Zabawa na dole trwała w najlepsze, słyszeliśmy coraz głośniejsze śpiewy. Alkohol robił swoje. Ci, którzy wzbogacili się na walkach, opijali wygraną, a ci, którzy przegrali, zapijali smutki.
Lyrralcie – zaczął Kejn – Jak wytłumaczymy twoje leczenie?
Nie wytłumaczymy – odparł Igo – Jest kapłanem i go wyleczył. Nie ma co tłumaczyć.
Nie widziałbym w tym problemu – powiedziałem – bo jesteśmy na jakimś zadupiu, gdzie być może nikt zbytnio się tym nie zainteresuje, gdyby nie fakt, że powiedziałeś o Czarnej Dalii. Sam mówiłeś, że wydała kapłanów Vergena, sprowadzając na nich śmierć.
Może zwrócimy tym jej uwagę i się zdradzi – odparł zadziwiająco spokojnie kapłan.
No, wyglądało to tak – przerwał mi Igo – że nie uknujemy innej historii niż to, że jest kapłanem.
No może i ją sprowokuje – zaczął Kejn – lecz równie dobrze może to sprawić, że teraz ona zaskoczy nas w najmniej spodziewanym momencie. Do teraz nie miała powodów, by się nami interesować.
To ty jesteś Radagaście specjalistą od zaskakiwania – zaczął Dalinar – i na twojej głowie jest to, abyśmy zaskoczyli my ją, a nie ona nas.
Dobrze wiesz, że nie można mieć oczu dookoła głowy cały czas – odparł elf.
Powiedzcie mi, bo macie większe doświadczenie w tych sprawach, czy jest szansa o tej porze roku uciec z tej wioski? - zapytał Igo.
Szansa jest jak najbardziej – odparłem – ale nie będzie to łatwe i wymagałoby dobrego przygotowania. Musisz zadbać o naprawdę ciepłe ubrania, jakieś rakiety śnieżne, jedzenie, a co ważniejsze podróż znacząco by się wydłużyła. Raz przez warunki, a dwa przez to, że pewno jedną trzecią dnia musielibyśmy poświęcić na zebranie opału, aby nie zamarznąć w nocy.
Uważam, że to bardzo ryzykowne – powiedział Kejn.
Owszem, ale odpowiadając na pytanie Gurney’a nie niemożliwe i dodatkowo mamy tylko jeden kierunek do obrania. Północ, czyli do Rozstajów Ehelda, gdyż droga na południe przez góry odpada. Tam mógłbym się wybrać ja sam, ale z dużą niechęcią. W podobnych warunkach rok temu wracałem na spotkanie z wami z klasztoru i wierzcie mi, nie było łatwo. Dobra, ale kończmy tę dyskusję. Czas na kobiety, wino i śpiew.
Podczas przygotowań do Święta Gwiazd, Dalinar i Kejn zdjęli zbroje i ubrali zwykłe ubrania. Igo włożył swoje najlepsze szaty, a ja, jak to ja, poszedłem tak jak stałem. W głównej sali karczemnej po arenie nie został nawet ślad. Stoły wróciły na swoje miejsca, tłumnie już oblegane przez pijane towarzystwo. Zaszedłem do gospodarza po nagrodę oraz zapytać czy Sylvię mogę zabrać ze sobą do Podpalonej Siostry. Ten nie miał nic przeciwko. Dwornie podałem dziwce płaszcz, wziąłem ją pod ramię i szepnąłem do ucha:
- Dziś zabawisz się jak nigdy w życiu.
Po tych słowach Sylvia przytuliła się jeszcze mocniej. Alkohol zdecydowanie rozbudził bardziej romantyczną stronę mojej duszy.
Nie znałem cię z tej strony – powiedział Igo.
To jeszcze nic – odparłem dalej niewyraźnym, podpitym głosem – dziś zobaczysz jak tańczę.
Po tych słowach ruszyliśmy w kierunku Podpalonej Siostry. Śnieg lekko sypał, mróz dawał się we znaki, lecz nie przeszkadzało to ludziom tłumnie świętującym na ulicy Głównej.
Podobała ci się walka? – zapytałem Sylvię.
Wierzyłam w ciebie od samego początku – gładko skłamała kobieta.
Już wiem dlaczego mówią o tobie, że jesteś najlepsza – po moich słowach moi bracia wybuchnęli gromkim śmiechem.
Na zewnętrznych balkonach Podpalonej Siostry było pełno ludzi. Wszyscy z dzbanami, kuflami i kielichami, a część z nich, mimo solidnego mrozu, roznegliżowanych. Ktoś sikał z dzikim okrzykiem w dół. Widać było, że ostatniej nocy roku nikt się tam nie oszczędzał. Weszliśmy do środka. Gospoda była zapełniona po brzegi, wszędzie uwijały się półnagie służki, roznoszące jadło i napoje. Wszystkie stoliki były zajęte, więc staliśmy, rozglądając się za wolnym miejscem. Po chwili podszedł do nas jeden z mężczyzn pracujących w tawernie i rozkładając ręce powiedział:
Niestety nie ma już miejsc przy stoliku.
Jak to nie będzie miejsca dla mistrza Moss Eil?! - zapytał głośno Dalinar.
Najwidoczniej ktoś z tłumu usłyszał słowa kapłana, bo zaraz krzyknął:
Ludzie! Patrzcie! To nowy mistrz Moss Eil!
Chodźcie do nas!
Obróciliśmy się w stronę, z której dobiegało zawołanie i zobaczyliśmy stolik, przy którym siedziało trzech krasnoludów. Obok nich, z głowami na stołach, spali pijani ludzie. Krasnoludy bezceremonialnie zrzuciły ich z ławy i wskazali nam puste miejsca.
Już mamy miejsce – roześmiał się Dalinar i ruszyliśmy w stronę stołu.
O mistrz przyszedł z damą dworu – powiedział jeden z krasnoludów – Siadajcie mistrzu, siadajcie.
Dziękuje panowie za zaproszenie – skłoniłem się w kierunku brodaczy – Czego się napijesz pani?
Może Roskańskie – odparła Sylvia.
A wy panowie? – zwróciłem się do krasnoludów.
A my to pijemy wódeczkę!
Dobra robota mistrzu. Mimo iż zlałeś naszego tak, że chyba tydzień będzie do siebie dochodził, cały czas ci kibicowaliśmy. Drum, jak to mówią, twardy, ale łeb ma pusty. Nic mu nie będzie – głośno mówił jeden z krasnoludów.
Ano twardy, twardy – powiedziałem szczerze – Każdy człowiek po tym ciosie by padł, a ten skurczybyk mnie zaskoczył. Byłem pewny, że już odleciał i opuściłem gardę i wtedy też mi nieźle przydzwonił.
Radagaście, szkoda że masz problemy żołądkowe i nie możesz pić – zacząłem – Zatem chociaż podziwiaj salę i to jak ludzie się bawią – zasugerowałem, aby zaczął wypatrywać naszych podejrzanych.
No nie, winka to mogę się trochę napić – odparł elf.
No, na pewno nie Roskańskiego – zażartowałem – Ty nie będziesz mi dogadzał.
Bracia ponownie wybuchnęli śmiechem.
W oczekiwaniu na obsługę, rzuciłem okiem na salę. Bard, brat Szybkiej Zoi, tamtejszej burdelmamy, zwący się Piękny Travio, przygrywał na lutni. Część gości tańczyła do jego muzyki, lecz większość po prostu piła, grała w karty, kości lub obmacywała dziwki. Po chwili zjawił się mężczyzna z obsługi z dzbanem.
Roskańskie dla pana.
To jeszcze „Rudą Pajdę” dla panów krasnoludów i coś do jadła dla nas wszystkich. Polej damie – wskazałem na Sylvię.
A gdzie są inne damy? – zapytał Dalinar. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zjawiła się obok niego roznegliżowana piękność, która powiedziała:
Może potrzebujesz towarzystwa kawalerze? - I wpakowała się kapłanowi na kolana.
Ależ oczywiście – odparł Dalinar – Dla niej też wino!
Po chwili pojawiła się kolejna, która zagaiła do Igo:
A ty panie nie potrzebujesz towarzystwa do dyskusji? – puściła mu przy tym lubieżnie oczko.
Ależ oczywiście – odparł mag i wskazał ręką na swoje kolana. Dziwka przyjęła zaproszenie i usiadła obejmując Igo.
Może zatańczymy pani? – zapytałem Sylvię.
Ależ oczywiście mistrzu, jeśli tylko potrafisz.
Ha, dziś zobaczysz co potrafię!
Dwornie podałem rękę i poszliśmy tańczyć. Po chwili dołączyli do nas zarówno Igo jak i Dalinar.
Przez jakiś czas dobrze się bawiliśmy.
W pewnym momencie usłyszeliśmy przez zgiełk radosny, pijany okrzyk:
- Tańcz Alijah! Tańcz!
Odruchowo zerknąłem w tym kierunku i zobaczyłem naszych „znajomych”. Dwóch z nich siedziało przy stole, a przed nimi tańczyła blondynka w wyzywającej sukni. Mimo jej urody, ponownie cały efekt psuły jej zimne, groźnie spoglądające oczy. Mężczyźni z wytatuowanymi łezkami zachęcali ją okrzykami do tańca. Obróciłem moją partnerkę tak, by móc ich mieć na oku. Wszyscy byli już mocno pijani, a blondynka tańczyła przed nimi lubieżnie, popijając raz po raz z dzbana, który miała w jednej ręce. Sporą część dzbana zdążyła już rozlać na swoją suknię, mocno ją czerwieniąc, tak więc co nieco prześwitywało jej przez ubranie. W pewnym momencie w trakcie zachęcania jej do tańca, jeden z jej uzbrojonych kompanów, rzucił w jej kierunku garść monet ponownie krzycząc „Tańcz Alijah!” i śmiejąc się przy tym do rozpuku. To ewidentnie rozwścieczyło młodą kobietę. Z ogromną gracją i szybkością, zwłaszcza jak na jej stan, dobiegła do niego i wymierzyła mu solidnego kopniaka prosto w brzuch. Zaskoczony mężczyzna poleciał do tyłu padając i łamiąc krzesło, na którym siedział. Gdzieś z boku sali momentalnie doskoczyła do niej jej czarnowłosa kompanka, chwyciła ją mocno za ramiona i uspokoiła jednym słowem. Po chwili sytuacja wróciła do normy, a mężczyzna pozbierał się z ziemi, głośno się śmiejąc. Wkurzona blondynka niedbale piła wino prosto z dzbana, nie bacząc, że jej suknia nadaje się do wyrzucenia.
Powiedzcie mi drogie panie – zwróciłem się do kobiet tańczących z moimi braćmi – Czy kobiety tutaj są zawsze takie nerwowe?
Trochę są nerwowi rzeczywiście, ale dobrze płacą – odparła jedna z tamtejszych dziwek – Nie przejmuj się nimi mistrzu.
Po chwili cała grupa, którą obserwowaliśmy, piła już wspólnie przy stoliku, a przed nimi tańczyła jakaś dziewczyna z gospody. Tym razem w jej kierunku padały okrzyki „Tańcz!”. I znowu poleciały monety. Do krzyków dołączyła się również kobieta w poplamionej winem sukni i mocno pijana, śmiejąc się szaleńczo, również wykrzykiwała „Tańcz! Tańcz dla nas dziwko!”.
Po kilku tańcach wróciliśmy do stołu, gdzie jeden z krasnoludów leżał już nieprzytomny. Rozsiedliśmy się i znów na sali zobaczyliśmy tego samego klienta, który parę dni wcześniej nagi przyszedł po wino. Także tym razem nic się nie zmieniło – ignorując cały tłum, chwiejnym krokiem wracał z nowym dzbanem do pokoju. „Ten to ma życie” - pomyślałem.
Z czasem ludzie zaczęli się wykruszać. Nasi „znajomi” też w końcu prowadząc się pod ręce, udali się do pokoi. Jedliśmy i piliśmy, aż nadszedł ten moment, kiedy dziewczyny Igo i Dalinara doczekały się zaproszenia do pokoju. Zawołałem jednego z mężczyzn obsługujących w gospodzie i zapytałem ile na ten moment wynosi należność za zabawę. Ten oznajmił mi, że dwa złote ambardy.
A ty Radagaście nie skorzystasz z wdzięków tutejszych kobiet?
Jeszcze jest czas – odparł elf – na razie obserwuję sytuację.
Dolałem Sylvii wina. Siedzieliśmy jeszcze chwilę, po czym Kejn nalał wina do trzech kielichów i stwierdził, że też idzie się zabawić. Widząc, że miał zamiar zabrać ze sobą dwie panny, rzuciłem tylko:
Pamiętaj, że mam tylko pięć ambardów do wydania.
Spokojnie, jak coś to dopłacę – odparł elf.
Będąc w sytuacji, kiedy byłem z kobietą z innego lokalu, postanowiłem poczekać na powrót do Czerwonego Goblina, zagaiłem więc krasnoluda siedzącego obok:
Mości krasnoludzie, poznałem twoich pobratymców płynąc z Celebornu do Portu Gis. Przesympatyczna kompania. Mieliśmy ruszyć w tę stronę razem, lecz mieli jeszcze coś do załatwienia na miejscu i nasze drogi się rozeszły. Grałem z nimi w kości, może miałbyś ochotę na partyjkę?
Ano pewnie, my krasnoludy nigdy nie odmawiamy – wyciągnął woreczek i wysypał na stół kości.
No to zagrajmy o symboliczną srebrną w Bakaraka – zaproponowałem.
Krasnolud z chęcią przyjął moją propozycję i zaczęliśmy grę.
Po pewnym czasie wrócili z zadowolonymi minami podpici Dalinar i Igo.
Jak wróci Radagast, to będziemy się chyba zbierać? - zagaiłem.
Ano chyba nam wystarczy - odparł Igo.
W oczekiwaniu na elfa prowadziłem luźną rozmowę z krasnoludem, jedynym, który jeszcze był na tyle trzeźwy, aby nie bełkotać.
Wrócił w końcu elf i postanowiliśmy się wrócić do Czerwonego Goblina.
Gdy zaczęliśmy się zbierać do wyjścia, podszedł do nas mężczyzna i zapytał kto będzie płacił.
Mistrz – prawie chórem odparli moi bracia.
Zapraszam do szynku, podliczymy koszta.
Podszedłem z nim do baru i po chwili usłyszałem.
- Należy się siedem złotych ambardów.
Aż się zagotowałem.
- Godzinę temu pytałem ile na ten moment wynosi rachunek! Powiedziałeś mi, że dwa złote ambardy! Myślisz, że jak jestem nawalony jak stodoła, to mnie oszukasz?! Wbić ci ten twój kinol w mózg?!
Traciłem nad sobą kontrolę. Fala wściekłości zalewała mnie z dużą szybkością. O wiele za dużą. Chyba znów czas wrócić do haiku.
Ale mistrzu!
Mie mistrzuj mi tu. Zawołaj tego małego gnoja, który nas obsługiwał.
Chwilę później stało przy mnie dwóch ochroniarzy.
Jakiś problem? - zapytali.
Za chwilę wy będziecie mieć kurwa problem! - wykrzyczałem w ich kierunku – Dawać mi tu tego gnoja! - warczałem.
Po chwili przyprowadzili chłopaka.
Ile kurwa powiedziałeś mi jak pytałem o należność?
No wtedy to były dwa ambardy, ale to było dawno. A potem oni poszli na pokoje i wzięli jeszcze dwie panny – mówił wystraszony mężczyzna - Potem przyniosłem jeszcze wina – tłumaczył cicho.
Nie zamawiałem żadnego wina! Weź je z powrotem.
Ale panie, mieliście puste kielichy – przerwałem mu.
Prosił cie ktoś o to?!
Spokojnie mistrzu. Zróbmy tak, że będzie pięć złotych i jesteśmy kwita.
Fala wściekłości odpłynęła.
No i to mi się podoba!
Przepraszamy za problem, ale takie mamy zasady, że donosimy, póki ktoś nie powie że dość.
Dobrze dobry człowieku, jeszcze raz na spokojnie ci powiem. Specjalnie pytałem się półtorej godziny temu o rachunek, bo nie chciałem takiej sytuacji – powiedziałem.
No tak, ale elf wziął sobie nasze dwie najlepsze kobiety.
Ano, to trzeba było tak powiedzieć! Ten punkt ominąłeś dobry panie! Przepraszam, iż się uniosłem w tak wspaniałym lokalu, bywam nadto nerwowy jak się upiję.
No i druga sprawa, że próbował z nimi dosłownie wszystkiego, a to kosztuje ekstra – ciągnął mężczyzna – Nie wszystkie godzą się na takie rzeczy.
Proszę poczekać. Radagaście naprawdę próbowałeś wszystkiego?
Elf tylko z szerokim uśmiechem przytaknął.
- Panowie – ściszyłem głos – dam wam te siedem ambardów, gdyż nie miałem pojęcia, iż elf może być tak chutliwy.
Dałem należność, jeszcze raz przeprosiłem i udaliśmy się do wyjścia. Za sobą usłyszeliśmy tylko:
- Zapraszamy ponownie!
Szliśmy w stronę Czerwonego Goblina. Dalinar podsumował wieczór:
Wyborny lokal.
Wspaniała zabawa – wtórował mu Igo – Dawno się tak nie wybawiłem. Końcówka w twoim wykonaniu też była zabawna.
No co – broniłem się – Skąd miałem wiedzieć, że weźmie dwie najdroższe panny i nawet się nie zapyta ile kosztują, a potem jeszcze będzie z nimi robił bóg wie co?! Wisisz mi dwa złote Radagaście.
No dobra, dobra – powiedział elf, wciskając mi w rękę dwie monety.
W Czerwonym Goblinie zabawa też już się kończyła. Czekał tam na mnie osobny pokój, do którego udałem się z Sylvią i na tyle na ile pozwalał mój stan, korzystałem ze swej nietypowej nagrody za wygranie turnieju.
223 rok Po Zaćmieniu przywitaliśmy z potwornym bólem głowy. Lecz wspominając wcześniejszą noc warto było. Kiedy w końcu zeszliśmy coś zjeść, zebrani ludzie w karczmie na mój widok ponownie mi gratulowali. Chwalili mnie za dobrą robotę i wyrażali nadzieję, że za rok znowu zaszczycę turniej swoją obecnością. Odpowiadałem zdawkowo, bo naprawdę bolała mnie głowa.
Chodźcie do pokoju – powiedziałem – bo jeszcze raz ktoś powie do mnie mistrzu, to oszaleję.
Dobrze mistrzu – odparł Kejn z głupim uśmiechem.
Nie no – odparłem – żebyśmy się dobrze zrozumieli. Po prostu nie chcę, aby nam ktoś ciągle przeszkadzał. To, że mówią do mnie mistrzu, mi się podoba.
Udaliśmy się do pokoju i leczyliśmy kaca piwem.
No i co sądzicie o tej grupie? - zapytałem – Dla mnie ta z ciemnymi włosami była stanowcza i wyglądało, że ma posłuch.
Mnie się wydaje – odparł Kejn – że ona tylko zapobiegła burdzie, ale wcale nie jestem przekonany czy tam rządzi.
Z drugiej strony – powiedziałem – Nie wydaje mi się, że gdyby kobiety tam dominowały, nawet po pijaku pozwoliłyby sobie na rzucanie w siebie monetami i krzyczenie „Tańcz!” Bo dla mnie jest to jednoznaczne z porównaniem kogoś do dziwki.
Ja bym się nie spieszył z osądami – powiedział Dalinar – Prędzej czy później pojawi się okazja, aby to zweryfikować. Chętnie udałbym się do Lorsonów, aby wybadać sprawę ze szkoleniem.
Ja też bym się tam chętnie udał. Przeprosić, bo traktowałem ten turniej jak dobrą zabawę, a wyszło jak wyszło.
No to nie jest najlepszy pomysł – całkiem poważnie powiedział kapłan – Bo pójście do orków, którzy też cenią dobrą walkę i powiedzenie „przepraszam, ja się tylko chciałem zabawić i prawie po pijaku zabiłem jednego z was” na pewno nie poprawi naszej sytuacji. Pomyśl czasem Gniewomirze zanim coś powiesz.
Masz rację – odparłem – Ale zapytać się o jego zdrowie i pogratulować mu dobrej walki wypada.
No to brzmi sensownie – zgodził się Dalinar
No najgorsze jest to – zacząłem – że widzieliście, że przez całą walkę nie stosowałem niskich kopnięć, ale byłem już tak pijany, że nie potrafiłem kopnąć wysoko i głupio wyszło. Ale oczywiście tego też nie powiem. Muszę ograniczyć picie, bo robi się kwaśno.
Rozmowę przerwało nam mocne walenie w drzwi.
- Otwarte!
Do pokoju weszło dwóch szarych orków w zbrojach, z toporami za pasem. Na ich ciepłych ubraniach topniały resztki śniegu. Był to Rovan, szef Lorsono i jeden z jego synów, Hovan.
Witajcie – zaczął Rovan – Doszliście do siebie po wczorajszym?
Jeśli mam być szczery – odparłem – to jeszcze będę trochę do siebie dochodził.
Przyszedłem do was osobiście, aby powiedzieć, że to była dobra walka i zasłużenie wygrałeś. Zaskoczyłeś wszystkich bardzo dobrą techniką. Słyszałem o czymś takim dawno temu, ale nie sądziłem, że tu, na północy, spotkam kogoś, kto włada tym stylem. Tak czy siak gratuluję, zasłużyłeś na zwycięstwo.
Ja gratuluję również Trallowi – odparłem – Czy z jego nogą będzie wszystko w porządku?
Myślimy, że tak. Właśnie dlatego też tu jestem. Chciałem podziękować za uratowanie syna. Chciałem podziękować za to, że prawdziwa moc dawnych bogów go ocaliła, inaczej musielibyśmy amputować mu nogę.
Cieszę się, że mogłem pomóc twojemu synowi. To był bardzo dobry turniej w jego wykonaniu, a też i ta ostania walka była wyśmienita. A to jest coś co ja bardzo cenię.
Czy dobrze słyszałem, że podczas modlitwy szeptałeś słowo Vergen?
Jeśli tak to co? - zapytał Dalinar.
Nic, po prostu jesteśmy zaskoczeni, że kapłani tych bóstw w ogóle znajdują się w tych stronach. Myśleliśmy, że Karabak to wyłącznie domena Delidii. Wiedz, że jesteś tutaj bezpieczny, a twoja tajemnica zostanie zachowana w naszej rodzinie. Szanujemy starych bogów, a część z orków nadal oddaje im cześć. Sami wierzymy, że nasza rasa została stworzona przez jednego z nich, wszechboga o imieniu Ghaard.
Znam tą opowieść – powiedział kapłan – Lecz wiedz, że jest nas znacznie więcej niż się wydaje i mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy wyjdziemy z podziemia i będzie to wyglądało tak jak powinno.
To wszystko co chciałem powiedzieć. Hovanie… - zwrócił się do syna.
Słyszeliśmy, że poszukujesz trenera, który poprawi twoje umiejętności skutecznego parowania ciosów. W dowód wdzięczności chcielibyśmy ci zaproponować darmowe szkolenie – odezwał się Hovan – Wyznaczyliśmy już dwóch trenerów. Jeśli jesteś gotów, możesz zacząć szkolenie od jutra.
Jeśli mogę zapytać – zaczął Kejn – Czy byłaby możliwość podjąć u was szkolenie w walce mieczem?
Widziałem, że nie nosisz tarczy. Twój styl walki jest odmienny od naszego. My ci nie pomożemy, lecz z tego co wiem, kilka godzin drogi stąd, żyje pewien Tesijczyk, który przybył parę lat temu wraz z rodziną w te strony. Jego styl walki odpowiada twojemu. Zapytajcie gospodarza o niejakiego Rashimona, zapewne wskaże ci do niego drogę. A teraz powodzenia.
I ja mam pytanie – zacząłem – Czy jeśli stan zdrowia Tralla pozwoli, będę mógł odwiedzić go z dzbanem wina? Byłaby to przyjemność napić się z tak znakomitym wojownikiem.
Jego rekonwalescencja potrwa długo, lecz jeśli dojdzie do zdrowia, to zapraszam. Jesteście mile widziani w naszym domu. A teraz bywajcie, mamy obowiązki.
Po tych słowach obrócili się i wyszli z pokoju.
Pamiętaj Lyrralcie, że miałem w tym spory udział. Myślę, że tak pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, mówię oczywiście o udziale, nie o pieniądzach. To co? Wina z tej okazji – szybko zapomniałem o obietnicy trzeźwości, ale okazja była doskonała, gdyż Dalinar właśnie zaoszczędził czterdzieści ambardów.
Ja podziękuję – szybko odparł Igo.
Ja też – równie szybko odparł Kejn.
A ja zejdę do karczmy i chętnie się napiję – powiedział Dalinar widocznie w wyśmienitym nastroju.
Na dole kapłan powiedział:
To jak oni chcą odpocząć, to chodźmy do Podpalonej. Może coś wypytamy według twojego planu.
Ale dziś ty stawiasz – odparłem.
Da się zrobić – odparł Dalinar i poklepał się po sakiewce.
Poszliśmy zatem do Podpalonej Siostry. W karczmie sprzątali jeszcze po wieczornej imprezie. Kiedy karczmarz mnie zobaczył, uniósł tylko brew. Podszedłem do niego i jeszcze raz przeprosiłem.
Nie ma tematu mistrzu. Alkohol robi swoje, ale wszystko było dobrze.
Ano robi, a piłem wczoraj od samego rana, no i źle wyszło.
Siedliśmy do stołu, zamówiliśmy jadło i wino. Pijany jeszcze bard brzdąkał jakąś smutną piosnkę, a na jego kolanach siedziała kobieta o rudych włosach, którą wcześniej uznaliśmy za właścicielkę lokalu. Przy naszym stoliku zakręciło się kilka panien, ale daliśmy im znać, że może potem i dały nam spokój. Do baru podeszła lekko chwiejnym krokiem nasza „znajoma” blondynka, zamówiła jakiś dzban i poszła na pokoje.
Co ty na to – zaczął Dalinar – aby dać tej burdelmamie kilka złotych i wypytać o kobietę ze sztyletem na ramieniu.
Myślę, że to kiepski pomysł, bo raczej jest nikła szansa, że widziała ją rozebraną. Ja bym zrobił tak jak proponowałem, bo tylko służki przygotowujące kąpiel na pewno widziały Dalię nago. A biorąc pod uwagę, że Kejna i Igo nie ma, bo nie chcieli, zróbmy to teraz, będzie taniej – powiedziawszy to, wyszczerzyłem zęby w głupim uśmiechu.
Gdy tak rozmawialiśmy, na dół zeszła nasza „Dalia”, druga kobieta z Kompanii Ostatniej Łzy, wraz z jednym z mężczyzn z wytatuowaną łezką. Oni prezentowali się lepiej niż blondynka, mieli na sobie zbroje i pewnym krokiem wyszli z Podpalonej.
Dalinar kiwnął na służącego i zamówił kąpiel dla nas, służki do pomocy w kąpieli i opróżniania dzbana z winem. Służący, nauczony wydarzeniami poprzedniej nocy, cenę końcową podał z góry. Kapłan odliczył czterdzieści srebrników i zapłacił. Udaliśmy się do jedynej łaźni. Panny ochoczo piły wino, które im nalewaliśmy, a ja raz po raz sięgałem do sakiewki i podawałem im srebrne monety. Kobiety z zadowoleniem piły i przyjmowały pieniądze. Rozmawialiśmy z Dalinarem na luźne tematy, o turnieju, o tym jak się żyje w Moss Eil. W pewnym momencie zapytałem kapłana:
Ciekawe gdzie też teraz podziewa się ta piękność z wytatuowanym na ramieniu sztyletem.
A chodzi ci o tę blond piękność Alijah? – zaczęła mówić mocno niewyraźnym głosem jedna ze służek.
To ona? - Zapytałem zdziwiony – Nie poznaliśmy jej, kiedyś nosiła się inaczej – odparłem i po raz kolejny wręczyłem kobiecie kilka srebrników.
No chodzi ci kochaniutki o tę, która nosi sztylety za pasem?
Nie, nie – odparłem – Nie za pasem. Nie zrozumieliśmy się. Chodzi mi o tą, która ma tatuaż sztyletu na ramieniu.
A to nie - odparła służka – Ta blond-dziwka ma tatuaż na ramieniu, ale to jakieś drzewo, a nie sztylet.
Dziwka? To ona jest od was? - dopytałem.
Nie, nie od nas, ale Baron już kilka razy nam mówił, żeby obserwować i dać mu znać jak coś będzie nie tak. Mówił, że ta banda mu się nie podoba.
A ta czarna nie ma przypadkiem? - zapytał Dalinar.
Nieee. Ta dziwka Noah też nie ma tego o co pytacie, ale trzeba na nią uważać. Raz to dała mi tak w mordę, że prawie mi zęba wybiła. Straszna jędza. Ta ma na plecach tatuaż czegoś... jak ja wiem... może wieży? Ale kto ją tam wie, sukę.
Dokończyliśmy kąpiel i wróciliśmy do Czerwonego Goblina. W drodze zapytałem Dalinara:
Zakładając, że nawet przerobiła tatuaż sztyletu na drzewo, co moim zdaniem jest wykonalne, czy nie byłaby za młoda? Bo, jeśli tak jak wspominałeś, zdrada miała miejsce pięć lat temu, to chyba jakiś czas służyła już kościołowi? Musiałaby mieć wtedy z kilkanaście lat. Nie pasuje mi to.
Trzeba zapytać Radagasta, czy tak młoda osoba mogłaby być tak wysoko w takiej organizacji.
Wróciliśmy do pokoju i zdaliśmy relację pozostałym braciom.
Zapytałem Igo czy imię Noah i Alijah to imiona z jakiegoś konkretnego rejonu.
Brzmią jak imiona ze wschodniego Karabaku. Może Duran-tar albo Dorrn.
Radagaście, a czy mogła już w wieku kilkunastu lat należeć do tak elitarnej grupy jak Czarny Księżyc?
Wątpię – odparł elf – To lata szkoleń. Są wprawdzie władcy, którzy inwestują w takie grupy i szkolą już dzieci od najmłodszych lat, lecz tacy zabójcy raczej wiernie służą takiemu władcy, a nie tworzą własne organizacje. Na mój gust to nie wchodzi w grę.
Z tego wynika, że to żadna z nich – stwierdził Igo – i zostawiłbym to w spokoju.
Mi też się tak wydaje – powiedział Kejn.
Ja też przytaknąłem magowi.
Cóż, mamy tu swoje plany. Znaczy wy macie, a ja co mam robić? - zapytałem, raczej nie oczekując odpowiedzi.
Chyba pić – zaśmiał się Dalinar.
No właśnie nie - odparłem – narobiłem głupot i powiedziałem, że się chcę ograniczyć.
Widocznie wszechświat chce żebyś pił – znowu śmiejąc się odpowiedział kapłan.
Nie, nie. Pogrążę się w długich medytacjach, gdyż mam kilka pytań do swego mistrza. Może uda mi się w końcu uzyskać odpowiedzi.
No nic – powiedział Igo – jutro mamy pracowity dzień, czas spać.
Udaliśmy się na spoczynek.
Rankiem obudziłem znowu Igo i pogrążyłem się w medytacji. Po śniadaniu Dalinar poszedł na farmę Lorsonów, a Kejn udał się na spotkanie z tesijskim mistrzem Rashimonem. Poprosiłem kapłana, aby pytał się o zdrowie Tralla i abym mógł jak wydobrzeje wypić z nim dzban wina. Niespiesznie dojadałem śniadanie, kiedy za ramię potrząsnął mnie jakiś krasnolud i powiedział:
Mistrzu! Jest sprawa taka. Obersteiger Herzog Mordein chciałby z tobą pogadać. Miałbyś chwilę?
Ale o co chodzi?
Nie tutaj mistrzu. Na miejscu Herzog ci wytłumaczy dokładnie. Powiem tylko, że chodzi o robotę – konspiracyjnie szepnął krasnolud.
Ale ja nie jestem górnikiem – odparłem.
Na miejscu się wszystko wyjaśni – odparł krasnolud.
Poczekaj mości krasnoludzie, tylko ubiorę coś ciepłego i możemy iść.
Narzuciłem płaszcz i ruszyłem za niskim osobnikiem. Byłem spięty, bo ta tajemniczość mnie zaalarmowała. Myślałem, że może mają żal o moje walki. Krasnolud niespiesznym krokiem prowadził mnie do obersteiger’a. Nasza droga wiodła w budynki klanu Mordeinów. Doszliśmy do kuźni, gdzie w skórzanym fartuchu stał stary krasnolud, który, gdy mnie zobaczył, podszedł i powiedział:
Ooo nasz mistrz! - wyciągnął rękę i się przedstawił – Obersteiger Herzog Mordein. W końcu mogłem cię młodziku poznać. Porządne lanie żeś sprawił tym wszystkim, aż miło było patrzeć. Robotę bym miał dla ciebie.
Ale już mówiłem, ja się nie znam na górnictwie – powiedziałem.
A tam górnictwo, to nie to – odparł starszy krasnolud – Nie powiem, moim ludziom podobała się twoja postawa i potrzebował bym kogoś takiego. Wykidajła potrzebuję do Brudnej Tary.
Nie obraź się krasnoludzie, ale ja tu do Moss Eil przybyłem odpocząć i przezimować – propozycja nie podobała mi się nie ze względu na charakter pracy, tylko mignęły mi w głowie możliwe związane z tym problemy.
Ja wiem – odparł przeciągle Herzog – To jest porządna gospoda, ale czasem zdarzają się bójki, a jak pojawi się ktoś taki jak ty, to będzie spokój. Ja ci dobrze zapłacę. Dam zjeść, a i alkoholu dostaniesz ile dasz rady w siebie wlać.
I tu jest problem. Jak popiję, bywam porywczy.
Eee tam, wszyscy cię lubią, jesteś lokalnym mistrzem – umiejętnie nęcił krasnolud – A tam przyjdziesz, pokażesz się, czasem kogoś uspokoisz. Za każdy dzień dostaniesz dziesięć srebrników.
Muszę powiedzieć, że byłem zaskoczony zaproponowaną kwotą. Mimo iż przyzwyczailiśmy się do większych pieniędzy, to ta kwota, za to co miałem robić, była naprawdę zaskakująco wysoka. Podejrzanie wręcz wysoka.
Zanim ci odpowiem mości krasnoludzie, to muszę porozmawiać z Baronem - odparłem.
A po co ty chcesz z Baronem o tym gadać? - zdziwił się krasnolud.
Bo jestem z nim umówiony na pewne zlecenie.
Krasnolud nawet nie dał mi skończyć.
Eee tam, nie przejmuj się Baronem, ja z nim pogadam. Jakbyś potrzebował przerwy na jakieś zadanie, czy coś, to nie ma problemu. Bylebyś potem znów wrócił.
No ale najpierw muszę pogadać z kompanami – powiedziałem.
Dobra, zastanów się, a potem wpadaj do Brudnej Tary i tam pogadaj z Alanem. On już wszystko wie co i jak. Najlepiej to przyjdź już dziś wieczorem. Zastanów się, mamy dobre „ale” sprowadzane z samego Umbarak. Jak mówiłem, pić możesz do woli.
W takim razie dam znać jak najszybciej Alanowi i dziękuję za propozycję – odparłem.
No to do wieczora – powiedział Herzog, jakby nie dochodziło do niego, że mogę się nie zgodzić.
Mam nadzieję, że nie będzie przez to problemów w Czerwonym Goblinie, że mu klientów podkradam, bo mamy tam pokój do końca miesiąca i jak gospodarz się na mnie wkurzy, to będziesz nam musiał zapewnić pokój.
Nie ma sprawy. Zresztą sam pójdę do Otto i z nim pogadam. Wierz mi, że obsersteiger’a Herzoga każdy tutaj szanuje i z tym nie będzie żadnego problemu. U mnie będziesz mieć dobrze jak u mamusi.
Poszedłem do naszej gospody gospody i udałem się do pokoju, aby medytować i spróbować nawiązać z tobą mistrzu kontakt. Miałem wiele pytań. Moje medytacje przerwał mi wchodzący do pokoju Igo, później zjawił się Dalinar, a na końcu Kejn.
I jak załatwiłeś coś? - zapytał elfa Igo.
Tak, trafiłem na farmę Tesijczyka. Jest to około półtorej godziny stąd pieszo. Na szczęście krasnoludy odśnieżają znaczą część drogi, więc konno mniej niż godzinkę. Od jutra zaczynam szkolenie.
No, czyli mamy czas zajęty – odparłem – Ty będziesz codziennie lał orków, ty czytał książki, ty będziesz lał Tesijczyka, a ja codziennie będę lał krasnoludy, bo dostałem propozycję pracy w Brudnej Tarze jako wykidajło.
Jako jedyny nie będziesz wydawał kasy, tylko ją zarabiał – skwitował Dalinar.
Powiem wam, że oferta mnie zaskoczyła. Dziesięć srebrników za jeden wieczór, wyżywienie i alkohol do woli i mogę być w robocie pijany, co po ostatnich wydarzeniach średnio mi się podoba. No bo co mam robić? Macie dla mnie inne zajęcie? Dalinarze jak uważasz, kiedy Baron ochłonie? Ile damy mu czasu?
Myślę, że tydzień – odparł kapłan.
No to dziś będę miał debiut w Brudnej Tarze – powiedziałem.
Wieczorem udałem się do Brudnej Tary. Alan pokazał mi miejsce przy kontuarze, wytłumaczył mi co i jak. Kiedy wchodzili kolejni klienci, co jakiś czas z ich ust padało coś w stylu:
- Oooo mistrz! Witaj!
Podchodzili, podawali rękę i gratulowali dobrej walki. Popijałem z nudów wyśmienite „ale”, obserwowałem salę i zjadłem całkiem przyzwoitą kolację. To były łatwo zarobione pieniądze. Tego dnia grubo przed północą wróciłem do pokoju. Bracia już przysypiali. Udałem się na spoczynek, a rano wszystko potoczyło się jak dzień wcześniej. Bracia po kolei wychodzili, ja medytowałem, potem schodzili się powoli, jedliśmy obiad, a ja udałem się do Brudnej Tary.
Wieść o tym, że pracuję tam, chyba się rozeszła, bo kiedy przyszedłem, klientów było znacznie więcej. Kiedy wszedłem, ci którzy dzień wcześniej mnie nie widzieli, pokrzykiwali do siebie:
- Patrzcie kurwa, mistrz przyszedł.
Usiadłem na swoim miejscu, a karczmarz od razu zapytał:
Piwka?
A jednym nie pogardzę – odparłem.
Powiedz mi – zapytałem – W którym momencie jak coś mam interweniować? Nigdy nie miałem takiej roboty.
No jak już się leją, to ich rozdziel. Jak trzeba, to przywal w mordę, ale tak aby, wiesz, za bardzo nikogo nie uszkodzić – wyjaśnił Alan.
Siedziałem, popijałem powoli „ale” i obserwowałem salę. W pewnym momencie doszło do bójki dwóch krasnoludów. Wstałem, rozdzieliłem ich. Poszło gładko, siedli z powrotem do picia. Czas mijał leniwie, godzina, dwie, trzy. W pewnym momencie podszedł do mnie krasnolud z kuflem i zapytał:
Piwko mogę postawić?
Już mam, ale dziękuję za propozycję... – nie zdążyłem dokończyć zdania, a krasnolud zamachnął się kuflem w moim kierunku. Na szczęście zdążyłem się uchylić, zeskoczyłem z krzesła i instynktownie uderzyłem go łokciem. Krasnolud wyłożył się jak długi. Nagle zerwało się jeszcze dwóch podpitych brodaczy i rzuciło się w moim kierunku.
Dawaj Gniewomirze! – zachęcał mnie oberżysta Alan.
Wiedząc, że nie mogę zbytnio ich uszkodzić, pozwoliłem by Ki chroniło me ciało i przyjąłem postawę defensywną. Jeden z biegnących w mym kierunku krasnoludów porwał krzesło i dobiegając do mnie trzymał je nad głową zadając cios. Mebel roztrzaskał się na mojej gardzie, ale na szczęście Ki zamortyzowało całe uderzenie. Byłem tym faktem zaskoczony, lecz nie na tyle, by mieć z nim większy problem. Chwilę później obaj napastnicy leżeli na ziemi, trzymając się za szczęki.
- Dobra, dobra. Starczy – powiedział jeden z nich.
Wszystkich trzech wywaliłem za drzwi.
Znasz ich – zapytałem Alana - To byli Tunnerowie?
Nie, to nasi – odparł karczmarz.
To o chuj im chodzi. Myślałem, że to Tunnerowie i że mają jakieś pretensje za turniej, za poobijanie ich zawodnika – powiedziałem czujnie się rozglądając – Mam wrażenie, że obersteiger zrobił sobie ze mnie atrakcję i w końcu mnie ktoś tu dziabnie z zaskoczenia.
A nie, nie. Spokojnie, nic się przecież nie stało – odparł Alan.
Ktoś jeszcze?! - rzuciłem w kierunku sali.
Nie, nie – odparło kilka głosów i wrócili do picia.
Podszedłem do stolika, przy którym siedziało najwięcej krasnoludów.
Powiedzcie no mi – zacząłem – Wy jesteście Mordeinowie, prawda? A ja na turnieju nakopałem Tunnerowi, a nie Mordeinowi. To co chcieli ode mnie ci goście?
Mistrzu. Popili i im odbiło. Tak bywa – powiedział jeden z nich.
Jak ktoś chce się sprawdzić, to kurwa nie kuflem z zaskoczenia! Ja tu jestem, aby przetrwać zimę, która zastała mnie w drodze do Dorrn. A nie po to, aby zastanawiać się czym z zaskoczenia przywali mi nawalony jak stodoła krasnolud.
Nie mistrzu, spokojnie, to po prostu taki wypadek przy piciu. Będzie dobrze – odparł jeden z nich.
Wróciłem na swoje miejsce i do końca zmiany było już spokojnie.
Wróciłem do Czerwonego Goblina, opowiedziałem braciom wydarzenia z Brudnej Tary i obiecałem, że następnego dnia przyniosę dzban wybornego „ale” z samego Umbarak.
Kolejny dzień nie różnił się od poprzedniego, z tą różnicą, że gdy przyszedłem do karczmy, liczba klientów znów się powiększyła. Wiedząc, że krasnoludy będą się chcieli ze mną sprawdzać po pijaku, zachowywałem większą niż dotychczas czujność. Ponownie podszedł do mnie krasnolud:
- Ej ty – powiedział tylko i zamachnął się w moim kierunku.
Tym razem byłem przygotowany, konfrontacja trwała krótko. Zaczęło mnie to denerwować i pozwoliłem sobie przywalić mu tak, aby na chwilę zgasło mu światło. Bezceremonialnie wywaliłem go za drzwi. Kiedy wszedłem, kilku krasnoludów wzniosło toast.
Za mistrza!
Alan, ja tego nie wytrzymam. Jutro idę do Herzoga.
Nie, będzie dobrze – odparł karczmarz – Doskonale sobie radzisz. Sala coraz pełniejsza, będzie dobrze. Jak widzą, że nie dajesz sobie w kaszę dmuchać, to na pewno się uspokoją.
No widzą to kolejny dzień i znowu to samo – odpowiedziałem.
Do końca dnia było spokojnie.
Dni mijały w podobnym tempie i wydarzenia z karczmy powtarzały się też codziennie. Czasem musiałem dać w mordę jednemu, czasem trzem. Powoli przyzwyczaiłem się do tego. Szóstego dnia karczma była już pełna po brzegi, a gdy tylko wszedłem, trzech czekało już na mnie.
Wiedziałem co się święci. Pierwszego powaliłem, zanim pozostała dwójka zorientowała się, że już jestem przy nich. Z sali dobiegały gromkie okrzyki:
- Za mistrza!
Pozwoliłem dwóm kolejnym pobawić się troszkę dłużej, wszak nikogo nie będą bawić walki, które kończą się w dwie minuty, a o klientele trzeba zadbać. Kiedy uporałem się z nimi, krzyknąłem:
Czy nie możemy umówić się na normalnym ringu? Nawet tutaj.
Nie, nie, już spokojnie mistrzu – zawołał Alan – Inni są spokojni jak widzisz.
Ja nie widzę problemu – odparłem – ale można to zrobić jak należy. Jutro mnie może nie być, więc jak ktoś ma ochotę, to zapraszam – stałem z otwartymi ramionami.
Od stolika wstało dwóch mocno podpitych krasnoludów i jeden z nich zawołał:
Dwóm naraz dasz radę? – jakby umknęło mu to, że przed chwilą powaliłem trzech.
Możemy się sprawdzić – odparłem – Ale może odsuńcie trochę krzeseł, aby nie niszczyć Alanowi karczmy.
Dokładnie – krzyknął zza baru Alan – Zróbcie trochę miejsca!
Krasnoludy poderwały się i zrobiły więcej miejsca, przesuwając stoliki i ławy.
Jak chcecie się sprawdzić z mistrzem, to macie okazję! – zawołał karczmarz.
Dobra, ja bez broni, a wy możecie mieć kufle – zaproponowałem.
To nieuczciwe – krzyknął jeden z dwóch krasnoludów – Nasz honor nam nie pozwala.
W sumie racja – odparłem – To nieuczciwe z mojej strony, więc możecie zamiast kufli wziąć krzesła.
Na te słowa sala wybuchnęła gromkim śmiechem i znów usłyszałem wznoszone toasty:
- Za mistrza! Zdrowie!
Podszedłem do baru, poprosiłem o kufel „ale”, wróciłem na prowizoryczną arenę i popijając powiedziałem:
- Zaczynajmy!
Mój popis się podobał. Przez całą walkę wypiłem cały kufel, nie wylewając nawet kropli. Przy ostatnim łyku dwoje napastników leżało na ziemi. Krasnoludy wiwatowały zadowolone z widowiska.
- I dało się ? Dało? - pytałem – A nie z zaskoczenia jak jakieś złodzieje.
Siadłem na swoje miejsce i kilku krasnoludów poklepywało mnie po plecach. Na koniec poprosiłem Alana, aby dał mi na wynos dzbanek „ale”, aby poczęstować braci, tak jak im obiecałem.
Następnego dnia z rana, odwiedziłem Herzoga.
Mam prośbę. Powiedz tym swoim górnikom, że jak chcą, to tak jak wczoraj, zrobi się miejsce, małą arenę i możemy się tłuc, a nie z partyzanta kuflem w głowę, bo zrezygnuję, a dobrze wiesz, że karczma dzięki mnie pęka w szwach.
No, nie wiedziałem, że będą aż takie problemy, ale porozmawiam z nimi i będzie dobrze – zapewnił krasnolud.
A i jeszcze jedno. Dziś może mnie nie być – powiedziałem – Tak jak mówiłem wcześniej, mam sprawy z Baronem.
Nie ma problemu – odparł krasnolud – Obyś tylko był z powrotem jak najszybciej.
Oczywiście – odparłem – Nie zawiodę twoich klientów.
Poszedłem do Czerwonego Goblina i poczekałem na braci. Do obiadu poczęstowałem ich piwem, przyniesionym dzień wcześniej. Smakowało im bardzo.
Powiem wam, że ta robota całkiem, całkiem. Takie piwko bez ograniczeń, dobre jedzenie i w dzień zarabiam tyle ile Mundo w Mar-Margot wydawał na miesiąc czynszu. W tamtej dzielnicy byłbym bogaczem. A i jeszcze jedno. Słyszałem wczoraj, że za jakiś czas w „Podpalonej” odbędzie się doroczna potańcówka dla uczczenia nowego roku. Ponoć to duża zabawa, na której z bardem grają nawet tutejsze krasnoludy. Myślę, że warto by się tam wybrać.
Bardzo chętnie – odparł Igo.
Pozostali poparli maga.
- No pojedli, to teraz do Barona – oznajmił Dalinar.
Ubraliśmy się i poszliśmy pod dom Barona. Zapukaliśmy w drzwi. Otwarła nam kobieta, która przy poprzednich naszych odwiedzinach, wołała go na śniadanie.
Tak?
Chcielibyśmy porozmawiać z Baronem – oznajmił Dalinar.
Proszę poczekać.
Zamknęła za sobą drzwi. Czekaliśmy chwilę, po czym drzwi ponownie się otwarły i stanął w nich Baron.
Witajcie – powiedział wzdychając – Byłem ciekawy, czy się pojawicie.
Oczywiście – odparł kapłan – Wywiązujemy się z obietnic.
Nastąpiła dłuższa przerwa ciszy.
No tak, tak. Wiedziałem, że będą z wami problemy – powiedział mężczyzna.
Jakie problemy? – odpowiedział zdziwiony Igo.
Czego chcecie?
No jak to czego? – odparłem – Czekaliśmy na traperów.
Nie, nie, to już nieaktualne – odparł Baron – Nie lubię, kiedy jestem oszukiwany.
Kto z nas niby cię oszukał? - zapytałem.
Macie jeszcze do mnie jakąś sprawę?
No, skoro nie masz dla nas zlecenia, to nie – powiedział Kejn.
Ale jesteśmy w okolicy – powiedział Igo – Gdybyśmy jednak byli potrzebni.
A długo będziecie w okolicy?
No tak długo, aż szlaki będą przejezdne – odpowiedział mag.
To bardzo długo – odparł mężczyzna widocznie niezadowolony.
Pożegnaliśmy go i wróciliśmy do karczmy.
W karczmie zaproponowałem, abyśmy odzyskali rubin sami dla siebie na wiosnę. Zdecydowanie zakrzyczeli mój pomysł, twierdząc, że to jeden z moich głupszych pomysłów. Czasem ich nie rozumiem. Do wieczora próbowałem nakłonić ich do tego pomysłu, jednak bez sukcesu. Wieczorem, jak co dzień, udałem się do pracy. Było widać, że Herzog wziął sobie do serca moje słowa. Brudna Tara zmieniła się mocno. Na środku nie było ław, ani stołów. Wszystkie stały dosyć mocno upchnięte wokół powstałej tak prowizorycznej areny. Stanąłem na środku i pokiwałem głową z uznaniem.
No. To rozumiem!
Dajcie się zmierzyć z mistrzem – usłyszałem głos dochodzący z sali i na arenę wkroczył krasnolud.
Zmieniłem troszkę podejście do walk. Jak długo mogłem, starałem się unikać ich ataków, kontrując raz po raz, ale bez użycia znacznej siły. Walki przez to trwały dłużej i dawały nadzieję obserwującym, że może jednak teraz komuś uda się mnie powalić. Tego wieczora stoczyłem kilka takich walk. I tak już to miało wyglądać przez następne dni. Herzog zadbał o to, by było jak należy.
Dni mijały jeden po drugim w swoim rytmie. Któregoś dnia z kolei Dalinar i Igo wrócili ze szkolenia razem.
- Niesamowita sytuacja – zaczął Igo – W trakcie mojego szkolenia ktoś zaczął się dobijać do wieży czarodzieja. Okazało się, że to jeden z Tunnerów, który oznajmił, że mają rannego i potrzebują pilnej pomocy maga. Udałem się tam razem z czarownikiem Harmusem i nie uwierzycie, na łóżku leżał krasnolud Marcus.
Chodziło mu o Marcusa z Białej Osady, przyjaciela Vernira, który zniknął prawie rok temu.
Ale co, żyje? - zapytałem.
Chyba wyżyje – odparł mag – ale na ten moment ciężko coś wyrokować. Był cały poszarpany, z odmrożeniami i bez świadomości. Mag wrócił do wieży po jakieś eliksiry, a ja udałem się po Dalinara, który zadziałał swoimi mocami, więc myślę, że jest duża szansa na poprawę stanu Marcusa.
Wydaje mi się, że przeżyje – powiedział kapłan – Lecz jego obrażenia były naprawdę bardzo poważne.
Tunnerowie mówili jak się tu znalazł? – dopytywałem.
Nie bardzo chcieli mówić na ten temat – wyjaśnił Igo.
Będę go codziennie odwiedzać i czekać aż odzyska przytomność – oznajmił Dalinar – Wtedy na pewno sam nam wszystko wyjaśni.
Jedyne czego dowiedzieliśmy się to to, że Marcus jest kuzynem obersteigera Hermana Tunnera. Udał się na jakąś wyprawę z kilkoma krasnoludami, nie było ich dwa miesiące i wrócił tylko on.
Wyszło na jaw, że go znacie? – zapytał Kejn.
Nie, póki co nic nie mówiliśmy – powiedział Igo.
A czy krasnoludowie widzą, że jesteś kapłanem? - dopytałem.
Kapłanem Delidii – wyjaśnił Dalinar.
Raczej uwierzyli w tę wersję – dodał mag.
No nic – zacząłem – trzeba czekać aż odzyska przytomność, a tymczasem czas na mnie. Idę do roboty.
Kiedy tylko wszedłem do Brudnej Tary, zawołałem dosyć głośno:
- Mości krasnoludzi, czy wybaczycie mi, jeśli dziś nie będziemy się lać po mordach, a po prostu siądę i się z wami napiję?! Miałem naprawdę ciężki dzień!
Ku mojemu zadowoleniu, ta forma obcowania z mistrzem przypadła im do gustu, tak jak i bitka. Spędziłem więc ten wieczór na piciu i rozmowach z brodaczami. Pozwoliłem sobie też na wcześniejszy powrót do Czerwonego Goblina.
Następnego dnia z niecierpliwością oczekiwałem wiadomości o stanie zdrowia Marcusa. Niestety ten nadal był nieprzytomny. Dalinar powiedział nam, że co jakiś czas w gorączce majaczy i szepcze jedno słowo: „Numenora”.
Czegoś dowiedziałem się od maga Harmusa – zaczął Igo – Numenora była wiedźmą, która była partnerką władcy Wiktów, zwanego Królem zza Gór. Było to jakieś 200 lat temu. W tych okolicach miała miejsce bitwa między dzikimi plemionami barbarzyńców, a Ambardem. Według tego co usłyszałem, choć mój nauczyciel i tak traktuje to bardziej jako legendy niż fakty historyczne, na wschód od Dorrn, w okolicach Gór Uskaru, żył wielki Demonolog. Ponoć musiał stamtąd uciekać, wygnany przez wiedźmy z Nahnaggaru. To prawdopodobnie za sprawą tego demonologa, plemiona Wiktów zjednoczyły się pod przywództwem Króla zza Gór. Numenora, o której majaczy Marcus, była prawdopodobnie jego żoną. Finalnie Ambard wygrał bitwę z Wiktami, a Numenora została w jakiś sposób uwięziona ma mokradłach. Przed swoją wyprawą, Marcus dopytywał Harmusa o to, gdzie według podań uwięziona jest wiedźma. Nie wiem kim była ta kobieta, czy człowiekiem, czy demonem, ale jej uwięzienie miało miejsce prawie dwieście lat temu, więc żyć już raczej nie może. Stąd bardzo dziwne jest to, że Marcus jej szukał. Dodatkowo dowiedziałem się, że krasnolud wypytywał Harmusa o niejaki „Glif Horusa”. Według maga, Numenora mogła istnieć naprawdę, ale legenda o Glifie jest już totalną bzdurą i starymi bajaniami krasnoludów. Jest to ponoć przedmiot, w którym setki lat temu jakiś krasnoludzki kowal zaklął dusze demonów, jednak jak ma się do tego jakaś wiedźma, nie mam pojęcia.
Może to są podania i sprawy nadal związane z Zakonem Atolla, które członkiem jest Marcus? – zastanawiałem się głośno – A i jeszcze jedno, wspomniałeś o wiedźmach z Nahnaggaru. Co z nimi w tej opowieści.
To tylko wątek, który mówi, że demonolog musiał uciekać z Uskaru właśnie na tutejsze tereny. Dlaczego wiedźmy go wygnały i co tam się dokładnie działo, pewnie nie wie nikt, bo ta historia wydarzyła się bardzo dawno temu – wyjaśnił Igo – Jest jeszcze jedna sprawa. W górach, niedaleko stąd na zachód, są ruiny twierdzy Ramm. Jakieś pięćdziesiąt lat temu królestwa Celebornu i Dorrn prowadziły między sobą wojnę właśnie o tą twierdzę, a w zasadzie o jej ruiny, bo 200 lat temu, po upadku Demonologa, która tam miał swoją siedzibę, Ambard spalił ją doszczętnie i za dużo z niej nie zastało. W zasadzie konfliktu nie rozwiązano, bo po paru latach od jego wszczęcia, interweniowały władze kościelne i nakazały królestwom zaprzestać walk i dojść do porozumienia. Właśnie wtedy te rejony, między innymi Moss Eil, uzyskały tytuł wolnych miast i ziem. Żadne z wielkich królestw nie ma prawa tych terenów zagarnąć, chyba że chce się narazić bezpośrednio Ambardowi. Marcus wypytywał Harmusa o dawne legendy dotyczące Twierdzy Ramm i o Wielką Kryptę, która ponoć pod tymi ruinami się znajduje. Nic więcej nie wiem.
Tak czy siak, musimy czekać aż odzyska przytomność – stwierdziłem – Doglądajcie go nadal i nie zapomnijcie, że jutro potańcówka w „Podpalonej.”
Następny dzień nie przyniósł dobrych nowin. Wprawdzie Marcus się ocknął, lecz patrzył jedynie w jeden punkt, nie reagując na żadne próby kontaktu. Według maga mogła to być to magiczna choroba lub opętanie. Dalinar niestety też nie umiał mu pomóc. Igo opowiedział nam, że wypytał jeszcze mistrza Harmusa o dokładny cel Marcusa. Ponoć krasnolud parę miesięcy wcześniej wypytywał jednego z mieszkańców osady, Harolda Starego, o Numenorę, a ten twierdził, że jeśli odnajdzie wiedźmę, to ta udzieli mu odpowiedzi na jego pytania. W ogóle to krasnolud nękał mieszkańców Moss Eil i wypytywał o te tematy kogo się dało. Wynika z tego, że krasnolud wierzył w to, że wiedźma Numenora nadal żyje.
Cały czas wierzę – zacząłem – że wyjdzie z tego. Ale jeśli sprawa będzie tak nadal wyglądać, to chyba musimy krasnoludom wyłożyć kawę na ławę i powiedzieć, że Marcus jest naszym przyjacielem od wielu lat. Przecież on musiał tu wcześniej mieszkać przez jakiś czas, skoro szykował się do swojej wyprawy. Niech krasnoludy dopuszczą nas do jego pokoju, może znajdziemy tam jakieś notatki, czy wskazówki czego tak naprawdę szukał. Co więcej, myślę, że skoro uciekł z Białej Osady na polecenie Vernira, to może mieć jakieś jego rzeczy, które ten mu przekazał.
Jeśli mamy to zrobić, to za dwa, trzy dni – powiedział Igo.
Trzeba jeszcze pogadać z Haroldem Starym – powiedział Dalinar.
A czy wiemy gdzie są te mokradła, gdzie niby pochowano Numenorę? - zapytał Kejn.
Nie wiemy – odparł kapłan – Liczyliśmy, że opowie nam o tym Marcus.
No nic się już dziś nie dowiemy, czas iść potańczyć – skończyłem naszą rozmowę.
Udaliśmy się do Podpalonej Siostry. Wystrój odrobinę się zmienił. Stoły zostały ustawione tak, aby była większa przestrzeń do tańca. Jak zwykle przygrywał bard Travio, lecz tym razem akompaniowało mu kilku krasnoludów. Kobiety obsługujące ludzi, zazwyczaj roznegliżowane, tym razem ubrane były w skromne stroje. Widać było iż dużo miejscowych przyszło z żonami. Był i sam Baron ze swoją całkiem młodą żoną. Po klimacie bordelu nic nie zostało. Wspólnie bawili się zarówno ludzie jak i krasnoludy. Co jakiś czas krasnoludy przejmowały zabawę, wtedy koło barda pojawiał się jeden z brodaczy i tłumaczył zebranym ludziom kroki. Na ten czas wiodącymi dźwiękami były odgłosy kobzy, bębenków i grzechotek. Ludzie z chęcią brali udział w niewyszukanych tańcach brodaczy, polegających głównie na głośnym tupaniu i nieśpiesznych obrotach. Mi udało się nawet porwać do tańca czarnowłosą Noah, która przyjęła me zaproszenie bez oporów.
Wszyscy dobrze się bawili, a godziny mijały naprawdę w przyjemnej atmosferze, gdy nagle zabawę przerwał głośny, paniczny krzyk kobiety. Muzyka ucichła jak ucięta nożem i wszyscy zwrócili się w stronę, z której dobiegał krzyk.
- To ona!!!! Morderczyni!! - krzyczała jakaś kobieta, wskazując na Alijah.
Blondynka stała z zakrwawionym sztyletem w dłoni, a u jej stóp leżał martwy mężczyzna. Płacząca kobieta klęczała przy nim.
Alijah stała, patrząc na trupa, a jej twarz zdobił wyzywający uśmiech.
Po chwili wokół niej stanęła reszta bandy z bronią w ręku i patrzeli w tłum z nieprzyjemnymi uśmiechami. Nagle ktoś z tłumu rzucił:
- Miesiąc już tu siedzą te zbiry! Od razu wydali się podejrzani!
Ktoś inny zawołał:
- Powiesić ich! Powiesić!
Krzyki przerwał huk, gwałtownie otwieranych do karczmy drzwi. Z głośnym łoskotem do środka wbiegli uzbrojeni po zęby Lorsonowie.
- Rozejść się! Rozejść! - krzyczeli orkowie.
Ludzie odsunęli się od martwego mężczyzny. W wolnej przestrzeni pojawił się Baron i przemówił:
- Na początek dobrze wam radzę, schowajcie broń albo żywi stąd nie wyjdziecie. Nie jesteście godnymi przeciwnikami dla Lorsonów – wskazał głową w kierunku orków.
Banda popatrzyła po sobie i po chwili odłożyła broń.
Świadkowie mówią, że widzieli jak zarżnęłaś tego człowieka. Czy to prawda?
Prawda – znudzonym głosem powiedziała blondynka.
Czy ten mężczyzna ci się naprzykrzał? - dopytywał baron.
Nie – swobodnie powiedziała kobieta.
Czy zatem masz coś na swoją obronę?
Owszem mam – głośno odpowiedziała – Człowiek ten jest złodziejem. W Gis a za jego głowę wyznaczono nagrodę.
To nieprawda! - krzyczała kobieta, która klęczała obok mężczyzny – To nieprawda! Mój mąż niczego złego nie uczynił. Uciekliśmy, gdyż Glovio został oszukany przez swoich wspólników.
Na dowód mych słów oto glejt z pieczęcią samego hrabiego Gis – wyciągnęła i podała jakiś dokument Baronowi.
Ten przeczytał z uwagą list, przyjrzał się pieczęci i powiedział:
Hmm, wszystko wydaję się być w porządku pod względem formalnym. List gończy jest autentyczny. Problem w tym kobieto, że władza hrabiego Gis tu nie sięga. Moss Eil to wolna osada, co potwierdza traktat między Gis a Dorrn.
Baronie – odezwała się blondynka – Dobrze wiesz, że hrabia jest potężną i wpływową osobą. Podważanie jego wyroku to kłopoty dla ciebie i całej osady.
Gdy przyjechaliście, powiedziałem wam wyraźnie, że nie chcę tutaj kłopotów. Nie posłuchaliście mnie, a teraz na dodatek mi grozicie. Jak dla mnie mało rozsądne. Rovan, rozbroić i zamknąć w celi.
Orkowie podeszli do grupy, sprawnie ich obszukali w poszukiwaniu ukrytej broni i skrępowali im ręce na plecach. Po chwili zaczęli ich wyprowadzać, a gdy byli już przy drzwiach, Baron odezwał się do nich po raz ostatni:
- Za kilka dni będziecie sądzeni za morderstwo. Do tego czasu sugeruję pogodzić się z bogami, jeśli w ogóle w jakichś wierzycie.
W końcu wyniesiono ciało zamordowanego kupca, a po kilku chwilach Baron zwrócił się do pozostałych w gospodzie gości:
- No dobra. Koniec przedstawienia. Wracajcie do zabawy. Travio przestań przynudzać i zagraj w końcu coś wesołego!
Mimo iż bard robił co mógł, nastrój prysł i zabawa po chwili umarła śmiercią naturalną. Jako że potańcówka chyliła się ku końcowi, skorzystałem z okazji i zabrałem na pokój dwie bliźniaczki, aby zobaczyć za co parę tygodni wcześniej elf tyle zapłacił. Korzystałem z ich uroków tylko godzinkę, ale muszę przyznać, że naprawdę były warte każdej wydanej monety. Po tym wszystkim wróciliśmy do Czerwonego Goblina i poszliśmy spać.