Nie wiesz, jak bardzo chciałbym napisać do Ciebie list. Nawet gdyby było to możliwe nie zaryzykowałbym w obawie, że wpadnie w niepowołane ręce. Dlatego podczas codziennych medytacji piszę go na kartach Ki-Shak. Nigdy nie zapomnę widoku Wężowej Wieży i uczucia ulgi i lekkości jaka spłynęła na mój umysł. Gdy wkroczyłem do Hali Inicjacji poczułem się jakbym odnalazł swój drugi dom. Posągi Bogini otaczające, kuszące po mroźnej wędrówce, gorące źródła, był, po czasie spędzonym w nędznym sierocińcu, niby strażniczki wejścia do bajkowego świata. Byłem, śmiertelnie strudzony, ale jakże szczęśliwy.
Gdy Anton zostawiał mnie pod Twoją opieką, rozstałem się z nim bez żalu, podświadomie wiedziałem, że zostawia mnie w możliwie najlepszych rękach. Mimo, że połączyła nas trudna wędrówka i długi czas spędzony razem, był nadal odległy i tajemniczy. Nie wspominał Roberta, ni Julii. Praktycznie od śmierci rodziców szukałem Antona, a i tak przez ten dystans, żegnałem się z nim bez większych emocji, licząc na to, że w końcu znalazłem spokojną przystań.
Kiedy tak podróżuję samotnie przez góry, na długo oczekiwane spotkanie z moimi braćmi, często rozmyślam nad tym, dlaczego nigdy nie rozmawiałem z Tobą o dzieciństwie. Pewnego dnia przy porannej medytacji, wszystko stało się jasne. Świątynia stała się ostoją, ucieczką od dramatycznych przeżyć mojego życia. Jako dziecko trzymałem się tego spokoju, niczym rozbitek trzymający dryfujący kawałek drewna. A z czasem jakoś pomijaliśmy te tematy. Pamiętam koszmary, które nawiedzały mnie przed znalezieniem amuletu, jak w myślach nazywałem sobie wisiorek przedstawiający Wężową Wieżę – pożoga i postacie w ogniu.
Codziennie o poranku wyciszałem się i na prądach Ki-Shak płynąłem w stronę przeszłości, zagłębiając się w odmętach swej pamięci. Z jednej strony chciałem w końcu otrząsnąć się z traum dzieciństwa, z drugiej zaś doskonalić więź z Boginią. Po kilku dniach udało się, odsłoniłem zasłonę przerażenia małego dziecka i zobaczyłem te wydarzenia jakby działy się wczoraj.
S
Ojciec budzi mnie, gwałtownie kaszląc. Nim z mych oczu spada zasłona snu, wypełniają się gryzącym dymem. Sam zaczynam kaszleć i głośno płakać. Jestem sparaliżowany. Tatko bierze mnie na ręce, obraca głowę i krzyczy Dobrawa! Dobrawa! Bierz kwiatuszka, chałupa płonie. Przez łzy i dym wiedzę jednak, że matula się nie rusza, a języki ognia liżą już bok kołyski. Tak, miałem siostrę, kwiatuszka, jak pieszczotliwie wszyscy na nią mówiliśmy. Ojciec wybiega przed dom, kładzie mnie na śniegu i z nieludzkim wrzaskiem „Doooobrawa!” wbiega do płonącej chaty. Dach zawala się, wznosząc w powietrze miliony iskier, a ja tracę przytomność.
Obudziłem się w czystej pościeli w domu jak z bajki. Wszystko jest czyste, a przez duże okna wpada stojące już wysoko słońce. Na obitym jakimś materiałem fotelu, siedzi ubrana w najpiękniejszą, jaką w życiu widziałem, suknię, kobieta – Julia i z troską w oczach spogląda na mnie. Nie pamiętałem nic z poprzedniej nocy. Z czasem dowiedziałem się, że moja rodzina zginęła w pożarze, ale tylko koszmary, pojawiające się od czasu do czasu, przypominały mi to wydarzenie. Dziś, po latach, dzięki jedności z Ki-Shak, odtworzyłem tamtą noc sekunda po sekundzie.
Pewnie zainteresowało by Cię, czy ta wiedza napełniła mnie smutkiem. Sam jestem zdziwiony, ale nie. Może dlatego, że minęły lata i cały ten czas mamą i tatą nazywałem Roberta i Julię? A może dlatego, że nic już z tym nie da się zrobić.
Do dzisiejszego dnia zastanawiałem się nad sensem słów, które wypowiedziałeś, kiedy doskonaliłem pozycję lotosu nad gorącym źródłem:
„Jeśli dojdziesz do ładu z własnym wnętrzem, to co zewnętrzne samo się ułoży.”
Myślę, że przypomnienie sobie tych wydarzeń, to duży krok w tym kierunku.
Wiem, że Tobie mogę tak powiedzieć. Inni uznali by mnie za bezdusznego, ale paradoksalnie, śmierć moich bliskich, musiała się wydarzyć, abym dotarł do Ciebie. Niezbadane są ścieżki Ki-Shak. Czy raduje mnie ich śmierć, bo dzięki niej poznałem Twe nauki? Nie, zdecydowanie nie. Ale dzięki niej, mam motywację, by się rozwijać i aby nie poszła na marne.
Ale znów odpłynąłem w meandry rozmyślań o naturze życia, a w końcu miałem Ci opowiedzieć o dzieciństwie. Zaadoptowali mnie Julia i Robert de Vries. Nie byłem pierwszą sierotą w tym domu. Kiedy tylko doszedłem do siebie, zaraz obskoczyło mnie trzech chłopaków, w tym jeden, myślałem, że śniłem, elf. Ale o nich Ci już mówiłem. Natomiast pominąłem ile im zawdzięczam i skąd bierze się moja miłość i zaufanie do nich. Dalinar, Kejn i Igo, mimo iż wszyscy starsi, silniejsi, mądrzejsi i zainteresowani czymś innym, niż bawienie się drewnianymi konikami, zawsze byli mi ostoją. Nie ważne czy przewróciłem się i obdarłem kolano, czy próbowało mnie uderzyć dziecko, które przybyło wraz z gośćmi taty. Zawsze w magiczny sposób, któryś z nich wyrastał jak spod ziemi i był mi tarczą. Może to jakiś pakt, wiążący sieroty w tym domu, a może zwyczajnie znów Ki-Shak postawiło na mojej drodze tak wspaniałe i mimo młodego wieku lojalne wobec siebie dzieci. Tak czy owak mam nadzieję, że teraz rozumiesz, czemu było mi tak spieszno do spotkania z nimi po latach.
Robert i Julia nadali nam swe rodowe nazwisko, choć wtedy tego nie rozumiałem. Teraz wiem, że było to ogromne wyróżnienie i gdyby nie późniejsze wydarzenia, zapewnienie żywota, o którym pomarzyć mógł tylko zwykły chłop. To kolejna rzecz ukazująca jak niezwykłymi ludźmi byli. Już w wieku kilku lat, nauczyłem się czytać, poznałem podstawy etykiety oraz jazdy konnej. I nie sposób tu nie wspomnieć o Jaromirze. Inni postrzegali go jako służącego Roberta, lecz dla mnie zawsze był bardziej jego lojalnym kompanem niż sługą. To pod jego czujnym okiem, Kejn i Dalinar odbywali swoje lekcje fechtunku, a ja uczyłem się pływać i jeździć konno. Broń jakoś nigdy mnie nie interesowała, tak samo zresztą jak Igo, który był typem mola książkowego i który pochłaniał różne księgi zgromadzone przez Roberta. Jaromir – kolejna ofiara śmierci, która naprowadziła mnie na drogę Ki-Shak.
A skoro znów wspominam o Ki-Shak, trudno nie wspomnieć o pewnym dniu. Mimo iż byłem grzecznym dzieckiem, respektującym nakazy rodziców, zwyczajnie z nudy złamałem zakaz ojca i zakradłem się do jego pracowni. Pewnego dnia, kiedy Dalinar z Kejnem okładali się ćwiczebną bronią, a Igo studiował kolejną księgę, myszkowałem po naszej rezydencji i raz za razem kusiło mnie do tego, by zbadać to co zakazane. I znów nachodzi mnie pytanie, czy tak chciała Bogini, czy zwyczajnie spowodowała to nuda? Niezależnie od przyczyny, znalazłem się w pracowni Roberta, gdzie moim oczom ukazały się regały pełne ksiąg oraz półki zawalone różnego rodzaju przedmiotami, niewiadomego mi zastosowania. A mimo to, wśród stosu różnych rzeczy, mój wzrok przyciągnął mały, niepozorny, pokryty patyną wisiorek. Wisiorek, który potem uratował nam życie. Odruchowo nałożyłem go sobie na szyję i poczułem dziwny spokój i jakby rozlewające się po ciele ciepło. Wtedy do pokoju wszedł ojciec. Myślałem, że będzie zły, lecz on tylko popatrzył na wieżę, wiszącą na mej szyi, uniósł brwi i wyprowadził mnie z gabinetu, prosząc bym już tam nie wchodził. Wspominałem Ci już w klasztorze, że matka zapytała mnie, czy jego chłód mnie nie boli. Nie wiedziałem o co jej chodzi i zdziwiony, odpowiedziałem „Ale mamo, on nie jest wcale a wcale zimny. Jest przyjemny w dotyku”. Mama wyglądała na zaskoczoną. Kiedy wychodziłem z pokoju, usłyszałem jak mówi do Roberta: „-Twój brat musi go zobaczyć”. Na co Robert odpowiedział „-Wiesz przecież, że on odszedł…” Więcej nie usłyszałem, gnając nad jezioro. Wtedy też nie wiedziałem, że mówili o Antonie.
Od momentu, kiedy znalazłem medalik, koszmary związane z ogniem zniknęły, a coraz częściej śniłem o wieży. Lecz po ciągłych sennych pożarach, przyjąłem to jak błogosławieństwo.
Niestety sielanka nie trwała długo i pożar znów odebrał mi rodziców i dom. Tyle wspomnień, tyle strat, tyle smutku i znów muszę podziękować za Twoje słowa, bo z czasem coraz bardziej zaczynam je rozumieć:
„Teraz nie pora myśleć o tym co straciłeś, lepiej pomyśl co możesz zrobić z tym co masz.”
Ale cóż drogi Xin-Xanie, dosyć rozmyślań, bo długa droga do przebycia i czas mi ruszać. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień.
Podróżuję samotnie kolejny dzień i znów wypadało by Ci podziękować. Tym razem za to, że namówiłeś mnie do lekcji posługiwania się liną i kotwiczką w trudnym górskim terenie. Nawet kiedy byłem dzieckiem, podróż z Antonem, który mógł mnie asekurować, była bezpieczniejsza i łatwiejsza niż samotna droga dorosłego i sprawnego mężczyzny.
Kolejny poranek i kolejny dzień bliżej do spotkania z braćmi. Napiszę Ci dziś o dalszych wydarzeniach cementujących naszą braterską przyjaźń. Jak wspominałem w ostatnim liście, nasz świat ponownie legł w gruzach.
...
I
Z deszczu pod rynnę, czyli Bezimienny Klasztor Sierot
Występują: Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)
Czas i miejsce: Lata 210-211 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Południowy kraniec miasta Mar-Margot, Bezimienny Klasztor Sierot. Jaromir wyprowadził nas z płonącej rezydencji w noc, która nie była ciemna, lecz upiornie pomarańczowa od łuny bijącej z pogrążonego w płomieniach budynku. Długo staliśmy w milczeniu, nikt nie miał odwagi zadać pytania o rodziców. Lecz w końcu płaczliwymi głosami zaczęliśmy zadawać je raz po raz. Niestety Robert i Julia nie uratowali się z pożaru. Wszyscy z nas pogrążyliśmy się w rozpaczy tym większej, iż straciliśmy rodziców po raz drugi.
Następnie Jaromir zapakował nas na wóz i w przygnębiającej atmosferze zawiózł nas do Mar-Margot, gdzie mieszkała Margaret, siostra naszej mamy, a nasza przybrana ciotka. I tak jak o Julii od dawna myślałem jak o prawdziwej mamie, tak Margaret była dla mnie obcą osobą. Z perspektywy czasu dostrzegam, że byliśmy dla niej tylko nieprzyjemnym obowiązkiem, problemem, z którym sobie trzeba poradzić. Jakie to dziwne, że my dzieci z różnych matek, a nawet tak jak Kejn, który jest innej rasy, potrafiliśmy tak o siebie dbać, a rodzona siostra Julii była jej przeciwieństwem. Jej troska o nas była tylko grą, a każde nasze pytanie o losy rezydencji, która mimo iż spalona, według prawa należała się nam, było zbywane. Nawet Jaromir przestał się nami interesować, o co miałem do niego duży żal. Gdyby nie to, że byłem wtedy dzieckiem, wstydziłbym się teraz takich myśli. Wszak okupił nasze życie swoją śmiercią.
Przepraszam drogi mentorze, że znów wybiegam myślami zbyt daleko do przodu. Ale tak się dzieje, gdy wspominam ludzi wielkich. A mimo że dla innych był służącym, dla mnie w sercu pozostanie wiernym druhem i bohaterem.
Gra ciotki nie trwała długo, a po pewnym czasie oznajmiła, że jej dom jest zbyt mały na dodatkowe cztery osoby i że umieści nas w pobliskim sierocińcu, prowadzonym przez kapłanów Bogini Delidii. Zapewniła nas, że w przeciwieństwie do innych sierot, opłaci nam pobyt i będziemy mogli się tam dalej rozwijać w godziwych warunkach.
Ale jak to mawiał mnich Shen Zu, gdy opił się zbyt dużą ilością klasztornego piwa:
„Fortuna kołem się toczy, dopóki się koło z oski nie wypierdoli.”
Nawet teraz pamiętam Twój zdegustowany wzrok, gdy słyszałeś te słowa i aż uśmiecham się pod nosem, bo zawsze mnie to bawiło. No i wracając do brata Shena, nasze koło wypierdoliło się całkiem niedługo i to kiedy na kole zaznaczona była porażka. Ach, gdybyś mnie teraz widział, zapewne brwi zbiegły by się do siebie i kręciłbyś z dezaprobatą swoją ogoloną głową. Ale znów wybiegam myślami do przodu. Czasem w mojej głowie, mimo medytacji i prób napisania Ci tego po kolei, jakoś pojawia się tam chaos. Tak tak pamiętam:
„Nie wielkim jest ten kto odnajduje się w ładzie, tylko ten, kto robi to w chaosie.”
Jednak mimo to, ja wolę chyba przynajmniej względny porządek. I znowu to robię. Ehh... wracajmy do tematu.
Margaret zaprowadziła nas do Bezimiennego Klasztoru Sierot, mieszczącego się na terenie niegdyś zapewne wspaniałej warowni, która swoje lata świetności miała już dawno za sobą. Mury okalające sierociniec w wielu miejscach miały ogromne wyrwy, część budynków miała zawalone dachy, niektóre nie posiadały którejś ze ścian. Wszędzie kręciły się dzieci, w wieku od kilku do kilkunastu lat, ubrane w kiepskiej jakości ubrania, niejednokrotnie w dziurawych butach. Uwierz mi drogi Xin-Xan’ie, że kiedy spojrzałem w ich smutne oczy, ogarnął mnie niewypowiedziany smutek i strach. Ku naszemu szczęściu, zostawiliśmy tę część sierocińca za sobą i udaliśmy się do tak zwanego górnego zamku, gdzie rezydowali kapłani oraz przeorysza klasztoru, niejaka Carmilla, przed oblicze, której zostaliśmy zaprowadzeni. Wtedy patrzyłem na nią oczami dziecka, lecz gdy pomyślę o niej teraz, to wiem, że jej uroda oraz wyzywający strój, sprowadziły by każdego mężczyznę na manowce. W związku z tym, że ciotka hojnie obdarowała klasztor, mogliśmy się cieszyć specjalnymi względami. Zostaliśmy zakwaterowani w górnym zamku, w pokoju, o którym dzieci, które mijaliśmy, mogą tylko śnić. Zgodnie z obietnicą nie dostawaliśmy ciężkich prac, a Igo i Kejn pomagali w zielarni, do której to pracy sami się zgłosili. Prócz standardowych obowiązków, musieliśmy brać udział w nabożeństwach ku chwale Delidii i zgłębiać wiarę. Cóż mam powiedzieć, obowiązki obowiązkami, modlitwy modlitwami, a ja w całym zamku nie umiałem znaleźć ani jednej zabawki. Co poskutkowało niezbyt miłymi wydarzeniami. Po pewnym nabożeństwie podszedłem beztrosko do kapłana zwanego Gordonem i zapytałem dlaczego muszę się tylko modlić i modlić, a nie mam nawet jednego zwyczajnego konika do zabawy. Gordon w sekundzie stał się czerwony i na odlew uderzył mnie lagą tak, że wylądowałem na posadzce. Dalinar momentalnie, w odruchu obrony brata, rzucił się na kapłana, lecz ten niedbale uderzył go na odlew i kiedy Dalinar upadł, dostał jeszcze kilka kopniaków. Gordon powiedział, że bezwzględnie mamy pracować ku chwale Delidii i w każdym momencie życia pamiętać o jej dobroci i o tym, co jej łaska robi dla tej umęczonej krainy. Postanowiliśmy nie sprzeciwiać się Gordonowi i odgrywać rolę pobożnych wiernych, mimo iż jego zachowanie nie przystawało do tego czego naucza Delidia. Minęło sporo czasu, a my nadal nie wiedzieliśmy co u Jaromira. Zadawaliśmy sobie pytania co z rezydencją, czy będą jakieś środki, aby ją odbudować, no i kiedy będziemy mogli tam wrócić? Wydarzenie z Gordonem skłoniło nas, do napisania, za zgodą Carmilli, listu do Ciotki, w którym opisujemy jak zostaliśmy potraktowani oraz dopytywaliśmy o losy naszego rodowego kasztelu. Mijały tygodnie, a odpowiedź nie nadchodziła. Nasze wszelkie pytania były zbywane i zalecano nam cierpliwość. I wtedy to już powoli w moich braciach zaczęła dojrzewać myśl o ucieczce, czego zrozumieć nie umiałem.
I widzisz, czego bym nie chciał opowiedzieć Ci z dalekiej przeszłości, muszę wspomnieć o Twych naukach z nieodległej przeszłości. Jako dziecko chyba nieświadomie nie chciałem narobić głupot i znowu uśmiecham się pod nosem, kiedy sobie przypomnę słowa:
„Tylko umysł dziecka jest czysty, bo nie został zbrukany otaczającym go światem.”
Może brak chęci buntu wynikał z nieświadomości, ale jakże się wpasował w kolejne Twe słowa drogi mentorze?
„Nie podejmuj żadnej decyzji w gniewie, bo duma i głupota na jednym rosną drzewie.”
Ale znowu chaos wkrada się do mego listu. Postaram się bardziej skupić, choć może być ciężko, bo od kilku minut świstak co chwilę wychyla się z norki i patrzy czy już sobie poszedłem. I na swój sposób mnie to bawi i troszkę rozprasza. Ale do rzeczy.
W niedługim czasie, po porannym nabożeństwie podeszła do nas Carmilla z poważną miną i oznajmiła, że przyszedł list. Niestety nie taki, którego oczekiwaliśmy. Czy wspominałem już o tym, że koło fortuny, delikatnie ujmując, aby Cię bardziej nie drażnić drogi Xin’ie „spadło” z ośki? No właśnie spadło i to z głośnym hukiem. Tak jak spadła na nas wiadomość, że ciotka Margaret zmarła i nie będzie już funduszy na nasze wygodne życie. Oznaczało to nic innego, jak zesłanie do dolnego zamku i ciężka praca na swoje utrzymanie.
I widać, że nie ma mój drogi mentorze definicji na wszystko. Tak jak naiwność i czystość umysłu dziecka może być plusem w jednej sytuacji, w drugiej może być pałką w jego głowę. No może nie dosłownie. Pomyślałem sobie w swej naiwności, że stracimy ciepło i wygodne łóżka, ale poznamy nowe dzieci do zabawy. W swej naiwności i prostolinijnym myśleniu dziecka, nie wziąłem pod uwagę jednego. Że przez cały czasm kiedy my robiliśmy drobne prace, dobrze jedliśmy i spaliśmy w wygodnych łózkach, pozostałe dzieci tyrały na miskę strawy i spały w zimnych budynkach, na twardych pryczach i zwyczajnie zdążyły nas znienawidzić.
Wtedy to drugi raz spotkaliśmy się na terenie sierocińca z agresja słowną, jak i bardziej bezpośrednią. Mimo to mieliśmy tą przewagę, że nas łączyła miłość, a ich nienawiść. Zawsze trzymaliśmy się razem i w ciemno nawet ja wdawałem się w bójki, jeśli któremuś z naszych braci miałaby dziać się krzywda.
Wszak „często nienawiść może przysporzyć sobie największych szkód.”
I tak z czasem przestali nas atakować, a nawet zaczęli darzyć nas szacunkiem. Gordon cały czas pamiętał nam tamten incydent i często wysyłał do ciężkich prac. Pewnego dnia zlecił nam oczyszczenie jednej ze studni, tłumacząc, że na terenie sierocińca są dwie czyszczone na zmianę. Zaopatrzeni w liny, łopaty i taczki do wywozu wydobytego mułu, zaczęliśmy swoją pracę. Na zmianę, we dwóch opuszczaliśmy się do studni, by ładować muł, a dwójka u góry wciągała wiadra z urobkiem. Pod koniec pierwszego dnia zauważyliśmy, że ściana studni w jednym miejscu jest nadwątlona, a w miejscu gdzie brakowało kilku kamieni, było widać jakiś tunel. Postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mianowicie zyskać przychylność Gordona i zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość.
Ale o tym, mój drogi mistrzu, napiszę Ci następnego dnia, słońce już wysoko, a i świstak coraz bardziej nerwowo wygląda ze swej norki. Nie będę go już dłużej niepokoił. Wprawdzie wyruszyłem z tygodniowym zapasem, ale nie ma co mitrężyć, bo nie wiem ile pogoda się utrzyma.
...
No i wykrakałem. Pogoda dziś zdecydowanie nie rozpieszcza. Zaskoczyła mnie śnieżyca, ale na moje szczęście znalazłem małą grotę, w której mogę się schować. Coś czuję, że dziś się stąd nie ruszę. A to oznacza, że ten list będzie chyba długi. Zanim wrócę do opowieści, muszę podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami. Czasem zastanawiam się jak to się dzieje, że zawsze miałeś odpowiedź na wszystko. Czasami nie rozumiałem mądrości, które mi przekazywałeś, ale mam już pewność, że z czasem je zrozumiem. Kiedy powiedziałem Ci o wątpliwościach dotyczących naszego celu, że trwa to już tak długo, uśmiechnąłeś się tylko i rzekłeś:
„Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga wiele czasu. Czas i tak upłynie.”
Niby jest to tak oczywiste i wiadome, lecz mało kto się nad tym pochyla i często rezygnuje zanim zacznie, nie zastanawiając się ile przez zmianę postrzegania mógłby w życiu osiągnąć. Pamiętam jak często otwierały mi się, na pewne sprawy, oczy po Twoich słowach. Były jednocześnie proste, a zarazem niewypowiedzianie głębokie i przemyślane. Już wiem, że będzie brakowało mi naszych rozmów. Minęło kilkanaście dni, a już mi brakuje mi Twojej mądrości.
Wychyliłem się z groty – niebo ma kolor popiołu, w oddali widzę już nadciągającą śnieżycę. Nie pomyliłem się – dziś się stąd nie ruszę. Czas podjąć przerwaną opowieść...
Następnego dnia zameldowaliśmy Gordonowi, że studnia jest dużo bardziej zamulona, niż z początku przypuszczaliśmy i w trosce o zapasy świeżej wody, chcielibyśmy dostać zgodę na prace po wieczornych obrzędach. Gordon z wielką aprobatą przyjął nasze zaangażowanie i wyraził zgodę na działania po zmroku. Dzięki temu dostaliśmy zezwolenie na pobranie dodatkowych latarni i potrzebnego sprzętu. Kapłan wydał też dyspozycję w kuchni, aby przydzielono nam dodatkowe racje żywności.
Śmieszna rzecz, ale wtedy całkowicie nieświadomie zastosowaliśmy się do jednej z Twych mądrości:
„Przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej.”
Już pierwszego wieczora zabraliśmy się do pracy. W godzinach, kiedy jeszcze kilku nadzorców kręciło się po placu, pracowaliśmy, aby było widać efekty naszej pracy, ale gdy tylko aktywność u góry malała, przystąpiliśmy do rozbijania osłabionej ściany. Po ciężkiej pracy, naszym oczom ukazał się wąski tunel prowadzący stromo w górę. Kejn zadeklarował się, że spróbuje się tam dostać i mimo jego elfiej gibkości, sprawiło mu to trochę problemów. Po chwili jednak krzyknął, że jest u góry i widzi ciągnący się już prosto tunel. Zadecydowaliśmy, aby nie szedł dalej, bo było już późno i nie wiedzieliśmy jakie zagrożenia mogą tam na niego czekać. Poszliśmy do kuchni, szepcąc po drodze z podniecenia, aby kolejnego dnia udać się tam razem, po uprzednim zabezpieczeniu pochylni liną. Poszedłem spać pełen wyobrażeń cóż ciekawego możemy tam spotkać. Mimo zmęczenia podniecenie utrudniało zaśnięcie. To było coś wielkiego, nieodkryta tajemnica, a może jakiś skarb. Rano przystąpiliśmy do pracy, niecierpliwie oczekując nocy. Niby dzień do dnia taki sam, a jednak ciągnął się jak tydzień. W końcu o zmroku Kejn wspiął się z liną na pochylnię i wytyczył nam bezpieczną drogę. Mimo, iż podniecony i podniesiony na duchu obecnością starszych braci, poruszałem się w mroku, rozświetlonym tylko nikłym płomieniem latarni, ze sporą dawką strachu. Ciekawość wygrała jednak ze strachem i poruszaliśmy się powoli do przodu.
Tunel ciągnął się przez kilka metrów i naszym oczom ukazały się wąskie, nadgryzione przez ząb czasu, schody. Byliśmy dziećmi, bez większych przeszkód poruszaliśmy się do góry, lecz, mimo małych rozmiarów, musieliśmy iść gęsiego. Po kilku stopniach na ścianie zauważyłem uchwyt na pochodnię, to właśnie do niego Kejn umocował linę, po której wdrapaliśmy się do tunelu ze studni. Schody ciągnęły się w górę zaskakująco długo, aż w końcu doszliśmy do wąskiego korytarza, gdzie poczuliśmy delikatny powiew świeższego powietrza. „Może ten tunel wyprowadzi nas na zewnątrz” - pomyślałem z nadzieją - „za mury tego przeklętego przytułku.” Ruszyliśmy do przodu – Kejn z latarnią szedł pierwszy, za nim kroczył Dalinar, potem ja, a pochód zamykał Igo z drugą latarnią. Kejn szedł powoli, bacznie obserwując widniejący przed nim tunel. W pewnej chwili mocny podmuch wiatru zgasił jego latarnię, a Igo odruchowo przysłonił swoją lampę dłonią i przez kilka nieprzyjemnych sekund staliśmy wystraszeni w głębokim półmroku. Okazało się, że w ścianie korytarza jest wąska szczelina, która nie powstała wskutek upływu czasu, a raczej została przemyślnie zbudowana. Przez szczelinę rozciągał się widok na mury zamku. Nikt z nas nie umiał dokładnie stwierdzić, który fragment murów widzimy, ale zgodziliśmy się, że prawdopodobnie tunel, w którym właśnie się znajdujemy, mieści się gdzieś w murach dolnego zamku. Tak, aby nie stracić drugiego źródła światła, Igo ostrożnie, z osłoniętym płomieniem, przeszedł za punkt obserwacyjny, jak nazwałem sobie szczelinę i odpalił latarnię Kejna. Odetchnąłem z ulgą, bo mimo obecności braci, to jednak mocne światło dwóch latarni napełniało mnie największą otuchą. Korytarz przez chwilę ciągnął się prosto, po czym naszym oczom ukazały się kolejne schody, prowadzące w górę. Dobrze, że Kejn szedł ostrożnie pierwszy, bo nagle, z łoskotem, dwa stopnie, nadszarpnięte zębem czasu, zawaliły się. Na całe szczęście nasz brat poradził sobie z tym problemem z iście elfią gracją. Wyciągnął krok i okrakiem stanął nad ziejącą dziurą. Od tego momentu poruszaliśmy się jeszcze wolniej. Taa.
„Spiesz się powoli” - jakże proste, a jakie mądre.
Ostrożnie dotarliśmy do końca schodów, na szczęście reszta konstrukcji była już stabilna. I tu zobaczyliśmy pierwsze rozwidlenie, droga prowadziła dalej prosto oraz w lewo. Staliśmy tak i zastanawialiśmy się, w którą stronę skręcić, kiedy to Kejn szepnął -„Cisza”. Momentalnie umilkliśmy, a Kejn przez chwilę nasłuchiwał.
Słyszę jakieś szmery z lewej strony.
To może chodźmy w lewo - odpowiedział Igo.
Lepiej nie mieć tego, co wywołuje te szmery, za plecami.
Delikatnie skróciliśmy knoty w latarniach i krok za krokiem, starając się nie wydobywać żadnego dźwięku, ruszyliśmy w lewą odnogę. Dosłownie po kilku chwilach usłyszeliśmy dziwne, w tamtym czasie dla mnie, dogłosy miłosnych uniesień. Z każdym krokiem jęki stawały się wyraźniejsze. Doszliśmy do miejsca, w którym korytarz gwałtownie skręcał, a dziwne odgłosy zdecydowanie dochodziły zza załomu. Kejn postawił latarnię na ziemi i ostrożnie wyjrzał za zakręt. Ręką dał znać, abyśmy zostali, a sam, po cichu niczym kot, udał się dalej. Po kilku chwilach nie wytrzymaliśmy i wychyliliśmy głowy za róg korytarza. Zobaczyliśmy Kejna, który wpatrywał się w jakąś dziurę w ścianie, z której sączyło się delikatne światło. Po chwili obrócił się do nas i dał znak ręką, abyśmy cicho podeszli. Każdy z nas po kolei podchodził do otworu i patrzył do środka. Kiedy przyszła moja kolej, zobaczyłem, przez niewielką dziurkę, sypialnię Carmilli, która tonęła w migoczącym blasku wielu świec. Na łóżku naga kapłanka siłowała się z jakimś ogromnym mężczyzną i oboje przy tym wydawali odgłosy, jakby byli bardzo zmęczeni. Kiedy oderwałem wzrok od dziurki w ścianie, zapytałem chłopaków co oni ćwiczą, ale zbyli mnie tylko gestem i nakazali milczenie.
I widzisz mistrzu, mimo iż oni dokładnie już wtedy wiedzieli jakie to są „ćwiczenia”, nie śmiali się ze mnie, nie używali sobie, a nawet ja z perspektywy czasu domyślam się jak musiało ich korcić. Wiedzieli przez co przeszliśmy i nawet wtedy nie chcieli przysparzać mi więcej przykrości i za to zwyczajnie też ich kocham. Jednak to prawda, że cały świat musi być w równowadze i los wszystkie nasze tragedie zrekompensował nam tak wspaniałymi braćmi. Ale wracam już do mojej opowieści.
Korytarz ciągnął się dalej, a kiedy znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości od wizjera w ścianie, a chłopaki nie skomentowali tego co widzieliśmy, zapytałem
Nie interesuje was kto to był?
Nie - odpowiedzieli zgodnym chórem, a Dalinar powiedział, że jemu wystarczy to co widział i że będzie to pamiętał przynajmniej przez miesiąc. Teraz, po czasie, wiem co zamgliło ich głowy i znowu wygrał umysł dziecka niezbrukany światem… Ale o tym za chwilkę.
Poruszaliśmy się nadal do przodu, kiedy to Kejn gwałtownie przystanął i zaczął się czujnie przyglądać ścianie.
- Daję sobie głowę uciąć, że poczułem powiew z tej ściany.
I począł dokładnie przyglądać się jej, rozświetlając sobie lampą powierzchnię muru. Po kilku chwilach wskazał nam jedną cegłę z całej masy pozostałych, którą wyróżniał tylko wyryty na niej mały krzyżyk. Przyłożył ucho do ściany i nasłuchiwał.
- Cisza.
Po chwili chwycił delikatnie wystającą cegłę, z wydrążonym na niej krzyżem i pociągnął do siebie, a ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, ściana zaczęła się delikatnie odsuwać. Ostrożnie zerknęliśmy do środka i naszym oczom ukazało się pomieszczenie, okryte mrokiem, rozproszonym tylko przez światło księżyca, wpadające przez wąskie okna. W komnacie stały 4 ławy, przed nimi duży ciężki stół, za którym stało skierowane w kierunku ław duże krzesło – wypadałoby chyba nawet powiedzieć tron. Ostrożnie weszliśmy do środka i jak się okazało wyszliśmy z kominka. Na stole stała rzeźba Delidii, ściany zdobiły gobeliny z jej symbolami. Prócz tego, w komnacie były jeszcze dwa solidne kufry i regał z książkami. Po pobieżnym przyjrzeniu się tytułom, stwierdziliśmy, że nie można pozostawić po sobie śladów i wycofaliśmy się przez uchylony kominek, zamykając go za sobą. Najciekawsze jest to, że nikt z nas nie popatrzał co kryją skrzynie. Ale mam na to swoje wytłumaczenie – mi po głowie ciągle chodziło kim był człowiek „ćwiczący” z kapłanką, a moim braciom zapewne umysł przyćmiły jej cycki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że czas wracać, bo nie wiedzieliśmy jak wiele czasu upłynęło, a nie chcieliśmy się zdradzić. W drodze powrotnej przeczucie kazało mi zerknąć jeszcze raz do pokoju kapłanki. Mimo iż bracia chcieli już jak najprędzej udać się do łóżek. I tu kolejny przykład jak sprawdzają się Twoje mądrości, bo często powtarzałeś:
***„Naucz się bardziej ufać innym, ponieważ świat nie jest taki zły, jak myślisz…
…Ale zawsze ufaj swojemu przeczuciu, zanim zaufasz komukolwiek, ponieważ twoje przeczucia rzadko są złe i znasz siebie najlepiej.”***
W drodze powrotnej wyprzedziłem zatem Kejna i ponownie przywarłem okiem do dziury nad pokojem Carmilii. Kochankowie, tak już dziś mogę ich nazwać, leżeli pod kocem i prowadzili rozmowę.
- Kracjosie będzie bardzo ciężko. W pół roku 60 dzieci? To jest niemożliwe. Nie będziemy tyle w stanie dostarczyć. Nie wiem, naprawdę nie wiem co mam zrobić. Poza tym, musicie zrobić coś z Grododzierżcą. Osobiście uważam, że pozwala sobie na zbyt wiele. Musicie z nim porozmawiać!
Chciałem słuchać dalej, lecz w pewnym momencie Carmilla obróciła się gwałtownie w moim kierunku, a jej oczy płonęły na niebiesko. Ja wtedy przysiągłbym, ze widzi mnie przez grube zamkowe mury. Odskoczyłem na wyciągnięcie ręki od ściany, zatykając dłonią otwór i czułem jak stróżki ciepłego moczu spływają mi po nogach. Stałem jak sparaliżowany – jeszcze w życiu się tak nie bałem. Nawet strach przed tym jak kazałeś mi zaufać Ki-shak i przeskoczyć czterometrową rozpadlinę, nie równał się z paniką, którą wtedy poczułem. A wiesz, że przed skokiem nogi trzęsły mi się jak trawa na wietrze.
Zatroskany Kejn podszedł do mnie i zapytał - „Młody co jest?”. Przez kilka sekund nie umiałem wydusić z siebie słowa - „Nie wiem” - odbąknąłem. A strach mieszał się ze wstydem, kiedy Kejn spojrzał na moje przemoczone spodnie. „Chcę stąd wyjść” - wyszeptałem. Kejn delikatnie wziął moją dłoń, którą cały czas zatykałem wizjer i sam przytknął oko. Błagalnie wyszeptałem - „Nie patrz, nie patrz.” Po chwili ruszyliśmy bez słów w kierunku studni, a ja przystanąłem na chwilę i wyciągnąłem z buta schowany medalik. Założyłem go na szyję i poczułem jak się odprężam.
Kiedy byliśmy na dnie studni, Kejn zapytał co się stało, a ja opowiedziałem wszystko jak najlepiej zapamiętałem i marzyłem już tylko o tym, by się wykąpać i ułożyć do snu. Wstąpiliśmy jeszcze do kuchni, po dodatkowe jedzenie i dopiero tam zorientowałem się jak byłem potwornie głodny. Kiedy na jadalni zostaliśmy sami, postanowiliśmy, że kolejnego dnia spenetrujemy pozostały chodnik, omijając ten z widokiem na pokój przeoryszy. Mieliśmy nadzieję, że jutro nikt się nami nie zainteresuje.
Ale na dziś to już koniec mistrzu, niebo dalej wyrzuca z siebie miliony płatków śniegu, a ja będę musiał przeczekać tę noc w jaskini. Oby jutro dzień był lepszy od dzisiejszego. Dobranoc.
...
II
Ucieczka do Białej Osady
Występują: Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)
Czas i miejsce: Lata 212-213 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Bezimienny Klasztor Sierot, a następnie Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki. Ach mentorze myślałem, że przez ten jeden dzień zwłoki nie będę miał czasu w następnych dniach na napisanie do Ciebie, a tu znowu los pokazał mi, że niczego dokładnie nie można zaplanować. Na szczęście przezorność, którą starałeś się mi wpoić, pozwoli przetrwać mi tą okropnie mroźną noc. Jak to mawiał, zazwyczaj z kwaśną miną, skacowany Shin Zu
„Jutrzejszy dzień ma być szansę lepszy od dzisiejszego, pod warunkiem, że do jego nastania nie dasz się zabić.”
A ja, znając swoje ograniczenia i możliwości, wyruszając w tą trudną drogę, miałem zamiar cieszyć się każdym nadchodzącym dniem, zbliżającym mnie do moich braci.
W nocy obudziło mnie przeszywające zimno, mimo że grota była mała i dobrze osłonięta od wiatru, szczękałem zębami tak mocno, że, mimo usilnych prób, nie potrafiłem tego opanować. Drżącymi rękoma wyjąłem pochodnię i z trudem rozpaliłem. Siedziałem na grubym kocu, z pochodnią między stopami i ogrzewałem sobie dłonie. Pozwoliłem sobie dosłownie na kilka minut takiego luksusu. Ogień z pochodni stopniowo ogrzewał me dłonie i odczuwalnie podniósł temperaturę w małej jaskini. Kiedy tylko przestałem się trząść, zgasiłem ją – była zbyt cenna w takiej podróży, a z powodu rozmiaru i ciężaru nie zabrałem w tą trudną drogę zbyt wielu zapasów. Już jedzenie oraz bukłaki z cienkim winem ważyły swoje. Do tego lina z kotwiczką, tak niezbędna w niektórych momentach wspinaczki, ważyła więcej, niż pozostałe rzeczy. Lecz Śpiąca Bogini dobrze dba o swoje dzieci, a Ki-shak, jeśli dbasz należcie o więź z Boginią, jest hojne. Delikatnie ogrzany usadowiłem się wygodnie w pozycji lotosu i skupiłem się na własnym ciele. Poczułem ciepło i wiedziałem już, że w tej pozycji będę musiał dotrwać do wschodu słońca.
A zatem znów mam czas by pisać do Ciebie zanim wyruszę w drogę. Siedzę tak wsłuchany w wyjący na zewnątrz wiatr i raduję się więzią z Ki-shak. Jak wspominałem w poprzednim liście, zaczęliśmy penetrować odkryty w studni tunel. Następnego dnia chcieliśmy tylko odbębnić codzienne rytuały, apele oraz trudną robotę, żeby tylko móc zagłębić się w niepoznane jeszcze tunele. Jednak tego dnia codzienna rutyna została zaburzona, przez pewne ogłoszenie w trakcie porannego apelu.
Ogłoszono, że następnego dnia odbędzie się Turniej Zwycięzców. To cyklicznie powtarzająca się impreza dla dzieci, która polegała na pojedynkach na kije ćwiczebne, owinięte pakułami, aby dzieciaki nie zrobiły sobie jakiejś poważniejszej krzywdy. Nagrody za wygranie turnieju były różne – od zwiększenia racji żywnościowych, po nawet zwolnienie z ciężkich prac, a czasem nawet przeniesienie do prac w wyższym zamku. Jak nietrudno się domyśleć, chętnych nie brakowało. Mówiło się nawet, że niektórzy zwycięzcy dostąpili zaszczytu zostania akolitami w Czarnej Świątyni. Co dla tych dzieci było jak sięgnięcie po gwiazdkę z nieba. Gwarantowało wyrwanie się z biedy i znaczące podniesienie statusu społecznego. Drugą, łatwiejszą do rozpoczęcia drogą, choć finalnie mniej spokojną, jest wstąpienie do tak zwanych Pierwszych Korpusów. Pierwsze Korpusy były potocznie zwane armią Delidii, choć to zapewne duże uproszczenie. I tak jak w teorii każde dziecko miało szansę zarówno na karierę kościelną, jak i wojskową, to właśnie czempioni Turnieju Zwycięzców mieli dużo łatwiej w tym temacie.
Kiedy tylko Kejn i Dalinar o tym usłyszeli, od razu z wielkim podnieceniem wyrazili chęć wzięcia udziału w turnieju. Igo i ja nie byliśmy zainteresowani. Pozostała dwójka od razu pobiegła się zapisać. Widać było, że brakowało im codziennych ćwiczeń z Jaromirem. Zaraz po tym przystąpiliśmy do ciężkiej pracy przy oczyszczaniu studni. Pracowaliśmy uczciwie w obawie, że ktoś może zainteresować się postępami naszej pracy. Tuż po kolacji odwiedził nas Gordon i z zadowoleniem stwierdził, że doszło do niego, iż pracujemy ciężko nawet po kolacji, kiedy to inne dzieci już dawno mają czas wolny w swoich pokojach. Zachęcił nas do dalszej ciężkiej pracy i obiecał podwójne racje żywności. Widać było, że czysta studnia to priorytet na nadchodzące dni. Widać nasza taktyka, by nie robić sobie z niego już więcej wroga, skutkowała. Zabieg z dodatkowymi godzinami pracy, które i tak mieliśmy zamiar poświęcić na penetracje korytarzy, poskutkował pochwałą z jego ust. W nosie mieliśmy jego pochwały, ale to, że dzięki temu nikt nie czepiał się naszych nocnych wyjść, było nieocenione.
Po wieczornych modłach, kiedy ruch na dziedzińcu zamarł, po raz kolejny wyruszyliśmy w niezbadane tunele. Mimo iż ciągle miałem w głowie demoniczny wzrok Carmilli, dziecięca ciekawość pchała mnie naprzód. Zgodnie z poprzednimi ustaleniami, zrezygnowaliśmy tymczasowo z dalszej penetracji tunelu, gdzie znajdowało się tajne wejście do komnaty z biblioteczką i kuframi. Po wspięciu się na zdradliwe schody, ruszyliśmy ostrożnie do przodu. Tunel ciągnął się zaskakująco długo, ale jeszcze bardziej zaskakujące było to, że kończył się ścianą. To nie miało sensu. Wcześniejsze tunele, jak doszliśmy do wniosku, miały określoną funkcję. Igo rozświetlił mocniej latarnię i zaczęliśmy szukać charakterystycznej cegły ze znakiem. Jako że wiedzieliśmy czego szukać, znaleźliśmy ją dosyć szybko. Umilkliśmy i w spokoju nasłuchiwaliśmy jakichś odgłosów zza muru. Nic, kompletna cisza. Kejn ochoczo przystąpił do wyciągania cegły. I w tym samym momencie mur zaczął się obracać. Kiedy obrócił się na tyle, że powstała szczelina, do naszych oczu napłynęło całkiem jasne światło i odgłosy poruszających się tam osób. Kejn momentalnie przestał poruszać cegłą, a Igo zmniejszył płomień w latarni. Nasłuchiwaliśmy. Było słychać brzęki rozkładanych sztućcy i talerzy. Nie chcąc ryzykować wykrycia, spojrzeliśmy tylko przez powstałą szparę. Naszym oczom ukazała się duża sala biesiadna, o istnieniu której nie mieliśmy nawet pojęcia. Obserwowaliśmy chwilę i zobaczyliśmy krzątające się dzieci, które nakrywały do stołu. Roznosiły talerze i karafki z winem, a całą prace nadzorowało kilku akolitów. Chwilę potem zamknęliśmy przejście. Igo przypomniał sobie, że przecież jutro zaczyna się Karnawał Miłości – trzydniowe święto ku chale Bogini i doszliśmy do wniosku, że stół zastawiony jest dla gości, którzy niechybnie przybędą, jako że ilość nakrywanych miejsc znacznie przewyższała ilość kapłanów rezydujących w sierocińcu. Jako że dosyć szybko uporaliśmy się z tą odnogą, postanowiliśmy jednak ruszyć dalej korytarzem, którego nie zwiedziliśmy dzień wcześniej do końca. Znając drogę, ruszyliśmy już raźniej w tamtym kierunku. Zrobiliśmy tylko krótki przystanek przy wizjerze na pokój Carmilli, ale okazało się, że jej komnata jest pusta. Kontynuowaliśmy nasze zwiedzanie. Korytarz ciągnął się i ciągnął, aż nagle doszliśmy do wąskich schodów, prowadzących dla odmiany w dół. Mając w pamięci dwa zawalone stopnie, które prawie kosztowały zdrowie Kejna, bardzo ostrożnie zaczęliśmy schodzić. Kiedy dotarliśmy na dół, naszym oczom ukazało się znacznie większe pomieszczenie niż te, które dotychczas łączyły się z tunelami. Wyraźnie było czuć wilgoć. Dostrzegliśmy dwa korytarze. Ruszyliśmy jednym z nich i dosłownie po kilku metrach, natrafiliśmy na stare, zapewne kiedyś solidne, okute drzwi. Jednak wilgoć i upływający czas wywarły na nich swoje piętno. Drewno było zbutwiałe, a potężne niegdyś okucia łapczywie pożerała rdza. Można by rzec metaforycznie, że korytarze te były symbolem przemijania. Ku naszemu rozczarowaniu drzwi były zamknięte na klucz. Postanowiliśmy zawrócić i zbadać ostanią odnogę. Po kilkudziesięciu metrach doszliśmy do końca tunelu, który kończył się kratą, a za nią było słychać szum rzeki. W twarz uderzyło nas orzeźwiające świeże powietrze. Dalinar zaparł się i zaczął mocować z kratą, ale, pomimo upływu czasu, pręty były zbyt grube i zbyt głęboko osadzone w murach, aby ustąpiły. Kejn wyszedł z propozycją, aby naruszyć pręty i zostawić sobie ewentualną drogę ucieczki.
Muszę Ci wyjaśnić coś o czym winienem wspomnieć wcześniej, ale mi to umknęło. Jedną z zasad klasztoru było to, iż dzieci z pewnym wypracowanym ekwipunkiem, w wieku 15 lat, zobowiązane były do opuszczenia klasztoru. Kejn osiągnął już ten wiek, ale tylko za wstawiennictwem ciotki, przeorysza zgodziła się, aby nie rozłączać go z rodzeństwem. A wiemy jak długo działały obietnice Carmilli – tylko do momentu, kiedy opłacało się to sierocińcowi. Niedługo Igo miał osiągnąć wiek, w którym mógłby zostać wydalony z sierocińca i obawialiśmy się, że mimo wcześniejszych zapewnień, możemy zostać rozłączeni. Pomysł wydawał się zatem trafiony, ale nasze zapędy ostudził Dalinar.
- Zdajecie sobie sprawę, że raczej nie mamy na to czasu? Studnia może zacząć się podczas naszych prac zapełniać wodą i wtedy nie zobaczymy co jest za drzwiami.
W drodze powrotnej rozgorzała dyskusja na temat tego, że podczas kiedy Kejn i Dalinar będą brać udział w turnieju, my mamy załatwić potrzebne do przebicia się narzędzia. Ale ani ja, ani Igo nie chcieliśmy opuścić zmagań braci. A w mojej głowie zaświtała myśl, że mogę być w końcu przydatny. Zaoferowałem się, że zostanę giermkiem Dalinara. Ten pomysł bardzo mu się spodobał. Kejnowi mniej i usiłował cały obowiązek dostarczenia narzędzi zrzucić na Igo. Kiedy przybyliśmy do kuchni, faktycznie dostaliśmy solidną porcje jedzenia. Dostaliśmy nawet solidną porcję podsuszanej kiełbasy. Wyjedliśmy wszystko do ostatniego okruszka, a Dalinar zarządził szybki sen, aby być wypoczętym na turniej.
Następnego dnia Gordon oznajmił wszystkim zapisanym, że jest dumny z tak licznych zapisów i prawił, że to ogromna szansa na lepsze życie. Mówił, że obecnych będzie wielu wojskowych, którzy będą przyglądać się walkom. Jakby na potwierdzenie jego słów, zobaczyliśmy kilku konnych, odzianych w zbroje, wjeżdżających na teren sierocińca. Do turnieju zostało kilka godzin, a co jakiś czas pokazywali się nowi goście. Byli to zarówno zbrojni, kapłani, jak i urzędnicy miejscy. Widać turniej i Karnawał Miłości to wielkie wydarzenie dla klasztoru.
Na środku dziedzińca, część starszych dzieci przygotowywała teren areny oraz ławy dla widowni. W powietrzu czuć było atmosferę nadchodzącego wydarzenia oraz rosnące podniecenie. Sam byłem troszkę zestresowany, bo nie chciałem zawieść Dalinara w roli giermka. Wszak zawsze mogłem na niego liczyć i zazwyczaj to ja czerpałem z jego pomocy.
Z czasem zaczęli też pojawiać się kupcy ze swoimi wozami. Co jakiś czas akolici odbierali od nich pakunki, płacąc za nie wyrobami, które na co dzień w klasztorze wytwarzały dzieci. A to koce, a to skórzane kubraki, całkiem dużym wzięciem cieszyły się też cegły wypalone w naszej cegielni.
W pewnym momencie, kiedy podnieceni dyskutowaliśmy o turnieju, podszedł do nas Gordon i zwrócił się do Igo.
Igo, pracowałeś w zielniku. Ten oto szanowny kupiec ma zamówienie na zioła, ale niestety ze względu na przygotowania do Karnawału Miłości, wszyscy kapłani są zajęci, a nie możemy sobie pozwolić, aby tak znakomity kupiec czekał. Sumiennie zrealizuj jego zamówienie.
Przepraszam drogi Ziggo - Gordon zwrócił się do kupca - ale niestety obowiązki wzywają, zostawiam Cię w dobrych rękach.
Kiedy Gordon odszedł, Ziggo uśmiechnął się do nas. Nie było wątpliwości – to był Jaromir, którego nie poznaliśmy z początku przez gęstą brodę, wąsy oraz głęboko naciągnięty na głowę kaptur. Kiedy tylko zobaczył nasze szeroko otwierające się oczy, syknął tylko nakazując milczenie.
- To cóż, może chłopcy pomożecie w ładowaniu ziół, aby poszło sprawnie? Tam na wozie - wskazał ręką - jest pusta skrzynia. Weźcie ją, abyśmy od razu mogli przystąpić do pakowania.
Ruszyliśmy do wozu, wymieniając ze sobą zdziwione spojrzenia. Niosąc skrzynie, szliśmy za Igo, który prowadził Jaromira do herbarium.
- Dlaczego nas nie odwiedzałeś? - Szepnął Dalinar.
Jaromir dał ręką znać, abyśmy byli cicho i sam począł szeptać.
Próbowałem się tu dostać cały czas, lecz niestety trudno wejść na teren klasztoru bez zgody Carmilli. Chciałem was stąd wydostać, ale wszystko przepadło. To długa historia, porozmawiamy później, a teraz ruszajmy, aby nie wzbudzać podejrzeń.
Zabierzesz nas stąd? - wypalił Igo.
Chciałbym. Tak naprawdę jestem tu po was, a nie po zioła, ale wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie.
Kiedy upewniliśmy się, że w herbarium jesteśmy sami, Jaromir rozpoczął opowieść.
Jest grono ludzi, którzy interesują się działaniami kościoła Delidii. Wierzą, że kościół nie zajmuje się tym, czym oficjalnie się chwali. Ojciec nigdy nie rozmawiał z wami na takie tematy, może to był błąd. Ale z tym już teraz nic nie zrobimy.
Wiedziałem, że to oszuści - wypalił Kejn.
Musicie zachowywać się naturalnie - kontynuował Jaromir. - Nie możecie zdradzić mojej prawdziwej tożsamości, bo wtedy cały plan legnie w gruzach. A chciałbym was stąd wydostać, abyśmy znów mogli być razem. Pewni ludzie potrzebują informacji na temat tego miejsca. Będę musiał was o coś poprosić, a ja w tym czasie zorganizuję waszą ucieczkę.
Co mamy zrobić? – dopytywał Kejn.
Nim przebrany za kupca Jaromir zdążył odpowiedzieć, nie wiedząc sam czemu, zapytałem nagle czy zna brata naszego ojca. Widać było, że zaskoczyło go to pytanie.
Dlaczego pytasz?
Bo rodzicie kiedyś dali mi wskazówkę, abym go odnalazł – odparłem.
Z tego co wiem to żyje, choć wyjechał dawno i nie mieliśmy długo od niego wieści. Ale nie martw się, to twardy człowiek. Wrócimy do tego tematu później. A tymczasem wróćmy do sprawy, o której zacząłem mówić. Czy macie dostęp do wysokiego zamku? Wiem, z pewnych źródeł, że zostaliście stamtąd przeniesieni.
Mamy - odparliśmy prawie równocześnie.
To o co was poproszę, jest bardzo niebezpieczne. Wiem, że w zamku jest pomieszczenie, gdzie przeorysza trzyma wszystkie księgi rachunkowe. To księgi z niebieskimi okładkami. Myślę Igo, że jeśli się tam dostaniesz, to zadanie dokładnie będzie dla Ciebie. Wiem że piszesz szybko, dokładnie i bez błędów. Potrzebujemy kopii pewnych stron. I teraz się skup Igo i zapamiętaj. Dokument nazywa się księgą rozliczeń za rok 208. Interesujący nas rozdział oznaczony jest jako IIA. Skopiuj ten tekst, książkę w nienaruszonym stanie odłóż dokładnie w to samo miejsce. Nikt nie może się zorientować, że wpadła w niepowołane ręce. Kiedy zaniesiecie zioła na wóz, znajdziesz tam przygotowane przybory do pisania i pergamin. Weź go, bo będzie Ci potrzebny. Kiedy sporządzisz kopię, odnajdź mnie i oddaj. Będę się tu kręcił przez następne trzy dni, podczas trwania święta. Słuchajcie, na wozie mam cztery skrzynie, przygotowane specjalnie na waszą ucieczkę. Kiedy dam sygnał, skryjecie się tam pod kocami, a ja was zwyczajnie wywiozę. Koniec święta to najlepszy czas, by wmieszać się w ludzi, którzy będą opuszczać to miejsce. Do tego czasu uważajcie na siebie i zachowujcie się jak dotychczas.
Pożegnaliśmy Jaromira i sami udaliśmy się na dziedziniec, gdzie już zaczęły się pierwsze walki. Na przygotowanych ławach zbierało się coraz więcej gości, toczyli rozmowy, kątem oka przyglądając się toczącym pojedynkom. Po pewnym czasie do walki wywołany został Kejn. Z napięciem oglądaliśmy jego pojedynek. Nie musieliśmy emocjonować się zbyt długo, bo nasz brat nie dość, że szybszy, dzięki treningom z Jaromirem, był zwyczajnie bardziej obyty w walce niż jego przeciwnik. I dosłownie po krótkiej chwili, Gordon wskazał Kejna jako zwycięzcę. Kejn podbiegł do nas, a my wszyscy gratulowaliśmy mu z uśmiechami na twarzach. Dowiedzieliśmy się, że Dalinar będzie walczył jako trzeci, więc wykorzystując ten czas, Igo udał się do szwalni po igły, którymi Kejn chciał spróbować otworzyć drzwi w tunelach oraz siekierę z drewutni, aby w razie niepowodzenia z zamkiem wyłamać drzwi. Okazało się, że nie było z tym problemu – wszyscy zainteresowani byli tylko turniejem i nikt go nie niepokoił. Wiedzieliśmy, że jesteśmy przygotowani na wieczór i spokojnie mogliśmy oglądać dalsze zmagania.
I w końcu nastała dla mnie ważniejsza walka. Wszak wzywany był Dalinar, którego byłem giermkiem. Podbiegłem przed nim po kij, aby dumnym krokiem wnieść mu go na arenę. Ależ byłem dumny – Dalinar to jedyny zawodnik, który miał giermka. Podałem mu kij, ten podziękował mi skinieniem głowy i stanął w pozycji bojowej, a ja udałem się za wyznaczony teren areny, aby z zapartym tchem obserwować starszego brata.
Walka też nie trwała zbyt długo i mimo że Dalinar był wyraźnie wolniejszy od Kejna, znowu obycie z bronią zaowocowało szybkim zwycięstwem. Gordon przerwał walkę i rzekł „Dalinarze, to Twoje pierwsze zwycięstwo.” Podbiegłem do brata, odebrałem od niego kij i dumny jak paw, odniosłem go na stojak na broń. Poklepaliśmy go po plecach, zapewniając, że wykonał świetną robotę.
Druga walka Kejna trwała odrobinę dłużej, widać przeciwnik nie bez powodu dostał się do drugiej rundy. Lecz mimo to, nie starczyło mu umiejętności, aby sprostać naszemu bratu. Ogarnął nas prawdziwy szał radości. Podskakiwaliśmy i krzyczeliśmy głośno jego imię. To był chyba pierwszy taki wybuch radości i szczęścia odkąd zawitaliśmy w to smutne miejsce.
I ponownie został wezwany Dalinar i znów, tym bardziej dumny z powodu wyczynów braci, podałem mu broń. Jego walka, tak jak w przypadku Kejna, trwała dłużej, ale i tu doświadczenie wyniesione z domu dało mu wygraną. Naszym gratulacjom i radości nie było końca.
Widać dzieci nie muszą znać mnisiej mądrości, aby czerpać radość z czyichś sukcesów. Jak życie pokazuje, dorośli mają z tym problem. I chyba dlatego powstała ta sentencja:
„Twój sukces nie jest moją porażką. Twoje szczęście jest moim.”
Po wszystkich walkach na środek wyszedł Gordon i oznajmił, że teraz jest czas, aby zawodnicy odpoczęli, a za godzinę wylosują pary, które zmierzą się ze sobą, aby wyłonić finalistów, którzy zmierzą się ze sobą w następnych dniach. Korzystając z chwili wolnego czasu, snuliśmy plany na wieczór. Na rozmowie minęło nam dosyć sporo czasu, kiedy to usłyszeliśmy gong. Był to znak, że powoli zbliżamy się do ostatnich walk tego dnia. I w tym momencie poważnym tonem odezwał się Igo.
Słuchajcie, jest pewna rzecz, o której wam nie powiedziałem. Po skończonych walkach, podszedł do mnie Gordon i zaproponował coś w rodzaju zakładu. Jeśli w walce spotkacie się razem i przegrasz Kejnie, odda mi żelazny pierścień, który dostałem od ojca, a który to został mi odebrany zaraz po przybyciu tutaj. Co więcej, powiedział to, zanim oznajmił o losowaniu par. Więc wydaje mi się, że losowanie będzie ustawione.
Kogo z nas poświęciłeś za pierścień? – zapytał Kejn.
Mimo naszych usilnych tłumaczeń, nie docierało do niego, że Igo zwyczajnie w tym temacie nie miał nic do powiedzenia i że to Gordon z jakiejś przyczyny poświęcił Kejna. Widać nie był taki głupi i widział, że to właśnie Kejn najbardziej przeciwstawia się naukom Delidii, mimo iż tak naprawdę wszyscy tylko udawaliśmy jej wyznawców. Myślę, że chciał też w nas zasiać zamęt i wzajemne zniechęcenie. Na jego gust trzymaliśmy się zbyt blisko siebie, a taką grupą trudniej manipulować. Oczywiście wtedy tego nie wiedziałem i wydawało mi się to zwyczajnie dziwne, ale teraz jak o tym wspominam, jestem przekonany, że właśnie tak było.
- Wiem Kejn, że nie mogę Cie o to prosić – powiedział Igo z miną zbitego psa – ale chciałem, abyś wiedział. – Widać było, że nie podoba mu się ta sytuacja i ciąży mu niczym nieświeży posiłek na żołądku.
Kejn też nie wydawał się zadowolony, ale powiedział po prostu:
- Postaram się być w tym pojedynku najbardziej ciamajdowaty jak potrafię.
Wydawało mi się, że Igo odetchnął z ulgą.
W trakcie tej dyskusji dobiegł głos drugiego gongu, a po chwili usłyszeliśmy nawoływanie.
- Zbierzcie się wszyscy, będzie losowanie!
Kiedy przybyliśmy, Gordon stał na środku i donośnym głosem przemówił.
- Odbyło się już losowanie, przeczytam teraz pary, które będą ze sobą walczyć. Otto, zeszłoroczny mistrz, zmierzy się z Lizą, która nieoczekiwanie zabrnęła tak daleko! Druga para... Cóż za nieoczekiwana sytuacja! Naprzeciwko siebie staną bracia Kejn i Dalinar!
W tym momencie spojrzeliśmy porozumiewawczo na siebie i już wiedzieliśmy, że nie było żadnego losowania.
W pierwszym pojedynku wygrał Otto, aczkolwiek przyszło mu to ze sporym trudem, co było zaskoczeniem dla wszystkich. Aż w końcu nastała ta chwila, kiedy Gordon wezwał na plac boju naszych braci i jak zwykle udałem się z kijem za bratem, ale już z mniejszym entuzjazmem. Czułem, że w tej walce nie będzie nic ze zdrowej radosnej rywalizacji. Przed wyjściem z ringu rzekłem do Kejna smutnym głosem:
- Przepraszam Cię, ale jestem jego giermkiem.
Odsunąłem się za wyznaczony teren i razem z Igo z napięciem obserwowaliśmy walkę. Tym razem bez głośnego dopingu z naszej strony. Po długim oczekiwaniu w końcu rozpoczęła się walka. Dalinar, tak jakby zawahał się chwilę przed uderzeniem Kejna, co zaskoczyło chyba samego elfa, bo spodziewał się skutecznej obrony, a napotkał ogromną w niej lukę. Jego kij z ogromną prędkością uderzył Dalinara w szczękę. Dalinar wyglądał na zamroczonego. Nawet sam Kejn krzyknął „Bracie, nic Ci nie jest?!” Wtedy na arenę wkroczył Gordon z głośnym krzykiem „Stop! Stop! Dajmy mu dojść do siebie.” Po chwili znowu ruszyli do walki. Dalinar ruszył z furią, która zaskoczyła nawet Kejna, lecz ten szybko zmienił taktykę i zwinnym wymachem zaliczył drugie trafienie. Kątem oka spojrzałem na Igo, jego mina była niewyraźna. Kejn chciał wyprowadzić kończące, bardzo szybkie uderzenie, ale zahaczył o jakąś nierówność, stracił równowagę i z sykiem stanął na widocznie bolącej go nodze. Cios Dalinara w końcu trafił elfa. Znów musiał wkroczyć Gordon i na chwilę przerwać walkę. Tym razem to Dalinar pytał Kejna czy wszystko z nim w porządku. Po chwili znowu wrócili do walki, a Kejn wyraźnie powłóczył nogą krzywiąc się z bólu. Dalinar wykonał zamaszyste uderzenie na korpus, lecz nieoczekiwanie Kejn upadł na kolana najwidoczniej nie wytrzymując bólu w nodze. Potężne uderzenie, które albo uderzyło by go w rękę lub zeszło po jego kiju, z impetem wylądowało na jego głowie. Elf padł jak porażony piorunem. Zamarliśmy, a z twarzy Dalinara momentalnie odpłynął grymaś wściekłości i stał się biały jak kreda. Podbiegliśmy do Kejna, a w tym czasie ktoś wylał na niego wiadro wody. Kasłając i plując podniósł się, rozglądając nieobecnym wzrokiem.
Po walce Dalinar trajkotał jak najęty, jaki to nie jest wspaniały, ale że poczuł się nawet zagrożony. Igo i Kejn uciszali jego nieustający monolog. Igo podziękował Kejnowi i oznajmił, że Gordon wywiązał się z zakładu. Odzyskał swoją jedyną pamiątkę po ojcu.
Dalinar był w wyśmienitym humorze, co nie udzielało się Kejnowi, który cały czas delikatnie dawał do zrozumienia, że się podłożył, ale widać on tego nie zauważał. Można powiedzieć, że stał się nie do zniesienia. Nagle też oznajmił, że to on musi zejść pierwszy do studni, żeby zażegnać ewentualne niebezpieczeństwa, czyhające na nas na dole. Igo i Kejn byli wyraźnie jego postawą zrezygnowani.
Postąpiliśmy według wcześniejszych ustaleń, to znaczy ja z Dalinarem wydobywaliśmy glinę, a Igo i Kejn udali się tajnym przejściem, aby przepisać księgę. Ze względu na stan brata ładowałem po pół wiaderka, aby był w ogóle wstanie je wyciągnąć. Z napięciem oczekiwaliśmy na powrót braci. Czas ciągnął się okropnie, ale w końcu usłyszeliśmy ich kroki, a chwilę później pojawili się, oznajmiając, że mają po co poszli. W drodze do jadłodajni przedyskutowaliśmy, że zamknięte drzwi zostawiamy na jutro, a Igo podrzucił przepisane teksty do Jaromira, który zaraz potem zaprzągł konia i wyjechał poza teren sierocińca. Igo potwierdził, że za dwa dni nadejdzie czas ucieczki.
Następnego dnia nadeszła wielka chwila dla mnie i Dalinara. Miał walczyć w pierwszym półfinale z niejakim Mirem. Ja, jako giermek, dostałem nowy obowiązek, nałożenia na brata zbroi byłem i byłem bardziej tym przejęty niż on walką. No i wyszło też na to, że jako giermek spisałem się lepiej niż on jako wojownik. Przeciwnik, po długiej wymianie ciosów, podciął Dalinara i przystawił mu kij pod brodę. Dalinar wzbraniał się od poddania, do momentu, kiedy Mir nie zaczął wciskać mu kija w grdykę. Wtedy to Dalinar uznał jego wyższość.
Ze zniecierpliwieniem czekaliśmy do zmroku, aby zmierzyć się ze starymi drzwiami, zaopatrzeni w siekierkę i igły, którymi Kejn chciał sforsować zamek. Znając już dobrze teren oraz czyhające zagrożenia, sprawnie dotarliśmy do drzwi w podziemiach górnego zamku. Kejn wyciągnął długą igłę do szycia skór i zaczął gmerać przy zamku. Po chwili usłyszeliśmy zgrzyt, widocznie zamek ustąpił. Byłem pod wrażeniem zdolności brata. Igo zaczął podniecony mówić.
- Wyobraźcie sobie jak było by pięknie teraz znaleźć skarb, a jutro damy nogę z Jaromirem.
Jednak to nie skarby czekały za zamkniętymi drzwiami. Kejn nacisnął na klamkę i drzwi z oporem ustąpiły. Ku naszym nosom ruszyła przygnębiająca fala smrodu. Kejn zwymiotował niemal w tej samej chwili, w której otworzył drzwi, a my tylko cudem zwalczyliśmy odruch wymiotny. Kejn czym prędzej zamknął drzwi i dławiąc się wystękał – Igo, Twój skarb chyba zgnił.
Mimo zabawnego komentarza, nikomu nie było do śmiechu. Zakrywaliśmy nosy marząc o tym, by pozbyć się namacalnego wręcz smrodu. Ciekawość jednak wzięła górę nad obrzydzeniem. Zatkaliśmy nosy i elf ponownie otworzył drzwi. Przed nami majaczyło pomieszczenie, na którego środku, gdzieś na granicy światła z latarni, leżała ogromna sterta najwidoczniej gnijących śmieci. Dalinar powiedział, że pójdzie przodem. Ostrożnie ruszyliśmy naprzód. Po chwili uświadomiliśmy sobie, że sterta na środku, to nie śmieci, a sterta zwłok w różnym stadium rozkładu. Tym razem rzygaliśmy wszyscy bez wyjątku. Igo wybiegł za drzwi pierwszy, a Kejn krzyknął „Uciekajmy stąd.” Nie trzeba było nas zachęcać. Nie wiem kto wybiegł ostatni, ale Igo zatrzasnął za nami drzwi. Po chwili Kejn wypalił wzburzonym głosem.
Nigdy nie wydostaniemy się z tego klasztoru!
Widziałem ciało Matyldy, która opuściła klasztor miesiąc temu, bo miała 14 lat!
Przyjrzałem się i widziałem dzieciaki, które opuściły klasztor miesiąc albo dwa miesiące temu!
Jeśli dzieci, które rzekomo wychodzą na wolność, trafiają tutaj, to my też nie mamy szans na wydostanie się!
Ja już nie chcę tu nic oglądać – cicho powiedział Dalinar - Chcę już wrócić na górę. - Cały jego entuzjazm i dobry humor znikły w jednej sekundzie.
Jeśli jutro nie wydostanie nas Jaromir – kontynuował Kejn – to sami musimy stąd uciec albo przez kratę w kanałach albo tu zginiemy!
Wpadłem na pomysł, że skoro już tu jesteśmy, to może nie ma co mitrężyć i należy już spróbować zbudować sobie awaryjną drogę, jeśli plan Jaromira zawiedzie. Wszyscy łaknęli łyka, pozbawionego smrodu, powietrza i przystali na ten pomysł. Spiesznie udaliśmy się w kierunku kraty. Zbyt wystraszeni, żeby kuć i robić hałas, próbowaliśmy wyrwać choć jeden pręt. Niestety, mimo naszych wysiłków, plan nie wypalił, widocznie ktoś zadbał, aby krata osadzona była solidnie. Po około godzinnej walce, wyczerpani i zrezygnowani, poddaliśmy się. Lecz jeden z prętów został mocno poluzowany. Gdyby przyszło nam jednak tędy uciekać, myślę, że dalibyśmy radę.
Szliśmy z powrotem w kierunku studni, kiedy ktoś z nas przypomniał sobie krążące wśród dzieci legendy, obok których do tego czasu przechodziliśmy obojętnie. Czasem dało się słyszeć, że zniknęło jakieś dziecko. Zazwyczaj wytłumaczeniem było, że pewnie w nocy uciekło przez mury, zmęczone trudnym klasztornym życiem. Inna wersja, którą starsi straszyli młodszych, była historia o potworze, zamieszkującym podziemia zamku, który co jakiś czas pożera jakieś dziecko. Okazało się, że
„w każdej legendzie jest ziarnko prawdy.”
Tylko, że ani raczej nie pożarł ich wąż, ani nie uciekli. Zgadzało się jedynie, że zniknęli.
Nikt z nas nie miał ochoty wracać do tego miejsca. Wszyscy liczyliśmy, że jutrzejszego dnia uda nam się zbiec z Jaromirem. Wracaliśmy spiesznym krokiem, kiedy to przed nami, w korytarzu, usłyszeliśmy głośny krzyk. Krzyk cierpienia. Niewątpliwie był to krzyk kobiety. Stanęliśmy jak wryci, a Dalinar upuścił na ziemię siekierkę. Po czym w milczeniu ją podniósł. Przerażeni patrzyliśmy na siebie. A w korytarzu zaległa cisza. Serce biło mi jak oszalałe.
- Musimy stąd uciekać – wyszeptał Kejn. Nim wybrzmiały jego słowa, korytarz znów wypełnił bolesny krzyk. Okazało się, że krzyki dochodziły z pokoju Carmilli. Kejn zerknął przez dziurkę i po chwili wszystko nam zrelacjonował. Naga przeorysza, przywiązana do dwóch filarów, podtrzymujących baldachim łoża, stała cała zakrwawiona, a za jej plecami stały cztery półnagie kapłanki, które raz po raz uderzały jej plecy biczami. Czym prędzej udaliśmy się do wyjścia. Co jakiś czas słyszeliśmy słabnący krzyk bólu Carmilli.
Tej nocy z wiadomych przyczyn zrezygnowaliśmy z kolacji. Chcieliśmy tylko zmyć z siebie odór gnijących ciał i iść spać, żeby jak najszybciej doczekać ucieczki z Jaromirem. Niestety tej nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Wydarzenia w tunelach mocno nami wstrząsnęły. Nie pomagał dodatkowo fakt, że na zewnątrz, kiedy wcześniej nigdy się to nie zdarzało, słychać było pijackie śpiewy i głośne bełkotliwe rozmowy. Sen przyszedł dopiero niedługo przed świtem. Kiedy obudzono nas na poranne modły, czułem się jeszcze bardziej wykończony niż przed snem.
Dalinar chyba lepiej zniósł noc, bo od rana trajkotał jak najęty o wczorajszej walce i o tym, jak to Gordon źle liczył punkty i że walka była ustawiona. To chyba była jednak dobra mina do złej gry, wszak nie walczyli na punkty, a do poddania się.
Igo zaczął wywód na temat tego, że czas na walkę finałową trzeba poświęcić na zorganizowanie jakiegoś jedzenia, bukłaków z wodą i może jakiegoś noża, bo sami nie wiemy ile będzie trwała ucieczka. I chwała mu za to, bo przeczucie go nie myliło. Tylko Kejn upierał się, że trzeba udać się luzować kraty, zapominając chyba, że na czas walk wszystkie prace ustają. Dalinar z troską skwitował - Przepraszam, że uderzyłem Cię tak mocno. - Mimo powagi sytuacji, ten komentarz wywołał uśmiech na mym młodym obliczu. Dalej trwała dyskusja na temat słuszności naszych planów. Kejn upierał się, że lepiej awaryjnie gromadzić te rzeczy po zmroku, gdyby jednak nie udało się ujść z Jaromirem. Bo jeśli uciekniemy z nim, na pewno zadba o to, by niczego nam nie brakło. Rozgoryczony wypaliłem - Tak jak zadbał o nas przez ostanie dwa lata.
I znowu muszę Ci przypomnieć, jak późnej żałowałem tych słów. Mimo, ze wiem, że byłem wystraszonym dzieckiem, te słowa nadal ciąża mi na sercu.
Na śniadaniu przemówił Gordon. - Dziś odbędzie się finałowa walka i wyjątkowo dziś po walce macie czas wolny bez pracy. Ale musicie siedzieć w swoich barakach. Ta sprawa nie tyczy się tylko was. - Wskazał kijem w naszym kierunku.
- Wy macie pilną pracę do wykonania, ale zaczniecie dopiero po zmierzchu. Dziś będziemy mieli wyjątkowego gościa, a będzie to sam Orak-Ar. Dla przypomnienia jest to przywódca Czarnej Świątyni w Mar-Margot. Bardzo ważna osobistość.
Tu należą Ci się pewne wyjaśnienia drogi mentorze, bo chyba wcześniej umknęło to gdzieś w mojej opowieści. Czarna świątynia może być trochę mylącą nazwą, kojarzącą się, czy ja wiem, z wyznawcami bestii z otchłani rodem. Choć po tym co zobaczyliśmy w klasztorze, może faktycznie ta nazwa jest i adekwatna… Natomiast nazwa świątyni, która od lat budowana jest w Mar-Margot, pochodzi stąd, że budowana jest na kształt zigguratu z czarnego kamienia, powszechnego w pobliskich górach, który specjalnie wydobywany jest i sprowadzany na teren budowy.
- Przybędzie tu by uczcić koniec karnawału. Nie wiem czy pojawi się na placu, by zaszczycić was prawie, że swoją boską obecnością – bo wiedzcie, że przez niego przemawia sama Delidia. Na pewno zaś zaszczyci nas swoją osobą w wysokim zamku. Gdyby przypadkiem pojawił się na placu, obowiązkiem każdego z was jest skłonić się i czekać w tej pozycji dopóty was nie minie.
Widać było, że to ważne wydarzenie w klasztorze. Już po śniadaniu zaczęli się zjawiać kupcy, a było ich znaczniej więcej niż w poprzednie dni. Handel odbywał się już nie tylko między kupcami, a kapłanami, ale często pomiędzy samymi sprzedawcami. Około południa, tuż przed walką finałową, w tłumie kupców wypatrzyliśmy też Jaromira. Muszę powiedzieć, że długo wystawiał na próbę naszą cierpliwość i wiarę w jego chęć uratowania nas z tego potwornego miejsca. Jaromir wypatrzył nas i skinął głośno mówiąc. - Chłopcze - zwrócił się do Kejna. - Pomóż mi zapakować koce, które właśnie zakupiłem. Kejn poszedł pomagać kupcowi, po czym wrócił do nas i oznajmił
- Po zmierzchu, kiedy pojawi się ogień, mamy udać się do wozu Jaromira i ukryć się w skrzyniach. Wtedy nas wywiezie.
Osobiście nie byłem zainteresowany walką finałową, dla mnie w finale powinien znaleźć się Kejn, bądź Dalinar. Znudzony, obserwowałem więc okolicę. Faktycznie dookoła było znacznie więcej rycerzy oraz zbrojnych, którzy znacznie bardziej ochoczo sięgali po kufle z piwem i karafki z winem. Miejscami zdarzały się nawet przepychanki, ale prawdopodobnie ich zwierzchnicy tłumili konflikty w zarodku. Po walce plac zaczął szybko pustoszeć, część mniej znakomitych gości, zwyczajnie opuszczała mury klasztoru, a ci ważniejsi zapraszani byli zapewne na ucztę na wysoki zamek.
Zeszliśmy do studni, ale już tylko symulowaliśmy naszą pracę. Czekaliśmy na zmrok i sygnał do ucieczki. Po zmroku wyszliśmy ze studni i ładowaliśmy urobek do taczek, aby mieć możliwość jak najszybciej dostać się do wozu.
Może godzinę po zmierzchu usłyszeliśmy rytmiczne bicie dzwonu. I w noc popłynął krzyk pełen przerażenia - Pożar Pożar! - Na palcu nagle zrobiło się ogromne zamieszanie. Kapłani biegali i nawoływali „Do wiader, dajcie wodę.” Naszym oczom na początku ujawniła się łuna, aby po chwilę zamienić się w wysoko trzaskające płomienie bijące z dachu niskiego zamku. Płomienie łapczywie pożerały coraz większe połacie dachu. Korzystając z zamieszania, ruszyliśmy w kierunku wozu Jaromira. Igo po drodze skręcił tylko po pakunek, ukryty wśród krzaków. Wskoczyliśmy na jego wóz i spiesznie ukryliśmy się, w przygotowanych skrzyniach, naciągając na siebie koce zakupione tego dnia. Poczułem gwałtowne szarpnięcie, kiedy wóz ruszył i donośny krzyk Jaromira – Heja! Heja! – zachęcał konie do szybszego kroku.
W pewnej chwili poczułem gwałtowne szarpnięcie, łoskot, rżenie konia i donośne przekleństwa Jaromira. Ciekawość wygrała, ze strachem wychyliłem się spod koców i moim oczom ukazał się przerażający widok. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie i nim dojechaliśmy do bramy, część płonącego dachu runęła na kramy nieprzygotowanych do odjazdu jeszcze kupców. Nasz koń stawał dęba, widząc przed sobą palące się krokwie, które spadły z góry. Kupcy biegali w panice, a część koni wydostała się ze stajni i bez ładu i składu biegały w panice po dziedzińcu, tratując tych, którzy mieli pecha i znaleźli się na ich drodze.
Nagle za sobą usłyszeliśmy krzyk - Brać ich! To oni! - nie wiadomo było kto woła i kogo chcą powstrzymać. Jaromir usiłował opanować konia, który raz po raz stawał dęba przed płomieniami na swej drodze.
To co wydarzyło się później, znałem tylko z opowieści braci. Lecz dzięki medytacji, zdołałem sobie sam przypomnieć te sceny i zgadzały się z opisem moich braci. W pewnym momencie poczułem gwałtowne wibracje medalionu, a jego przyjemny dotyk, powoli zamieniał się w niewyobrażalny wręcz chłód. Coś kazało mi wstać. Wszystko trwało może z dwie, trzy sekundy, ale dla mnie jakby czas się zatrzymał. Przeraził mnie mój własny krzyk bólu, nie wiedziałem, że z dziecięcego gardła może wydobyć się tak żałosny, a zarazem donośny krzyk. Stałem tam napięty jak struna i w te dwie sekundy zarejestrowałem więcej niż mógłbym dostrzec przez minutę obserwacji. Dokładnie widziałem Jaromira walczącego z koniem, uniesione koce, spod których wszystko obserwowali moi bracia. Jak i gigantyczne straty jakie poczynił błyskawicznie rozprzestrzeniający się pożar. Widziałem stratowanych kupców, stojące przed barakami dzieci z rozdziawionymi buziami. A w następnej chwili pasma ognia lecące z każdej strony w moim kierunku. Tu tracę przytomność i urywają się wspomnienia.
Bracia wspomnieli potem, że usłyszeli mój krzyk i sekundę po tym otaczające nas płomienie zostały zassane przez moją pierś, niczym kurz wciągnięty przez trąbę powietrzną, a ja upadłem między skrzynie. Jaromir nie tracił czasu i gdy tylko płomienie zniknęły, a koń przestał się szarpać, ruszył gwałtownie przed siebie. Nie wiem ile jechaliśmy, ale kiedy obudziłem się, paliła mnie cała klatka piersiowa, a wokoło stali moi bracia, z troską w głosie pytając jak się czuję i co się stało.
- Nie wiem - odpowiedziałem jęcząc z bólu.
Jaromir słabym głosem powiedział do Igo - W tym kufrze jest pergamin i przybory do pisania. Wyciągnij go.
Igo pośpiesznie wykonał polecenie. - Daj mi to – powiedział – i trzymaj pochodnię. Igo spełnił jego prośbę i Jaromir pospiesznie zaczął coś pisać - Wyciągnij pieczęć i wosk. Jest tutaj w tym kufrze. Pod tekstem postawił pieczęć, dał pergamin Igo i z łoskotem spadł z kozła. W tym momencie zauważyliśmy, że z jego pleców sterczą dwa krótkie bełty. Jaromir próbował się podnieść, lecz nie dawał rady.
Posadźcie mnie – wystękał. Bracia ruszyli mu z pomocą, a ja tylko przyglądałem się temu, zmagając się z własnym bólem.
Czy możemy Ci jakoś pomóc? – zapytał Kejn.
Lecz Jaromir, jakby nie słysząc pytania, rozpoczął monolog.
Musicie odnaleźć Vernira. Ruszycie na północ tym szlakiem. Przy wielkim, uschniętym i samotnym dębie musicie skręcić na wschód. Wiecie gdzie jest wschód prawda? Uczyłem was tego – uśmiechnął się słabo.
Dojdziecie wtedy wąską ścieżką do malej polany, a tam znajdziecie rzekę. Pamiętajcie, musicie iść wzdłuż tej rzeki zgodnie z jej biegiem, cały czas w kierunku zachodnim. Po siedmiu dniach dojdziecie do wioski. Nazywa się Biała Osada. Tam znajdziecie Vernira. Poproście go o pomoc i dajcie mu ten list.
Z jego ust zaczęła toczyć się krew, a jego wzrok stawał się mętny.
- Bełty były chyba zatrute – wyszeptał, a coraz większe stróżki krwi płynęły po jego brodzie.
Leżąc na wozie zapytałem - Jak nazywał się brat mojego ojca?! - Widząc, że moja szansa na dotarcie do tej informacji gaśnie jak płomień wypalającej się świecy, uniesionym głosem krzyknąłem - Jego imię!
Młody wyluzuj – skarcił mnie Kejn.
Co, co - bełkotał już prawie Jaromir. - Vernir - wyszeptał - On wam pomoże.
Smutnym wzrokiem popatrzał na nas wszystkich, zakasłał ostatni raz i skonał.
Wspominałem Ci już wcześniej, że wielu postrzegało go jako sługę, a ja w sercu mam go jako najdzielniejszego bohatera. Myślę drogi mistrzu, że właśnie wyjaśniło się dlaczego. I dlatego, też tak mi wstyd przez moje dziecięce oceny. Ale nawet z tak bolesnej historii człowiek mądry wyciąga naukę.
„Dostrzegać swoje błędy – to inteligencja. Przyznawać się do nich – to pokora. Więcej ich nie popełniać – to mądrość.”
Uznaliśmy, że nie ma czasu na pochówek Jaromira, jako że nie wiedzieliśmy jak daleko jesteśmy od klasztoru. Postanowiliśmy złożyć ciało Jaromira na wozie i czym prędzej się oddalić i jeśli los da, pochować go godnie w bezpieczniejszym miejscu. Z trudem wnieśliśmy jego ciało na wóz. Igo chwycił za lejce i ruszył do przodu. Kejn w tym czasie myszkował po wozie, szukając czegoś co może przydać nam się w nadchodzących dniach. Po przejrzeniu skrzyń, znaleźliśmy nowe ubrania, o które zadbał Jaromir, buty, ciepłe płaszcze. Jedzenia niestety nie było zbyt wiele. Widocznie Jaromir planował krótką podróż na wozie. Biedak nie przewidział, że opłaci nasz ratunek śmiercią. Dobrze, że Igo zadbał też o zapasy, lecz wiedzieliśmy, że na planowaną podróż nam tego nie starczy. Beż żadnych oporów, wiedzeni chęcią przetrwania, przeszukaliśmy zwłoki Jaromira. Okazało się, że miał sztylet, krótki miecz i mały mieszek z monetami. Kejn zabrał sztylet i mieszek, a Dalinar ochoczo sięgnął po miecz, twierdząc, że on walczy najlepiej. Zabraliśmy też hubkę i krzesiwo. Znaleźliśmy też naszkicowaną mapę, która nic nam nie mówiła.

Igo ni stąd ni zowąd zadał pytanie - Poświęciłeś swój amulet, by nas ratować?
Nawet nie wiem co się stało, nic nie pamiętam - odpowiedziałem.
Zainteresowało mnie to, bo wyglądało jak jakaś magia – odparł Igo.
Wszyscy pochyliliśmy się nad mapą, ale jakbyśmy nie patrzeli, nie potrafiliśmy określić na niej naszego położenia. Mimo mroku i zmęczenia, strach przed pościgiem nie pozwolił nam się zatrzymać. Igo powoli prowadził, a my oddalaliśmy się od miejsca, które ostatniej nocy ukazało swoje prawdziwe, skrzętnie ukrywane oblicze. Po kilku godzinach jazdy, naszym oczom ukazał się gigantyczny dąb, którego uschłe konary, niczym pazury, rozpościerały się nad traktem, czekając tylko, by pochwycić nieostrożnego wędrowca. Wyobraźnia i strach podpowiadały mi takie obrazy. Na szczęście był to tylko zwykły, choć faktycznie ogromny, dąb.
Z wielki bólem zdecydowaliśmy, że nie mamy czasu na godny pochówek Jaromira, wozem wjechaliśmy w krzaki. Wyprzęgliśmy konia i obładowali tobołkiem z najpotrzebniejszymi rzeczami. Nasze stare rzeczy owinęliśmy w jeden z koców i cisnęliśmy głęboko w las. Po czym ruszyliśmy wąską ścieżką na wschód. Postanowiliśmy iść tak długo, dopóty nie wypali się jedna pochodnia. Ścieżka była tak mała, że nawet przy świetle pochodni, poruszaliśmy się bardzo wolno. Kiedy jej światło powoli zaczęło niknąć, daliśmy za wygraną i postanowiliśmy odpocząć. Z zebranych koców zrobiliśmy legowisko i przytuleni do siebie, aby ogrzać się jak najbardziej, pogrążyliśmy się w głębokim, po tak wyczerpującym dniu, śnie.
Obudziło nas słońce. Dalinar przytomnie zauważył, że musimy ograniczać się z jedzeniem i tego poranka zadowoliliśmy się jedynie pajdą suchego chleba oraz skromnymi łykami wody z bukłaka. Niestety po kilku godzinach, pragnienie wywołane pożarem i dymem, dawało się we znaki i mimo usilnych chęci, wypiliśmy całą wodę z dwóch bukłaków. Po kolejnych dwóch godzinach, usłyszeliśmy szum rzeki. W końcu ścieżka dotarła do rzeki i tam rozwidlała się na dwa kierunki. Jeden, w górę biegu rzeki na wschód, a drugi z biegiem rzeki w kierunku zachodnim. Według instrukcji zmarłego Jaromira, udaliśmy się ścieżką prowadzącą z jej biegiem. Igo napełnił bukłaki, a ja namoczyłem sobie koszulę zimną wodą i poczułem natychmiast ulgę na swoim sparzonym ciele.
Wędrowaliśmy, a za radą Igo, podzieliliśmy jedzenie na porcje. Podzielone porcje na siedem dni, wyglądały mizernie. Ale wszyscy zgodziliśmy się, że mając wody pod dostatkiem, jakoś damy radę. Tej nocy udało nam się rozpalić ognisko. Nie przypuszczałem, że może to być takie trudne. W rodzinnym domu zawsze to służba rozpalała w naszych kominkach. Jeszcze większa radość z rozpalonego ogniska przyszła w momencie, kiedy w nocy usłyszeliśmy nie tak odległe wycie wilków. Od tego momentu, przed każdym wieczorem, naszym priorytetem było zebranie odpowiedniej ilości opału, tak żeby starczyło na całą noc. Nasze optymistyczne podejście do racjonowania żywności, szybko zweryfikowała rzeczywistość. Piątego dnia zostaliśmy bez jedzenia. A i tak od czterech dni nieustanie byliśmy głodni.
Szóstego dnia głód był już nie do zniesienia, zmęczeni nieustannym marszem, postanowiliśmy zapolować na ryby. Każdy z nas, z naostrzonym patykiem, stanął w rzecze i raz za razem próbował upolować rybę. Nogi drętwiały nam od lodowatej górskiej rzeki, wargi zsiniały, a zęby wygrywały melodię, szczękając o siebie raz po raz. Kiedy zimno zmusiło nas do opuszczenia rzeki, nasz połów był mizerny. Złapaliśmy cztery ryby. Nieporadnie wypatroszyliśmy je, oczyścili z łusek i z zapałem piekliśmy nad ogniskiem. Dziś pewnie nawet bym na taką potrawę nie spojrzał, lecz tamtego dnia było to niczym uczta godna króla.
Z pełnymi brzuchami i wiarą, że jednak nam się powiedzie, ruszyliśmy dalej. W połowie dnia ścieżka, którą podążaliśmy, zdecydowanie się poszerzyła, a z prawej strony dochodziła do niej druga, równie szeroka. Było widać, że znacznie częściej pojawiali się na niej konni, widocznych było wiele śladów podków. Po kolejnych dwóch godzinach, las zaczął się przerzedzać, a w oddali zobaczyliśmy jakieś budynki.
Ale resztę opiszę Ci w następnym liście, pogoda się uspokoiła, a słońce wstaje zza gór. Czas ruszać w drogę.
...
III
Tajemnica Białej Osady i opowieść Vernira
Występują: Tsume de Vries [Gniewomir] (Prosiak), Dalinar de Vries (Cad), Igo de Vries (Sarak), Kejn de Vries (Bast)
Czas i miejsce: Lata 213-215 po Zaćmieniu. Rejon Karabaku. Biała Osada, leżąca na przełęczach Białej Rzeki. Wczorajszego dnia pogoda była łaskawa, nadrobiłem sporo drogi. Niższe partie gór nie stanowią już dla mnie takiego wyzwania, choć pamiętam o tym, że:
„Ktoś kto lekceważy potęgę przyrody, jest zwyczajnie głupcem.”
Dlatego też nie śpieszę się nadmiernie i uważnie stawiam kroki. U podnóża wysokich gór łatwo o tej porze roku o lawinę. A i zbyt wcześnie obudzony niedźwiedź, byłby niemiłą niespodzianką. Dlatego nie tracę czujności. Nastał kolejny, pogodny ranek, więc odnowię swoją więź z Ki-shak i napiszę kilka zdań do Ciebie.
Ruszyliśmy przed siebie z nadzieją, że docieramy do celu swojej podróży, a po jakimś czasie ścieżka zamieniła się w kiepskiej jakości trakt, do którego z lewej strony dochodziła kolejna odnoga, znacznie szersza, niż mijana uprzednio. Widać było ślady kół wozu. Wkraczaliśmy na jakiś mocniej uczęszczany szlak. Z kroku na krok majaczące na horyzoncie budynki rosły i niedługo po tym rozpoznaliśmy, że jednym z budynków jest młyn. W końcu jesteśmy u celu, pomyślałem, a na myśl o przyzwoitym jedzeniu, aż ślina napłynęła mi do ust. Nawet w klasztorze nigdy nie byłem tak głodny.
Koło młyna stał wóz i kręciło się kilka osób. Dalinar zadecydował, żeby nie iść razem, a Igo zadeklarował, że pójdzie wybadać otoczenie. Z oddali obserwowaliśmy, jak Igo podchodzi do jednego z mężczyzn i zaczyna rozmowę. Oczekiwaliśmy z niecierpliwością. Po krótkiej chwili, rosły mężczyzna, z którym rozmawiał Igo, kiwnął w naszym kierunku, zachęcając abyśmy podeszli. Igo nie dawał jakichś znaków, żeby tego nie robić, więc ruszyliśmy przed siebie. Powolnym krokiem Igo szedł w naszym kierunku. Zatrzymał nas w pewnej odległości od młyna. Do naszych nosów dobiegł zapach strawy. Żołądek wywinął mi kozła. Igo zapytał.
Co robimy? Zaprosił nas do środka.
Kupimy od niego chleb – wypalił Dalinar.
Po krótkiej dyskusji ustaliliśmy wersję wydarzeń, które doprowadziły do sytuacji, w której się znaleźliśmy i postanowiliśmy skorzystać z gościny.
Kiedy podeszliśmy, naszym oczom ukazał się wysoki, może nawet dwumetrowy mężczyzna, o postawnej budowie ciała. Jego ubiór pokryty był od stóp do głowy mąką.
Czy możemy tu przenocować ? - Zapytał Igo.
Oczywiście dzieci, zapraszam. Harold-młynarz jestem. - Jego głos był miły i przyjazny, niepasujący trochę do tak rosłego mężczyzny.
Konia zaprowadźcie do stajni. Pewnie głodni jesteście? Żona coś ugotuje. A gdzie zgubiliście wóz?
A mieliśmy przygodę – zaczął Igo.
Koło pękło - wtrącił szybko Kejn. - I musieliśmy go porzucić, a nie mieliśmy siły go naprawić.
Harold zaprosił nas do izby. Pod piecem wesoło trzaskał ogień, było ciepło, przytulnie, a w powietrzu unosił się bajeczny zapach jedzenia. Kiedy weszliśmy do izby, od pieca obróciła się kobieta o miłym spojrzeniu.
Nieszczęścia wy moje, co wy tu robicie sami na trakcie? Siadajcie, siadajcie – wskazała ręką ławę przy stole.
Kobieto podaj ciepłej strawy. Widzisz, że strudzeni i głodni – ponaglał młynarz.
Zaraz potem kobieta położyła przed nami miski pełne parującej, pachnącej zupy, w której pływały solidne kawałki mięsa. Zaczęliśmy jeść łapczywie i jedliśmy bez słowa, aż nasze miski były zupełnie puste. Ostatni taki posiłek jedliśmy chyba w rodzinnym domu. Podziękowaliśmy najlepiej jak potrafiliśmy, a kobieta, z uśmiechem na twarzy, dolała każdemu z nas po kolejnej chochli zupy. Oczywiście pochłonęliśmy także dolewkę. Po ciele rozpływało się cudowne ciepło, a powieki zaczęły mi mocno ciążyć.
Młynarz czekał cierpliwie, aż zjemy, po czym zapytał:
No dobra chłopaki, co wy tu tak naprawdę robicie?
Podróżujemy do Białej Osady – zgodnie z prawdą odpowiedział Kejn. - W dobrym kierunku zmierzamy?
W dobrym – odpowiedział Harold. - To dzień drogi stąd, odpoczniecie dziś u mnie, a jutro was tam zabiorę wozem. Wybieram się tam rano z mąką. A dlaczego tam zmierzacie? - nie ustępował.
Rodzice zapadli na chorobę i już nie mogą się nami opiekować, wyruszyliśmy zatem do stryja – odpowiedział Igo.
A jak zwie się wasz stryjek? Bo chyba nie dosłyszałem.
Vernir – odpowiedział Dalinar.
Vernir powiadacie? Dawno nie słyszałem tego imienia. Pomogę wam go odszukać. Muszę przyznać, że mieliście dużo szczęścia, że bezpiecznie dotarliście aż tutaj. To niebezpieczne tereny, opanowane przez łowców niewolników. Świat stał się bardzo brutalny, może jeszcze się o tym nie przekonaliście, ale niestety wszystko przed wami. A co do Vernira, zaskoczyliście mnie. On od lat nie używa tego imienia. Teraz mianuje się Ragn i jest sołtysem Białej Osady. Jutro się z nim spotkacie. I proszę was, we wsi używajcie tego właśnie imienia.
Mimo wczesnej pory, udaliśmy się na spoczynek i momentalnie zasnęliśmy. Rano obudził nas pogodny głos gospodyni.
- Wstawać, wstawać. Musicie zjeść śniadanie przed podróżą. Zapraszam do stołu.
Nie trzeba było nas długo namawiać. Szybko pozbieraliśmy się i zasiedliśmy przy stole. Śniadanie było równie obfite co smaczne. Zajadaliśmy pajdy świeżego chleba, które moczyliśmy w zupie, która pozostała z wczorajszego obiadu. Po chwili do kuchni wszedł Harold z trójką chłopaków, w wieku kilkunastu lat.
- Czas się zbierać. Przywiążcie swojego konia do wozu i siadajcie.
Jeszcze raz podziękowaliśmy gospodyni za strawę, pożegnaliśmy się i zasiedliśmy na workach z mąką. Podróżowaliśmy w milczeniu, a po pewnym czasie okolica zaczęła się zmieniać. Zaczęły pojawiać się pola uprawne, a chwilę potem pierwsze, mocno rozproszone gospodarstwa. Po pewnym czasie zobaczyliśmy większe skupisko domów, a obok na wzgórzu ruiny zamku. Młynarz skwitował – Dojeżdżamy.
Wioska kiedyś musiała być dobrze chroniona, bo wokół niej rozciągały się resztki grubego, obronnego muru. W centralnym punkcie stała dosyć duża karczma. Nad drzwiami, na wietrze bujał się szyld „Karczma pod Dębem”, a niedaleko stał zupełnie niepasujący, duży murowany dom. Jego ściany były pokryte białą farbą. Kiedyś na pewno prezentował się wspaniale, lecz teraz farba była mocno pociemniała, a gdzieniegdzie odchodziła, ukazując kamień. Lecz i tak dom prezentował się na tle chałup okazale. Przejechaliśmy obok kuźni, gdzie brodaty krasnolud z zapałem wykuwał podkowy. Przed karczmą stało kilka wozów, widać szlak, który przebiegał przez osadę był całkiem ruchliwy.
- No cóż, jesteśmy na miejscu chłopaki. Chodźcie za mną, zaprowadzę was do Ragna.
Zaprowadził nas pod drzwi białego domu i zapukał. Drzwi otworzył mężczyzna w średnim wieku, chwilę rozmawiali po cichu. Harold dał znać ręką, abyśmy poczekali i wszedł do środka. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy przed drzwiami. Po kilku minutach drzwi otworzyły się i młynarz podszedł do nas z mężczyzną, z którym wszedł do budynku.
- Witajcie - odezwał się nieznajomy. - Jestem Ragn, podobno mnie szukacie. Dziękuję Ci Haroldzie, widzimy się za dwa dni. A wy przywiążcie swojego rumaka i wejdźcie do środka.
Kiedy młynarz odchodził, podziękowaliśmy mu i Kejn chciał wcisnąć mu w dłoń kilka srebrnych monet w podzięce.
- Nie mamy dużo, ale chcieliśmy się odpłacić za posiłek.
Harold uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział – Zatrzymajcie, wam się bardziej przydadzą.
Zapraszam – Sołtys wskazał ręką drzwi.
Niech poda swoje wcześniejsze imię – powiedział Kejn.
Igo wyciągnął pergamin i podał go Ragnowi - To chyba jest adresowane do Ciebie. Myślę, że wyjaśni sytuację.
Kejn upierał się przy swoim - Nie wejdę, jeśli nie poda swojego imienia.
Uspokój się – zganił go Igo.
Jestem spokojny, ale szliśmy tu siedem dni.
Ignorując Kejna, weszliśmy do środka.
Naszym oczom ukazał się całkiem obszerny pokój z kominkiem. Ragn wskazał na krzesła przy stole, zachęcając nas, abyśmy usiedli. Skorzystaliśmy z zaproszenia. Spokojnymi ruchami nabił fajkę, odpalił kawałkiem drzewa wyciągniętym z kominka i rozsiadł się na bujanym fotelu.
Słyszałem, że szukacie Vernira – powiedział wypuszczając kłęby dymu. - Skąd znacie moje imię?
Od Jaromira - odpowiedzieliśmy prawie równocześnie - Naszego opiekuna.
Ragn rozwinął list, który wręczył mu Igo, czytał w skupieniu i po chwili rzekł:
Hm rozumiem, to wszystko wyjaśnia.
Dla nas nic nie wyjaśnia - przegadywaliśmy się jeden przez drugiego.
Ty wiesz już coś o nas, a my nadal nic o Tobie – powiedział Igo.
Ragn jakby zignorował nasze słowa i ciągnął dalej - Faktycznie znałem Jaromira. Rozumiem, że nie żyje.
Mimo naszych próśb o wyjaśnienia Ragn ignorował je.
- Zapamiętajcie. Nigdy nie używajcie mojego starego imienia. Jestem Ragn, sołtys Białej Osady. I opiekuję się tym miejscem. Jak się zwiecie?
Przedstawiliśmy się po kolei.
Daliran de Vries.
Gniewomir de Vries.
Igo de Vries.
Kejn de Vries.
Miło mi was poznać. Rozumiem, że nie macie się gdzie podziać. Jaromir w liście napisał mi tylko, że powierza was mojej opiece i że jesteście synami Roberta de Vries. Zamieszkacie tu. Będziecie tu bezpieczni. Na terenie wioski funkcjonuje ochronka, do której przygarniamy czasem sieroty. Przed wami długa droga, ale ja wam wszystko wyjaśnię, zwyczajnie musicie mi zaufać. Upraszam was, abyście zwracali się do mnie Ragn, nawet gdy jesteśmy sami. Kiedyś byłem wędrownym rycerzem, lecz to było dawno. Porzuciłem to imię i tamto życie. Kiedyś, gdy będziecie starsi, wszystko wam wyjaśnię. Postaram się wychować was jak własnych synów, a potem, cóż, wasza wola jaka drogę obierzecie. Na ten moment w końcu jesteście bezpieczni. Co wy na to? Zostajecie tu, czy może macie inne plany?
Zostaniemy parę dni, a później się zobaczy – odpowiedział Dalinar.
Naszą wioskę odwiedza wielu podróżników, awanturników, kupców. Zazwyczaj zatrzymują się w gospodzie, to często nieciekawe typy. Nie zaglądajcie tam dla waszego dobra, to nie miejsce dla dzieci. Póki co znajdę dla was miejsce w ochronce siostry Celesty i Eugenii – a widząc nasze przerażenie, dodał – spokojnie, to nie siostry zakonne.
Zapewne widzieliście ruiny zamku - kontynuował - To forteca Manmar, nazywana tak od rodziny, która władała tymi włościami dawno temu. Ochronka znajduje się w dawnym budynku służby. Zgaduję, że skoro jesteście synami Roberta, odebraliście solidne wykształcenie odpowiednie dla swego wieku. Cóż, postaramy się rozwinąć jakoś wasze zainteresowania, a ja postaram się wychować was jak najlepiej potrafię. Jakoś to będzie. Dziś nie mam więcej czasu, ale możecie mi zadać jakieś pytania, bo pewno macie ich sporo.
A i jeszcze jedno – dodał – nie używajcie tu nigdy swojego rodowego nazwiska. W razie pytań jesteście dziećmi kupca, który po prostu zginął na szlaku, a ja przygarnąłem was do ochronki.
Czy nasz ojciec mógł mieć wrogów? – zapytał zdziwiony Igo.
Myślę, że tak, ale nie wiem czy uda mi się kiedykolwiek ustalić jakich. Wiecie Mar-Margot i Biała Osada nie są od siebie aż tak daleko.
Brat mojego ojca chodził mi po głowie od lat, zamieniał się w moją małą obsesję, więc zapytałem:
- Czy wiesz gdzie odnajdę brat Roberta? Jaromir twierdził, że udzielisz mi odpowiedzi.
Ragn wyglądał na zaskoczonego - A dlaczego go szukasz i skąd pomysł, że mogę Ci pomóc?
Szukam go dlatego, że moja matka sobie tego życzyła, a pytam Ciebie, bo Jaromir wskazał właśnie na Ciebie.
Postaram się czegoś dowiedzieć, ale to potrwa, a na ten czas nie jestem wstanie Ci pomóc.
Ragn zaprowadził nas do ochronki, gdzie powitały nas dwie starsze kobiety, które opiekowały się tym miejscem. Dostaliśmy osobny pokój, który, po drobnych porządkach, można było uznać za całkiem przytulny. Ochronka pełniła też rolę szkoły dla dzieci tutejszych gospodarzy.
I tak też rozpoczął się nowy etap naszego życia. Z czasem dowiedzieliśmy się, że Biała Osada to wolna miejscowość, która nie podlega żadnemu władyce. Ragn, można powiedzieć, jednoosobowo zarządzał tymi ziemiami. Rozstrzygał spory między mieszkańcami, a kiedy trzeba było organizował zbrojną pomoc. Żył prawdopodobnie z podatków, które nałożone były na gospodarstwa oraz działającą w wiosce gospodę, która, jako że stała na dosyć uczęszczanym szlaku, zapewne przynosiła solidne dochody. Mimo że nieoficjalnie, czasem można było odnieść wrażenie, że Markus, kowal z tutejszej kuźni, był jego prawą ręką i zaufanym przyjacielem. Gospodę prowadził niejaki Ian, a z osób wyróżniających się z osady należy wspomnieć jeszcze dwóch najemników, opłacanych przez Ragna. Byli to Taurus i Norman i dbali o to, aby przyjezdnym do wioski, jeden kufel piwa, czy butelka gorzałki, zbytnio nie pozwoliła szaleć. Dopytywaliśmy o podniszczony budynek, który kiedyś mógł być niewielką kapliczką, lecz nie było w nim żadnych symboli potwierdzających, że mogło to być miejsce kultu.
- Tak, to była w odległych czasach kaplica dawno zapomnianego bóstwa, które teraz wyznaje już naprawdę niewielka grupa ludzi. Nazywano go Dagerrod i był bóstwem wiedzy i opiekunem pustelników. Nie dzielcie się tą wiedzą z nikim, bo to stara wiara, której wyznawanie jest obecnie zakazane – powiedział nam Ragn.
Ragn czasami zabierał nas na objazd po włościach i to wtedy też dowiadywaliśmy się dużo na temat regionu w którym się znajdowaliśmy. Właśnie wtedy miał najwięcej czasu, by odpowiadać na pytania, które nas nurtowały. Często wprawdzie zbywał nasze odpowiedzi stwierdzeniem, że jeszcze mamy na taką wiedzę czas, ale świadomość dostatku w jakim żyliśmy w rodzinnym domu, a potem naszej izolacji w klasztorze, skłaniała go czasem do ukazania nam niebezpiecznych stron życia. I tak dowiedzieliśmy się o tym jak popularne jest niewolnictwo w całym imperium Delidii, że właściciel mógł traktować niewolnika jak przedmiot i zrobić z nim wszystko. Dowiedzieliśmy się trochę o pogromie i ucieczce elfów z tych ziem. I tak jak elfy były pogardzane i prześladowane, to dla odmiany krasnoludy były szanowanym ludem, z którym często robiono interesy. Przynajmniej w Karabaku. Działo się to dzięki ich niebywałej biegłości w wydobywaniu kryształów Amuru, jak i drogocennych kamieni i złota.
Po około trzech miesiącach Ragn oznajmił, że zabiera nas do Grahama - Jeszcze go nie poznaliście. To mój stary przyjaciel. Mieszka w jednym z najdalszych domów w Białej Osadzie, a jako że mam do niego pewną sprawę, wykorzystam to, abyście lepiej poznali okolicę.
Ucieszyliśmy się niezmiernie, bo każda taka wyprawa to była szansa na dłuższe spędzenie czasu z Ragnem i na spokojne rozmowy, kiedy to nie był zajęty sprawami wioski. Kiedy nazajutrz o świcie wyjechaliśmy i zostawiliśmy za sobą zabudowania wioski, Ragn powiedział – Słuchajcie. Widzę, że często kręcicie się w okolicach karczmy. Rozumiem, że jesteście ciekawi świata i ludzi, lecz uważajcie, ponieważ zdarzały się już tam burdy. I muszę wam coś powiedzieć, choć nie wiem czy powinienem... Uważajcie na to co mówicie przy Ianie.
Masz z nim jakiś konflikt? - dopytywał Igo.
Wiecie, łączą nas wspólne interesy. Ale to dziwny typ. Przybył tu kilka lat temu i kupił tą gospodę. Czasami kręcą się przy nim podejrzani ludzie. Po prostu uważajcie co przy nim mówicie, bo nie wiem czy przypadkiem dla kogoś nie pracuje.
A opowiedz nam o Grahamie – dopytywał Kejn.
Graham to rolnik, który osiadł tu dawno temu, tak samo jak Harold młynarz. Wiecie, ja kiedyś służyłem w wojsku. Byłem wędrownym rycerzem bez włości, a Graham był moim towarzyszem broni. Osiedlił się tu razem ze mną ładny kawałek czasu temu. Założył rodzinę, został rolnikiem i obecnie ma dziesięciu synów. Jego pierwsza żona zmarła w połogu, a z drugą żoną, Rothildą, mają czwórkę dzieci. Wszyscy pracują na famie i mają sporo pracy.
Korzystając ze wspólnego czasu, zadawaliśmy mnóstwo pytań. Igo dopytywał jak został sołtysem. Dowiedzieliśmy się, że ziemie te wygrał w kości. Przy tej krótkiej wymianie zdań, doszło do nas, że nasz ojciec był właścicielem kilku wiosek i zapytaliśmy Ragna, czy może wie, co się z nimi stało.
- Wiecie, Mar-Margot jest kawałek stąd i niestety niewiele wieści trafia do moich uszu. Lecz czasami tam bywam i postaram się czegoś dowiedzieć, lecz w obecnej sytuacji muszę być bardzo ostrożny, by nie wzbudzać podejrzeń.
Rozgorzała dyskusja na temat tego, że cały pożar naszego domu, z perspektywy czasu, to mogło być podpalenie. Wszak powinniśmy zostać prawowitymi właścicielami dóbr po ojcu. Miał kilka tartaków, młyny, wioski. Do czasu osiągnięcia pełnoletności, mógł opiekować się nami Jaromir, lecz z jakiegoś powodu musiał wykraść nas z sierocińca, jak złodziej, co przypłacił życiem. Posłał nas do osoby, która ukrywa się pod wymyślonym imieniem. Dyskutowaliśmy w na ten temat w drodze do Grahama.
Cóż jest wiele tajemnic, które będę starał się wam wyjawić, lecz nie wszystko naraz – odezwał się Ragn.
To wszystko jakoś nie pasuje – rozumował Igo – Powinniśmy być właścicielami majątku, a kiedy trafiliśmy do ciotki, traktowała nas jakbyśmy nic nie mieli. To wszystko wygląda tak, jakby jakaś siła czyhała na nas lub na majątek ojca.
Dlatego też cały czas proszę, abyście trzymali swoje pochodzenie w tajemnicy - skwitował Ragn.
Takimi słowami też sugerujesz, że coś na nas czyha, dlatego pytamy skąd masz takie podejrzenia - nie odpuszczał Igo.
Widzisz drogi mistrzu. Gdyby ojciec nie chciał nas tak bardzo chronić przed światem zewnętrznym i podzielił się wiedzą na temat pewnych sekretów, może bylibyśmy lepiej przygotowani i nie znaleźlibyśmy się w tak trudnych i zagmatwanych sytuacjach. Miałeś rację mówiąc:
„Zło na świecie płynie niemal zawsze z niewiedzy.”
- Z tego co wiem, powinniście być prawowitymi spadkobiercami po Robercie, dlatego też zalecam ostrożność, bo ta sprawa jest mocno podejrzana. Lecz nie wiem jak była rozpatrywana i dlaczego trafiliście do sierocińca po śmierci rodziców. Potrzebuję czasu, aby zorientować się jak się mają sprawy w mieście, a niestety, jak już wspomniałem, nie bywam tam zbyt często.
W trakcie rozmowy podróż minęła szybko i w końcu dojechaliśmy do domu Grahama. Na przywitanie wyszedł do nas największy człowiek jakiego widziałem w życiu i nie były to moje dziecięce urojenia. Chłop miał dobre dwa i pół metra wzrostu. W parze ze wzrostem szła szerokość w barach i ogromne mięśnie. Krok za nim kroczyła jego żona. Nie wiem gdzie się dobrali, ale w jednym miejscu zobaczyłem najwyższego mężczyznę i najwyższą kobietę jaką kiedykolwiek widziałem.
Ragn przedstawił nas, a Graham swoją liczną rodzinę. Jego dorośli synowie niewiele ustępowali mu posturą, ale żaden nie był tak wysoki jak on.
Szepnąłem do Igo - On to chyba konia dosiada jak kucyka.
Farma była ogromna. Świnie, krowy, kury i jak okiem sięgnąć pola. Nawet dla tak licznej rodziny, było co tu robić przez okrągły rok. Graham zaprowadził nas do domu, który też robił wrażenie. Grzech nazwać by to było kuchnią. Była to raczej sala biesiadna z wielkim stołem, który własnoręcznie wykonał Gragam, jak i większość mebli w tym domu. Specjalnie na tę okazje zabili świniaka, więc uczta zapowiadała się wyśmienicie.
Szybko zaprzyjaźniliśmy się z młodszymi dziećmi i kiedy starsi nadal siedzieli przy stole i popijali piwo, rozmawiając z Ragnem, my radośnie oddawaliśmy się zabawie. Kiedy kładliśmy się spać, biesiada trwała w najlepsze. Gdy obudziliśmy się rano, przekonaliśmy się, że biesiadnicy nie wylewali za kołnierz. Zarówno Ragn, Graham, jego żona oraz trójka najstarszych synów, pochrapywali z głowami wspartymi o stół. Psy wyjadały resztki, a wszędzie unosił się zapach alkoholu. Trzeba przyznać, że jak już się spotkali, to umieli się zabawić. Widząc to reszta synów Grahama oznajmiła ku naszej radości, że na pewno dziś nie wrócimy do Białej Osady, sądząc po stanie i ojca i sołtysa. Porwaliśmy resztki jedzenia ze stołu i wybiegliśmy na podwórze.
Z całej gromady do gustu przypadli nam najbardziej Will i Ron, pewnie dlatego, że byli podobnego wieku. I to właśnie z nimi udaliśmy się w las, aby bawić się w polowanie, a po południu w podchody. Zabawa trwała w najlepsze, kiedy nagle usłyszeliśmy głośny krzyk Willa – Aaaaaaaaaa! Pomocy! Ratunku!
Nie wiedząc co się stało, pobiegliśmy w kierunku krzyku. Kiedy dobiegliśmy do miejsca, z którego wydobywał się krzyk, naszym oczom ukazała się duża, głęboka na kilka metrów dziura, na dnie której z bólu zwijał się Will, trzymając się za nogę.
- Aaaaa! Moja noga! Złamałem nogę!

Od razu zadeklarowałem, że pobiegnę po pomoc, a Dalinar wybrał się ze mną. Biegiem ruszyliśmy w kierunku domu, dwa kroki przed nami biegł Ron. Z głośnym krzykiem wbiegliśmy do gospodarstwa.
Pomocy! Pomocy! Will spadł do dziury!
Potrzebujemy liny i jakiejś pochodni! – krzyczałem.
Graham i Ragn zerwali się szybko. Gospodarz zakrzyknął na dwóch najstarszych synów, którzy zabrali solidny powróz i pochodnie. Ron ruszył biegiem w kierunku lasu, a my za nim. Po chwili stanęliśmy nad rozpadliną, na dnie której jęczał Will. Szybko przywiązali linę do drzewa i opuścili na dół. Graham chciał schodzić już po syna, ale gdy tylko podszedł na skraj rozpadliny, wszystko zaczęło się osuwać. Z dołu jęknął Will, który widocznie dostał spadającymi kamieniami.
- Ja tam mogę zejść - zadeklarował Kejn - Jestem lżejszy.
Kejn, przy pomocy liny, sprawnie zszedł na dół. Gdy był na dole, Graham zrzucił mu zapaloną pochodnię. Kejn podniósł ją i rozświetlił panujący na dole mrok. Okazało się, że tam gdzie ziemia się nie zawaliła, widniał korytarz – jakby jakiś podziemny tunel. Kejn wbił pochodnię w osypaną ziemię i ostrożnie zaczął badać nogę Willa.
- Ma złamaną nogę! - Z dołu zakrzyknął Kejn.
Pomógł mu wstać. Will kuśtykał na jednej nodze, wspierając się ciężko na Kejnie. Elf obwiązał wokół niego linę, położył go delikatnie plecami do osuwiska i polecił go wciągnąć. Graham pociągnął za linę i Will, w akompaniamencie krzyków bólu, został wciągnięty do góry. Zaabsorbowani wciąganiem Willa, nie zauważyliśmy, że Kejn zabrał pochodnię i zniknął w tunelu. Kiedy spojrzeliśmy na dół, z tunelu biło migoczące światło pochodni. Po sekundzie usłyszeliśmy krzyk Kejna
Coś tu jest!
Kejn! Wracaj do mnie! – krzyczał Ragn.
Ale dostrzegliśmy tylko, iż migające światło oddala się od krawędzi tunelu, więc Kejn szedł dalej.
Dosłownie po chwili światło zaczęło się przybliżać i z tunelu wyszedł elf.
Co tam jest? – dopytywał Ragn.
Niewiele – odkrzyknął z dołu Kejn - Tunel biegnie kilka metrów i kończy się ścianą.
Zabierzcie Willa do domu - wydał polecenie Graham – Kejn, zostań na dole, schodzimy do ciebie.
Ty zostajesz – powiedział do Rona Graham - Pilnuj liny.
Po chwili wszyscy udaliśmy się po osuwisku do Kejna.
- Chłopaki idziecie za mną i nie dotykamy niczego – mówił dziwnie podniecony Ragn – Ruszajmy.
Dosłownie po kilku metrach korytarz kończył się murem, ozdobionym kamienną płytą, z wyrzeźbionymi w dziwnym języku słowami. Pod słowami, w kamieniu, znajdowała się misternie wyrzeźbiona róża, z której spływała kropla krwi.

Jak mogłem na to nie wpaść. Szukaliśmy cały czas w złym miejscu – powiedział Ragn do Grahama - Kamienna tablica mówiła prawdę. Musimy to sprawdzić.
No to próbuj – odpowiedział Graham.
Vernir, zwany Ragnem, wypowiedział kilka słów w dziwnym języku. Minęło kilka sekund przejmującej ciszy, gdy nagle usłyszeliśmy jakieś dwa słowa wypowiedziane w tym samym języku, tak jakby sama tablica była autorem tych słów. Płyta zaczęła migotać w blasku pochodni, po czym znikła. Z naszych ust wydobyło się westchnienie zarówno zachwytu, jak i zaskoczenia. Ragn podniósł wyżej pochodnię i naszym oczom ukazała się sala. Ragn obrócił się do nas i szepnął – Cii. Niczego nie dotykajcie - ucinając nasze pytania.
Wszedł do środka pierwszy i zaczął rozświetlać pochodnie zatknięte w uchwyty na ścianach. Nie miałem wątpliwości, że byliśmy w jakiejś starej krypcie. Po drugiej stronie pomieszczenia znajdował się sarkofag, którego płytę zdobiła płaskorzeźba rycerza z mieczem w dłoni. Obok sarkofagu, na podłodze, stał duży, okuty, solidny kufer. Za Ragnem wszedł Graham. Vernir obrócił się do nas i powiedział:
- Chłopaki uklęknijcie i oddajcie hołd temu człowiekowi - Po czym sami uklękli.
Wykonaliśmy polecenie, a Kejn zapytał - Gdzie my jesteśmy? Co to za grobowiec?
- Jeszcze nie jesteśmy pewni, ale prawdopodobnie jest to jeden z ostatnich władców twierdzy Manmarr, której ruiny górują nad naszą osadą.
Ragn wstał, podszedł do kufra i otworzył go, a my z ciekawością zaglądaliśmy mu przez ramię. W środku było kilka zabezpieczonych materiałem ksiąg. Ragn delikatnie począł rozwijać pakunki. Naszym oczom ukazały się jakieś księgi, dwa płomienne sztylety oraz coś co spodobało nam się najbardziej, to jest sporej wielkości niebieski kryształ, opleciony srebrnymi, misternie wykonanymi drucikami, który jarzył się wewnętrznym blaskiem.
- Dobra chłopaki, zabieramy się stąd - Podniósł tylko zawiniątko z kryształem, a resztę owinął w materiał, ułożył w kufrze i zamknął wieko - Porozmawiamy o wszystkim w gospodarstwie.
Po wyjściu z dołu, pościnaliśmy kilka większych gałęzi, aby go zamaskować i udaliśmy się do gospodarstwa.
Słuchajcie chłopaki – Powiedział Ragn w drodze, ale nie daliśmy mu dokończyć i chórem odpowiedzieliśmy
Pod żadnym pozorem nie możemy o tym mówić!
Nie wiemy dokładnie co to jest, ale prawdopodobnie coś czego szukaliśmy tu od wielu lat. Prowadzimy pewne badania na temat historii tej fortecy.
Dawno umarł? - wypalił Dalinar.
No wiecie, z tego co wiemy forteca została zniszczona około 500 lat temu.
Pięćset lat temu! – zakrzyknął zdziwiony Dalinar.
A co to za klejnot? - dopytywaliśmy się.
To nie klejnot, a kryształ. Tego typu kryształy zwane są kryształami Amuru i są wydobywane w rejonie Karabaku. Ale ja nie znam ich właściwości.
Dotarliśmy do domu i z troską zapytaliśmy się co u Willa. Dowiedzieliśmy się, że nogę trzeba nastawić, a lekarz jest daleko stąd, w Mar-Margot i sprowadzenie go zajmie zbyt dużo czasu. Wszyscy obawiali się, że Will zostanie kaleką. Z pomocą przyszli Kejn i Igo. Kejn zaoferował, że pomoże w nastawieniu nogi, bo praktykował takie rzeczy zanim trafił do rodziny de Vries, a Igo sporządził napar z ziół, który miał zmniejszyć ból. Kejn zadziwiająco dobrze poradził sobie z nastawieniem i usztywnieniem złamanej kości. Resztę musiał zrobić czas.
Wieczorem Ragn podziękował nam za pomoc, lecz większość pytań zbywał. Następnego dnia, koło południa, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i wyruszyliśmy do Białej Osady. W drodze zapytaliśmy w jakim języku zapisane były słowa na tablicy, która znikła wraz ze ścianą. Dowiedzieliśmy się iż był to język, jednego z dawnych zakonów rycerskich.
Od wydarzeń na farmie Grahama minęło kilka tygodni. Zauważyliśmy, że Ragn znacznie częściej niż dotychczas, opuszczał konno wioskę. Ale zmęczeni już ciągłym zbywaniem, nie dopytywaliśmy o nic. Wszak na wszystko przyjdzie czas.
Jakiś czas później do wioski zawitał wędrowiec. Pewnie nie zwróciłby naszej uwagi, gdyby nie fakt, że nie nocował w karczmie, a pozostał gościem Vernira. Miał około pięćdziesięciu lat, przyjechał na siwym, pięknym koniu, a ubrany był zdecydowanie lepiej niż wszyscy dotychczasowi goście i nosił się cały na czarno. Któregoś dnia Celesta oznajmiła nam, że sołtys zaprasza nas na obiad. Tam też przy stole siedział tajemniczy nieznajomy.
- Siadajcie, małżonka zaraz poda obiad. To jest Anton - przedstawił nam gościa - Mój dobry znajomy, z którym od dawna się nie widzieliśmy.
Anton nie był zbyt rozmowny, lecz zagaił do nas skąd się tu znaleźliśmy.
Korzystamy z dobroci Ragna - odpowiedział Igo.
Jesteśmy sierotami.
Podróżowaliśmy z kupcem, który pozgarniał nas z rozbitych rodzin i niestety zmarło się mu w drodze i zostaliśmy bez opieki.
Skierował nas tu młynarz – dodał Kejn.
Ragn to poczciwy człowiek, na pewno wszystko się ułoży, no a teraz jedzmy nim wszystko wystygnie.
Po chwili wtrącił - Widzę, że sprawnie posługujecie się sztućcami. To rzadkie w tych czasach.
Jesteśmy dobrze uczeni w tutejszej szkole – odpowiedział Kejn.
A no tak, to dwie wspaniałe kobiety – odpowiedział Anton.
Anton nie zadawał już do końca obiadu więcej pytań. Podziękowaliśmy za obiad i udaliśmy się do swoich zajęć. Następnego dnia tajemniczy gość wyjechał.
Minęło kilka miesięcy. Ragn coraz więcej czasu spędzał wraz z krasnoludem Markusem na terenie ruin fortecy. Ściągnął nawet z miasta grupę kamieniarzy, którzy odzyskiwali z fortecy kamień i zwozili go do wioski. Ponoć Ragn chciał wybudować coś w wiosce. Nie widywaliśmy się z nim prawie wcale, a przy rzadkich spotkaniach zbywał jak zwykle nasze pytania. Czas biegł leniwie na nauce i pracy, którą przydzielała nam Celesta oraz oczywiście zabawie. Od czasu do czasu Celesta wysyłała nas do prac w karczmie, a to przy rozładunku zaopatrzenia, a to do sprzątania, a czasami nawet do obsługi, jeśli było wyjątkowo tłoczno. Pewnego dnia, kiedy właśnie pomagaliśmy, w karczmie było bardzo tłoczno, bo do wsi zawitała sporo grupa być może najemników, być może jakiś żołnierzy. Wszyscy pod bronią, a z oczu patrzyło im tak, że strach było ich obsługiwać. Z każdym wypitym kuflem byli coraz głośniejsi i coraz mniej przyjemni. Ian podszedł do nas i ostrzegł - Uważajcie na nich. Mam do takich typków nosa. Może być awantura.
Z czasem miejscowi zaczęli wychodzić ukradkiem. A pijatyka przybierała na sile. Jeden rzucił dzbanem o ścianę, inni wybuchnęli śmiechem i bili mu brawo. Po chwili do karczmy wszedł Ragn i Markus, jak spod ziemi pojawili się Norman i Taurus. Usiedli z boku i nerwowo przyglądali się sytuacji. Z każdą chwilą sytuacja się zaogniała, co rusz było słychać krzyki, że dziś sobie poużywają na wioskowych kobietach. W końcu zaczepili Normana, w ruch poszła broń i w kilku ruszyli na najemnika. Mimo że obyty w boju, w końcu padł cięty w ramię - polała się krew. Ale jak to mówią
„Nawet szermierz dupa, kiedy wrogów kupa.”
Ktoś jeszcze w miarę trzeźwy z tej kompanii uspokoił agresorów, ale wiedzieliśmy, że spokój nie potrwa długo. Gospodarz pomógł wstać Normanowi i poszli na zaplecze. Taurus, widząc co się dzieje i jaką przewagą mają potencjalni agresorzy, też się wycofał. Ragn wstał i próbował załagodzić sytuację
- Spokojnie mości panowie! – krzyknął - Karczmarzu piwa dla tych panów. Na koszt sołtysa!
Podniósł się tumult i głośne wiwaty. Ktoś rzucił w Ragna garścią srebrników.
Ragn skinął na nas. Podeszliśmy.
Chłopaki umiecie jeździć konno?
Ja potrafię – odpowiedział Igo.
Dobrze. W stajni jest mój koń. Jedź jak najprędzej do Grahama i powiedz co tu się wyprawia. Spiesz się, a wy obsługujcie ich dalej.
Wydawało się, że czas stoi w miejscu. Żołdacy byli coraz bardziej pijani i agresywni, a Igo nie wracał. Ponownie skinął na nas sołtys i powiedział:
Trzeba udobruchać to towarzystwo, bo znowu komuś stanie się krzywda. Przed chwilą szarpali już Iana, mimo iż mieli darmowe trunki. Powiem im, że umiecie ich rozśmieszyć. Wymyślcie coś, jakieś piosenki, poopowiadajcie głupoty. - Z przerażeniem zgodziliśmy się. Cóż było począć?
Panowie – głośno rzekł Ragn - Mamy tu grupę kuglarzy, są miejscowi, ale naprawdę zabawni. Kiedyś występowali nawet przed księciem. Już wtedy domyśliłem się, że będzie kiepsko, bo w naszym smutnym życiu niewiele mieliśmy wspólnego z radością, a sam wiesz mistrzu jak jest z kłamstwem.
„Są trzy rzeczy, których nie można ukryć na długo: Słońce, Księżyc i prawda.”
A prawda była taka, że nawet nie wiedzieliśmy, co to oznacza rozśmieszać ludzi.
Ktoś z tłumu krzyknął:
O czym ty pierdolisz! Dawać dziwki!
Spokojnie, dajmy im szanse, niech nas rozbawią!” - powiedział ktoś inny.
Kierowany aktem desperacji, wdrapałem się na bar i starałem się głośno opowiedzieć kawał, który słyszałem w sierocińcu, a który mnie nie bawił, lecz starsze chłopaki się śmiały. Miałem nadzieję, że i tu zadziała.
Czy wiecie jak daleko stąd jest do Zargah?
No nie wiemy. Trochę jest, a co to kurwa ma być za pytanie. - Z tłumu padła odpowiedź.
Tak daleko jak dziecku bez rąk do adopcji. - Odpowiedziałem.
Z jednej strony odczułem ulgę, bo zebrani wybuchnęli śmiechem, a jeden nawet spadł z krzesła, a z drugiej solidną gulę w gardle, bo wiedziałem, że na tym repertuar moich żartów się kończy.
Kiedy śmiech ucichł, stało się to, czego się obawiałem. Padły okrzyki:
Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!
Dobry jest mały.
Karczmarzu nalej im piwa!
Dawaj następny! No co jest?!
Byłem tak zestresowany, że nie wiem nawet co robili Kejn i Dalinar, ale chyba nic śmiesznego, bo po chwili było słychać niezadowolone buczenie i krzyki: - Wymyślcie coś nowego, to już było!
Ogarniała mnie panika. Na szczęście w tym momencie do karczmy otworzyły się drzwi i wszedł Igo. Zaraz zanim, mocno schylając się, Graham, a za nim ośmiu jego synów i żona. Wszyscy opatuleni płaszczami, jeden dzierżył grabie. Uwaga awanturników przerzuciła się na nowo przybyłych. Ktoś z nienawiścią splunął na ziemię.
- Kurwa, wieśniaki.
Graham zwrócił się do Iana:
- Karczmarzu, my po robocie. Dajcie no moim chłopakom piwa, zasłużyli sobie.
Synowie Grahama zaczęli rozmawiać między sobą, strasznie zaciągając, o jakichś rolniczych sprawach, a to o zbiorach, a to o cieleniu krowy. W ich kierunku padło jeszcze kilka razy „wypierdalać”, po czym zbrojni stracili nimi zainteresowanie.
Nagle, sprawnie jak na swoją posturę, zerwał się Graham. Płynnym ruchem odrzucił połę płaszcza, spod którego wyciągnął solidny, bojowy topór i wbił go w czaszkę pierwszego z brzegu najemnika. W jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powstali wszyscy synowie olbrzyma oraz jego żona. W tym samym momencie, krasnolud Marcus podniósł spod stołu ciężki młot i rozłupał głowę kolejnemu najemnikowi. Praktyczne w tej samej sekundzie, Ian podniósł zza baru kuszę i strzelił w kolejnego. Rozpętała się prawdziwa jatka. Zaskoczeni i pijani najemnicy nie wiedzieli co się dzieje. Niewiele później, żona Grahama spod płaszcza wyciągnęła nabitą kuszę i strzeliła komuś w brzuch. W tym czasie płaszcze odrzucili też synowie i wydobyli ukryty pod nimi oręż. Nim Ian ponownie naciągnął kuszę, nie miał już do kogo strzelać. Przerażeni uciekliśmy na zaplecze, skąd wyglądaliśmy przez drzwi. Karczma wyglądała jak po ogromnym świniobiciu – wszędzie krew, wnętrzności, a nawet poodcinane ogromnym toporem Grahama kończyny. Graham metodycznie dobijał rannych.
Po chwili odezwał się Jan:
Co z nimi zrobimy?
To co zawsze - ku naszemu ogromnemu zdziwieniu odpowiedział Ragn.
Sołtys obrócił się do nas i powiedział:
- Chyba czas spać.
Nie potrzebowaliśmy więcej zachęt, żeby wyjść z zakrwawionej, przesiąkniętej odorem śmierci karczmy. Sprzątanie szło nad wyraz sprawnie, bo zanim opuściliśmy karczmę, połowa ciał załadowana była już na wozy.
Kiedy wstaliśmy rano, po nocnej jatce nie było śladu, wozy zniknęły, a zakrwawiona ziemia przed karczmą była zasypana. Celesta rano ze współczuciem powiedziała:
- Moje biedne dzieci, musieliście oglądać takie sceny. Dobrze, że sołtys czuwa i wygrali ten pojedynek, bo kto wie ilu mogli skrzywdzić w wiosce. Zróbcie sobie dwa dni wolnego od nauki i pobądźcie na świeżym powietrzu.
Tydzień później odwiedził nas Ragn.
- Chłopaki, wybierzemy się na przejażdżkę. Ubierzcie się ciepło, bo będziemy obozować poza wioską. Prowiant już spakowałem.
Wóz załadowany był ciepłymi kocami, prowiantem, a z tyłu leżał spory namiot. Wyruszyliśmy na wschód w kierunku Mar-Margot. Przez dłuższą część dnia jechaliśmy w milczeniu. W końcu Ragn się odezwał:
- Chłopaki, wiem, że wydarzenia z ostatniego tygodnia to był dla was szok, lecz czasami trzeba wyprzedzić atak. Ja znam ten typ ludzi, nie raz miałem z takimi styczność i wielokrotnie walczyłem z tego rodzaju szumowinami. W tych czasach ten kto szybciej uderzy wygrywa.
Widać doskonale znał powiedzenie:
„Czasami najlepszą obroną jest atak.”
Tak to niestety wygląda. To byli zbrodniarze. Rozpoznałem wielu z nich po tatuażach. To rozbójnicy, którym w głowie tylko rabunek, gwałt i morderstwo. W Białej Osadzie jedynym sędzią jestem ja. Jako że jesteśmy wolną osadą, nie mamy zapewnionej pomocy z zewnątrz, więc musimy bronić się sami.
Rozumiemy Cię – przytaknął Kejn - Należało się tym drabom.
Po dłuższej chwili Ragn zmienił temat.
Chciałbym zabrać was w jedno miejsce i coś pokazać, podróż potrwa kilka dni.
Czy jedziemy do miasta? - dopytywaliśmy.
Dobrze orientujecie się w terenie. Tak, jedziemy w tym kierunku, ale naszym celem nie jest miasto. To będzie nasza pierwsza lekcja.
Na temat celu naszej podróży był milczący, ale chętnie opowiadał o należytych zachowaniach w podróży. O tym, kiedy rozpalać ogniska, a kiedy nie. Jak chronić się przed dzikimi zwierzętami oraz przed tym, by nie zostać zauważonym, kiedy tego sobie nie życzymy. Nadmienił, na których okolicznych traktach można liczyć na względny spokój, bo były patrolowane przez żołnierzy Delidii, a na których zachować wzmożoną czujność, bo były nawiedzane przez różne bandy i łowców niewolników. Starł się przekazywać przydatną wiedzę.
Po pewnym czasie dojechaliśmy do rozstajów dróg i skręciliśmy na północ. Podążaliśmy tym traktem prawie cały dzień, aż dojechaliśmy do wąskiej ścieżki. Ragn bez słowa skierował wóz w jej kierunku. Ścieżka była wąska i pięła się coraz bardziej w górę. Momentami wóz ledwo się mieścił, a jego koła niebezpiecznie zbliżały się do krawędzi stromo opadającego w dół zbocza. Co jakiś czas było widać daleko w dole szlak prowadzący na północ. Po pewnym czasie wjechaliśmy na zalesione wzgórze, a spomiędzy drzew rozpościerał się wspaniały widok.
- Jesteśmy na miejscu, nazbierajcie drewna na ognisko, tu będziemy obozować. Nie wiem ile tu spędzimy czasu, może dzień może dwa, zależy jak wymierzyłem.
Wszystkie nasze pytania zbywał tylko stwierdzeniem.
- Spokojnie, wszystkiego dowiecie się w swoim czasie.
Ścieżka, którą przybyliśmy, biegła dalej w góry. Później zrozumieliśmy dlaczego rozbiliśmy obóz właśnie tu. Mieliśmy wrażenie, że ukształtowanie terenu daje nam doskonały wgląd na szlak, biegnący na północ, równocześnie osłaniając nas przed widokiem z dołu. Spokojnie przespaliśmy noc, chronieni przed chłodem nocy ogniskiem i smacznie spaliśmy w namiocie, owinięci ciepłymi kocami. Jakże przyjemny był to biwak, w porównaniu z nocami, które spędziliśmy podczas podróży do Białej Osady. Po posiłku Ragn rzekł:
- Obserwujcie szlak.
I tak ułożyliśmy się wygodnie na plecach i obserwowaliśmy szlak biegnący poniżej w oddali. Był całkiem mocno uczęszczany. Co jakiś czas przejeżdżały wozy kupieckie oraz samotni konni. Przejechało nim też kilku zbrojnych, zapewne patrol kościoła Delidii.
Czego wypatrujemy? – zapytałem.
Powiem wam. Wydaję mi się, że dziś już tego nie zobaczymy i musimy spędzić tu jeszcze jedną noc, ale spokojnie, jesteśmy dobrze zaopatrzeni.
Noc ponownie przebiegła spokojnie i następnego dnia znowu obserwowaliśmy trakt. Około południa usłyszeliśmy coś jakby grzmoty. Nastawiliśmy uszu, bo burza w górach to nic przyjemnego i mogło to się zakończyć tragicznie, ale po chwili zorientowaliśmy się, że to nie grzmot, a rytmicznie wybijany rytm, prawdopodobnie na ogromnych bębnach.
- Ukryjcie się za kamieniami i obserwujcie uważnie szlak – powiedział Ragn - To cel naszych obserwacji.
Z południa, od strony Mar-Margot, wylała się istna rzeka ludzi. Na przedzie kolumny widoczna była ogromna ilość zbrojnych, na koniach i pieszo, dało się rozróżnić rycerstwo we wspaniałych zbrojach, a na ich plecach spoczywały czerwono-czarne płaszcze, barwy Delidii. Za nimi jechały wozy, załadowane pakunkami. Pochód wydłużał się i wydłużał, w końcu pojawiły się też niezliczone wozy z ludźmi zakutymi w kajdany. Pochód miał już ponad kilometr. Naprawdę ogrom ludzki zrobił na nas piorunujące wrażenie. Nie wszyscy zmieścili się na wozach i za nimi, na powrozach ciągnięto setki skutych ludzi, mężczyzn, kobiet, dzieci i starców.
Ci którzy tu jadą – zaczął Vernir - to Karawana Łez, roczny trybut Karabaku dla Ambardu.
Ci wszyscy ludzie kierują się do Amabardu, aby zostać tam niewolnikami, służyć świątyni, zostać straconym lub złożonym w ofierze.
Karabak, jak każda inna prowincja, co roku musi oddawać taki trybut. Są to różni ludzie, więźniowie wojenni, przestępcy, ale najczęściej niewolnicy. Często jak widzicie są to dzieci. Być może i wy bylibyście tam, gdybyście nie opuścili sierocińca.
Potęga Ambardu opiera się na niewolnictwie.
W tym czasie, kiedy Ragn to wszystko mówił, pochód rósł i rósł. Pochód miał dobre kilka kilometrów i przelewał się traktem niczym żywa rzeka.
Dawno temu, zanim jeszcze chodziłem po tym świecie, kiedy to wyznawano innych bogów, a w których wiara teraz jest zakazana, niewolnictwo było rzadkością. Lecz teraz to rzecz powszednia. Z roku na rok jest coraz trudniej, bo aby zapłacić trybut, trzeba prowadzić nieustanne podboje. Przez co czasy są takie niespokojne.
Mimo że na osiem miast Karabaku mówi się państwa-miasta, tak naprawdę jesteśmy własnością Dominium Delidii i każdy musi wywiązać się z trybutu. Jako że coraz trudniej spełniać żądania Ambardu, miasta Karabaku zacieśniły współpracę. Mówi się nawet o powstającej koalicji tych miast, co nie w smak jest Ambardowi.
Ragn nagle zmienił temat.
Jak wam wspominałem, lata temu byłem rycerzem, żyłem z wojaczki. Kiedy poznałem waszego ojca Roberta, zostaliśmy przyjaciółmi, a ja wstąpiłem na służbę do pewnego bractwa. Było to tajemne bractwo, zwane Bractwem Atolla. Symbolem tego bractwa jest krwawa róża. Obecnie bractwo jest tajne, lecz kiedyś funkcjonowało jako zakon, który niestety upadł około 400 lat temu.
Kto to jest Atolla? – dopytywałem.
Dojdziemy do tego - odpowiedział Ragn.
Czy nasz ojciec też był w tym bractwie? - zapytał Igo.
Tak. Jesteśmy bardzo rozproszeni i nie znamy tożsamości wielu członków. Musi tak być, inaczej byśmy nie przetrwali. Jesteśmy bezlitośnie tępieni przez zakon Delidii.
Długo przed Zaćmieniem – kontynuował opowieść Vernir – Zakon Atolla był jednym z tak zwanych walczących zakonów, które wchodziły w skład państwa zwanego Wielkim Dominium. Zakon ten władał południem tego państwa, na które spoglądacie oraz sporym obszarem na północy.
To były doskonałe czasy dla ludzkości, dzięki rządom dynastii Arkanidów i Gotrydów. Ale niestety królestwo rozpadło się na mniejsze państwa. Tragonię, Arkanię i Norishię.
Niezaprzeczalnym faktem, choć już coraz mniej znanym, jako że kościół dba o to, by zatrzeć wiedzę o dawnych czasach, jest to, że Zakony Krwi, bo tak nas nazywano, niosły prawo i naukę dla ludzkości. Biała Osada jest enklawą, która zapewnia wam bezpieczeństwo, lecz wkrótce zapewne wyruszycie w świat, który już tak przyjazny nie jest.
Setki lat temu ta kraina była domem dla milionów istnień, lecz wyniszczające wojny, które przyszły z północy i z zachodu kontynentu, zniszczyły ją doszczętnie. Legendy mówią, że jest to wina nowych Bogów, takich jak Delidia, którzy zstąpili z niebios i przynieśli ludzkości ciemne wieki.
A czy Ty wierzysz w jakieś bóstwo? – dopytywał Dalinar.
Mogę powiedzieć, że jako członek zakonu, oddaję cześć starym bogom. Jest ich wielu, oni są cały czas pośród nas, ale dojdziemy do tego.
A jacy są inni bogowie? – dopytywał Kejn - Bo my całe życie słyszymy tylko o Delidii.
Zaraz do tego dojdziemy, spokojnie – kontynuował opowieść Ragn.
W wyniku tych wojen, które dla nas pozostają już tylko legendami, Tragonia i Las Leredeon, który przez wieki był domem elfów, przestały istnieć. Jakby tego było mało, starzy bogowie pokarali ludzkość w miejscu, od którego wszystko to się zaczęło. Legendy głoszą, że w swoim gniewie Bogowie przepołowili ziemię, co spowodowało trzęsienia ziemi oraz rzeki ognia, które zniszczyły cały zachód. W miejscach, gdzie kiedyś było ogromne morze, wyrosły wielkie góry, a żyzne dotąd ziemie, zalały głębokie wody.
Dymy i trujące opary przez lata dziesiątkowały kolejne narody, a kolejnym ciosem dla ludzkości było Zaćmienie, o którym wspominałem wcześniej, które trwało wiele lat. Głód oraz coraz to nowe wojny domowe niszczyły tamten świat. Sroga Północ, gdzie żyjemy my, to najbardziej wysunięta prowincja państwa, w zamierzchłych czasach zwanego Arkanią.
Czy każdy wolny człowiek może zostać niewolnikiem? - dopytywał Dalinar.
Tak, przecież ja, zanim trafiłem do Roberta, byłem pojmany – odpowiedział Kejn.
Są grupy ludzi, którzy tak zarabiają na życie – odparł Ragn - Potrafią napadać na słabszych, zniewolić i zwyczajnie ich sprzedać na targu niewolników. Wielu ludzi wierzy, że jedynym ratunkiem jest wiara w Delidię, jako że jej zakony trzymają względny porządek. Lecz zaufajcie mi, starsi Bogowie nadal są z nami i wspierają swoich wyznawców. Choć wyznawcy muszą się z tym ukrywać, inaczej zginą posądzeni o herezję.
Bóg Malakus, Elios i Zhak to pozostali nowi Bogowie, którzy tolerowani są przez wyznawców Delidii. Możliwe, że w sierocińcu słyszeliście o tych bogach.
Faktycznie tak było, byliśmy nauczani w tej kwestii, lecz nigdy nie zwracaliśmy bacznie na to uwagi. Nasze skupienie było tylko na pokaz. Kapłani opowiadali raz, czy dwa, o pozostałych prawdziwych bogach. O Eliosie - Bogu wojny, Zhaku, który jest Bogiem ognia oraz o Malakusie - Bogu sprytu, a może bardziej oszustwa.
Jak powstali nowi Bogowie? - zapytałem.
Cóż, jeśli zapytałbyś kapłanów Delidii, otrzymałbyś odpowiedź, że byli zawsze, może pod innymi imionami, może się nie ujawniali, a zstąpili, bo świat potrzebował ich boskiej interwencji. Niektóre legendy głoszą, że był jeszcze jeden Bóg – Praojciec, tak go nazywamy. Mówią, że przybył z północy, a służyły mu stalowe demony, które potrafiły bez trudu rozedrzeć najtwardsze nawet mury ludzkich fortec. Mówi się, że to właśnie ten bóg zniszczył odwieczny Lererdeon.
Mówi się też, ze po Zaćmieniu do naszego świata przybyły potężne, złe istoty, zwane Koszmarami lub Cieniami. Podobno pochodzą z innego świata, gdzie nie ma życia, ani śmierci. Na ziemi są też ludzie, którzy potrafią czerpać z ich mocy, w celu osiągnięcia własnych korzyści. Osobiście z podań wiem o dwóch takich kultach. Jeden to Bractwo Cienia, a drugi zwie się Kultem Nicości.
To jeszcze nie koniec nastających dla ludzkości nieszczęść, bo później na północy pojawiła się Plaga. Kraj, zwany Norishią, obecnie opanowany jest przez złe duchy i demony, których władcą jest istota zwana Królem Kości.
Przepraszam. – Przerwałem - Czy jest coś mniej przygnębiającego w tej historii? Bo mam już dosyć.
Tak, jest odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie oddają cześć Bogini Delidii. Delidia, Malakus, Zhak oraz Elios toczą walkę z Kultami Cienia. Ludzie wierzą, że tylko wojska i kapłani tych Bogów są wstanie przynieść światło na te tereny i obronić ich przed koszmarami nocy.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałem wspomnieć, mianowicie o majątku waszych rodziców. Obecnie majątek Roberta i Julii został przejęty przez rodzinę Morres i Żółtą Dłoń. To gildie kupieckie, mające duży wpływ na Mar-Margot.
Jak udało się im tego dokonać – dopytywaliśmy.
Nie wiem do teraz, czy Robert zginął w wypadku, czy było to celowe działanie. Próbowałem się dowiedzieć, ale nie chcę ryzykować waszego ujawnienia. A to utrudnia sprawę.
Myślisz, że mamy jakieś szanse na odzyskanie majątku? – dopytywał Igo.
Przede wszystkim myślę, że musicie dorosnąć i poznać zasady rządzące tym światem. Jak już wiecie, życie w tych czasach jest bardzo trudne. Jeśli teraz wysunęlibyście takie żądania, po prostu znikniecie. W najlepszym przypadku traficie do Karawany Łez.
Dlaczego rejon Karabaku zwany jest Rejonem Skazy? - zapytał Kejn.
Pewny nie jestem, ale ponoć te góry powstały wskutek ogromnego uderzenia z niebios i są niczym skaza na uprzednim terenie. Ale to tylko moje domysły.
Przed pożarem naszego domu, ojciec chciał, abym studiował magię. – Zaczął wywód Igo. - Myślę, że taka była jego wola, ale czy sądzisz, że jest szansa, abym pobierał takie nauki? Czy jest to rzecz, która wymaga dużych nakładów finansowych, jakiegoś statusu społecznego?
Cóż, zazwyczaj wymaga to sporej ilości złota i rekomendacji. Ale znając Roberta, skoro o tym wspomniał, zapewne o to zadbał. Niedługo przyjdzie czas, abyście wyruszyli z Białej Osady, by zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem. Górski Gryf to siedziba magów, gdzie szkolą adeptów tej sztuki. Myślę, że to o tym miejscu wspominał Twój ojciec.
Tak, Górski Gryf! - krzyknął podniecony Igo.
W odpowiednim czasie zasięgnę języka i o wszystkim Cię poinformuję Igo.
Czy mógłbyś nam więcej opowiedzieć o bractwie Atolla? - Dopytywał wyraźnie zaintrygowany tym tematem Dalinar. - Czym się zajmujecie w tych czasach, jakie macie ideały?
Obecnie staramy się zgłębić naszą historię, przypomnieć to co jest zapomniane, można by rzec, że jesteśmy poszukiwaczami dawnej wiedzy. Mamy nadzieję, że jeśli odkryjemy zapomniane tajemnice Zakonów Krwi, może w dalekiej przyszłości uda nam się przywrócić świetność tej krainie. A jednocześnie będzie to szansa na zrzucenie jarzma Delidii.
Nie jesteśmy już wojownikami, a przynajmniej większość z nas. Dlatego też, jako że wierzymy w to, że twierdza Manmarr była siedzibą naszego zakonu, badamy jej ruiny, wierząc, że znajdziemy pogrzebane w niej sekrety zakonu. Musimy być bardzo ostrożni w tym co robimy, bo przypuszczamy, że Ian jest szpiegiem i donosi o wszystkim co dzieję się na szlaku i osadzie.
Dlaczego go nie usuniecie? – dopytywał Kejn.
Bo to zbyt niebezpieczne. Ian najpewniej nic nie wie o naszej działalność, bo zapewne już dawno byśmy nie żyli. A usunięcie go, zrodziłoby wiele pytań i ściągnęło niechciany wzrok na naszą osadę. Musi być tak jak jest. Jak na razie się sprawdza.
Po chwili zapytaliśmy o dawnych Bogów, a Ragn zaczął opowiadać:
W dawnych czasach wyznawano wielu bogów, zazwyczaj każdy czcił jednego, ale wierzył też w pozostałych. Byli bogowie, których domeną była walka, płodność, rolnictwo, handel. Oczywiście zdarzały się też wojny na tle religijnym, ale nie były zbyt częste. A przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo. Wszystko zmieniło się, kiedy na ziemie zstąpili nowi Bogowie.
Jak to zstąpili? – dziwił się Kejn.
Cóż, mówi się, że sama Delidia zaszczyca swą obecnością Ambard, a nawet przechadza się ulicami tego miasta. Natomiast ja tam nigdy nie byłem i nie wiem czy to prawda.
Czy brat naszego ojca też jest w zakonie? - zapytałem.
Brat waszego ojca to specyficzny człowiek. – zaczął odpowiadać Ragn - Więcej podróżuje, niż można go zastać w jego domu i nic nie wiem na temat tego, jakoby miał być członkiem naszego bractwa.
Czy byłoby nietaktem, gdybym zapytał, czy człowiek, z którym jedliśmy u Ciebie posiłek, należy do bractwa? - zagaił Kejn.
Anton nie jest członkiem naszego bractwa, lecz wie o nas i jest moim przyjacielem. Zawsze mogę liczyć na jego pomoc.
Nazajutrz wróciliśmy do Białej Osady. Nasze życie toczyło się monotonnym rytmem przez następne miesiące. Nastała ciężka, mroźna zima, a potem przyszła wiosna. Pewnego słonecznego dnia Vernir zabrał nas na przechadzkę. Doszliśmy do polany i grzejąc się w wiosennym słońcu, zaczęliśmy rozmowę.
Słuchajcie, chciałbym, abyście wyruszyli ku swemu przeznaczeniu. To już jest najwyższy czas, bo tu już niczego nowego się nie nauczycie. Poczyniłem pewne przygotowania.
Kejn i Dalinar. Wy wyruszycie do Karhanu. Jest to miasto najemników. Mieszka tam mój znajomy, mistrz Varius. Podejmiecie tam naukę władania bronią białą i dystansową. A już on sam zdecyduje, jaki kierunek będzie dla was najlepszy. W podróży unikajcie używania nazwiska de Vries, jak i chwalenia się poznaną tu wiedzą.
Ty Igo niedługo też wyruszysz. Do Górskiego Gryfa. Twój ojciec załatwił formalności i opłaty już lata temu. Oczekują Cię tam.
Hurrraaa! - Zakrzyknął Igo, przerywając na chwilę monolog Ragna.
Nagle, za nami usłyszeliśmy głos:
- Ty Gniewomirze, wyruszysz ze mną, do miejsca, które nawiedza Cię w snach.
Obróciliśmy się zaskoczeni, a kawałek dalej, na polance, stał Anton.
Tam wszystko zrozumiesz. My wyruszymy jutro rano.
Nie wiem jak długo potrwa wasza edukacja – kontynuował Ragn - Zwłaszcza Twoja Igo. Chciałbym, jeśli Bogowie pozwolą, abyśmy się spotkali w tej osadzie za 7 lat od dzisiaj.
Czy przez siedem lat będziemy mieli ze sobą jakiś kontakt? – zapytał Kejn.
Myślę, że możecie się skontaktować listownie z Igo i odwrotnie. Zarówno Górski Gryf, jak i Mistrz Varius są znani. I poczta dotrze do adresatów.
Dowiedzieliśmy się, gdzie zmierzają oni, a ja? - dopytywałem.
Tego dowiesz się w drodze. Ty nie będziesz się mógł z nimi kontaktować.
Nie możemy zostawiać młodego na siedem lat - oburzyli się pozostali.
Spokojnie – odparł Anton - Będzie w dobrych rękach. Jestem waszym stryjem, bratem Roberta.
Musimy sobie przysiąc, że za siedem lat się tu spotkamy - rzekł Dalinar i wszyscy złożyliśmy uroczystą przysięgę. W powietrzu było czuć powagę tej sytuacji.
Następnego dnia pożegnaliśmy się, a ja uroniłem kilka łez. Lecz szukałem tego człowieka tak długo, że pewien ciężar spadł mi z serca. W końcu, po tylu latach, spotkałem stryja, naszego jedynego, żyjącego krewnego.
Nastała długa wędrówka, która zaprowadziła mnie do Ciebie, drogi mentorze, do Twoich mądrości oraz więzi z Ki-shak. To był piękny czas. Teraz w końcu jestem w drodze, by wypełnić daną siedem lat temu obietnicę. Zatem ruszam na spotkanie braci.