Tego ranka zasiadłem jak zwykle do medytacji i jak zapewne wiesz, wysłałeś mi wiadomość. Nie spodziewałem się, że odczytanie jej będzie aż takie bolesne. Co więcej, mam wrażenie, że nie doszła do mnie w całości. Dlatego też postaram Ci się przekazać co zobaczyłem.
Miałem wrażenie, że Ki krąży po mym ciele z niespotykaną dotąd siłą. Mimo zamkniętych oczu czułem, że spadam. Otwarłem oczy i widziałem tylko otaczający mnie mrok. Spadałem długo. W końcu upadek zakończył się, a moja głowa uderzyła o coś twardego. Usłyszałem i wręcz poczułem chrupot gruchotanej czaszki i znów, tak jak było podczas pierwszej wizji z Robertem, moment śmierci był dziwnie przyjemny…
Mimo iż wiem, że moja czaszka pękła, obudziłem się w ciemności, a moje ciało paraliżował niewyobrażalny ból. Gdy oczy przyzwyczaiły się do mroku, w oddali dostrzegłem zarys schodów. Gdzieś z góry dochodziła delikatna poświata, czyżby światło dnia? Wstałem z trudem i mimo porażającego cierpienia, Ki pchało mnie przed siebie. Wyszedłem z ciemności i ujrzałem czarne słońce. To ono powodowało mrok wokół, lecz za nim płonął żywy ogień, który dawał odrobinę światła. W półmroku dostrzegłem przed sobą sylwetkę, nie jestem pewien, ale to byłeś chyba Ty mistrzu.
- Tsume – nie wiem czy słyszałem słowa, czy były to myśli w mojej głowie – Minęło wiele czasu od kiedy opuściłeś klasztor. Czytałem wszystkie Twoje listy.
Po tych słowach robi się trochę jaśniej, ogień przykryty czarną tarczą słońca rozszerza się, a ból, który czuję, staje się jeszcze bardziej dotkliwy.
- Widzę, że Ki-shak jest w Tobie silne, co też zwróciło uwagę wielkiego mistrza Śpiącej Rady, Ing-han’a. Jak wiesz, mój niedoświadczony uczniu, czytanie jest dużo bardziej wymagające niż pisanie, stąd też przejdę do rzeczy od razu.
Blask ognia staje się powoli nie do zniesienia. Muszę przymknąć oczy, gdyż ogień zaczyna palić niczym piec.
- Skup się Tsume! Rada wyczuła w Karabaku ślad potęgi Dur-Duranga. Zetknąłeś się z nią lub niedługo zetkniesz. Ten krasnoludzki Mroczny Kowal Run znał technikę kucia Gwiezdnego Metalu – tego samego, z którego wykuto Włócznię!
Ból staje się nie do zniesienia. Mam wrażenie, że ogień wylał się zza słońca, aż pod moje stopy.
- Wytrzymaj! To ważne! Tablice z Ramun powiadają, że 500 lat temu Wędrowiec udał się do Dur-Duranga, aby ten przekuł Włócznię Przeznaczenia, czyniąc na niej Run Nocy Elfów. To w swoim czasie przypieczętowało los Okraceonu, a sto lat później Leredeonu.
Mam wrażenie, że płomienie liżą moje ciało, a ból staje się nie do zniesienia. Ostatnie Twoje słowa zagłusza słoneczny wiatr.
- Skoro Ki zaprowadziło cię aż tutaj, to nie może być przypadek. Gdy nadejdzie czas, ruszaj śladem Kowala. Gdy znajdziesz Gwiezdną Kuźnię dowiesz się wszy…
Mam wrażenie, że umieram ponownie.
- Gdzieś tam musi być ślad, który doprowadzi cię do…
Tym razem uczucie śmierci nie było przyjemne.
Mam nadzieję mistrzu, że jest sposób na to, aby czytanie nie było tak bolesne. Wszak nie wyobrażam sobie, że musisz przechodzić przez to za każdym razem, gdy czytasz moje listy. Jeśli uważasz, że nie odczytałem czegoś ważnego, ponów kontakt, lecz jeśli nie, chyba jeszcze nie jestem gotów na taką formę komunikacji. Mam wrażenie, że prawie mnie to zabiło. Wiedz też, że ta wizja sporo powiedziała mi o naturze ognia i mam wrażenie, że będę umiał przekuć Ki w tarczę, która mnie przed nim ochroni. Jeszcze nie wiem jak mógłbym wykorzystać to przy próbach kontaktu z Tobą. Może czas i lepsze zrozumienie tego zagadnienia da mi odpowiedz. Twoje słowa o śladzie Dur-Duranga były prawdziwe, lecz nie będę wyprzedzał faktów.
Ocknąłem się z krzykiem w pokoju, a bracia z przerażeniem w oczach nachylali się nade mną. W pokoju było czuć zapach spalenizny. Moje ubrania były nadpalone, a ja czułem ból mego poparzonego ciała.
Jak się czujesz? – zapytał Igo.
Gdyby było mi do śmiechu – odparłem z trudem – powiedziałbym, że za dużo „rudej pajdy” spowodowało samozapłon.
Zamknąłem oczy i zobaczyłem obraz krasnoluda pochylającego się nad kowadłem. Westchnąłem z trudem i powiedziałem:
Łatwiej nauczyć się pisać niż czytać.
Co to ma wspólnego z tą sytuacją? - wyraźnie zatroskany moją odpowiedzią dopytywał Igo.
Nie mógł wiedzieć, że nie są to brednie spowodowane obrażeniami.
Mniejsza o to, ważne że ja rozumiem – odparłem.
Czy to skutki twoich medytacji? - zapytał Kejn.
Raczej skutek mojego kontaktu z zakonem – wyjaśniłem – Jak wam mówiłem, od dawna próbowałem się skontaktować ze swym mistrzem. Dziś właśnie się to udało, lecz najwyraźniej nie byłem na to gotowy.
Mów jaśniej – poprosił Kejn.
Dalinarze, mógłbyś coś zrobić z tym bólem? Nie jestem w stanie skupić się na rozmowie.
Dalinar bez słowa przystąpił do modlitwy, rozłożył ręce i po chwili poczułem moc Vergena i znaczącą ulgę. Nie zdążyłem podziękować, kiedy usłyszeliśmy walenie do drzwi pokoju.
Co tam się dzieje! - usłyszeliśmy zza drzwi głos karczmarza - Pożar! Pożar! - krzyczał gospodarz.
Spokojnie – odparł Igo – Nie ma żadnego pożaru.
Mieliśmy drobny wypadek – oznajmiłem – Świeca się przewróciła.
Trzeba będzie wymienić siennik – oznajmił Dalinar.
Uff – odetchnął z ulgą karczmarz – Wystraszyliście mnie i sporo klientów! Musicie bardziej uważać. Siennik wymienię, ale pokryjecie koszty. Mistrzu jesteś ranny!? Nic ci nie ma?
Przeżyję – odparłem, gładząc popaloną bieliznę.
Musicie uważać jak pijecie i siedzicie do późna!
Sęk w tym, że to stało się na trzeźwo – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Tak, tak, na trzeźwo! Ile razy już słyszałem takie wersje – powiedział widocznie niezadowolony gospodarz – Wywietrzcie tu, a ja zorganizuję siennik – po tych słowach opuścił pokój.
Udało ci nawiązać kontakt? - zapytał Dalinar.
Wydaję mi się, że Marcus natrafił na coś bardzo ważnego i to spowodowało kontakt z moim mistrzem.
Dlaczego tak sądzisz? - zdziwił się kapłan.
Bo miałem wizję mówiącą o kowalu Dur-durang’u. Dowiedziałem się, że tablice, które znalazł nasz stryj w Ramun, na ziemiach którymi wtedy władał lord Radnis, znany obecnie jako Łaskotek i dał je mnichom z mojego zakonu do badania, mówią o tym, że „Wędrowiec”, kimkolwiek jest, przyszedł do kowala run, by ten przekuł Włócznię Przeznaczenia. O wędrowcu przeczytaliśmy w notatkach Rabby Dakarty w Kostce Xant. Pamiętacie? Dajcie mi chwilę, to przypomnę sobie ten tekst.
Skoncentrowałem się, szukając w pamięci treści i po chwili zacząłem cytować:
- Ich bóg, zwany Thule-dun, martwym jest od wielu wieków. Moje badania okolic Pasa Pogranicza wykazały, że mogło to mieć miejsce ponad 300 lat przed Zaćmieniem.
Nazywany on jest Dzieckiem Wiecznego Wędrowca, a tamtejsi zakonnicy Thule-dun wierzą, że ich bóg zginął za swych wiernych, w wielkiej wojnie bogów jaka rozgorzała między dziećmi Wędrowca, których było wiele. Ten, który za to odpowiadał to Orios, zwany Mocarnym. Losy Oriosa są mi nieznane. Znamiennym jednak jest, że wedle mojej wiedzy Orios był jednym z dwudziestu jeden Wielkich Namiestników Zanzibarru…
Wierni mówili, że Dzieci było więcej, ale nikt ich imion już nie pamięta…
Mój zakon wyczuł ślad obecności Dur-Durang’a. Ponoć kowal ten posiadł moc kucia w gwiezdnym metalu. Tak jak kiedyś wam wspominałem, właśnie gwiezdny metal został skradziony z grobowca Śpiącej Bogini i właśnie z takiego metalu wykuto Włócznię Przeznaczenia. Niestety nie wiem kto ją wykuł. Wiem, że swego czasu nasz stryj zaniósł do zakonu Tablice z Ramun. Dziś dowiedziałem się, że jest w nich zapisane, iż właśnie Wędrowiec przybył do tego krasnoluda, aby wykuł na niej Run Nocy Elfów. Miało to miejsce pięćset lat temu. Wędrowiec zatem mógł być kimś kto albo zlecił kradzież Gwiezdnego Metalu z grobowca lub znalazł się w jego posiadaniu już później. Nie wiem czym była ta Runa, lecz ponoć to przez nią upadły dwa wielkie elfie królestwa na Północy, najpierw Okraceon, a sto lat później Leredeon. Igo, czy twój nauczyciel Harmus wspomniał ci o miejscu zwanym Gwiezdną Kuźnią?
Nic mi na ten temat nie wiadomo – odparł mag.
Prawdopodobnie właśnie tam kowal run wykuwał swoje przedmioty – wytłumaczyłem wszystkim – Zakon domaga się, abym podążył tym śladem.
Czyli jak rozumiem – zaczął Igo – jedynym elementem wspólnym z Włócznią jest legenda o krasnoludzie, który wykuł Glif Horusa?
Tak – odparłem.
Ale co to ma wspólnego z nami? - dopytywał mag.
Nie mam pojęcia – odparłem szczerze – Być może, skoro pięćset lat temu w tej kuźni był Wędrowiec, pozostanie tam jakiś ślad o tym czym była Włócznia i kim był owy wędrowiec. Może jest to po prostu kolejny element układanki, która przybliży mój zakon do odnalezienia włóczni? Tak sobie teraz myślałem nad tekstem Rabby Dakarty i zaczyna mieć to jakiś sens. Jak już wam mówiłem, mój zakon nie ma jakichś ścisłych doktryn, tak jak na przykład ty Dalinarze masz Szarą Księgę. U nas każdy wiarę kultywuje na swój sposób. Ja na przykład wierzę, iż Śpiąca Bogini była matką wszechrzeczy, a nawet matką bogów. I dlatego nie mam problemu z wyznawaniem Vergena, mimo iż nie jest to moja wiara przewodnia. Wierzę, że Vergen może być jej dzieckiem. Teraz tak myślę, że ten wędrowiec mógł być jakby drugą stroną. Może jednak Bogini nie była jedyna? Z kryształowych tablic Rabby Dakarty wynika, że wędrowiec też miał wiele dzieci, które były bogami i toczyły wojny. Być może aspekt wędrowca jest pominięty przez mnichów. Nie wiem tylko czy celowo, czy z powodu tego, że te podania zaginęły z jakichś przyczyn. Być może dlatego, że sam miałem do tego dojść. I teraz się zastanawiam, czy Wędrowiec, jako przeciwnik Bogini, nie skradł materiału z jej grobowca, aby nastawać przeciwko niej oraz rasom, które stworzyła.
Problem Tsume jest w tym – powiedział Kejn - że ilość informacji, którymi teraz nas zalałeś, jest trudny do ogarnięcia, a dodatkowo większość z nich to są legendy.
Rozumiem to – odparłem – I nikomu nie zamierzam przedstawiać tego jako pewnik, lecz sporo z tych tematów przewija się w różnych miejscach na świecie oraz w różnych miejscach na osi czasu. Co skłania mnie do tego, aby myśleć, że to coś więcej niż twierdzenie, że w każdej legendzie jest zawarta odrobina prawdy.
Skupmy się na tym co z tego dla nas wynika – powiedział Dalinar.
Dla was być może nic – odparłem – Dla mnie być może więcej niż na ten moment jestem w stanie zrozumieć.
Czyli to, że się podpaliłeś i miałeś wizję – zaczął Igo – doprowadziło cię do wniosków, że chcesz podążyć tropem, który badał Marcus?
Nawet nie tyle, że chcę, co dostałem takie polecenie od swojego mistrza – wyjaśniłem.
Smuci mnie to, bo obawiam się, że możesz skończyć tak jak Marcus – powiedział mag.
Na razie nic nie wiemy o sprawie Marcusa – odparłem – Najpierw musimy się dowiedzieć co go spotkało i posiadając tą wiedzę, przygotować się lepiej niż on. Oczywiście o ile zdecydujecie się mi pomóc. Inną sprawą jest to, że tak na dobrą sprawę, od początku podążamy śladem Vernira, Marcusa i Zakonu Atolla.
I co nam to daje? - zapytał Igo, wprowadzając nas wszystkich w konsternację.
Wydaje mi się, że głównie wiedzę – odparłem – Cofnijmy się w czasie i powiedz, kiedy niby przestaliśmy się tym interesować?
Ja nigdy nie przestałem – odparł Dalinar – Igo chyba jest ostatnio jakiś zagubiony.
Czy myślisz, że ta sprawa też jest związana z Zakonem Atolla? - zapytał Igo.
Tego nie wiemy i nie dowiemy się, jeśli porzucimy tę sprawę – odparłem.
Myślę, że wyjaśniliśmy sobie kilka kwestii tego ranka – powiedział Dalinar – lecz zanim podejmiemy dalsze kroki, musimy dowiedzieć się czegoś więcej o tym co robił tu Marcus.
Dokładnie – powiedziałem – A i jeszcze jedno. Nie uwierzycie, ale wczoraj przed snem tak sobie rozmyślałem o tym, co by tu robić, kiedy wy się tu szkolicie i wpadłem na pomysł, aby tutejsi traperzy podszkolili mnie w sztuce przetrwania i rozpalania ognisk w trudnych warunkach, jako iż nasze podróże pokazały nam, że nie powinniśmy polegać w tym względzie tylko na Igo. No i rano obudziłem się w płomieniach. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się tak spektakularnych efektów.
No i bez nauki przebiłeś nauczycieli – zaśmiał się Dalinar – A i jest jeszcze jeden temat – zaczął kapłan już poważniejszym tonem – Czy nadal masz zamiar w ten sposób kontaktować się ze swoim klasztorem?
Myślę, że tak, lecz następnym razem was uprzedzę – odparłem.
Dobrze by było – powiedział Igo.
Dodatkowo wydaje mi się, że to, iż stanąłem w ogniu, jest efektem tego, że zwyczajnie nie byłem na to jeszcze gotowy. Sam mistrz powiedział mi w wizji, iż to trudna sztuka.
Teraz rozumiem co miałeś na myśli, mówiąc na początku o nauce czytania i pisania – powiedział kapłan.
Dokładnie o to mi wtedy chodziło – powiedziałem – Do dziś bezproblemowo mogłem coś napisać do mistrza, lecz nie potrafiłem nic odczytać. Być może próby czytania z mojej strony nastąpiły zbyt wcześnie. Być może moja wieź z Boginią nie jest jeszcze na tyle mocna, abym mógł czytać z taką łatwością jak piszę. Próby te podejmowałem dlatego, iż pozbyliśmy się możliwości dostania do biblioteki w Mar-Margot. Próbowałem się skontaktować w całkiem innym celu, a dostałem informację, którą mój zakon na ten moment uznał za najważniejszą, mimo że o to nie pytałem. Trudność „czytania” mógłbym porównać do tego jak Igo próbował rzucić czar z pamięci. Jest w stanie to zrobić, lecz jak sam mówił, wiąże się to z pewnym ryzykiem i kilka razy mu się nie powiodło. Co nie znaczy, że było niewykonalne.
Więc na przyszłość informuj nas, abyśmy mogli nad tobą czuwać – powiedział Dalinar.
Myślę, że na pewien czas sobie odpuszczę – odparłem.
Po tych słowach bracia udali się na swe szkolenia, a ja wybrałem się do traperów. Eldorn, bo tak miał na imię jeden z traperów, rozpoznał mnie i się przywitał.
Co cię do mnie sprowadza?
Bysior ubity? - zapytałem.
Nie za bardzo, zwiał nam znowu – powiedział przygnębionym tonem traper – Podczas pościgu dopadł jednego z naszych...
O to smutne, nie słyszeliśmy o tym. Dawno wróciliście?
W zasadzie to kilka dni temu. Tropiliśmy go długo, lecz pewnej nocy zakradł się do obozu i zagryzł na moich oczach mojego kuzyna. Zwiał nam, pędziliśmy za nim, ale nie byliśmy w stanie go wytropić. Demon to jest jakowyś. Wiktowie go zapewne nasłali, teraz już żem pewien. Ciało jego zwieźliśmy, pogrzeb wyprawilim, no i teraz odpoczywamy.
Mam prośbę – powiedziałem – Jak widziałeś, cała nasza grupa zbrojna jest i tylko ja staram się robić za zwiadowcę. Te głupki nawet sami ognia nie rozpalą.
No chyba próbowali na twojej głowie rozpalać, boś cały osmolony – powiedział traper.
Zorientowałem się, że zapomniałem nawet się umyć.
Nie, nie, to nie to. Popiłem wczoraj i chyba świecę na łóżko zrzuciłem.
Aha, no to trza uważać. Pożary to poważna rzecz – z zadumą powiedział Eldorn.
Ano poważna – powiedziałem – Kilka w życiu widziałem.
Ale do rzeczy – przerwał mi traper.
Ano, chciałbym nauczyć się, w takich trudnych warunkach jak teraz, znajdować dobrą rozpałkę, aby w śniegu i deszczu ognisko móc rozpalić. Oczywiście zapłacę.
Nie ma problemu, mam teraz przerwę i w zasadzie dwa tygodnie będziemy odpoczywać od roboty w terenie. Pogrzebaliśmy jednego z naszych. Musimy też mięso i skóry na sprzedaż przygotować. Mam więc dla ciebie czas. Myślę, że zajmie to kilka dni.
Też mam czas – odparłem.
Przychodziłbyś po śniadaniu na kilka godzin. Myślę, że wziąłbym za taką naukę dziesięć srebrnych, pasowało by ci to?
No nie do końca, wolałbym dziesięć srebrnych i dorzucę gorzałkę – zaproponowałem.
Aaa no to nawet zniżkę mogę dać. W naszym zawodzie, kiedy takie mrozy, trza się rozgrzewać.
Od kiedy możemy zacząć?
No jak masz coś do wypicia to i dziś – ochoczo zaproponował traper.
Ano mam tu trochę Rudej Pajdy.
No to ja skoczę tylko po chleb i możemy ruszać – z uśmiechem na twarzy powiedział Eldorn.
Po chwili przyszedł z kawałem świeżego chleba i rzekł:
- No to ruszajmy, a ja wszystko ci pokażę.
Ruszyliśmy w las, a traper po drodze pokazywał mi gatunki drzew, które najlepiej użyć na podpałkę. Wytłumaczył, gdzie szukać dobrze palącej się żywicy.
- Dziś skupimy się na teorii, później pokażę ci to w praktyce.
Traper co jakiś czas przystawał, aby pokazać mi jakiś gatunek drzewa i abyśmy pokrzepili się krasnoludzkim trunkiem. Przechadzka trwał kilka godzin. Widać było, że Eldorn ma ogromną wiedzę o tym jak przetrwać w trudnym terenie i dzielił się nią chętnie. Tego dnia dowiedziałem się naprawdę wielu przydatnych rzeczy, między innymi, że na rozpałkę najlepsze są górne warstwy kory brzozy i żywiczne elementy sosny.
- Zobacz – powiedział traper wskazując na pień sosny – W tym miejscu z drzewa wypływa żywica, jeśli weźmiesz drobne kawałki kory, które aż kleją się od żywicy, gwarantuję, że zapłonie jasno jak świeca. Żywicy możesz też szukać na korzeniach. A teraz popatrz tutaj.
Wskazał palcem sosnowe gałązki, pozbawione igieł i ułamał jedną. Rozległ się trzask. I kiedy myślałem, że powie, że to doskonały materiał na pierwsze dołożenie do ognia powiedział:
- Tego nie używaj nigdy, gdy pada, mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się, że są suche. Tak naprawdę napite są wodą. Inaczej jest w przypadku świerka. Ułożenie gałęzi i igliwia sprawia, że woda spływa daleko od pnia.
Słuchałem tego wszystkie z zaciekawieniem.
- Teraz przejdźmy do brzozy. O tu – wskazał palcem – jest taki jaśniejszy płat kory. Zrywasz tylko jego górną warstwę. Widzisz? Jest prawie tak cienka jak pergamin. Gdy dodatkowo poszarpiesz ją końcem noża, wystarczy dosłownie kilka iskier z krzesiwa i masz płomyk. Myślę, że na dziś to tyle.
Wróciliśmy do osady, podziękowałem mu i poszedłem do karczmy. Tam jak zwykle czekałem na powrót braci.
Gdy wrócili zapytałem o stan Markusa. Niestety, nie polepszył się.
Źle mi z jedną rzeczą – nagle wypalił Igo – Gniewomir bardzo emocjonalnie podchodzi do moich wypowiedzi, nie chcę zaogniać sytuacji, a jakoś on to źle odbiera.
Ty mówisz teraz do mnie? – Zapytałem zaskoczony, jako że ostatnio starałem się ignorować jego docinki i nawet nie musiałem się specjalnie o to starać.
Tak – odparł mag – Nie chciałbym, abyś podchodził do tego co mówię zbyt emocjonalnie.
Przecież ani razu nie podniosłem głosu, nie zdenerwowałem się, a nawet pozwoliłem sobie delikatnie szydzić, mimo iż byłem poparzony.
No właśnie po co to?
Bo lubię – odparłem szczerze.
Dobrze – westchnął Igo – Widzę, że się nie dogadamy.
Ale to właśnie ty się szybko poddajesz i irytujesz – odparłem.
Igo co ty właśnie próbujesz nam przekazać? – zapytał Dalinar.
No, źle się z tym czuję, bo mam wrażenie, że wkradają się między nas złe emocje.
Toż to tylko braterskie przekomarzania – powiedział kapłan.
Dokładnie – poparłem jego słowa – Naprawdę byłem bardzo spokojny.
Jeżeli ty uważasz, że wszystko jest dobrze nie było tematu – odparł Igo.
Ja osobiście zrozumiałem, że jesteśmy bandą degeneratów, którzy czasem muszą sobie powciskać – zapewniłem brata.
No to zostańmy przy tym, że jest dobrze. Wczoraj wieczorem przeglądałem swoje notatki jeszcze z czasów, gdy pobierałem nauki w klasztorze. Udało mi się wyłapać kilka drobnych informacji związanych z tym czym interesował się Markus. Demonolog, który zamieszkiwał Twierdzę Ramm nazywał się Maelius i z przekazów już ściśle historycznych wiadomo, że plemiona Wiktów były rozproszone i nie współpracowały ze sobą.
Ale to już powiedział ci czarodziej – powiedział Kejn.
Tak, ale jego informacje były pomieszane z legendami, a to są fakty. Pada tam też imię władcy, który te plemiona zjednoczył. Był to Harland Pierwszy. Jest też informacja, choć nie do końca pewna, że demonolog przybył ze wschodu. Prawdopodobnie z terenów należących kiedyś do Nahnagarru, bądź z Vordrak i miał udział w zjednoczeniu barbarzyńców. Kiedy proces zjednoczenia dobiegał końca, wojnę wypowiada im kościół Delidii i przeprowadza tak zwaną Kampanię Południową. Po tej wojnie Wiktowie ponownie się rozproszyli. Było to około trzydziestu lat przed Zaćmieniem i dzicy zostali wypchnięci z rejonu Karabaku na południe.
Dobra zjedzmy obiad – powiedział Kejn – i udajmy się do Harolda Starego, dowiedzieć się czego od niego chciał Markus.
Gdy karczmarz podawał nam obiad, zapytaliśmy, gdzie mieszka Harold Stary.
- Ten bajarz? Nawet nie wiem czy jeszcze żyje. Jego domostwo jest na wschodzie od miasteczka. Taki dom z żółtym płotem, na pewno poznacie. Mówią, że jest potomkiem Wiktów. Niby jego przodkowie się zasymilowali, ale kto ich tam wie. Ja bym uważał na nich. Może donoszą dzikusom?
Zaraz po obiedzie wyruszyliśmy do domostwa wskazanego przez karczmarza. Zaopatrzyliśmy się w dzban piwa, wszak wiadomo, że każdy bajarz lubi przepłukać gardło, by opowieść szła gładko. Dom znaleźliśmy bez problemu. Było to małe gospodarstwo. Chata, która czasy świetności miał już dawno za sobą, pobielona była zapewne lata temu, bo biel przebijała się przez brud dosłownie w kilku miejscach. Widać było, że większość napraw wykonanych było prowizorycznie. Dwóch mężczyzn przy chacie rąbało drewno na opał.
- Witajcie panowie – zakrzyknął Kejn.
Jeden z mężczyzn obrócił się w naszym kierunku, wsparł dłonie na siekierze i powiedział:
Dobry! Witojcie!
My do starego Harolda – powiedziałem.
Tatko zajęty teraz.
Mamy coś dla niego – powiedział Igo, pokazując dzban.
No jak coś ważnego to go zbudzim. Helmut rąb tu dali, a ja do tatka idę.
Postawny mężczyzna wszedł do domu i wrócił po chwili.
- Wchodźcie, tatko już się obudził.
Weszliśmy do chaty, która składała się z jednej dużej izby i pomieszczenia przesłoniętego kotarą, zza której dobiegał płacz dziecka. Na podłodze rozrzucona była słoma, a w palenisku palił się ogień, dający przyjemne ciepło. Wokół stołu stało kilka krzeseł. W rogu, na posłaniu siedział starszy, siwy dziadunio, popijający coś z glinianego kufla.
Tatko, tu są ci goście co chcieli godać.
Dzień dobry – powiedział starszy człowiek.
Witaj – powiedział Igo – Nie znamy się, ale przyszliśmy po opowieść. Przypadek spowodował, że spotkaliśmy tu naszego starego druha, krasnoluda Markusa.
Co ty się tak patrzysz! - przerwał dziadek magowi, groźnie łypiąc na syna, który się przysłuchiwał – Drewna idź narąb! Strać mi się z oczu!
Tak tate – odparł mężczyzna, który wprowadził nas do chaty i pospiesznie wyszedł.
Jego ostania wyprawa skończyła się dla niego niestety niezbyt dobrze – podjął temat mag.
Aha, o tego krasnoluda idzie? - powiedział Harold.
Gurney’u, polej tu piwka, aby się nam lepiej rozmawiało – zarządził Dalinar.
Tam leżą kubki – starzec wskazał kredens, a oczy mu zabłysły na widok tego co przynieśliśmy ze sobą.
Mamy tu ze sobą antałek wybornego piwa.
A piwa powiadacie – na tą wieść aż rozszerzyły mu się oczy – No to siadajcie, polejcie i pytajcie.
Markus zainteresowany był legendami związanymi z tą okolicą. Ponoć ty znasz najlepiej te historie. Chętnie ich też wysłuchamy.
Ano pytał, pytał. Pytał o Glif Horusa. Ale ja nic o tym Horusie nie wiedziałem,
A o czym żeś mu opowiadał? – zagaił Kejn – Jeśli można zapytać.
Dobre to piwo – z uznaniem powiedział Harold – O Wiktów pytał. Historię ich chciał poznać. O władcę ich pytał. No i o ruiny.
Opowiedz nam też.
A było to tak – odezwał się starzec po chwili przerwy na obfity łyk piwa – Wiktowie swego czasu prawie całym światem rządzili. Ale nie byli zorganizowani, dzicy byli. Nie mieli takiej, jak się to mówi, struktury. Bili się między sobą, wykorzystali to ich sąsiedzi i stopniowo wypychali ich na południe w kierunku gór. Doliny zostały przejmowane przez nowe ludy, Soleijczyków, Vordrakian i tak dalej. Takoż to było. Przez wiele lat Wiktowie byli bardzo rozproszeni, aż razu pewnego, a było to ze czterysta lat temu, abo i trzysta, przybył taki czarodziej ze wschodu z wiedzą. Wiedzą to podzielił się z plemionami i spoił ich w całość. Pomógł im wyznaczyć władcę jednego. Mało tego, mówią, że z córką tu przybył. Zwała się Numenora, a czarownica to była zaiste zdolna, a i piękna. Króla Wiktów tak oczarowała, iż cały czas do niej wzdychał, prosił, błagał, aby go za męża wzięła. No i Numenora zadanie mu dała. Złote jabłko miał przynieść. I Król Zza Gór, bo tak go też zwali, na siedem lat w świat wyruszył, by jabłko to zdobyć. W końcu zdobył je i u stóp pięknej Numenory rzucił. Wtedy została jego wybranką, pierwszą królową Wiktów. Ale ich szczęście długo nie trwało. Siły z północy natarły całą swoją chmarą i Wiktów pobiły przy pomocy kapłanów i magów swych plugawych. Wypędziły czarownika i jego dymony. Bo nie wiem, czy żem wspomniał, ale na swych usługach miał ten ony mag ze wschodu, bestyje nie z tego świata. Nauczył tej wiedzy jednakoż wiktyjskich szamanów, a oni ponoć do teraz mocą takową władają. Ubiły więc kapłany dymonologa, a ponoć jego ciało w twierdzy złożyli, a samą łoną twierdzę zrównali z ziemią. A za to właśnie, że złym bogom i dymonom służyła jego córka, czarownica Numenora, to karę wymyślili dla niej kapłani łokrutnom. Zaklęli ją po wsze czasy, żeby tu pokutowała za wszystkie winy i grzechy. Zaklęciem Trzynastu Oddechów uwięzili ja na bagniskach. A zaklęcie to było starożytne i straszliwe. Jak takim zaklniesz czarownika, to zabijasz na śmierć, lecz dusza jego uwięziona jest i po wsze czasy cierpieć będzie. Mówią nawet, że pieczęci trzynaście to zaklęcie trzyma i jeśli jakąś pieczęć głupi na tyle ochotnik zerwie, to życzenie jego Numenora spełni, a potem go pożre. A wiedzcie, że to nie są bajania starego dziada! Jak żem był mały, to żem ją widział na bagniskach. Samotnie siedzi, ogień pali i żuje sznur, którym jest splątana. Przegryźć go chce, ale nie może. A zębiska o takie ma! - i tu dziadyga pokazał gestem jak wielkie zębiska ma wiedźma.
A gdzie te bagniska? - zapytał Kejn.
To w Zalanej Kniei, nie aż tak daleko na zachód. Uważać trzeba jednakoż, bo w noc Równonocy wiedźma lata niczym dymon i krew spija. Jeszcze było tak, że króla Wiktów to na pięć części rozcięli i na pięć części świata roznieśli, aby nikt już na Ambard ręki nie podniósł. Od czasu tego Wiktowie króla już nie mieli. Nastąpi taki dzień, przepowiednia mówi, że nadejdzie Król Zza Gór i raz jeszcze będzie nimi rządził. Ja wam powiem tak co myślę, boście ciekawscy widzi mi się, jak i ten głupi krasnolud. Odpuście sobie. Pewnie polazł do wiedźmy, bo o Zaklęcie Oddechów wypytywał. Jemu też żem odradzał, ale głupi on jak but i do tego plugawego czarownika Harmusa, co w wieży ino sra i siedzi, poszedł się o więcej pytać. Ostrzegałem go! - wyskrzeczał dziadunio ostro już podchmielony.
Powiedz mi dziadku – zacząłem – Jakąś historie o pradawnej kuźni krasnoludzkiej słyszałeś?
O kuźni? Kuźni to tu jest pełno, a jedna to już z pięćdziesiąt lat ma! A i jeszcze jedno wam powiem. Przysięgam na wszystkich bogów, że to prawda. Zima raz była taka sroga, że aż brwi zamarzały i przybyła tu taka plugawa magiczka w grupie takiej jak wy. Jednego chłopoka wilcy pogryźli i na wilczą chorobę zemarł. I ta czarowniczka mówiła, sam to słyszałem, że jak się pieczęć złamie, to wiedźma życzenie spełnić musi. Skąd to wiedziała, pojęcia nie mam. Dwa dni później chopok był zdrowy i żył. Zaraz po tym wyjechali. Tak było!
To co nie zeżarła ich? - zapytałem.
Może im się udało! Fart mieli i tyle. A ten plugawiec Harmus co tu w wieży siedzi, to do rzeki nieczystości jakoweś wypuszcza! Coś tam knuje! A dym ze jego dachu to czasem czerwony nawet leci! A Tunnerowie mu z plumbum całe orurowanie zrobili i wszystko to do rzeki wali. On tu też się interesował tymi sprawami. Niby o legendy, niby o Wiktów, a nawet o imiona dymonów co to Wiktowie ich wyznają.
A ty je znasz? - zapytałem.
A znam. Mugol Straszny, a drugi to Rokivan Bez Kłów. Lecz ostrzegam was, że we nocy nie lza tego wypowiadać, bo nieszczęście pewne. Historii tu wiele. A ta kopalnia co ją zalało pięć lat temu!? Wylazło z niej coś wężowatego i górników zeżarło. Ot co!
Wraz z każdym wypitym kubkiem piwa, dziadek bełkotał coraz bardziej.
- Chyba wchodzi w tryb pijanego mistrza – zażartowałem – Myślę że powinniśmy wracać, zanim zacznie walczyć.
Podziękowaliśmy za opowieści i udaliśmy się w kierunku karczmy. W drodze Kejn stwierdził:
Dziwne jest to Igo, że twój znajomy mag Harmus, nie przyznał się do tego, że sam interesował się tematem. Pytanie czy powiedział ci to co tu usłyszał, czy wie coś więcej, a najważniejsze czy coś zataił?
Igo, dobrze by było, abyś poszedł do maga i zapytał się o te Zaklęcie Trzynastu Oddechów – powiedział Dalinar.
Chyba czas już zagrać w otwarte karty z krasnoludem Drummem – wtrąciłem.
Tylko co mu dokładnie powiemy? – zapytał Kejn.
No, że znaliśmy Markusa z Białej Osady – zaczął kapłan – spędziliśmy pod jego opieką kilka lat, a tu natknęliśmy się na niego przez przypadek, co zresztą jest prawdą. Próbowaliśmy mu pomóc, bo mamy pewną wiedzę o leczeniu.
Lecz nie znamy natury problemu – wtrąciłem – i chcemy się dowiedzieć co mogło to spowodować.
No dokładnie. I z powodu naszej przyjaźni zależy nam, aby mu pomóc.
Myślę, że możemy nadmienić, iż wiemy, że badał historię i być może coś zawartego w jego notatkach nakieruje nas na to gdzie się udał Markus, a co za tym idzie ustalić powód jego choroby. Dobrze by było, abyś też mógł wyczuć czy krasnolud kłamie – powiedziałem.
No to do Kulawej Nogi – wskazał ręką Kejn.
W karczmie siedziało dosłownie kilku krasnoludów, popijając trunki i grających w kości. W rogu dostrzegliśmy też pijącego w ciszy wujka zmarłego niedawno Ashleya. Karczmarz drzemał za kontuarem.
- Karczmarzu! – zawołałem.
Krasnolud ocknął się.
Co podać?
O której zazwyczaj bywa tu Drumm Tunner?
A myślę, że tak dwie godzinki i się zjawi – odparł gospodarz.
A to poczekamy. Podajcie no jakąś strawę i krasnoludzkiego Ale.
A ty czasem nie jesteś mistrzem Moss Eil?
To on! - krzyknęli moi bracia natychmiast.
Dobra robota chłopie – z uznaniem powiedział karczmarz – Nie chciałbyś u mnie pracować? Dobrze płacę.
Mam już zatrudnienie – odparłem – i powoli zresztą się zastanawiam, czy tego nie rzucić w diabły.
Zastanów się. Ja naprawdę dobrze płacę, a jak widzisz to spokojna gospoda. Ktoś taki jak ty będzie miał tu mało roboty.
Zastanowię się – odparłem, aby już nie drążył tematu.
Po chwili jedliśmy gulasz z kaszą i popijaliśmy sobie piwko. Z czasem zaczęły schodzić się krasnoludy. Część z nich widać było przyszło prosto z kopalni i nawet nie zdążyli się umyć. Po chwili weszła też większa grupa i jeden z krasnoludów zawołał:
- Malkolmie! Lej piwo! Lej ile wlezie! Dziś była ciężka dniówka.
Wśród wchodzących był i Drumm.
- Mości Drummie. Możemy zaprosić cię do stolika? - zagaiłem.
Drumm zmierzył mnie chłodnym wzrokiem.
Poczekajcie, muszę coś załatwić – zamienił kilka zdań ze swoimi pobratymcami i podszedł do naszego stolika.
Witajcie, witajcie. O co chodzi?
Chcieliśmy pogadać o twoim wuju, Markusie.
Coś wiecie?
Usiądź – zaproponował Dalinar – chcieliśmy chwilę porozmawiać.
Aleś mnie zlał – zwrócił się do mnie Drumm – Twarde masz uderzenie.
A ty masz twardą szczękę – odparł Kejn.
Może na rękę się posiłujemy?
Może kiedy indziej – powiedziałem – Teraz są ważniejsze sprawy.
Piwka? - zapytał kapłan.
A piwka nie odmówię – po tych słowach krasnolud przysiadł się w końcu do naszego stolika.
Piwa! Dla zacnego Drumma – krzyknął Dalinar.
O co chodzi?
Markus swego czasu – zacząłem opowieść – był kowalem w Białej Osadzie. Wychowywaliśmy się tam jako dzieci i znamy go dobrze. Opiekował się nami i gdy spotkaliśmy go tu zrządzeniem losu, zmartwiła nas obecna sytuacja i chcieliśmy pomóc. Wiemy, że Markus lubił interesować się historią. W Białej Osadzie były takie ruiny zamczyska i Markus często tam chodził. Coś tam kopał, szukał, a nam nigdy nie pozwalał się tam kręcić, mówiąc, że to niebezpieczne. Pewnego dnia nasze drogi się rozeszły i teraz po latach widzimy go w takim stanie.
No tak, tak – ze smutkiem powiedział Drum.
Chcielibyśmy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby mu pomóc. Tyle, że nie wiemy co mu się stało, gdzie się udał.
Przypuszczamy – wtrącił Igo – że może to być magiczna choroba, której natury nie znamy. Wiem, że warto poznać źródło takiej choroby, aby wiedzieć z czym ma się do czynienia.
A niestety nikt nie wie gdzie był, dokąd się udał – powiedziałem – Może mógłbyś udostępnić nam jego notatki. Jak wspominałem, w Białej Osadzie często coś notował.
Może poczekamy trochę – odparł Drumm – Może te mikstury od czarownika Harmusa przyniosą dobre rezultaty. Mówił, że czasu trzeba.
Ale ile chcesz czekać? A jeśli za dwa dni mu się nie polepszy i umrze?
To co chcecie zrobić? – zapytał krasnolud, jakby wcale nas wcześniej nie słuchał.
Cierpliwe zacząłem jeszcze raz.
Może miał jakieś notatki, pamiętnik. Może zapisał gdzie się wybierał? A może ty wiesz Drummie?
No nie wiem, nie wiem czy mogę o tym mówić. Pogadajcie z Hermanem lepiej. On tu szefuje.
Nie ma problemu – powiedział Kejn – Jeśli może coś wiedzieć, to chętnie z nim pogadamy.
Czyli macie jakieś pomysł? - zapytał Drumm i już wtedy wiedziałem dlaczego mówili, że silny z niego chłop, ale w głowie pusto.
Ponownie cierpliwie i na spokojnie zacząłem mówić, lecz wiedziałem, że granice mojego spokoju są napięte jak baranie jaja.
Żeby znaleźć rozwiązanie problemu, musimy wiedzieć z czym się mierzymy. Potrzeba nam informacji.
Chcemy wpaść na jakiś trop – wyjaśnił ponownie Kejn.
Ja tam za dużo nie wiem – ponownie odezwał się krasnolud – Pogadajcie z Hermanem. On tu jest obersteiger.
Drummie – zaczął Dalinar – jesteś jego najbliższą rodziną. Jestem przekonany, ze coś wiesz.
Ja tam za dużo nie wiem. Wiem tylko tyle, że Herman przydzielił Markusowi trzech naszych, a wrócił on sam.
I dlatego oferujemy siebie jako pomoc – powiedział Kejn.
Nie musisz się obawiać – zaczął Igo – Jesteśmy dobrymi znajomymi Markusa i jesteśmy wtajemniczeni w różne tematy.
Wierzę wam – odparł Drumm – To ja pogadam z Hermanem i potem możemy się spotkać.
To może pójdziemy z tobą – zaproponował kapłan – Byliśmy u Hermana już, bo pomagamy w leczeniu Markusa.
No to udajmy się do Hermana. Nie ma na co czekać – powiedziałem.
Ja najpierw pogadam z Hermanem, a potem się spotkamy – upierał się Drumm.
Mój spokój odpływał w siną dal.
Drogi krasnoludzie – cedziłem przez zaciśnięte zęby – Nie jesteś chyba rzecznikiem Hermana. Wróciłeś z kopalni, po ciężkiej robocie, więc sobie zjedz tutaj, a my sami udamy się do niego.
Skoro tak stawiacie sprawę, to sobie idźcie sami – odparł z niechęcią Drumm.
Nie rozumiem twojej niechęci do nas – odezwał się Kejn – Zrozum, że liczy się czas.
Karczmarzu – powiedziałem głośno – Chcę uiścić zapłatę za piwko tego krasnoluda, który w dupie ma rodzinę.
Co?! - Zerwał się oburzony Drumm – Coś ty powiedział?!
To co słyszałeś i nie wstawaj, bo znów posadzę cie na dupie.
Gniewomirze, chyba nie o to nam chodziło – powiedział zrezygnowany Dalinar.
Straćcie mi się z oczu – krzyknął krasnolud – Nie będę z wami rozmawiał.
To wy idźcie spokojnie do Hermana a ja skończę tu z nim, dojdę do was za chwilę i położę go koło Markusa w podobnym stanie.
Twarz krasnoluda zmieniła kolor na czerwony, miałem wrażenie że lada chwila para buchnie mu z uszu.
- Gniewomirze – stanowczym tonem odezwał się Dalinar – Chodź z nami.
Igo i Kejn już ciągnęli mnie do wyjścia.
Wyrwałem się z ich uchwytu i wyszedłem przed karczmę.
Kłamał – powiedział Dalinar – Myślę, że wie o wiele więcej niż nam powiedział.
Czego się czepiacie – zapytałem – Nerwowy jestem i tyle. I tak długo byłem miły. Po prostu nie chciałem, widząc jego negatywne nastawienie, aby nastawił przeciwko nam jeszcze Hermana!
Może chciał tylko skonsultować się z Hermanem kim jesteśmy? - zapytał kapłan.
A skąd kurwa Herman ma to wiedzieć?! - Nadal byłem zirytowany.
Wyobraź sobie sytuację – zaczął Igo – że oni też są wtajemniczeni w sprawy Zakonu Atolla. Myślisz, że dyskutowali bo o tych sprawach z obcymi? Tym bardziej, że Dalinar przedstawił się wcześniej jako kapłan Delidii?
No chyba ustaliliśmy, że w takiej sytuacji trzeba odsłonić karty przed Hermanem – odparłem.
Trzeba iść od razu do Hermana – powiedział Kejn – Sytuacja jest do dupy! Trzeba mu powiedzieć wszystko łącznie z sytuacją z Drummem. Trzeba szczerością zdobyć u niego zaufanie. Bo jeśli będziemy kluczyć, to Drumm w końcu mu opowie co zaszło przed chwilą.
Wytłumacz Hermanowi, że nie jesteś kapłanem Delidii – powiedziałem do Dalinara.
Nie możemy się z tym afiszować, nie wiedząc jakie mają podejście do wiary – sprzeciwił się Kejn.
No ale chyba skoro wiedzą co robił Markus, to nie wyznają Delidii – nie zgodziłem się z tokiem rozumowania elfa – Nawet Igo przed chwilą powiedział, że nieufność wynika pewnie z tego, że Dalinar przedstawił się jako jej kapłan.
Niech Dalinar rozmawia, a ty wyluzuj – uciął rozmowę elf.
Udaliśmy się do krasnoluda Hermana, szefa klanu Tunnerów i zapukaliśmy do jego drzwi. Po chwili otworzył nam, a zza jego pleców usłyszeliśmy gwar rozmów krasnoludów. W nasze nozdrza uderzył zapach alkoholu, ale Herman nie wyglądał na pijanego.
O, to wy – odezwał się widząc Dalinara i Igo – Co was sprowadza o tak późnej porze? Bo mamy troszkę do omówienia tu po robocie.
Mamy w zasadzie pilną sprawę – powiedział Igo – Postaramy się nie zająć ci dużo czasu. Chcemy porozmawiać o Markusie. Czy znajdziesz chwilę?
Poczekajcie tylko założę coś na grzbiet – po tych słowach Herman wszedł po płaszcz do domu i rzucił w kierunku krasnoludów – Poczekajcie chłopaki, zaraz do was dołączę.
Nie ma problema szef – rzucił któryś z brodaczy ze środka.
No to o co chodzi?
Zacznę tak – zaczął mag – Nie do końca otwarcie z tobą rozmawialiśmy na początku. Sprawa wygląda tak, że znamy się z Markusem od lat. Spotkanie go tu mocno nas zaskoczyło. Wiele lat mieszkaliśmy w Białej Osadzie, gdzie Markus prowadził kuźnię. Było to kiedy jeszcze byliśmy dziećmi i on wraz z sołtysem tej wioski, wychowywali nas. Dlatego Markus jest dla nas wyjątkową osobą i chcemy zrobić co w naszej mocy, by wyzdrowiał. Ze swojej wiedzy, ale i z rozmów z tutejszym magiem wnioskuję, że to co dotknęło Markusa, to jakiś rodzaj magicznej choroby. I aby próbować odwrócić tę chorobę, musimy znać jej źródło. Wiemy, że Markus miał pewne zainteresowania, w które byliśmy wtajemniczeni, lecz nie wiem na ile możemy swobodnie tu o tym rozmawiać. Na razie powiem, że Markus lubował się w historii i chciał odnaleźć tu miejsca i przedmioty związane z owymi legendami. Czy jesteś wstanie powiedzieć nam coś więcej? W którym kierunku się udał? Czego szukał? Bo myślimy o tym, by udać się tam gdzie on i sprawdzić co na niego sprowadziło ten urok.
Markus przyjechał tu odpocząć – zaczął powoli odpowiadać krasnolud – Ciężki miał sezon w kuźni i zjawił się tu, aby zażyć świeżego, górskiego powietrza.
Jesteś jego kuzynem? - dopytywał Igo.
Raczej kuzyno-wujem – odpowiedział brodacz.
Posłuchaj – odezwał się Dalinar – Możesz być z nami szczery. Naprawdę jesteśmy tu po to, aby mu pomóc – Podkreślenie słów „możesz być z nami szczery”, było dla nas znakiem, iż przy pomocy modlitw Vergena, kapłan sonduje jego prawdomówność i wykrywa, iż kłamie.
Oczywiście jak najbardziej – pospiesznie odparł krasnolud – Całkowicie wam wierzę, jestem z wami szczery. Nie mam nic do ukrycia panowie – Dalinar tylko znacząco wywrócił oczami.
My też mamy pewne tematy, którymi nie chcemy się chwalić – zaczął Igo, a krasnolud przerwał mu w pół zdania.
Ano każdy ma tam jakieś swoje tajemnice, sekrety, sekreciki. Wiadoma sprawa.
Nie wszystkie tematy są mile widziane przez władze – kontynuował mag – Lyralcie, może trzeba by było wyjaśnić pewne sprawy bardziej otwarcie?
Cóż, kiedy spotkaliśmy się za pierwszym razem i próbowałem pomóc Markusowi, przedstawiłem się jako kapłan Delidii. Nie byłem z tobą całkiem szczery, jako iż był wtedy z nami tutejszy czarodziej Harmus i nie byłem pewny czy jest on godny zaufania. Nie mogłem wyjawić jaka jest prawdziwa natura moich mocy, a ona wynika nie ze wsparcia Delidii, tylko prawdziwego boga. Kiedyś na tych ziemiach wyznawano prawdziwych bogów, również wyznawały ich krasnoludy.
Wiemy, że Markus miał podobne podejście i razem wspieramy siły, które są przeciwne Kościołowi Delidii.
Nic mi na ten temat nie wiadomo – odparł krasnolud – Co to za herezje? Czego tak naprawdę chcecie?
Chcemy się dowiedzieć jak pomóc Markusowi – odparł Igo – Nie musimy rozmawiać o religii.
Gdybym wiedział jak, to dawno bym mu pomógł – ze smutkiem odparł krasnolud.
A czy w takim razie mógłbyś nam powiedzieć, gdzie udał się wraz członkami twojego rodu? - dopytywał kapłan.
Szukał nowych złóż – powiedział Herman i nie trzeba tu było mocy kapłańskich, aby wiedzieć, że łże jak pies.
Bądźmy poważni – przerwał mu Dalinar.
Hermanie – powiedział Igo – wiemy już czym się interesował. Dopytywał tu o Numenorę i Glif Horusa.
Naprawdę nie wiem o czym mówicie – przerwał wypowiedź Igo krasnolud.
Naprawdę nie zależy ci, abyśmy mu pomogli – ze zdziwieniem zapytał mag – Czego od nas oczekujesz, by nam zaufać i podzielić się informacjami bez konsekwencji?
Dlaczego niby mam wierzyć, że jesteśmy sojusznikami?
Wiemy, że ty naszym nie jesteś, bo kłamiesz jak z nut – powiedziałem.
Posądzasz mnie o kłamstwo?
Dokładnie to robię – odparłem.
W takim razie zaraz spotkamy się na ubitej ziemi – stanowczo powiedział krasnolud – Daj mi chwilę, tylko przywdzieję zbroję i wezmę oręż jakiś.
To mi przynieś kufel, żebym miał czym walczyć – odparłem.
Na Vergena uspokój się krasnoludzie – powiedział Kejn.
Nazwać kłamcą krasnoluda to największe oszczerstwo!
Gniewomir się przejęzyczył – powiedział szybko Igo – To zwyczajne nieporozumienie.
Naszym celem naprawdę jest wyciągnięcie Markusa z tego stanu – próbował przekonać krasnoluda mag.
Nie wiem kim jesteście i co tu robicie – powiedział Herman podniesionym tonem – ale na pewno nie wierzę w to, że wychowywaliście się z Markusem! Powiedzcie o co wam naprawdę chodzi.
Może to cię przekona – spróbowałem – Pochodzi z Gordionu Północnego. Ma tam rodzinę – wymieniłem kilka imion, których byłem świadom z dawnych opowieści Markusa – Przypadkowi ludzie raczej by tego nie wiedzieli? Nie sądzisz Hermanie?
Po prostu nie wierzę wam! Nie wierzę, że Markus byłby wstanie przyjaźnić się z kapłanem Delidii!
Nie jesteśmy poddanymi Delidii – spokojnie powiedział Igo.
Tak, tak, a ja jestem poddanym Richitera – odparł krasnolud.
Drogi krasnoludzie – zacząłem najspokojniej jak w tej chwili umiałem – Czy jest ci na tyle bliskie zdrowie twojego wujo-kuzyna, abyś porozmawiał z Rovanem? On może potwierdzić nasze słowa.
Z orkiem mam rozmawiać? - zapytał oburzony krasnolud – Rozumiem, że przyjaźnicie się jeszcze z Lorsonami?
Nie chodzi o naszą z nimi przyjaźń – wytłumaczyłem – Lecz kiedy w trakcie walki na turnieju złamałem nogę jego synowi Hovanowi, ten oto tu stojący Lyrralt, użył mocy starych bogów, aby go uleczyć.
Użył mocy Delidii, wszak jest jej kapłanem – skwitował krasnolud.
Lyrralcie, czy możesz okazać symbol twojego boga? - zapytał Igo.
Nie jestem przekonany, czy Herman rozpoznaje symbole starych bogów – odparł Dalinar.
Skoro wspomniał imię Richitera, to być może zna – stwierdziłem.
Po prostu kiedyś słyszałem to imię – powiedział Herman.
Dalinar sięgnął do pasa i z małego, doczepionego do niego pudełka, wyciągnął symbol Vergena i pokazał go krasnoludowi.
Czy jesteś wstanie rozpoznać ten symbol?
A cóż to za wisiorek mi pokazujesz – zapytał troszkę zmieszany krasnolud – Nie jest to jakiś stuprocentowy dowód, lecz znam imię Vergena. Czego wy tak naprawdę chcecie?
Czego ty nie rozumiesz w tym co mówimy?! – krzyknął elf.
Na spokojnie panowie, na spokojnie – hamował nasze nerwy Dalinar – Ja rozumiem twą ostrożność i ona jest jak najbardziej na miejscu. Świadczy tylko o tym, że jesteś osobą godną zaufania. Jak wspomniał Gurney, naprawdę znamy Markusa z Białej Osady.
I wiemy, że grzebał w rzeczach, których nie lubi Delidia – wtrąciłem.
I mimo młodego wieku wprowadził nas w kilka tajemnic związanych z zakonem – kontynuował kapłan.
Jakiego zakonu? - dopytywał krasnolud.
Zakonu Atolla – odparł Igo.
Jesteśmy przekonani, że to czego tu szukał Markus, ma związek z działaniami zakonu – kontynuował Dalinar.
Rzeczywiście słyszałem o tym. Może faktycznie w waszych słowach jest co nieco prawdy – coraz mniej pewny swego stanowiska mówił Herman – Dobra, dobra. Wierzę wam. Tylko dlaczego od początku straszyliście mnie Delidią?
Lyrralt nie chciał odkrywać kart przy Harmusie – wyjaśniłem.
To porządny człowiek, pomaga nam – stwierdził krasnolud.
Może i tak, ale my go nie znamy – powiedziałem.
Jak na czarownika jest porządny, choć nie tani – skwitował Herman.
Z tego co wiemy, brakuje mu funduszy – powiedział Dalinar – A informacja o kapłanie Vergena mogłaby go skusić, aby donieść na nas, dlatego też nie mogłem sobie pozwolić na szczerość przy nim.
Jest trochę prawdy z tym Zakonem Atolla, ale z tego co wiem, to cała ta sprawa jest własną inicjatywą Markusa – wyjaśnił krasnolud.
Teraz to nie ma znaczenia – wyjaśnił kapłan – Ważne jest po prostu, aby znaleźć przyczynę jego choroby. Rozmawialiśmy z bajarzem Haroldem i wiemy, że Markus interesował się Numenorą i Glifem Horusa, lecz nadal nie wiemy, gdzie się wybrał i co go spotkało.
Ja bym nie ufał temu dziadowi. To jakiś potomek Wiktów – powiedział Herman.
Z tego co wiem – odparł Dalinar – Markus też z nim rozmawiał.
Powiem tak – zaczął krasnolud – To zagmatwana sprawa. Markus faktycznie dostał do pomocy moich ludzi. Jak mówicie, szukał mitycznego przedmiotu zwanego Glifem Horusa. Glifu, wykutego przez samego Dur-Duranaga.
Mrocznego Kowala Run – wtrąciłem.
Tak, dokładnie – potwierdził Herman – Ogólnie rzecz biorąc Markus udał się do Numenory, do Zalanej Kniei. Wrócił jakiś czas później i wtedy przydzieliłem mu trzech krasnoludów i razem ruszyli w kierunku twierdzy Ramm. Powiedział mi, że właśnie tam będzie szukał Glifu. Od wiedźmy wrócił poruszony, mówił coś o Trzynastym Słowie i że to wszystko jest prawdą. Wspominał coś o węzłach. Uzyskał informacje, których poszukiwał i to dzięki nim udał się do ruin twierdzy.
Słyszeliśmy legendę o Numenorze – powiedział Dalinar – Czy ty wiesz jak przekonać ją do tego, aby spełniła życzenie?
Tego nie wiem – odparł krasnolud – Markus mówił coś o Trzynastym Słowie i jakimś zaklęciu. Wiem, że poszedł do niej po rozmowie z Harmusem.
A czy Markus miał może jakieś notatki? - dopytywał Dalinar – Może mogłyby nam zdradzić jak brzmi to zaklęcie.
Nie miał notatek, ale sądzę że na trop naprowadziły go informacje uzyskane od Harmusa.
Rozumiem, że wiedźma udzieliła mu odpowiedzi – kontynuował kapłan – Jak się domyślam, Markus musiał powiedzieć ci więcej, abyś zdecydował się na to, by wysłać z nim twoich ludzi.
Tak. Wspominał o katakumbach i demonach, które ich strzegą. Lecz nie chciał zdradzać jak tam się dostać, natomiast był pewien, że jest w stanie tego dokonać w grupie kilku osób.
Czyli musimy udać się do ruin – stwierdził kapłan.
Nie do końca – sprzeciwił się Igo – Aby się tam dostać, Markus potrzebował wiedzy, którą zdobył od Numenory właśnie.
Sugerujesz Gurney’u, abyśmy szli krok po kroku, śladami Markusa? - zapytał Kejn.
Tak – odparł mag – Myślę, że Markus dowiedział się na bagnach czegoś ważnego, czego nie powinniśmy pominąć.
Czy Markus nie miał nic, co mogłoby nas nakierować na to, jak dostać się do ruin? - zapytał Dalinar.
Niestety, kiedy go znaleźliśmy nic ze sobą nie miał. Tak właściwie to tylko to co miał ubrane na sobie. Nawet nie wiemy jak dostał się do miejsca, w którym go znaleźliśmy.
Wiesz, rozmawiamy tu otwarcie i zależy nam, abyś jednak zdradził nam wszystkie szczegóły – powiedział Dalinar znowu dając nam znać, że krasnolud coś ukrywa.
Markus wspominał jedynie o tajemnym przejściu, lecz nie podał mi jego lokalizacji. Wiem tylko, że jest ukryte w górach i prowadzi do katakumb w ruinach Twierdzy Ramm.
Może miał jakąś mapę? - dopytywał Igo.
Jeśli coś takiego miał, to mi jej nie pokazał.
Może sobie przypomnisz, czy miał coś przy sobie. Jestem przekonany, że nie mógł stamtąd wrócić z niczym – ponownie Dalinar próbował wydobyć od Hermana zatajoną informację.
Nic nie miał – odpowiedział szybko krasnolud.
W takim razie – powiedział kapłan – Tak jak deklarowaliśmy, chcielibyśmy pomóc. Czy byłbyś skłonny wysłać z nami kilku krasnoludów?
Nie – odparł stanowczo krasnolud – Po pierwsze nie wiadomo gdzie, po drugie Markus wyruszył kiedy pogoda był lepsza. Pakowanie się teraz w góry to samobójstwo.
Przecież ruiny twierdzy to tylko dzień drogi stąd – zaprotestował Dalinar
No tak, tylko nie wiedząc gdzie jest wejście, możecie tam szukać i do wiosny – trudno było nie zgodzić się z argumentem Hermana.
Gurney’u, jako iż tylko ty znasz się na tego typu mocach, czy uważasz, że Numenora będzie mogła nam pomóc? - zapytał kapłan.
Mamy bardzo mało informacji – ze smutkiem powiedział Igo.
Nie wiem co macie zamiar zrobić – przerwał krasnolud – Lecz na tą chwilę muszę polegać na Harmusie i jego miksturach. Na ten moment nic innego mi nie pozostało. Nie wiem co znalazł Markus na bagniskach, był bardzo tajemniczy, lecz twierdził, że uzyskał tam odpowiedź na nurtujące go pytania. Mówił tylko, że moc Trzynastego Słowa działa. Nie wiem co miał na myśli, lecz może to jest trop. Powiem tylko tyle: podążanie w taką pogodę w góry, nie wiadomo gdzie, jest szaleństwem.
Mam nadzieję, że kiedy udamy się z narażeniem własnego życia, aby pomóc Markusowi, skłoni cię do powiedzenia, co Markus miał przy sobie, kiedy wrócił – powiedział kapłan, dając krasnoludowi do zrozumienia, iż wie, że nas okłamuje.
Dlaczego uważasz, że coś miał? – zapytał krasnolud.
On tak nie uważa – powiedziałem – On to wie.
Szanuję twoją ostrożność – skwitował kapłan – Udamy się na bagna i mam nadzieję, że tam dowiemy się czegoś przydatnego.
Jeśli to w ogóle możliwe – powiedział Herman.
Myślę, że tak – skwitował Dalinar – wiedz tylko, że robimy to wszystko, aby mu pomóc. Po powrocie zdamy ci relację.
Jeśli znajdziecie tajne przejście, być może znajdziemy rozwiązanie.
Cóż, pozostaje nam tylko, życzyć ci zdrowia, a i oczywiście Markusowi – kontynuował kapłan – Przez następne dni prawdopodobnie nie odwiedzimy go, gdyż wydaje się, że musimy wyruszyć do Zalanej Kniei jak najszybciej.
Po tych słowach krasnolud wszedł do domu, a my staliśmy przez chwilę w milczeniu. W końcu odezwał się Dalinar:
Dajmy teraz czas Gurney’owi, aby porozmawiał z magiem Harmusem.
Ja będę musiał też poinformować Tesijczyka o przerwie w moim szkoleniu – powiedział Kejn.
Każdy ma tu swoje sprawy – kontynuował Dalinar – jeśli Gruney się czegoś dowie, pozamykamy swoje rzeczy i niezwłocznie trzeba wyruszyć. Myślę, że stan Markusa nie zagraża jego życiu, więc przygotujmy się należycie.
Pytanie czy Markus już nie przyniósł tego Glifu – powiedziałem.
Wątpię – powiedział Dalinar – Choć nie wykluczam nic.
Bo co mógł przynieść tak ważnego, aby ukrywał to przed nami Herman? - zapytałem.
Co za wstrętne, grubiańskie, małe karły – skwitował elf.
Wydaje mi się, że Markus dowiedział się czegoś na bagnach w Zalanej Kniei, co doprowadziło go do tajnego przejścia w Twierdzy Ramm – powiedział Igo.
I chyba o to trzeba zapytać Numenorę – zgodził się kapłan – Ważne jest to, że skoro Markus, który nie ma nic wspólnego z magią, był wstanie pozyskać te informacje, to to nie mogą być czary. Więc i nam powinno się udać. Wszystko w twoich rękach Igo zatem.
Udaliśmy się do naszej gospody, Czerwonego Goblina, zjedliśmy kolację i ustaliliśmy, że dalsze kroki uzależnimy od tego czego uda się dowiedzieć Igo. Zaraz z rana, po medytacji, udałem się na kolejną lekcję do trapera. Wychodząc z gospody zaopatrzyłem się w wódeczkę. Eldorn czekał już na mnie.
- Cóż. Wczoraj była teoria, a dziś pokażę ci to w praktyce. Ważne jest, aby rozpalać ognisko na suchym podłożu. W trakcie deszczu lub tak jak teraz, kiedy śniegu jest po kolana, to może być trudne. Ale i na to są sposoby.
Chodziliśmy chwilę od drzewa do drzewa, aż traper znalazł to czego szukał.
- Patrz tutaj, to drzewo obumiera – wskazał na suchy pień – Jak widzisz jego kora odchodzi grubymi płatami.
Traper zaczął odrywać spore połacie suchej kory.
- No, to pierwszy krok mamy za sobą. Teraz należy oczyścić ziemię ze śniegu. Jeśli masz małą łopatę, to odgarniasz aż do trawy. Jeśli nie, to możesz wykorzystać właśnie jeden taki płat kory, a w ostateczności możesz użyć rąk. Lecz to cię może wyziębić, więc tego unikaj.
Po chwili staliśmy nad połacią mokrej ziemi, na której ułożył kawałki kory, tworząc suche podłoże.
- Teraz można zająć się szukaniem opału. Najważniejsze jest to, aby nie zacząć rozpalać zbyt pośpiesznie bez przygotowania sobie zapasu drewna. Możesz być w sytuacji, kiedy będziesz miał tylko jedną szanse na rozpalenie ognia. Lepiej odmrozić sobie nawet kilka palców, przygotowując się odpowiednio, niż zamarznąć z powodu pośpiechu i niedbalstwa.
Chodziliśmy blisko miejsca, gdzie na ziemi ułożona była kora i co jakiś czas traper kładł na niej potrzebne rzeczy. Sporo brzozowej kory oraz kawałków drewna oblepionych żywicą.
- Rozpałkę już mamy – powiedział, po czym pociągnął solidny łyk gorzałki – Teraz czas na coś, co położymy na tym. Jeśli tylko jest taka możliwość, szukamy drzew liściastych. Zazwyczaj nisko wiszące gałęzie są cienkie, obumarłe i suche. Musimy mieć ich naprawdę dużo, aby płomień, który wytworzą, miał szansę zająć grubsze patyki. Na próżno liczyć, że w takich warunkach znajdziemy coś naprawdę suchego.
Pokazał mi ile trzeba gałęzi, jakiej grubości, aby wytworzyć solidny żar, który nie wychłodzi się, gdy kora, na której rozpalamy ogień, się przepali i równocześnie pozwoli na to, aby zajęły się grubsze gałęzie.
- Mamy teraz na tyle materiału, że bez obaw będziemy mogli odejść na kilka minut od ogniska i pozyskiwać dalszy opał. Z czasem coraz grubszy i grubszy bez ryzyka, że ognisko zgaśnie. Daje ci to też możliwość, aby w przerwie na zbieranie drwa się ogrzać, a nawet podgrzać nad nim wodę lub jedzenie.
Po chwili przystąpił do rozpalania ognia. Końcem noża postrzępił korę i ułożył ją na przygotowanym miejscu. Obok posegregował patyki, od najcieńszych do troszkę grubszych.
Nigdy nie łam patyków, tak by były mniejsze niż dwie długości dłoni. Tylko pozornie da ci to więcej drewna na początek. Uwierz mi, lepiej nazbierać dwa razy więcej długich. I tak aby nie zagłuszyć ognia, można dorzucić daną ilość. I lepiej potem, gdy się przepalą, dorzucać dwie części, które pozostaną.
A jaka jest różnica czy długie czy krótkie? – zapytałem dzieląc się z nim kolejną porcją gorzałki.
A taka – odparł z uśmiechem traper – że te przepalone części cały czas już się suszą i o wiele lepiej wytworzą potrzebny do utrzymania ognia żar.
Mimo iż było to logiczne i proste, jakoś wcześniej na to nie wpadłem. Dałem znać kiwnięciem głowy, że zrozumiałem. Eldorn kontynuował rozpalanie. Pokazał w jakiej ilości i w jakim tempie dokładać gałęzie. W jego wykonaniu wydawało się to proste.
W drodze powrotnej wypytywałem o Świetlistą Przełęcz. Alkohol rozwiązał język trapera i dowiedziałem się co nieco o tej okolicy oraz jak się tam dostać. W Moss Eil podziękowałem za kolejny dzień nauki i udałem się do karczmy, niecierpliwie oczekując na powrót braci. W końcu, gdy byliśmy w komplecie, Igo powiedział:
U Harmusa poszło lepiej niż się spodziewałem. Markus pozyskał od maga wiedzę o czarze, który może uwięzić duszę. Nazywa się Trzynaste Słowo. Z tych opowieści, które usłyszeliśmy o uwięzieniu Numenory, jest wielce prawdopodobne, że nie są to tylko opowiastki bajarza. Czar ten działa tak, że tworzy się trzynaście pieczęci, które więżą daną osobę lub jej duszę. Łamiąc je, można wyzwolić ich magiczną moc. Z tego co zrozumiałem, złamanie każdej pieczęci z osobna uwalnia moc, pozwalającą na pozyskanie informacji, a zerwanie ostatniej uwalnia spętaną istotę. Markus prawdopodobnie złamał jedną z tych pieczęci, co dało mu dostęp do informacji, których potrzebował.
Zatem zakładamy, że pozostało dwanaście – powiedział Kejn.
Tego założyć nie możemy – powiedziałem – nie wiemy ile pytań zadał Markus. Co więcej, wielce prawdopodobne jest, że już wcześniej została jakaś złamana. Choćby do wskrzeszenia chłopaka z Wilczą Klątwą, o której wspominał stary Harold.
Aby złamać pieczęć – kontynuował Igo – trzeba dmuchnąć w pieczęć i wymówić słowa „Ja z własnej woli rozwiązuję ten węzeł”. Nie trzeba mieć żadnych umiejętności, aby tego dokonać. Wystarczą tylko te słowa.
O co będziemy chcieli się zapytać? - powiedziałem
Powiedz dokładnie to co powiedziałaś Markusowi – odparł Dalinar.
Według teorii, ponoć uwolniona moc pozwala spełnić życzenie – wyjaśniał dalej mag – lecz raczej wątpliwe jest, aby spełnić można było dowolne życzenie.
Czy my, będąc na miejscu, możemy ocenić ile pieczęci zostało złamanych? - zapytał Kejn.
Nie mam pojęcia – odparł Igo.
Wydaje mi się, że będzie można to ocenić – stwierdziłem – Przecież musisz wiedzieć w co dmuchnąć. A pytałeś może czy taką pieczęć można odnowić?
Nie, bo jestem przekonany, że nie potrafię tego zrobić – wyjaśnił mag – Ponoć za zaklęciem stoi Zakon Delmonda, lecz nic mi to nie mówi.
Zakon Delmonda – wyjaśnił Dalinar – To odłam kościoła Delidii, specjalizujący się w demonologii.
Od gospodarza dowiedzieliśmy się, że bagna Zalanej Kniei tworzy rozlewisko rzeki Jarny na wschód od Moss Eil, około sześciu godzin ostrego marszu. Odradził nam podróżowanie w tym kierunku z powodu legend o Numenorze, lecz gdybyśmy się chcieli tam udać, to raczej tylko pieszo, gdyż konie nie dadzą sobie rady na tym terenie. Po obiedzie udaliśmy się do pokoju.
Lyrralcie – zaczął Igo – Czy ty posiadasz jakieś moce mogące pomóc nam w walce z demonami? Mnie jakoś nigdy nie ciągnęło do zgłębiania tajników tego odłamu magii i szczerze mówiąc, nie znam się na tym.
Jak wiesz posiadam pewne moce związane ze sferą śmierci – odparł kapłan – lecz to ma niewiele wspólnego z demonami.
Myślę, że w razie zagrożenia, czary ofensywne, jak i zaklęta broń, mogą zapewnić na jako taką ochronę – stwierdził Igo – więc musimy się w takim razie opierać na tym czym dysponujemy.
Jego wypowiedź przerwało pukanie do drzwi. Dalinar wstał i otworzył drzwi. Ujrzeliśmy stojącego za nimi Barona.
Mogę wejść?
Prosimy panie Baronie – powiedział Kejn.
Być może nasze ostanie stosunki się pogorszyły – spokojnym tonem zaczął Baron – Przemyślałem tę sprawę. Co wy na to, aby jednak wrócić do naszej poprzedniej rozmowy? Chodzi mi o odzyskanie tego przedmiotu. Traperzy wrócili i nie mają co robić. Rozmawiałem z Eldornem. Powiedział, że poprowadziłby was na Świetlistą Przełęcz, jeśli trzeba.
Na jakich warunkach? – zapytał Igo.
Cóż, nie ukrywam, że po wydarzeniach z turnieju jestem stratny. Wspominałem za pierwszym razem o trzydziestu złotych ambardach. Teraz mogę zaproponować wam dwadzieścia i bylibyśmy kwita.
Moim zdaniem to nie jest zła propozycja – powiedział Dalinar – Sami też zarobiliśmy co nieco na tym turnieju.
A czy to jest sprawa już na teraz? - zapytałem – Bo pogoda teraz naprawdę jest kiepska do szlajania się po górach.
No lepszej nie będzie – odparł baron.
Na wiosnę będzie lepsza – odparłem.
Mam pewne wątpliwości – powiedział Igo – Z tego co mówiłeś, to mały przedmiot i jak coś takiego znaleźć w wiosce dzikusów?
Cóż – zaczął Baron – Wiktowie to dzikusy, lecz doceniają kunszt naszych rzemieślników. Prawdopodobnie wódz lub jakiś znamienity wojownik, będzie go nosił jawnie jako trofeum. Robią tak czasem nawet z elementami zbroi pokonanych. Może to nawet być wystawione przed jednym z ich domów.
Gurney’u tym będziemy martwić się później – oznajmił Dalinar – Najpierw trzeba tam dotrzeć i może faktycznie będzie tak jak mówi Baron. Myślę, że możemy udać się tam na początku przyszłego tygodnia. Mamy wcześniej pewne sprawy do załatwienia.
No tak, szkolenie u Lorsonów – powiedział Baron – To się załatwi. Nie musicie zwlekać aż tyle.
Nie chodzi tylko o szkolenie – odparł kapłan – Mamy tu też swoje prywatne sprawy.
Prywatne sprawy – zdziwił się Baron – Nie wiedziałem, że jesteście stąd.
Zresztą nie chciałbym przegapić egzekucji tych morderców – powiedziałem.
W sumie dobrze, że o tym przypomniałeś Gniewomirze – powiedział Dalinar – To może być jedna z niewielu atrakcji w tym miejscu.
Moglibyśmy wyruszyć dzień po egzekucji – powiedział elf.
Dokładnie – przyznał mu rację kapłan – Rozerwiemy się trochę i ruszymy.
No dobrze. Eldorn zaprowadzi was do Świetlistej Przełęczy, a dalej wszystko w waszych rekach. On dalej nie ruszy. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Zatem jesteśmy umówieni. Bywajcie.
Po tych słowach opuścił pokój.
Miało być trzydzieści na czterech, to będziecie mieć dwadzieścia na trzech – powiedziałem – Bo to moja wina, więc ja pieniędzy nie wezmę.
Spokojnie Gniewomirze – powiedział Dalinar – każdy popełnia błędy.
Ale ja ostatnio zbyt dużo. Nie ma o czym gadać, kasa jest dla was.
Jak robimy ze szkoleniem? - zapytał Kejn.
No jutro załatwiamy sobie wolne – powiedziałem – i ruszamy następnego dnia.
Coś mi tu nie gra – odezwał się nagle Igo – Mało prawdopodobne jest to, że to tak będzie wisiało i czekało na nas w tej wiosce.
Może zna ich zwyczaje na tyle dobrze – powiedziałem – że wierzy w taką ewentualność.
Cóż, pożyjemy, zobaczymy – powiedział kapłan.
Wieczorem udałem się do roboty i poinformowałem, że nie będzie mnie około trzech dni. Karczmarz przyjął to ze spokojem. Klienci oswoili się już z moją osobą i nie zaglądali już tak tłumnie, a i chętnych do bitki już prawie nie było.
Rano ponownie udałem, się do trapera. Poinformowałem go, że nie będzie mnie kolejnego dnia, na co odparł:
- Dziś pokażę ci rozpalanie bez krzesiwa oraz jak efektywnie suszyć opał. Poświęcimy na to więcej czasu niż wczoraj i zobaczymy twoje umiejętności w praktyce. Jeśli rozpalisz ognisko bez krzesiwa, to uznam, iż nauka dobiegła końca.
Ponownie zaopatrzeni w gorzałkę, wyruszyliśmy w las. Pod czujnym okiem trapera nazbierałem rozpałki i materiału na dwa ogniska. Przygotowałem dwa miejsca i przystąpiłem do pracy. Po kilkudziesięciu minutach pierwsze ognisko płonęło, a my uczciliśmy mój sukces solidnym łykiem gorzały.
- Teraz najtrudniejsze – powiedział Eldorn – Rozpalanie bez krzesiwa. Użyjemy do tego łuku ogniowego, jak go potocznie nazywamy. Z kawałka gałęzi przypominającego łuk krótki należy wykonać coś na jego wzór, lecz zamiast cięciwy zakładamy na niego cienki sznur konopny. Następnie musimy wykonać coś na kształt „świdra”, z jednej strony zaostrzony, a z drugiej bardziej obły. Następnie będziesz potrzebował dwóch „desek”, jedna z większym otworem jako podstawa, gdzie będzie powstawał żar, a druga z mniejszym otworem jako prowadzenie dla świdra.
Następnie traper przystąpił do wykonania niezbędnych elementów. Wykonanie tego było mniej skomplikowane, niż wynikało z opowieści. Po kilkunastu minutach zestaw był gotowy do pracy. Eldorn owinął „cięciwą” przygotowany świder, wsadził między przygotowane deski i ruchem przypominającym cięcie piłą, zaczął poruszać prowizorycznym łukiem. Po kilku minutach z zagłębienia u dołu deski, zaczął wydobywać się dym. Po kolejnych kilku dym był całkiem intensywny. Następnie przerwał „piłowanie” i delikatnie dmuchnął w dymiący w zagłębieniu żar, który delikatnie się rozświetlił. Następnie przesypał go na przygotowaną rozpałkę i po kilku delikatnych dmuchnięciach rozpałka stanęła w płomieniach.
- Teraz twoja kolej – powiedział.
Z łukiem ogniowym nie poszło mi tak łatwo jak z krzesiwem. Potrzebowałem trzech prób oraz ponad godziny, aby i moja rozpałka stanęła w ogniu. Ponownie wypiliśmy za mój sukces.
- Cóż, czas wracać. Przekazałem ci co mogłem, reszta przyjdzie z praktyką. Na pewno zejdzie ci trochę, aby dojść do poziomu, kiedy rozpalisz to za pierwszym razem. Ale widzę, że jesteś pojętnym uczniem i na pewno dasz sobie z tym radę.
Wróciliśmy do osady, a ja podziękowałem za naukę i jak co dzień wróciłem do karczmy. Tym razem to ja byłem ostatni. Zjedliśmy obiad i udaliśmy się do pokoju.
Coś mi tu nie gra – powiedział Dalinar – Chciałbym, abyśmy mieli z tyłu głowy, że Baron ma żal i może to być jakaś forma zasadzki.
Mi też to śmierdzi – zgodził się Igo.
Ano, jest taka możliwość – już miałem powiedzieć, że Baron dysponuje Lorsonami, kiedy nagle jak grom z jasnego nieba uderzyła mnie pewna myśl, aż na głos wydałem z siebie przeciągłe – Aaaaa! - Na co moi bracia wybuchnęli głośnym śmiechem, myśląc, iż dopiero wtedy do mnie doszło, że Baron nadal może mieć do nas pretensje.
Musiałem im wytłumaczyć, że źle to moje niefortunne „aaaa” zrozumieli.
Nie. To nie to, że nie rozumiem – wyjaśniłem – Chciałem powiedzieć, że ma na swoich usługach orków, kiedy dotarło do mnie, że ma coś o wiele lepszego. Mianowicie pięciu zabójców w celi. I może stąd zmiana jego postawy. Dlatego tym bardziej lepiej poczekać, aż zawisną.
No tak jesteśmy umówieni – powiedział Kejn.
Słuszna idea – powiedział Dalinar.
No tylko jeśli ma taki zamiar, to będzie musiał z tego jakoś wybrnąć – stwierdził Kejn.
Na pewno trzeba mieć to na uwadze – stwierdziłem.
Wieczorem poprosiliśmy Otto, aby przygotował nam prowiant na trzy dni i udaliśmy się na spoczynek. Nazajutrz wyruszyliśmy z samego rana na wschód, wzdłuż rzeki Jarny. Dalinar sprawił, iż moc Vergena chroniła nas przed zimnem, przez co przedzieranie się przez śniegi stało się przyjemniejsze. A tego było sporo, lecz na szczęście mróz był ostry i nie zapadaliśmy się przy każdym kroku. Po godzinie zaczął sypać drobny śnieg, a droga coraz częściej ostro podchodziła pod górę, lecz nie na tyle, aby mieć problem z pokonywaniem terenu. Po kolejnej godzinie okazało się, iż teren był tak stromy, że na rzeczce pojawiły się małe wodospady, a naszym oczom ukazał się las. Co jakiś cza było widać małe dopływy rzeki, w tamtej chwili zamarznięte. Coraz częściej natrafialiśmy na pokryte lodem rozlewiska. Co jakiś czas teren znów wznosił się ostro do góry. W pewnym momencie Kejn musiał iść przodem i spuścić linę, aby Dalinar i Igo mogli wejść w górę bezpiecznie. Śnieg prószył cały czas.
Było koło południa, kiedy poczuliśmy zapach dymu. Przystanęliśmy, próbując wypatrzyć jego źródło. Po chwili, kilkaset metrów przed nami, dostrzegliśmy błyskający blask ognia. Ostrożnie ruszyliśmy przed siebie. Kejn ściągnął łuk i niósł go w ręce. Las był cichy. W pewnym momencie wszyscy obróciliśmy się w lewo, a elf uniósł łuk gotowy do strzału. Nie wiadomo skąd zerwało się stado kruków i z głośnym łopotem skrzydeł wzbiło się w powietrze. Ruszyliśmy jeszcze wolniej do przodu. Po chwili elf pokazał na coś ręką. Popatrzyliśmy w tym kierunku – kilkadziesiąt metrów od nas, drzewo owijał kilkumetrowy biały wąż. Brnęliśmy do przodu, co jakiś czas zerkając na drzewo z wężem, jednak ku naszej uldze ten się nie ruszał. Drzewa zaczęły przerzedzać się coraz bardziej.
Wreszcie naszym oczom ukazała się nędzna chata, oblepiona prawdopodobnie gliną. W jej drzwiach widzieliśmy w głębi palenisko, a z nad dachu unosił się dym. Przed chatą siedziała jakaś postać.
- Gurney’u zobacz no kto tam siedzi – powiedziałem.
Mag stanął i wyszeptał magiczne słowo.
- Jakaś stara baba siedzi na belce przed domem – zrelacjonował Igo.
Ruszyliśmy przed siebie i po chwili także i my zobaczyliśmy ją wyraźnie. Kobieta wyglądała na więcej lat niż mógłby przeżyć jakikolwiek człowiek. Na jej głowie, we wszystkie strony sterczały w nieładzie rzadkie siwe włosy. Z palców wyrastały długie, pożółkłe paznokcie, bardziej przypominające już pazury. Twarz pokrytą miała ropiejącymi wypryskami. Istota ta żuła, śliniąc się gruby sznur. Na sznurze były trzy grube węzły.
Po drodze o czymś myślałem – szepnął Igo.
Mam nadzieję, że nie o tym, aby wziąć ją do naszego obwoźnego burdelu – zmusiłem się do żartu.
Czarodziej powiedział, że spełni życzenie. Zamiast prosić o informację, możemy poprosić o uleczenie Markusa.
Mam nadzieję, że nie spełniają się życzenia w jakiś pokrętny sposób – powiedziałem.
Podeszliśmy jeszcze bliżej. Dostrzegliśmy, że jeden koniec sznura przywiązany jest do jej nogi, a drugi koniec niknie w chacie. W pewnym momencie starucha przestała żuć sznur i odezwała się do nas przeciągłym głosem.
Oooo malutcy de Vries’owie odwiedzili starą Numenorę. Może wejdziecie na herbatkę? – wskazała ręką wnętrze chatki.
Cóż tam dobrego gotujesz? - zapytał Kejn.
Same pyszności – odparła Numenora – Cóż sprowadziło biednych de Vries’ów w te rejony?
Chcieliśmy uleczyć Markusa, który był tu niedawno u ciebie – powiedział Igo.
Oj, biedny, głupi krasnolud – odezwała się z udawaną troską wiedźma – Czyżby stała się mu krzywda? Ostrzegałam go, oj ostrzegałam.
Jesteś w stanie go uzdrowić? - ponowił pytanie mag – Stracił zdrowie psychiczne.
Mam nadzieję, że dojdzie do siebie – powiedziała przeciągając słowa Numenora.
Jesteś w stanie mu pomóc? - ponownie zapytał Igo.
To zależy tylko od ciebie czarowniku – odparła – Wiesz co mam na myśli. To jak, wstąpicie na herbatkę do starej biednej Numenory?
Igo podszedł do wiedźmy, chwycił sznur na wysokości jednego z węzłów, dmuchnął w niego i powiedział:
- Ja, z własnej woli, rozwiązuję ten węzeł.
Z węzła, w który dmuchnął mag, uniósł się jakby obłok pary. Zakręcił się następnie wokół kolejnego i wniknął w niego. Przez chwilę wszystko wokół węzłów się zamazało i na linie pozostały tylko dwa.
Aaaach – wyrwało się z ust Numenory – Wspaniały dzień… Mimo iż bardzo mroźny.
Chcę abyś uzdrowiła Markusa i przywróciła go do pełnego zdrowia umysłowego.
Oczywiście mój kochaniutki – powiedziała wiedźma radosnym głosem – Czego sobie tylko życzysz.
Numenora wstała, okręciła się raz wokół siebie, uniosła w górę ręce i dmuchnęła w górę. Z jej ust wydobył się obłok pary, zawirował przez chwilę i odleciał w kierunku, z którego przybyliśmy.
- Gdybyście czegoś potrzebowali, a kto wie co los przyniesie, zapraszam w moje skromne progi. Jestem zawsze do usług. Uważajcie na szlaku, aby noc was nie zastała.
Po tych słowach wróciła do gryzienia sznura.
Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Staraliśmy się iść tak szybko jak to było możliwe. Zależało nam, aby jeszcze przy dziennym świetle pokonać największe wzniesienia. Rozglądaliśmy się po drzewach w okolicy miejsca, gdzie wcześniej widzieliśmy białego węża. Już go tam nie było. Przed zmierzchem udało nam się pokonać najgorszą drogę. Powoli zaczynało się ściemniać, kiedy zza drzewa przed nami wyłoniła się postać. Po chwili pojawiły się jeszcze cztery osoby. Nie spodziewałem się, iż moje słowa wypowiedziane w karczmie, ziszczą się dosłownie po dniu. Przed nami stała cała kompania Ostatniej Łzy, którą uwięził jakiś czas temu Baron.
Kejn momentalnie podniósł łuk i wystrzelił w kierunku czarnowłosej kobiety. Ja, widząc, że mam chwilę czasu, skupiłem się na odblokowaniu Ki. Po chwili moc płynęła szerokim strumieniem przez całe me ciało. Cała piątka zabójców jednym rytmem ruszyła w naszym kierunku. Rzuciłem tylko okiem gdzie jest Igo, aby, jeśli sytuacja pozwoli, odciąć napastnikom drogę do niego. Czarnowłosa Noah szła pewnie w naszym kierunku, odziana w łuskową zbroję i dzierżąca długi miecz. Blondwłosa i niewinnie piękna Alijah z gotowymi do ataku sztyletami w obu dłoniach zachodziła nas od prawej flanki. Bracia Mortinson i Cesiah, odziani w kolcze zbroje i uzbrojeni w szable szli od lewej strony. Breol, ciężkozbrojny w folgowej zbroi z toporem i tarczą w ręku, szedł przed czarnowłosą prosto na nas.
Alijah dostała strzałą, zachwiała się nieznacznie i dalej parła do przodu. Od strony Igo poleciał stożek lodu, lecz nie miałem czasu oglądać efektów, gdyż starałem się przeciąć jednemu z braci drogę do maga. Udało się. Z boku atakował mnie drugi i musiałem walczyć z dwójką przeciwników. Kejn cisnął łuk na ziemię, wydobył miecz i starł się z Alijah i Noah. Igo inkantował zaklęcie. Nie widziałem poczynań kapłana. Próba odgrodzenia drogi do Igo powiodła się, lecz kosztowało mnie to tyle energii i czasu, że skupiłem się na unikaniu ciosów. Dodatkowo śnieg nie ułatwiał chwycenia rytmu. Usłyszałem donośny huk. To błyskawica Igo, która dosłownie otarła się o jednego z moich przeciwników. Byłem na tyle blisko, iż poczułem jak włosy na całym ciele stają mi dęba. Przeciwnik jęknął z bólu i stracił impet uderzenia. Udało mi się uniknąć ich ataków. Wyrównałem krok i skupiłem się na atakujących, wiedząc, że Igo nie jest zagrożony. Słyszałem, że czarodziej ponownie wykrzykuje zaklęcie. Obok Kejna Alijah zwaliła się na śnieg. Wybiłem się z dwóch nóg i równocześnie uderzyłem dwóch przeciwników i nie zatrzymując się, płynnie z obrotu zmiażdżyłem drugiemu krtań. Po tym ciosie bezwładnie osunął się na śnieg, a ja posłałem paskudny uśmiech drugiemu z nich. Nie powinienem pozwalać sobie na taką nonszalancję, za co szybko dostałem szablą przez bok. Dobrze, że Ki zneutralizowało nieco uderzenie. Poczułem piekący ból, a chwilę po tym usłyszałem huk zaklęcia – błyskawica śmignęła gdzieś z boku, ale nie wiem czy dotarła do celu.
- Poddajcie się idioci zanim zginiecie! - usłyszałem głos Kejna, ale jego propozycja nie zrobiła na nich chyba wrażenia. Nikt nie wykazywał chęci poddania.
Mając na karku jednego przeciwnika, przeszedłem do ofensywy, skupiając Ki w pięści. Przeciwnik dostał potężne uderzenie, po którym aż się zachwiał, a jego szabla minęła mnie daleko. Dalinar, ze swym oponentem, okładali się chyba z furią, bo od ich strony dobiegały głośne odgłosy metalu uderzającego o metal. Mój przeciwnik widocznie miał dosyć, chwiał się na nogach, lecz nie zamierzał rezygnować. Czułem jak moja pięść staje się aż ciężka od Ki. Przeciwnik był tak wolny, że dokładnie wiedziałem, gdzie go zaraz trafię z ogromną mocą. Niemal poczułem, jak po potężnym uderzeniu, pękają jego organy wewnętrzne. Mężczyzna poleciał daleko do tyłu i nim upadł na śnieg, zapewne był martwy. Rozejrzałem się po polu walki. Kejn mierzył się z Noah, a Dalinar z mężczyzną z toporem. Pozostała trójka leżała w śniegu. W tym momencie kryształy lodu wbiły się w mężczyznę i przeciwnik kapłana padł. Doskoczyłem do Noah i krzyknąłem:
Poddaj się, to cię nie zabijemy!
Po prostu utniemy ci tylko kończyny! - warknął Kejn w furii.
Słowa elfa chyba nie zachęciły jej do poddania. Atakowała z furią.
Dwoma szybkim ciosami powaliłem ją na ziemię. Gdy padała, kilka magicznych pocisków uderzyło w jej ciało.
Elf ledwo stał na nogach.
- Dalinarze! - krzyknąłem – Możesz mu pomóc?
Kapłan ruszył w kierunku Kejna, a ja sprawdzałem czy ktokolwiek z naszych przeciwników przeżył. Niestety życie opuściło wszystkich. Gdy skończyłem ich oglądać, dostrzegłem, że Dalinar kończy modły nad Kejnem.
Czy ktoś jeszcze jest ranny? - zapytał kapłan.
Ja trochę oberwałem, a do tego odczuwam jeszcze skutki poparzenia – odparłem.
Musimy tu przenocować – odparł Dalinar – Nie ma sensu tułać się po nocy.
Igo, jak ty się czujesz? - zapytałem.
Nie zostałem ranny.
To pomóż przeciągnąć Dalinarowi ciała w jedno miejsce. Damy je w miarę blisko ognia, aby nie przyciągnęły drapieżników. Ja nazbieram opału i rozpalę ogień. Ty Kejnie siedź na dupie, bo wyglądasz jak ścierwo.
Kiedy ja zbierałem opał, Dalinar z Igo ułożyli ciała koło siebie i rozbili namioty, potem pomogli mi w zbieraniu drewna. Potrzebowaliśmy go dużo. Kiedy ognisko już płonęło, resztę opału ułożyłem na przemiennie wokół ognia, tak jak nauczył mnie traper. Drewno było pod ręką do dokładania, a jednocześnie cały czas schło. W końcu zasiedliśmy przy ogniu.
Ktoś chciał się zakładać o to, że uciekną z więzienia? - zapytałem retorycznie.
Raczej nie uciekli – odparł Kejn – Tylko nasłał ich na nas Baron.
Mniejsza z tym – odparłem – Chodzi o to, że z niego wyszli.
Co teraz? - dopytywał Kejn – Wrócimy do wioski jak niby nigdy nic i wykonamy zadanie dla Barona?
Nie mam zamiaru nic dla niego wykonywać – cedził przez zaciśnięte zęby Dalinar – Co zrobimy z tym faktem zadecydujemy rano, kiedy upewnię się czy Baron faktycznie ich nasłał.
Dalinarze czy to jest bezpieczne miejsce na rozmawianie ze zmarłymi? - zapytałem – Bo powiem szczerze, że to miejsce jest dziwne.
Myślę, że tak - odparł kapłan.
Trzeba będzie rano sprawdzić dokładnie te tatuaże – powiedział Kejn – Zawsze oszczędzi to jednego pytania o to, czy któraś z nich to Czarna Dalia.
Myślę, że pytania zadam tej czarnej. Wydawała się mieć posłuch w grupie – powiedział kapłan.
Zgodziliśmy się z nim.
Kejn, idź spać. My będziemy wartować – powiedziałem.
Nie jest ze mną aż tak źle – odparł elf.
Damy radę w trzech, spokojnie.
Elf poszedł do namiotu i szybko zasnął. Igo i Dalinar pogrążyli się w medytacjach, aby odzyskać swoje moce, a ja dołożyłem do ognia i czujnie obserwowałem okolicę. Po około dwóch godzinach bracia skończyli. Ustaliliśmy, że pierwszy wartuje Igo, później Dalinar, a na końcu ja. Jeszcze chwilę grzaliśmy się blisko ognia i udaliśmy się na spoczynek. Kilka godzin do świtu obudził mnie Dalinar.
- Twoja kolej na wartę. Musisz uważać, bo z Igo widzieliśmy w lesie jakieś żółte ślepia i przygarbione postacie. Teraz ich nie ma, ale gromadziły się na granicy widoczności.
Wyszedłem z namiotu i dostrzegłem, że zapas drzewa mocno się skurczył. Widać bracia mocniej podsycali ogień, aby odstraszyć dziwne postacie.
- Zanim pójdziesz spać, trzeba dozbierać opału – stwierdziłem – Nie spodziewałem się, że będzie trzeba palić aż tak duże ognisko.
Na zmianę chodziliśmy przez kilkanaście minut po opał. Kiedy stwierdziłem, że starczy, kapłan udał się na spoczynek. Usiadłem przy ogniu i pozwoliłem, by Ki wyostrzyło moje zmysły. Żadne istoty się nie pojawiły. Nad ranem obudziłem Kejna, abym mógł odbyć swoje medytacje.