparłem.

  • Wiesz Gniewomirze – kontynuował Otto – znam lepsze sposoby.

  • Ale ja już byłem z dziwkami – odparłem.

  • Ale wiesz, Lorsonowie wystawiają swojego najlepszego człowieka.

Przerwałem mu w pół zdania:

  • Lorsonowie wystawiają człowieka? – zapytałem zdziwiony.

  • No, miałem na myśli najlepszego orka.

Dalinar/Lyrralt zaśmiał się głośno.

  • Dlatego proponuję to Lyrraltowi. Przemyślcie to sobie na spokojnie. Do jutra macie czas.

  • Nie ma sensu, abym ja startował – stwierdził Dalinar – Myślę, że to bardziej zabawa dla ciebie Gniewomirze.

  • Ale jak to? - zapytał zaskoczony gospodarz – Biłeś się kiedyś w ogóle?

  • Jak widzisz nie mam broni – odparłem – A czasem w karczmie trzeba się jednak prać. Zdradzę ci też, iż mam pewien problem. Lubię sobie popić, a to rodzi konflikty.

  • No, że lubisz wypić, to zauważyłem – stwierdził Otto - Ale dobrym jesteś klientem.

  • Nie twierdzę, że nie, ale po pijaku czasem coś chlapnę i bitka gotowa.

  • No, to tak jak mówię, przemyślcie to. Do jutra są zapisy, to duże wydarzenie. Praktycznie wszyscy będą tutaj. No nic, wracam do roboty.

Otto odszedł, a ja powiedziałem do braci lekko przyciszonym głosem:

  • Nie powiem, chętnie bym wystartował, bo i pieniążki ładne i nudę można zabić. Tylko czy jest sens się odkrywać? Aktualnie robię tu za wioskowego głupka.

  • Myślę, że nie ma co przesadzać. Jak nie pokażesz swoich różnych dziwnych możliwości, powinno być dobrze – powiedział Dalinar.

  • No i bez pazurów – dodał Kejn.

  • Nie no, to to jest oczywiste – odparłem – Tylko na tą walkę najchętniej poszedłbym lekko wstawiony. Czy to nie będzie dziwne?

Kejn zmierzył mnie wzrokiem i powiedział:

  • Patrząc na ciebie, zdecydowanie nie.

Zastanawiałem się o co mu chodziło. O moja koszulę, brodę w nieładzie, czy może korale, które dostałem od żony Munda?

  • Nie powiem, mam ochotę wziąć udział w tym turnieju, ale chcę wiedzieć, czy nie macie nic przeciwko temu.

  • Myślę, że powinieneś zawalczyć – powiedział kapłan, a Kejn twierdząco kiwną głową po tych słowach – Zresztą zawsze możesz się z nami podzielić nagrodą – powiedział Dalinar z głupim uśmieszkiem.

  • Nie no – przerwałem mu – Mi chodzi o zabawę, nie o pieniądze. Już nawet wiem jak chciałbym je wydać – zaśmiałem się rubasznie – No chyba, że Gurney powie, że mag ma coś, co mogło by mnie zainteresować, to wtedy zmienia postać rzeczy. A jak nie, to wiecie jak się lubimy bawić.

  • Dobrze by było, żebyś nikogo nie zabił – powiedział Kejn.

  • Wypadki się zdarzają – odparłem – Jak będę się hamował, to może przesądzić o mojej porażce. Zazwyczaj walczę tak, by być najbardziej efektywnym. Wybijanie się z rytmu i ograniczanie, bardzo utrudni mi walkę.

  • Chodzi mi tylko o to – wyjaśnił elf – Żebyś nie robił jakichś dziwnych rzeczy, typu skakanie po balkonach.

  • Nie no, o takim czymś nawet nie myślę – odparłem – Więc umówmy się tak. Zapisuję się, jeśli wygram, a Gurney powie, że mag nic nie ma, to pieniądze wykorzystamy w możliwie najlepszy sposób, czyli dziwki, dobre wino i dziwki. Aaa, no i balia z gorącą wodą i do tego dziwki.

  • Dokonały plan – skwitował Dalinar.

  • Karczmarzu! – zwołałem.

Po chwili podszedł Otto. Podałem mu złotą monetę.

  • Zapisz mnie

  • No skoro nalegasz, ale na własną odpowiedzialność. Ja ostrzegałem, że to nie przelewki.

  • A jakie są dokładnie zasady? - zapytał Kejn.

  • No, walka bez broni. Pięści, nogi, żadnych ukrytych broni. Sędziowie dostrzegą kastet, to dyskwalifikacja, a jeśli zrobiłby ktoś czymś takim krzywdę, to odpowie pod prawem przed Baronem. Żadnych sztuczek, po prostu męska zabawa.

Po tym jak się zapisałem, udaliśmy się z Dalinarem na farmę Lorsonów. Kapłan chciał dowiedzieć się czy nie znalazłby tam nauczyciela w walce tarczą. Farma to był cały kompleks budynków. Kilka stodół, zagród, stajni, szop. Było słychać gdakanie kur, kwiczące świnie. Przy obejściu kręciło się również kilka orczych kobiet. Co ciekawe nawet one nosiły skórzane pancerze, a przy pasach broń. Młode szare orki, mimo surowej pogody, goniły się z dużymi kijami w dłoniach, lejąc się raz po raz. Zapewne bawiły się w wojnę. W wyznaczonym miejscu, starsze orki walczyły w formacji dwóch na dwóch. Uzbrojeni byli w tarcze i topory. Domyśliłem się, iż topory są stępione, jednak mimo to moc ciosów robiła wrażenie. Całą walkę nadzorował zapewne ktoś w roli trenera, wykrzykując raz po raz jakieś komendy w języku orków. Wkrótce potem zostaliśmy zauważeni i podszedł do nas duży szary ork.

  • Witajcie, jestem Hovan, syn Rovana. Co was tu sprowadza?

  • Witaj, jestem Lyrralt. Rozmawiałem z Baronem i skierował mnie tutaj. Interesuje mnie podniesienie umiejętności walki tarczą. Jestem najemnikiem, przeszedłem swego czasu podstawowe szkolenie i chciałem się dowiedzieć, czy znajduje się tu taki trener, który mógłby mnie szkolić?

  • Czasami szkolimy przyjezdnych, ale to nie jest tanie. My, szare orki, cenimy się. Masz pieniądze?

  • Oczywiście – odparł kapłan.

  • Najpierw pokaż co potrafisz, później porozmawiamy o cenie – powiedział ork – Walczysz włócznią jak widzę. Znajdziemy coś treningowego dla ciebie.

Ork poszedł po topór i tarczę. Poczekali aż zakończy się walka pozostałych orków i zaprosił Dalinara na ich miejsce, wręczając mu włócznie ze stępiony ostrzem. Nie znam się na walce bronią, ale miałem wrażenie, że topór w ręce ork trzymał tylko z przyzwyczajenia. Zazwyczaj atakował tarczą. A ciosy te były potężne. Po każdym uderzeniu rozlegał się głośny huk. Mimo iż większość ciosów została sparowana przez kapłana, siła jednego z nich powaliła go na ziemię. Walka trwała kilka minut, po czym ork dał znać, że wystarczy i powiedział:

  • Podstawy masz opanowane dobrze, ale widzę że jeszcze sporo możemy cię nauczyć. Szkolenie trwa długo, bo około trzech miesięcy, więc nie wiem czy masz tyle czasu. Wprawdzie mieliśmy pojętnych uczniów, którym zajmowało to niewiele ponad miesiąc, ale to już zależy od ciebie. A co do ceny, to taki trening kosztuje czterdzieści złotych ambardów. Jesteś zainteresowany?

  • Czterdzieści złotych ambardów? - zakrzyknął kapłan.

  • Dokładnie tyle. Mało jest osób, które szkolimy. Taka jest cena – spokojnie odpowiedział Hovan – Jeśli wysłał cię tu Baron, to wiesz, że nie znajdziesz lepszych nauczycieli. Nasze techniki pochodzą z samego Gird-Danat, z naszej stolicy na dalekim południu. Jak przemyślisz temat, to daj znać. Będziemy musieli znaleźć czas i dwóch nauczycieli, bo jeden nie będzie w stanie cały czas cię szkolić.

  • Dobrze, zastanowię się i dam odpowiedź – odparł Dalinar, po czym ruszyliśmy z powrotem.

Wróciliśmy do „Czerwonego Goblina” i pogadaliśmy przy piwku.

  • Co o tym myślisz? – zapytałem.

  • Nosz kurwa! Czterdzieści ambardów?

  • Nie pytam czy to drogo, tylko czy tyle masz?

  • Skąd mam mieć kurwa taki majątek?! – wykrzyczał kapłan – Od dwóch lat na to zbieram i mam niecałe trzydzieści.

  • Za dużo dziwek – skwitował Kejn.

  • Jak za dużo dziwek? - zapytałem oburzony – Zazwyczaj to ja mu stawiam!

Po chwili przemyślałem jak źle to zabrzmiało i sprostowałem:

  • Znaczy ja mu stawiam dziwki, które potem stawiają jemu. Wydaje mi się, że dobrze byłoby to załatwić, skoro jesteśmy tu uwięzieni na całą zimę.

  • No taki był kurwa plan – przerwał mi Dalinar – ale skąd mam wziąć taką kasę?

  • Spokojnie Lyrralt – powiedziałem – Najpierw musimy się zabawić. Bo jak mawiał mój mistrz „spokojnie się mleczko gotuje”. Zabawimy się, spróbujemy odzyskać klejnot, zdobyć nagrodę, bo przypuszczam że nie będą chcieli szkolić cię na raty. Tak więc ta sprawę musimy zamknąć najpierw. A potem, jeśli nikt z nas nie będzie miał jakichś nie wiadomo jak pilnych wydatków, to pożyczymy ci brakującą kwotę. Jak już mówiłem, powoli się mleczko gotuje. Nerwy nic tu nie pomogą. A jeszcze jedna sprawa. Przecież sami szarzy orkowie robią turnieje, na których zapewne można wygrać złoto. Skoro tu jesteśmy, to co szkodzi zapytać?

  • Racja – powiedział już spokojniejszym głosem Dalinar.

Wróciliśmy na farmę Lorsonów. Hovan podszedł do nas i zapytał:

  • Coś jeszcze?

  • Baron powiedział, że czasami i są organizowane zawody. Chciałbym dowiedzieć się coś więcej.

  • Baron tak powiedział? No nie wiem. Czasem organizujemy takie zabawy, lecz musiałbym zapytać się ojca. No ale z twoimi umiejętnościami nadałbyś się. W połowie stycznia będziemy coś organizować, lecz to jeszcze nie jest potwierdzone.

  • Dobrze – rzekłem – Miej więc zapytanie Lyrralta na uwadze. Przebyliśmy szmat drogi, aby odbył to szkolenie i szkoda by było, aby ten czas poszedł na marne.

  • Rozumiem. Porozmawiam z ojcem i damy wam znać Wy jesteście ci nowi, którzy zatrzymali się w Czerwonym Goblinie?

Potwierdziłem.

  • Damy wam znać.

Wróciliśmy ponownie do karczmy, zamówiliśmy piwo i zabijaliśmy nudę. Mieliśmy zamawiać obiad, kiedy do karczmy, odrobinę wcześniej niż zwykle, wrócił Igo.

  • Co tam słychać? - zapytał wchodząc mag.

  • A nic, Gniewomir zapisał się na turniej – odparł Kejn – będą się lać po mordach.

  • Masz zamiar używać swoich... – zaczął Igo.

  • Nie, nie – przerwałem mu – Tak rozsądnie. Nawalę się, a potem nawalę innym. W końcu to będzie Święto Gwiazd.

  • Jest jakaś nagroda? I kto tam bierze udział?

  • Piętnaście złotych ambardów – wyjaśniłem – A bić się będą ludzie, orki, krasnoludy i pewnie z pół tej osady.

  • O ciekawie. Będę ci zatem kibicował.

  • A pytałeś się tego kocopoła o to co prosiłem?

  • Tak – odparł Igo – Lecz w zasadzie nic nie ma. Mówi, że po przybyciu tu, sprzedał wszystko co mógł, aby zdobyć środki na remont wieży.

  • To bardzo smutna informacja – zaśmiał się z głupim uśmieszkiem Dalinar.

  • A zasięgnąłeś języka? – dopytał Kejn.

  • No, ten mag raczej nie ma pojęcia co dzieje się w wiosce. Żyje tylko swoimi badaniami i pracą. Czasem pomaga miejscowym w jakichś drobnych problemach z rolą. A tak to tylko badania i badania.

  • A co on tam bada? – zaciekawił się elf.

  • Szczerze to nie mam pojęcia, bo unika tego tematu. Nie chce się tym chwalić, ale nie jest to jakieś dziwne wśród magów. Zdecydowanie nie jest osobą towarzyską. Nie bywa zbyt często w mieście. Próbowałem pociągnąć go za język, ale bezskutecznie.

  • A nie mógłby jakoś pomóc nam w sprawie Czarnej Dalii? - odezwał się Kejn.

  • No, raczej nie znalazłem dyskretnego sposobu, aby o to go zapytać, a zależało nam na nie chwaleniu się tym tematem – powiedział Igo.

  • A to ja mam takie pytanie - zacząłem – Czy są jakieś czary, zaklęcia, które mogą coś wyśledzić?

  • Oczywiście są takie zaklęcia. Sam nie posiadam, ale jak najbardziej istnieje taka magia.

  • A czy orientujesz się, czy może twój nauczyciel ma takowe?

  • Zapytać się mogę, lecz nadal pozostaje problem dyskrecji – wyjaśnił mag.

  • A gdybyś na przykład pokazał mu rysunek sztyletu Sai, tego tatuażu, który nosi Dalia?

  • To nie zadziała – odparł mag.

  • No, pewnie znajdzie kuźnię – zaśmiał się Kejn – A w niej brodatego krasnoluda. Po wszystkim powie „Ooo! To tam. A teraz należy się pięć złotych ambardów!”

Zaśmialiśmy się wszyscy.

  • Czyli chłop jest dla nas nieprzydatny – skwitował elf.

  • Dla mnie jest bardzo przydatny – zaprotestował Igo – Nie zabijajcie go czasem.

Po tym stwierdzeniu Igo, które trochę mnie ubodło, musiałem się odgryźć, więc rzuciłem:

  • Przecież nie jest lekarzem – wiedząc, że ta sprawa zawsze gryzie jego sumienie i do teraz ma nam to za złe - No ale pomijając maga, to opowiem ci w skrócie co się wydarzyło dzisiejszego dnia. Zapisałem się na turniej walki wręcz. Będzie tu cała mieścina, bo to co roku największa atrakcja w Święto Gwiazd. Zwycięzca zgarnia piętnaście ambardów. Plan wstępny jest taki, że wezmę udział w turnieju, a czy coś wygram, czy nie, to po tym udamy się do Podpalonej Siostry. Jak wygram, to stawiam dziwki i wino, a jak nie, to i tak znając nas, skończy się na dziwkach i winie. Więc bez różnicy, efekt końcowy będzie taki, że dobrze się zabawimy.

  • Naszym celem powinno być teraz zarabianie pieniędzy – z kwaśną miną powiedział Dalinar – Potrzebuję dorobić na szkolenie. A tak z ciekawości Gurney’u... Skoro jebany, wielki szary ork żąda ode mnie czterdziestu ambardów, to ile od ciebie wziął mag?

  • Myślę, że takie szkolenie, nazwijmy to po cenie rynkowej, byłoby nawet droższe. Ja jednak zapłaciłem dużo mniej. Miałem na tyle szczęścia, że udało mi się wynegocjować naprawdę dobrą cenę.

  • A właśnie Gurney’u – zacząłem – Okazało się, że szkolenie Lyrralta znacznie przekracza jego finanse. Czy masz jakieś fundusze, aby go wspomóc, czy też się spłukałeś do cna?

  • No zostały mi tylko drobniaki na czarną godzinę – odparł mag.

  • No, to nie dobrze – powiedziałem ze smutkiem – Bo oznacza to tylko tyle, że jeśli nawet wygram, to musimy ograniczyć dziwki.

  • Albo będziemy opijać zwycięstwo albo zalewać smutki po przegranej – skwitował Dalinar.

  • Ja muszę trochę poćwiczyć przed kolejna lekcją – powiedział Igo.

  • No ja też – odparłem – Muszę trenować formę na jutro, a to oznacza, że muszę się napić.

  • No jeśli to jest forma treningu – odparł mag – To jak najbardziej.

Na dworze rozpętała się potężna śnieżyca, która zdecydowanie nie zachęcała do wyjścia. Cały dzień popijałem wino, drażniąc karczmarza podkreślaniem, że muszę ćwiczyć. Przed samym snem zamówiłem kubek Rudej Pajdy, ulubionego spirytusu krasnoludzkiego.

  • Chłopcze - odparł Otto - Masz poważny problem. Ta zima cię zniszczy. Widziałem to już wielokrotnie - lecz mimo tego komentarza, podał mi trunek - Mam nadzieję, że do jutra dojdziesz do siebie – z wyraźną troską odezwał się gospodarz.

  • Jak to dojdę do siebie? - zapytałem zdziwiony - Jutro zaczynam trening od samego rana.

  • No tak... Może jak odpadniesz w pierwszej rundzie, to zbytnio cie nie poobijają.

Kolejny ranek nie różnił się od poprzednich. Z tą różnicą, że Igo wrócił, nim skończyłem medytację.

  • Co za człowiek – powiedział Igo mając na myśli swojego tymczasowego nauczyciela – Zapomniał mi powiedzieć, że w Święto Gwiazd nie naucza.

Karczma od rana była pełna. Okazało się, że większość górników tego dnia nie pracowało. Wśród obecnych przeważającym tematem był dzisiejszy turniej. Czuć było, iż naprawdę jest to wydarzenie dużej wagi i każdy czeka na nie z niecierpliwością. Po śniadaniu oznajmiłem, że idę do golibrody. Obawiałem się, że w trakcie walki ktoś może zechcieć wykorzystać moja długą brodę i włosy do jakichś niecnych sztuczek. A było za co chwycić, Otto powiedział mi gdzie się udać. Niedaleko był zakład krasnoluda, który świadczył takie usługi. Wybrałem się tam niezwłocznie.

Był to mały budynek, dobudowany do Brudnej Tary. Nad drzwiami na zimowym wietrze bujał się szyld z napisem „Golibroda”, a pod spodem, już mniejszymi literami, stało napisane „Golę brody”. Drzwi otworzył mi krasnolud, od którego zionęło ostrym alkoholem. Miał przekrwione oczy i czerwony nos, a w ręce trzymał brzytwę.

  • Witaj młody człowieku. Jestem Dario – powiedział w drzwiach – Jak rozumiem golimy brodę?

  • Nie tylko brodę – odparłem – Włosy też. Wszystko na zero.

Krasnolud wskazał mi krzesło i zaczął przygotowywać jakąś pianę. Nim podszedł do mnie, pociągnął sobie solidnie z glinianej butelki.

  • Ależ mnie dziś suszy – wyjaśnił.

Mimo jego stanu, gdy wyciągnął rękę z brzytwą, ta pozostała nieruchoma i pewna.

  • Dziś Święto Gwiazd – oznajmił – Więc trzeba świętować.

Podałem mu bukłak z Rudą Pajdą. Krasnolud Dario powąchał, a oczy aż mu się otworzyły z zadowolenia.

  • To ja skoczę po chleb – przerwał na chwilę golenie i zniknął na zapleczu.

Po chwili podał mi pajdę chleba i obaj pociągnęliśmy solidnie, przegryzając chlebem. Golibroda nałożył na mnie ogromną ilość piany i zaczął swoją pracę. Jego ruchy był wprawne i pewne. Co jakiś cza robił przerwę i ostrzył brzytwę na szerokim pasie. Naglę zagaił:

  • A szłyszoł żeś co się dziś stało?

  • Nie – odparłem.

  • Ludzie mówią, że ten, no, na tym cmynterzu, wilcy grób rozkopały. Tego, jak mu tam, Ashleya. Za płytko go zakopali, wilcy rozkopały i ciało wywlekły. Głodne skurwysyny, że tak blisko podchodzą. Wujek jego poszedł hołd oddać, a tu rozkopane i pusty grób. Śladu ni ma, wszystko przez ta upiorno śnieżyca zasypane i tyla.

  • A może tak być – poparłem krasnoluda – Jak my tu szli, to my z traperami się spotkali. Ponoć już trzy tydnie na jakiego wielkiego bysiora polują.

  • Ano traperzy jeszcze nie wróciły – powiedział krasnolud.

Na pożegnanie pociągnęliśmy jeszcze raz z bukłaka.

Wróciłem do pokoju.

  • Powiem wam, że jest lekko nieciekawie. W związku z tym, iż jest Święto Gwiazd, wujek Ashleya poszedł na jego grób, a ten okazał się rozkopany i pusty. Krasnolud twierdził, że ludzie mówią, że za płytko był pochowany i wilki wykradły ciało.

  • A ten twój mag – powiedział Dalinar z uśmiechem – Nie kradnie czasem ciał?

  • To na pewno mag – zgodził się Kejn.

  • Nie, nie, nie – zaprotestowałem, a wypita Ruda Pajda zdążyła już we mnie wzbudzić niezdrowe poczucie humoru – Wszak wiemy, że zwłoki kradną medycy.

  • No, ja znam się troszkę na leczeniu – powiedział Kejn.

  • Ale medykiem nie jesteś – sprostowałem – Tylko do medyka wysyłasz.

  • A Baron wie? - dopytywał elf.

  • Nie mam pojęcia, o tym krasnolud nic nie mówił.

  • Ale po co ktoś by miał brać ciało? - zdziwił się Dalinar.

  • No wiesz – odparłem – gdyby ktoś dzień wcześniej widział, że grób jest rozkopany, też by się pewnie zastanawiał, a jednak my mieliśmy powód to zrobić. Mnie już nic nie zdziwi. Skoro prawdopodobnie wprawny zabójca zabija jakiegoś głupka na utrzymaniu wujka, to i ktoś może chcieć wykopać jego ciało. Choć faktycznie nie wiem po co. Ja pójdę po jakiś alkohol i zapytam karczmarza czy coś słyszał. Powiem, że byłem u golibrody, a ten pijany straszne rzeczy rozpowiadał.

Podszedłem do karczmarza, a ten, kiedy tylko mnie zobaczył, oznajmił:

  • Już mi dałeś wpisowe.

  • A ja nie po to – odparłem – Coś do treningu potrzebuję, turniej to nie byle co. Jak widzisz byłem u golibrody. Tego co goli brody. Lyrralt mi doradził. Mówi „obetnij te kudły, bo jak ktoś cię za nie chwyci i pociągnie, to po tobie”.

  • Ano, dobrze Lyrralt prawi.

  • Pamiętasz tego Ashleya – powiedziałem – tego co to nas oprowadzał?

  • Ano szkoda go. Darmozjad, ale i tak szkoda. Zwłaszcza jego wuja – odparł Otto.

  • Ano, uczynny był to chłopak – powiedziałem – Ale tak jak już mówiłem, za radą Rylar..., Lyrralta! O... jestem jeszcze trzeźwy – uśmiechnąłem się szeroko – Poszedłem do golibrody, a ten straszne historie mi opowiada. Ponoć wilcy jego grób rozkopali i ciało porwali. Prawda to?

  • Ano to prawda. Ludzie rozpowiadają, że musiały to być jakieś zjawy nocne – powiedział gospodarz ściszonym głosem.

  • To zjawy, czy wilcy?

  • Różnie ludzie mówią, jedni, że to wieli wilk, co go traperzy tropią.

  • Ten bysior znaczy? Spotkaliśmy traperów i powiedzieli, że już go długo tropią.

  • Ano ten sam. W tamtym roku z podwórka dziecko porwał – z przekonaniem mówił Otto.

  • Ale zagryzł? – dopytywałem.

  • A gdzie tam. Porwał!

  • Dajcie no wina karczmarzu, bo na trzeźwo to aż strach słuchać.

Karczmarz nalał mi wina i po chwili pociągnąłem solidny łyk.

  • No mówcie karczmarzu, mówcie. Już mi lepiej.

  • Ano było tak, że nawet na szlaku podróżnych zagryzł i stąd Baron kazał na niego zapolować.

  • No ale, żeby grób rozkopał? - dopytywałem z niedowierzaniem.

  • Ludzie mówią, że to nie są wilki, tylko demony w wilczych skórach. Jeden traper mówił, że to złe duchy nasłane przez Wiktów. Bo nie wiem czy wiecie, ale oni czarami się posługują i klątwy rzucają. Sam Baron pojechał z Lorsonami na cmentarz, wywiedzieć się co i jak.

  • Straszne opowiadasz rzeczy karczmarzu. Daj no dzban wina, napiję się w pokoju.

Po chwili byłem już z braćmi. Powtórzyłem im całą rozmowę, popijając raz po raz z dzbana.

  • To, że jest tam teraz Baron, nic nie znaczy. Śnieżyca zatarła wszystkie ślady – powiedziałem – Problemem jest kilof i łopata, które kupiliśmy w tym lokalnym sklepiku. Musimy dobrze je wyczyścić, aby wyglądały na nowe.

Bracia zgodzili się ze mną i czym prędzej doprowadziliśmy narzędzia i pokój do porządku. Po tym wszystkim zeszliśmy na obiad. Nawet tu było czuć nadchodzące święto. Karczmarz się postarał i na stole zagościła pieczona kaczka. Zajadaliśmy ze smakiem, kiedy dosiadł się do nas Baron. Jego strój pokryty był szybko topniejącym śniegiem, a twarz miał czerwoną od mrozu.

  • Witajcie chłopaki, smacznego.

  • Witaj Baronie - odpowiedzieliśmy

  • No jak wam się żyje?

  • Czekamy na dzisiejsze święto – odparł Dalinar – Ponoć szykuje się znakomity turniej i nawet sami wystartujemy.

  • Ano, mamy tu taką tradycję – odparł Baron – Tak słyszałem, że będziesz brał udział w walkach – Baron spojrzał na mnie.

  • Jeśli nie zdążę się zalać w trupa to owszem – odparłem pociągając znacząco z kufla.

  • To dosyć krwawa zabawa, jesteś na to gotów chłopcze?

  • Jak na razie zabijam strach alkoholem.

  • No tak... tak... a co porabialiście wczoraj wieczorem?

  • Byliśmy tutaj – odparłem.

  • A coś wam się obiło o uszy o tym co stało się na cmentarzu? - dopytywał Baron.

  • Tak – odparłem zgodnie z prawdą – byłem dziś u golibrody, który goli brody. I tak się jakoś złożyło, że zanim ogolił mi brodę, wypiliśmy troszeczkę i mówił, że wilcy ciało porwali.

  • Bzdury – krótko warknął mężczyzna.

  • Ale karczmarz powiedział nam to samo Baronie – odparłem.

  • Widzieliście wczoraj coś dziwnego? Coś o czym jako stróż prawa w tym miejscu powinienem wiedzieć?

  • Nic – odparł kapłan – Cały wieczór spędziliśmy tutaj.

  • No nic chłopaki, jakbyście coś ciekawego zauważyli, dajcie mi znać.

  • A Baronie – zacząłem – mam takie pytanie. Bo karczmarz twierdził, że to nie pierwszy raz, kiedy wilk kogoś porywa. Ponoć w tamtym roku porwał dzieciaka.

  • To nic potwierdzonego.

  • Bo kiedy jechaliśmy tu z północy, spotkaliśmy waszych traperów i też opowiadali o wielkim bysiorze.

  • Bo i jest taki wielki śnieżny wilk – spokojnie tłumaczył Baron – przywódca stada. Ale to zwykły wilk, tylko że większy. Ot tyle. Opowieści ludzi podszyte strachem często coś dodają, przekłamują lub wyolbrzymiają. A zazwyczaj nie ma w tym krzty prawdy. Nie przejmowałbym się tymi bajaniami. W mojej opinii to sprawka raczej grup zwiadowczych Wiktów. Te dzikusy zapuszczają się czasem nawet i tutaj. No ale na mnie już czas, skoro nie macie mi nic do powiedzenia w tej sprawie.

  • A mości Baron będzie dziś na walkach? - zapytałem.

  • Oczywiście – wstając, położył mi przyjacielsko rękę na ramieniu i uśmiechnięty powiedział – Powodzenia chłopcze, powodzenia. Raczej na ciebie nie postawię.

Po tych słowach wyszedł.

  • Ooo, to można obstawiać – zaciekawił się Dalinar.

  • Moment, moment – powiedziałem – ja chciałem się tylko zabawić.

  • Gdybyś postawił – przerwał mi Igo – mógłbyś zapłacić za szkolenie.

  • Hola – przerwałem – ja chciałem się tylko zabawić, ewentualnie postawić nam dziwki, a teraz zaczynam czuć nieprzyjemną presję.

  • Karczmarzu! - zawołałem.

Po chwili przyszedł Otto.

  • Tak?

  • Baron powiedział, że na mnie nie postawi.

  • No, ja też nie – zaśmiał się karczmarz.

  • Jak to tak? – zapytałem podejrzliwie – Wycyckałeś mnie ze złotego ambarda, a nie powiedziałeś o możliwości dodatkowego zarobku?

  • Jak można obstawiać? – przerwał mi Dalinar.

  • A to już pytajcie Barona, bo to on przyjmuje zakłady.

  • Szkoda, że właśnie wyszedł – skwitował Igo.

  • Zaraz go dogonię – powiedziałem i wybiegłem w śnieżycę.

Baron odchodził w kierunku swego domu.

  • Mości Baronie! Mości Baronie!

Mężczyzna obrócił się.

  • Tak?

  • Wspomniałeś o obstawianiu. Wcześniej nikt nam o tym nie powiedział i karczmarz wysłał nas do ciebie. Jakie są zasady?

  • Obstawiamy zwycięzcę turnieju.

  • Och tylko, zwycięzcę? A pojedynczych walk nie? Szkoda, raczej na zwycięstwo nie liczę, ale może choć jedną walkę wygram.

  • Pojedyncze pojedynki też, ale dopiero po pierwszej rundzie, bo muszę ocenić zawodników.

  • A jakie są stawki?

  • W zależności ile jesteś w stanie postawić, chyba że zaproponujesz sto ambardów.

Znacząco popatrzyłem na swój strój. Baron zaśmiał się i powiedział:

  • No właśnie... Obecnie przyjmujemy zakłady na zwycięzcę, ale to już przed samymi walkami. Wtedy to będę miał więcej czasu. No, jeszcze raz powodzenia.

Baron obrócił się i poszedł do domu, a ja wróciłem do naszej gospody i wyklarowałem braciom zasady uczestnictwa w zakładach.

  • Przyszła mi taka myśl – powiedziałem – tylko nie wiem co o tym sądzicie. Mogę zaryzykować i pierwszą walkę odbyć na pół gwizdka, aby wydawało się, że jestem słaby. Może to podniesie stawkę zakładu na moją korzyść. A potem iść już z pełnym impetem.

  • Dobra strategia – odparł Dalinar.

  • Nie wiem tylko czy ta taktyka nie sprawi, że na przykład Baron nie postawi przeciwko mnie, dajmy na to trzydziestu ambardów i jak wygram to go szlag nie trafi. Możemy wtedy być tutaj niemile widziani.

  • Skoro obstawi to zna ryzyko – odparł Dalinar – i niech płaci. Są zakłady, jest ryzyko i tyle. Ja na twoje zwycięstwo z piątaka bym postawił.

  • Spokojnie Lyrralcie, zdecydujemy jak poznamy dokładne zasady obstawiania.

Późnym popołudniem podszedłem do karczmarza i powiedziałem:

  • Karczmarzu, dziś rezygnuję z kolacji. Wiesz, dostanę cios w brzuch i się porzygam, więc dziś na kolację serwuj mi tylko trunki.

  • Dobrze, dobrze, ale dziś zjedzcie w pokoju. Mamy tu sporo pracy – wskazał rękę – musimy przygotować arenę walk.

W karczmie faktycznie uwijało się sporo osób. Przestawiali stoły i krzesła. Ktoś zaczął rysować na podłodze granice areny. Aby nie przeszkadzać udaliśmy się do pokoju. Tam popijałem, ale tylko tyle, aby trunek nie przeszkadzał mi w walce. Niestety okazało się drogi mistrzu, że alkohol szybciej wpływa na mój zdrowy osąd sytuacji, niż na ruchy w walce, ale o tym później.

Kiedy zaczęło się zmierzchać, zeszliśmy na dół. Karczma zmieniła się bardzo. Na środku wytyczona była arena. Dookoła niej najpierw ułożone były ławy, za nimi rząd stołów, a za nim kolejny rząd stołów, na których stały drewniane skrzynie, wszystko to tworzyło coś na kształt trybun. Sala była pełna, wręcz trzeba było przeciskać się wśród tłumu, składającego się z ludzi, szarych orków i krasnoludów. Blisko areny siedział Baron, który dyskutował z Ottem. Co chwila podchodzili do niego miejscowi, kładli monety na stół, a ten chował je i coś skrzętnie zapisywał.

Podeszliśmy bliżej i zapytałem:

  • Jaka nagroda jest, jeśli obstawię swoje zwycięstwo?

  • To nie tak – odparł baron – Na zwycięzcę można postawić dwa ambardy. Jeśli wskazany przez was zawodnik wygra, dostajecie pulę z zakładów. Jest ona dzielona na wszystkich tych, którzy postawili na zwycięskiego zawodnika. A po pierwszej rundzie, można już będzie obstawiać poszczególne walki według ustalonego kursu. Jest jeszcze taka zasada, że jeśli walka się przedłuża, to sędzia może przerwać wtedy pojedynek. Zawodnicy chwilę odsapną i walka jest wznawiana. W tym czasie też można obstawiać. Druga runda zawsze jest rundą finalną. Walka trwa do utraty przytomności jednego zawodnika lub do poddania się. Jeśli w trakcie walki przewrócisz się, to sędzia przerywa walkę. Wracacie wtedy na środek areny i walczycie dalej. Jeśli zostaniesz wypchnięty za arenę, sędzia przerywa walkę i zaczynacie od środka. Jeśli aktywnie uciekasz poza arenę, za trzecim razem przegrywasz. Żeby zwyciężyć cały turniej, trzeba wygrać pięć walk. W tym roku brakuje nam kilku zawodników, więc jest kilka wolnych losów. Ty niestety do tej grupy się nie zaliczasz, bo nie zostałeś wylosowany. Jeśli chcecie postawić na zwycięzcę turnieju, to dwa złote ambardy.

  • Na kogo można postawić? - zapytał Dalinar.

  • Jeśli chodzi o faworytów to są nimi szary ork Trall Lorson, triumfator z poprzedniego roku, no i krasnolud Drumm Tunner, zwycięzca turnieju sprzed dwóch lat. Twardy zawodnik.

Dyskretnie szepnąłem Kejnowi, aby obserwował, czy nie ma tu naszych znajomych z Podpalonej Siostry. Elf skinął głową. Finalnie ustaliliśmy, że Dalinar postawi na mnie, a Igo na Tralla.

Po chwili sędzia wskazał mi miejsce dla zawodników w rogu głównej sali. W tym miejscu mogliśmy po walkach odpocząć i czegoś się napić. Służące gospody robiły później okłady ze śniegu tym mocniej poobijanym. Niestety z tego miejsca nie mogłem obserwować areny, bo wyrastała mi przed oczami ściana pleców i ludzi obserwujących arenę. Pociągnąłem z bukłaka Rudej Pajdy. Starałem się, aby większość wylała mi się na koszulę, żeby śmierdziało dookoła alkoholem. Chyba zapomniałem jak mocny był to trunek. Siedziałem na krześle i kiedy rozpoczęła się pierwsza walka, tłum zaczął żyć własnym życiem. Ludzie krzyczeli, wiwatowali, tupali nogami, zagrzewali swoich faworytów do walki. Koło mnie siedzieli, głównie ludzie i krasnoludy, ale do walk zapisało się też kilku orków. Mi przypadła trzecia walka z kolei.

Gdy usłyszałem głośne „Gniewomir i Zolan!!!”, chwiejnym krokiem wszedłem na arenę. Moim przeciwnikiem był krasnolud. Stał rozebrany od pasa w górę, a jego solidny tors zdobiły tatuaże. Moja taktyka była prosta, nie dać się trafić oraz nie używać nóg i atakować wolniej niż normalnie. Miałem wygrać, ale ledwo co. Pozwoliłem, aby delikatny strumień Ki popłynął przez me ciało, aby amortyzować ewentualne obrażenia. Krasnolud uśmiechnął się szeroko i powiedział:

  • Oj chłopie, szkoda mi cię dzisiaj.

Sędzia dał sygnał do walki, a ja, chwiejąc się, przyjąłem postawę do walki. Z trybun usłyszałem: „Popatrz, on się chwieje. Co to za pajac!?”

Cios krasnoluda był zaskakująco szybki i trafił mnie w twarz, lecz odruchowo obróciłem się lekko na pięcie, co uchroniło mnie przed strzałem w nos, a resztę zamortyzowało Ki. Wyprowadziłem cios, krasnolud chyba nie spodziewał się, że jego atak nie wywoła żadnej reakcji i zaskoczony przyjął moje uderzenie prosto w szczękę. Przeciwnik aż usiadł na dupie. Aby zrobić troszkę gorsze wrażenie, przewróciłem się obok niego i z trudem wstawałem, wykorzystując siedzącego brodacza jako podporę. Krasnolud wstał po chwili, chwycił ostrość widzenia i zawołał:

  • No dobra, dawaj dalej.

Wiedziałem, że przesadziłem z siłą uderzenia. Postanowiłem zatem nastawić się jeszcze bardziej na obronę. Krasnolud zaatakował z furią, ale przez to mało celnie. Bez problemów unikałem jego ataków, lecz sam też udawałem, że nie potrafię go trafić i kiedy widziałem już, że krasnolud zaczyna sapać i się pocić, zakończyłem walkę jednym ciosem. Krasnolud usiał ponownie i niewyraźnie oznajmił, że ma dosyć.

Na ring wkroczył sędzia, niski i gruby człowieczek i głośno wykrzyczał – Koniec! Koniec!

Tłum był chyba zdziwiony, bo w przeciwieństwie do końcówek ostatnich walk, było dosyć cicho. Nawet udało mi się usłyszeć radosne krzyki moich braci „Gniewomir! Gniewomir!”. A kiedy przepychałem się przez tłum, do miejsca dla zawodników, słyszałem zdziwione głosy:

  • Widziałeś jaki jest szybki jebany?!

  • I to w takim stanie... On ledwo stoi!

  • Co by było, gdyby był trzeźwy?!

  • Jak szybki?! Szczęście początkującego!

Wracając na miejsce, teatralnie się zachwiałem, z trudem uniosłem lewą rękę w geście zwycięstwa i niewyraźnie zawołałem do tłumu:

  • Zaaa ruutą paaajteee!

Siadłem na swoim miejscu z głupim uśmiechem. I pociągnąłem znów tak jak ostatnio z bukłaka, większość wylewając na siebie. A przynajmniej tak sobie wmawiałem drogi mistrzu.

Minęło sporo czasu, kiedy znów zostałem wywołany do walki.

  • Kolejni w walce staną Gniewomir! I Morda! - krzyczał sędzia.

Gdzieś z boku usłyszałem entuzjastyczny krzyk Igo:

  • Gniewomir! Gniewomir! Gniewomir!

Stanąłem naprzeciwko wysokiego mężczyzny i już wiedziałem, skąd to przezwisko. Był strasznie brzydki i miał solidne braki w uzębieniu. „Przynajmniej mu zębów nie wybiję” - pomyślałem.

  • Walczę z tobą chłopie? - powiedział Morda – Niech to będzie dobra walka.

  • Trzymaj się Mordo – odpowiedziałem.

Uśmiechnął się tylko i powiedział:

  • Czasem mówią do mnie „Mordo ty moja”.

Podał mi rękę. Uścisnęliśmy sobie mocno dłonie i stanęliśmy na pozycjach.

Postanowiłem jeszcze bardziej się hamować, bo z krasnoludem poszło za szybko.

Sędzia dał znak do rozpoczęcia walki, a ja wyprowadziłem nieudolny atak i dałem się trafić. Lecz udało się znów wywinąć na tyle, że nie było to trafienie bolesne. Wybiło mnie to jednak z rytmu i musiałem złapać pion. Na szczęście przeciwnik nie zdołał tego wykorzystać i wyprowadziłem cios. Morda zasłonił się instynktownie, a ja trafiłem w jego nadgarstek. W jednej chwili zrozumiałem, że jest źle i ta walka zakończy się szybciej niż z krasnoludem. Usłyszałem charakterystyczne chrupnięcie i poczułem łamane chrząstki. Nie myliłem się. Morda upadł na jedno kolano, drugą ręką trzymał nadgarstek i wrzasnął naprawdę głośno i przeciągle:

  • KURWWWWWAAAAAAA!

„O kurwa” - pomyślałem i ja - „Z niskich stawek na mnie nici”. Co z tymi przeciwnikami było nie tak? Już bardziej nie mogłem udawać, bo zwyczajnie nie dałbym rady walczyć.

Sędzia podszedł do mnie i powiedział:

  • Dajmy mu chwilę.

Morda już ciszej jęczał.

  • Kurwaaaa moja ręka...

Sędzia zaczął odliczać:

-RAZ! DWA! TRZY! KONIEC!

Tym razem do głośnych krzyków moich braci dołączyło się kilka głosów z tłumu.

Znów udałem się w kierunku miejsca dla zawodników.

Gdy minął odpowiedni czas, ponownie zostałem wywołany.

  • A TERAZ NAPRZECIWKO SIEBIE STANĄ DRUMM TUNNER I GNIEWOMIR.

Kiedy sędzia wywołał nazwisko krasnoluda, tłum oszalał.

Stanęliśmy naprzeciwko siebie. Widziałem w życiu sporo krasnoludów, lecz ten był chyba z nich największy i nie chodzi o wzrost, a szerokość w barach oraz wielkość mięśni. Pomyślałem sobie, że w kopalni mógłby kopać dwoma oskardami naraz.

  • Nieźle sobie radzisz – powiedział Drumm.

  • Wiesiałem sze powinenem tu pszyjś tsześfy – odparłem, coraz bardziej wczuwając się w rolę.

Wiedziałem też, że to już nie czas na hamowanie. Musiałem tylko rozsądnie gospodarować Ki, aby nie opaść z sił na ostatnią walkę, o ile do niej dotrwam.

Zmiana stylu walki, po dwóch ostatnich pojedynkach, nie wpłynęła dobrze na moją koncentrację. Potknąłem się na samym początku i musiałem się skupić na odzyskaniu rytmu i unikach, a o atakowaniu nie było mowy. Na szczęście udało się uniknąć dwóch prostych krasnoluda, które odczułbym na pewno, bo gdy pięść przelatywała mi koło ucha, poczułem tylko świst powietrza. Drumm chodził spokojnie wokół mnie, schowany za wysoką gardą. Walczył starodawnym stylem szarych orków, zwanym boksem girdańskim. Krasnoludy zaadoptowały go u siebie setki lat temu.

Przyszła kolej na mnie, ale widocznie nadal nie wpadłem w odpowiedni rytm, bo cios, który dosięgnął krasnoluda, nie zrobił na nim wrażenia. Krasnolud też przestrzelił, co dało mi czas, aby w pełni złapać synchronizację. Kolejny cios, którym obdarzyłem brodacza, był potężny. Byłem pewien, że zakończy walkę, lecz nie doceniłem Drumma, rozluźniłem się przedwcześnie i dostałem i ja. Na szczęście Drumm cios swój wyprowadził w oszołomieniu i mimo że bolesny, nie wpłynął na mój „taniec”. Nadal byłem pełen podziwu, że dał radę mi jeszcze oddać. Po tym ciosie przestał obchodzić mnie na ringu i dwie dłonie uniósł do masywnej gardy. Jako że przestałem się hamować, moje ciało zawładnięte instynktem wykonało obrót i kopnąłem go w bok głowy, omijając gardę. Niewielki wzrost przeciwnika sprawił, że nawet nie musiałem wysilać się przy unoszeniu nogi. Sekundę później krasnolud leżał na podłodze.

Sędzia nie zdążył nawet zareagować. Na arenę wbiegli jego towarzysze, próbując go ocucić, a po chwili znieśli go z areny. Tym razem tłum już się nie hamował. Nie krzyczeli mojego imienia tylko ci, którzy postawili na krasnoluda. W tym tumulcie nie słyszałem już nawet moich braci.

Znów poszedłem na swoje miejsce i oczekiwałem na swoja walkę. Ruda Pajda już konkretnie wirowała po moim ciele.

Tym razem przerwa była krótsza, kiedy sędzia nas znów wywołał:

  • A TERAZ NAPRZECIWKO SIEBIE STANĄ AI-AI I GNIEWOMIR.

Moim przeciwnikiem był Tesijczyk. Wiedziałem, że ich odmiana boksu, zwana boksem tesijskim, jest inna od girdańskiego i jeśli władał tą sztuką, musiałem uważać również na jego nogi. Byłem tak blisko drugiego miejsca, że przez myśl mi przeszło, że gdy będzie ciepło, zbluzgam jego matkę po tesijsku, co być może go zaskoczy i na chwilę wybije z rytmu. Jak się później okazało, nie musiałem posuwać się do tak tanich sztuczek. Ale mistrzu nie uprzedzam faktów. Postanowiłem zmienić troszkę taktykę. Pozwoliłem sobie na szerszy strumień Ki i postawę bardziej obronną. Zamierzałem atakować słabiej, ale za to częściej, aby wybadać przeciwnika.

Sędzia rozpoczął walkę.

Nie pomyliłem się. Już pierwszy atak wykonał nogami, lecz byłem na to przygotowany i cios zablokowałem sprawnie przedramieniem. Odpowiedziałem swoim kopniakiem i odskoczyłem, bo trafienie nie było czyste. Drugie natomiast dosięgło celu bezbłędnie, co wytrąciło go z równowagi. Wykorzystałem to momentalnie, a prosty cios zgasił mu światło na dłuższą chwilę. Tym razem miałem wrażenie, że cała karczma to tylko moje imię, donośnie wykrzykiwane chyba już przez wszystkich. Hałas był wręcz ogłuszający. Powoli dochodziło do mnie, że właśnie osiągnąłem drugie miejsce w turnieju. Z rękami w górze wracałem na swoje miejsce.

Tłum cały czas skandował GNIEWOMIR! GNIEWOMIR! GNIEWOMIR!

Gdy siadłem, powoli doszło też do mnie, że następną walkę stoczę z Trallem, ogromnym szarym orkiem, synem samego Rovana Lorsona, który chyba bez większych problemów dotarł do finału. Lecz nie miałem pojęcia jak walczy. Rozmyślałem o tym jaką przyjąć taktykę, gdy podszedł do mnie pewien niziołek. Już wcześniej widziałem, że kręcił się czasem przy Baronie.

  • Jestem Corvin – wyszeptał mi do ucha – Baron proponuje dwadzieścia złotych ambardów za twoją przegraną oraz sporą zniżkę na szkolenie Lyrralta.

I tu zdrowy rozsądek został przytłumiony przez Rudą Pajdę oraz wino wlewane w siebie przez całą noc. „O ty mała kurwo” - pomyślałem o niziołku - „Ja ci kurwa poddam walkę. Gdyby kiedykolwiek dowiedział się o tym Dalinar, myślę, że nigdy by mi tego nie wybaczył”. Dotąd moje myśli były jeszcze klarowne, lecz następny pomysł nie wpadł by mi na trzeźwo nigdy.

  • Czterdzieści – powiedziałem.

  • Dwadzieścia pięć. Masz się podłożyć dokładnie w drugiej rundzie.

  • Zgoda – powiedziałem, lecz wcale nie miałem zamiaru tego robić. Wtedy wydawało mi się to doskonałym pomysłem. W pijackim widzie myślałem tylko o tym, że oszust, który oszuka oszusta, sam nim nie jest. Nie wpadłem na to, że gdy Baron postawi na moją przegraną, a ja wygram, będziemy mieli bardzo potężnego wroga w tej miejscowości. Na trzeźwo teraz łatwo mi to mówić i jest to całkowicie sensowne, ale wtedy wzburzony tą propozycją i zamroczony gorzałą, nie widziałem w tym problemu. Plan był prosty. Wejść na arenę i dać z siebie wszystko to, co nie ujawni natury mojego stylu.

  • A TERAZ NAPRZECIWKO SIEBIE STANĄ TRALL LORSON I GNIEWOMIR.

Po tej zapowiedzi karczma ponownie wybuchła dopingiem. Miałem wrażenie, że kibice są podzieleni po połowie. Większość krasnoludów i część ludzi wołała moje imię, reszta imię szarego orka.

Stanąłem naprzeciwko chyba największego przeciwnika w życiu. Trall był chyba ogromny nawet jak na orcze standardy, choć w życiu niewielu orków poznałem. Pomyślałem, że tak musiałby się czuć niziołek w walce z Dalinarem. Lecz niesiony dopingiem oraz wiarą w swoje umiejętności nie czułem strachu.

Sędzia dał sygnał i rozpoczęła się walka. Wiedziałem, że albo dam z siebie wszystko, albo przegram.

Od pierwszej chwili ork zaatakował z taką furią, jakby nie był to turniej o złoto w zapadłej dziurze jaką jest Moss Eil, a walka o życie. Wyszczerzył swoje wydatne kły i darł się tak, że prawie przekrzyczał tłum. Nie pozostałem dłużny i zaatakowałem z takim samym zapałem. Ork zaczął toczyć pianę i krzyczeć:

  • Zeżrę cię razem z nogami! Aaaarghhh!!!

Wpadł w totalną furię. Nie przypominało to żadnego stylu. Walił rękami jak cepami, człowiekowi zdążył bym odskoczyć, lecz ork miał zbyt długie ręce. Nie spodziewałem się siły z jaką mnie trafił. Gdyby nie koncentracje obronne, ten cios prawdopodobnie pozbawiłby mnie przytomności, a może nawet połamał żebra. Momentalnie siadłem na dupie i przejechałem jeszcze z metr po podłodze. Uniosłem nogi w górę, wybiłem się z pleców i momentalnie stałem na nogach. Sędzia nawet nie zdążył zatrzymać walki. Nie wiem czy dałby to zrobić, nawet gdybym nie wstał. Ork był w szale. Postanowiłem troszkę podkręcić szybkość swoich ataków. Nie zważając na ból, zaatakowałem go z ogromną szybkością. Wyprowadziłem kombinację dwóch prostych i kopniaka na głowę. To wytrąciło go z równowagi i Trall wydawał się być lekko oszołomiony. Jego o wiele za szerokie ataki minęły mnie i całe szczęście, bo nie wiem czy przetrwałbym kolejny. W tym momencie rozbrzmiał gong, a na arenie pojawił się sędzia głośno krzycząc:

  • Przerwa, przerwa! Będzie druga runda!

Gdzieś z boku usłyszałem krzyk:

  • ZAKŁADY, ZAKŁADY.

  • OSTATNIA CHWILA NA ZAKŁADY!

Dostaliśmy dzbany z wodą. Widziałem, że ork ledwo trzyma się na nogach. Pił łapczywie, prychał, oblewał się i chwiał.

  • ZAWODNICY NA RING – krzyczał ochrypłym już głosem mały i gruby sędzia.

Obserwowałem wchodzącego na ring Tralla. Nie przypominał już tego orka sprzed pierwszej rundy. Wyglądało na to, że udało mi się dołożyć mu bardziej niż on mi.

Sędzia dał sygnał do walki.

Furia orka minęła i zwyczajnie nie miał już na tyle sił, by ją z siebie wykrzesać. Lecz mimo to pozostałem czujny.

Mimo iż ork był osłabiony, moje proste nie przebiły się przez jego gardę. Jedyny plus był taki, że i on praktycznie nie miał już szybkości, aby trafić mnie.

Zmieniłem taktykę i zaatakowałem nagle niskim kopnięciem. To zaskoczyło orka, który nie zdążył zareagować i ponownie tego dnia usłyszałem łamane kości. Tym razem usłyszeli to chyba wszyscy. Trall padł na ziemię, a spod rozerwanej skóry, bielała wystająca kość. W karczmie nastała totalna cisza. Lecz trwała dosłownie chwilę, po czym karczma wypełniła się skandowaniem. Tak głośno tej nocy jeszcze nie było. Na początku było to wręcz wycie, które stopniowo przeradzało się w rytmiczne:

GNIEWOMIR! GNIEWOMIR! GNIEWOMIR! GNIEWOMIR! GNIEWOMIR!

Nie wiem co dalej stało się z Trallem. Miałem wrażenie, że tłum mnie zaraz rozszarpie. Po chwili zebrani nosili mnie na rękach, a dookoła ciągle słyszałem „GNIEWOMIR! GNIEWOMIR!”

Ktoś wcisnął mi w rękę dzban. Pociągnąłem solidny łyk. Nie spodziewałem się, że w tej karczmie znajdzie się tak wyborny trunek , więc pociągnąłem ponownie. Entuzjazm tłumu udzielił się i mi, toteż zacząłem krzyczeć:

  • Prawie na trzeźwo, prawie na trzeźwo!

Po chwili poczułem na mym spoconym ciele chłód i zobaczyłem nad sobą gwiazdy. Tłum wyniósł mnie z gospody, ale po chwili wnieśli mnie do niej z powrotem. Próbowałem rozglądać się za braćmi, lecz z tej niewygodnej pozycji nie byłem w stanie ich dostrzec. Wszystko to trwało około dziesięciu minut, kiedy w końcu postawili mnie na ziemię. Tłum poklepywał mnie po plecach i wykrzykiwał gratulacje. Po chwili do gratulacji dołączył się Otto.

  • Sylvia, moja najlepsza dziwka, jest twoja na całą noc! – powiedział gospodarz – Używaj sobie ile wlezie! Zasłużyłeś.

Pomasowałem się po ciele i powiedziałem:

  • Chyba będzie musiała rozmasować mi członki.

Po chwili Sylvia stała wtulona we mnie.

  • Później Sylvio – powiedziałem – Muszę iść do kompanów.

  • Daj mi tylko znać, będę w okolicy – odpowiedziała miłym głosem.

W końcu udało mi się dotrzeć do braci.

  • Widzieliście? Prawie na trzeźwo – zaśmiałem się.

  • Dobra robota – gratulowali mi bracia.

  • I jak wygraliśmy jakieś pieniążki? - dopytywałem - Powiem szczerze, ten ork dał mi taki wycisk, że mam wrażenie jakby przejechało po mnie stado koni.

  • Widziałem, że mocno oberwałeś – powiedział Dalinar.

  • Mamy dziś święto – powiedziałem, a język zaczynał mi się plątać.

  • No tak – odparł kapłan.

  • No, ale to się gryzie z moją nagrodą. Może dogadam się, że Sylvię wezmę na jutro, bo chyba nie będę brał kurwy do innego burdelu.

  • Weź ją tam po prostu na imprezę – zaproponował Igo.

Alkohol wzbudził we mnie rozmarzonego człowieka.

  • Dobry pomysł, wezmę ją tam i będę tańczył – odparłem – To ile zarobiliśmy?

  • No, po dziewięć ambardów dla nas czterech – powiedział Dalinar.

  • Ja tego nie chcę, podzielcie to na was trzech.

  • Jak to nie chcesz? – zdziwił się kapłan.

  • No ja wygrałem piętnaście. Mi wystarczy, bo w zasadzie i tak chodziło o zabawę. Wy macie ponad dychę, ja mam dychę, a piątka idzie na dziwki.

Na twarzach braci pojawiły się szerokie uśmiechy.

  • Lyrralcie – powiedziałem – Muszę cię przeprosić i coś ci powiedzieć. Ale nie tutaj. Możemy iść do pokoju na słówko?

  • Oczywiście - odparł kapłan - A wy zamówcie coś dobrego!

  • Gdzie? - zapytałem oburzony – Nie tutaj! Zmieniamy lokal na lepszy, tylko muszę odebrać nagrodę. No chyba, że później… Raczej nie przepadnie, bo w końcu mnie już znają co nie?! Zresztą dobra. Wszyscy chodźmy do pokoju.

Gdy byliśmy w pokoju zacząłem mówić:

  • Muszę się przyznać do czegoś, co nie do końca może ci się spodobać Dalinarze. Przed finałową walką podszedł do mnie ten niziołek Corvin, z propozycją od Barona. Miałem podłożyć się w drugiej rundzie za dwadzieścia złotych ambardów. Zanęciłem go na dwadzieścia pięć, ale nie miałem zamiaru się poddawać. Drugą obiecaną rzeczą była zniżka u orków na twoje szkolenie.

I tu drogi mistrzu, moi bracia uświadomili sobie, co zrobiłem, choć jeszcze powaga tego czynu do mnie nie dochodziła. Moc Rudej Pajdy, plus wyborne wino, dalej zaciemniały mi umysł.

  • Czy ty jesteś jebnięty? - wykrzyczał wręcz Igo.

Dalej nie widząc problemu, próbowałem przytoczyć mój tok myślenia. Dalinar nie miał pretensji, że zagroziłem jego szkoleniu, ale w jakiś sposób zgodził się ze stwierdzeniem Igo, że chyba coś ze mną nie tak.

  • Czy ty zdajesz sobie sprawę, że jeśli Baron postawił na ciebie sto ambardów, bo był pewien, że się podłożysz, to będzie raczej WKURWIONY?

Nadal nie dostrzegałem problemu.

  • Uznałem, że ważniejsza od szkolenia, będzie dla ciebie honorowa walka – powiedziałem.

  • Ale to nie była honorowa walka – krzyczał Igo.

  • Jak nie? - zdziwiłem się.

  • No, bo skoro przyjąłeś propozycję Barona, to nie była honorowa – wrzeszczał mag.

  • Walka była honorowa. Co ma walka do oszukania niziołka? Chciałem, aby walka była honorowa, a oszuści zostali ukarani. Wszak złodziej, który okrada złodzieja, nie jest złodziejem, a oszust, który oszuka oszusta, nie jest oszustem. W mojej opinii potwarzą dla wierzeń w Vergena byłoby, gdybym się podłożył.

  • No tak by było – odparł kapłan – Pojedynki są dla nas bardzo ważne.

Igo jakby się zaciął i wkoło powtarzał, że to nie było honorowe. I tu w końcu mnie olśniło:

  • Narobiłem nam wrogów.

  • Dokładnie – odparł Dalinar – Postąpiłeś honorowo nie poddając walki, natomiast niepotrzebnie powiedziałeś mu, że poddasz walkę – A może dlatego ten ork walczył tak w drugiej walce – powiedział Dalinar.

Mimo iż podczas walki też tak przez moment pomyślałem, odrzuciłem tę myśl. Wszak widziałem go w przerwie, ledwo stał na nogach. A jeśli by wiedział o tym, to też został ukarany za próbę oszukiwania. Lecz tę myśl zostawiłem już dla siebie i z przekonaniem powiedziałem:

  • Nie Dalinarze, on był w takim stanie po prostu.

  • Najlepiej byłoby uciec z tego miasteczka – już spokojnie powiedział Igo – Lecz nawet nie mamy jak. Coś ty odstawił?

  • Cóż, jestem pijany – odparłem zgodnie z prawdą. Wydawało mi się jedyną słuszną decyzją nie rozczarować Dalinara.

  • Wydaje mi się, że powinieneś porozmawiać z Baronem – powiedział mag.

  • I co mu mam powiedzieć? Że nie robi się interesów z pijanym człowiekiem? Zresztą ja nie widziałem żadnego niziołka!

  • I tego się trzymajmy – powiedział Kejn.

  • Mam tylko nadzieję – powiedziałem do Dalinara – że nie wpłynie to na twoje relacje z orkami.

  • Muszę powiedzieć Gniewomirze – powiedział Dalinar – że nie wyszło to najlepiej. Mimo wszystko pochyl głowę, wyleczę twoje rany fizyczne, bo kiepsko to wygląda.

Wstydząc się, pozwoliłem, aby Dalinar uleczył moje rany.

Te wydarzenia skłoniły mnie do tego, abym unikał alkoholu. Wydaje mi się, że opanowałem na tyle styl Pijanego Mistrza, że nie będę potrzebował już alkoholu, aby sprawnie walczyć. Jak wspominałem wcześniej, ciało tolerowało alkohol, zdecydowanie lepiej niż umysł.